piątek, 29 czerwca 2012

CZĘŚĆ II PART IV


Krocząc ciemnymi już ulicami Montrealu, wciąż wracały do mnie wspomnienia. Każde miejsce, każda ławka, każde drzewo miało w sobie coś, co mi się z nim kojarzyło. Sama nie wiem, kiedy w moich oczach pojawiły się łzy. Zatęskniłam. Po raz pierwszy prawdziwie za nim zatęskniłam, za jego dotykiem, za jego dowcipami. Pragnęłam, by zjawił się tuż obok. Już . teraz. I żałowałam. Żałowałam, że nie umiałam mu wybaczyć. Straciłam 5 lat z życia. Wszystko przez mój durny honor i dumę. A przecież to wszystko mogło jakoś się ułożyć. Gdybym teraz miała szansę go przeprosić...
Nic się tu nie zmieniło. Jedynie klatki schodowe były jeszcze gęściej wysmarowane przez spray’e. Biegłam ku górze, ledwo dysząc ze zmęczenia. Blade światło chyba miało na celu pomoc, ale lampy nie czyszczono od wieków i jej blask ledwo docierał do podłogi. Mimo wszystko poradziłam sobie i choć droga zajęła mi pół godziny dłużej niż powinna, dotarłam cała i zdrowa.
Przez kilka minut stałam przed drzwiami z uniesioną pięścią. Coś mnie powstrzymywało przed zapukaniem. Być może to, że nie widziałyśmy się długo i bałam się ją ujrzeć. A być może znowu przestraszyłam się wspomnień. Bo dzisiejszej nocy wystarczająco się nacierpiałam.
Po części wbrew samej sobie zbliżyłam pięść do drzwi i trzykrotnie zapukałam. Z mocno bijącym sercem czekałam, aż ktoś mi otworzy. Spodziewałam się ujrzeć twarz mojej mamy, zmieniona tylko przez kilka zmarszczek. A otworzył mi mężczyzna. Chyba był moim widokiem zaskoczony tak samo, jak ja jego. Stał na boso, w szlafroku. Wyglądał na trochę ponad trzydziestkę, mógłby być spokojnie moim chłopakiem. Wpatrywał się we mnie swoimi błękitnymi oczyma, drapiąc się po swoich blond włosach. Jeszcze przez krótka chwilę się uśmiechał, a potem uśmiech zszedł z jego twarzy.
-Kim ty jesteś? – zapytał, lustrując mnie od stóp do głów i usiłując przypomnieć sobie, czy mnie zna. Ja nie mogłam nic powiedzieć, stałam i gapiłam się na niego szeroko otwartymi oczyma.
-P... Przepraszam, to chyba pomyłka – wydukałam, robiąc się momentalnie czerwona na twarzy.
-K... Kate? – usłyszałam gdzieś z głębi mieszkania tak dobrze mi znany głos, głos, którego tak bardzo mi brakowało. Wciąż młodo wyglądająca blondynka wynurzyła się z głębi mieszkania. Gdy ujrzała moją twarz, zaczęła skakać z radości. Nawet nie zdążyłam się jej dokładnie przyjrzeć – ona rzuciła się na mnie, nie dając szansy na wymamrotanie jakiegokolwiek słowa. Dopiero po kilku minutach całusów i uścisków pozwoliła mi pooddychać i zawaliła mnie milionem pytań, nie pozwalając odpowiedzieć na którekolwiek z nich.
-Mamo! – krzyknęłam przerywając jej tę paplaninę. Kobieta urwała w pół słowa, wpatrując się we mnie z otwartymi ustami – Mamo, chciałam się u ciebie zatrzymać na kilka dni, ale widzę, że masz gościa... – spojrzałam na owego mężczyznę, opierającego się o framugę drzwi i wyraźnie zdezorientowanego – Nie będę przeszkadzać, odwiedzę cię jutro...
-Jaki tam gość, Kate! – machnęła dłonią moja mama – to Alex, mój narzeczony!
-N... Narzeczony? – powtórzyłam jak echo, nie do końca pewna, czy dobrze usłyszałam.
-Tak, narzeczony – blondynka uwiesiła się na ramieniu Alexa – Od kilku dni narzeczony. Alex, to jest Kate, moja córka – po raz drugi poraziliśmy siebie czujnymi spojrzeniami, nie czując ani krzty sympatii. Żadne z nas nie wyciągnęło dłoni.
-dobra, nie będę przeszkadzać, przenocuję u kumpla...
-Przestań! – sprzeciwiła się moja matka – Nie będziesz mi się szlajać po jakichś domach, masz swój! Twój pokój nadal jest wolny, niczego w nim nie ruszałam od czasu twojego wyjazdu.
Wahając się jeszcze, weszłam za parą do mieszkania. Nie czułam się jakoś wspaniale z wiedzą, że zwalam się na głowie mamie bez uprzedniego informowania jej o odwiedzinach.
Meble wciąż jeszcze nie zmieniły swojego położenia, chociaż już pięć lat temu moja mama zapowiadała, że trzeba zrobić remont. Najwyraźniej jej plany się zmieniły, bo wszystko stało na swoim miejscu.
-Chyba pamiętasz jeszcze drogę do swojego pokoju, co?
Potwierdziłam to żwawym ruchem głowy i ruszyłam ku drzwiom prowadzącym do mojego pokoju, które pamiętałam jeszcze z dzieciństwa. Oparłam dłoń o klamkę, trochę się jednak wahając. Wiedziałam, że dopiero teraz zaatakują mnie wspomnienia. Każda rzecz z tego pomieszczenia będzie mi przypominać przeszłość. A jednak. Mimo wszystko moja ciekawość zwyciężyła. Nacisnęłam na klamkę. Już od progu powitał mnie unoszący się kurz. Rozejrzałam się. Rzeczywiście nic nie zmieniono od mojego wyjazdu. Pajęczyny oplatały całe ściany, a pościel leżała tak samo rozwalona, jak ją zostawiłam. Nawet plakaty, które od zawsze denerwowały moją mamę, pozostały na swoim miejscu. Czułam się, jakby cofnęła się w czasie. Podeszłam do biurka, leżało na nim zdjęcie. Chwyciłam je i przetarłam dłonią, pragnąc usunąć z niej kurz. Przedstawiało on mnie, Dave’a, Seb’a, Chuck’a i Pierre’a przed szkołą, tuż po maturach. Czochrałam blondyna po włosach, a ten usiłował umknąć przed moją dłonią i nie połamać banana. Chuck i Seb śmiali się z nas, co było całkiem zrozumiałe. Z lekkim uśmiechem odłożyłam ramkę na miejsce. Odwróciłam się i podeszłam do komody. Kiedyś gromadziłam tam różne porcelanowe figurki. Każdą rozpoznałam, bo każda przypominała jakieś wydarzenie z przeszłości. I tylko o jednej nie pamiętałam. Nigdy wcześniej jej nie zauważyłam, zapewne dlatego, że w ogóle im się nie przyglądałam w ciągu ostatnich dni pobytu w domu. A teraz widziałam ją, mało tego, nawet domyślałam się, skąd się wzięła. Tylko jedna osoba byłaby w stanie podarować mi porcelanowe serce o kolorze krwistoczerwonym z napisem „dziękuję”. Najwyraźniej bał się przekazać mi ją osobiście, więc po prostu któregoś dnia położył je wśród innych figurek z nadzieją, że sama je zauważę. I zauważyłam. Po pięciu latach.
Bałam się wziąć je do ręki. Bałam się, że je potłukę, zniszczę, porysuje czy uszkodzę w jakikolwiek sposób. A znaczyło dla mnie naprawdę wiele. Dobrze wiedziałam, że Dave umieścił w niej fragment własnego serca. W moich oczach znowu pojawiły się łzy. I to cholerne pytanie: Jak ja mogłam być tak bardzo ślepa?
-Proszę bardzo – głos mojej mamy obudził mnie z zamyślenia. Otarłam szybko łzy z oczu, by ona nic nie zauważyła i powoli się odwróciłam – Lepiej zmień te poszewki. Mogą mieć niemiły zapaszek – zachichotała cicho z własnego dowcipu – Teraz idź spać, jutro sobie poplotkujemy – Drzwi zamknęły się, a ja zaczęłam poszukiwania poduszki, wciąż ukradkiem zerkając na to serce. Potem grzebałam w komodzie w poszukiwaniu jakiejś piżamy. Znalazłam ją bez problemu – większość ubrań zostawiłam tutaj, w domu, przysięgając sobie, że po nie wrócę. Prawda była taka, że nie zamierzałam wracać.
Wskoczyłam pod ciepłą kołdrę. Słyszałam ciche jęki mojej mamy i od razu wyobraziłam sobie, co musi się dziać w sypialni. Próbowałam tego nie słuchać, ale po prostu się nie dało. Nie mogłam zasnąć, a chciałam, bo dobrze wiedziałam, że jutro musze być wypoczęta. Ciągle myślałam o Dave’ie i całej reszcie SP. No i o Alexie. Miałam złe przeczucia co do jego osoby. W ogóle nie pasował do naszej bajki, jakby zwyczajnie pomylił historie. Ale tę sprawę postanowiłam zbadać później. Na razie musiałam znaleźć Dave’a i przekonać się, że nic mu nie jest.

niedziela, 24 czerwca 2012

CZĘŚĆ II PART III


Przepięknym czarnym BMW kierował Pierre. Pędził przez ulice Kanady, nie zważając na inne samochody. Myślami wyraźnie był gdzieś indziej. Tak jak Chuck, Jeff i ja. Tylko Seb, siedzący tuż obok Pierre’a wciąż jeszcze myślał o teraźniejszości i chyba jedynie dzięki niemu i jego czujnej obserwacji przeżyliśmy. Znowu jechaliśmy w tej cholernej ciszy. Nie tak wyobrażałam sobie naszego pierwszego od wielu lat spotkania. Od tej strony nigdy nie zdołałam ich poznać. Tak naprawdę nie dostrzegałam wielkości ich przyjaźni.
-Pie, hamuj! – kolejny wrzask Seb’a obudził nas z odrętwienia. Bouvier dosłownie w ostatniej chwili nacisnął hamulec, a my wszyscy polecieliśmy do przodu. Tuż za nami rozległy się piski opon.
-Debil! – warknął Pierre, wciąż trzymając ręce na kierownicy i aż kipiąc ze złości.
-To on miał pierwszeństwo – burknął Seb pod nosem, ale brunet nie usłyszał tego. Był zbyt zajęty ponownym uruchamianiem maszyny. Z każdą kolejną sekundą coraz bardziej się denerwował, kręcąc kluczykiem w stacyjce. W końcu dał sobie spokój, wyczerpując resztki cierpliwości.
-Cholerny samochód – warknął.
-Pie, spokojnie. Chcesz, żebym ja poprowadził? – zapytał błękitnooki, odpinając już pasy.
-Nie! – krzyknął brunet uparcie, próbując raz jeszcze, tym razem z pozytywnym skutkiem. Zrezygnowany Seb z powrotem zapiął pasy, wzdychając ciężko. Chyba nawet on już miał dość szybkiej jazdy Bouviera.
-Może jednak.. – spróbował raz jeszcze, ale przerwało mu warczenie:
-Umiem prowadzić swój własny samochód! Wbrew twojemu myśleniu!
-Nie to miałem na myśli – zaczął tłumaczyć się błękitnooki, ale brunet i tym razem mu przerwał:
-Wiem, co miałeś na myśli! Nie próbuj teraz wmawiać mi czegoś innego! Ale skoro dostałem prawko, to znaczy, że chyba na nie zasługuję, co? Chyba że wielki Seb sądzi inaczej! – prychnął – A że Seb jest bogiem, to wszyscy muszą się do niego dostosowywać! Przykro mi, stary, świat taki nie jest! Nikt nie będzie za tobą latał, rozumiesz?
Zapadła głęboka cisza. Ja, Chuck i Jeff nie odzywaliśmy się, nie chcieliśmy powiedzieć czegoś głupiego, by nie wywołać niepotrzebnej kłótni. Seb zapewne próbował przełknąć gorzkie słowa Bouviera. Wszyscy wiedzieliśmy, że błękitnooki nie odpowie krzykiem. On nie krzyczał nigdy.
-Pie – wyszeptał w końcu – Nie wyżywaj się na mnie za tę sytuację z Dave’em. Przecież to nie moja wina.
I znowu przez kilka minut jechaliśmy w tej dobijającej ciszy. Myślałam, że Bouvier się obraził, że lada chwila wybuchnie, bo zrobił się czerwony na twarzy.
-Seb – odezwał się zaskakująco cicho. Ledwo go zdołałam usłyszeć – Seb, przepraszam cię. Masz rację.
Zauważyłam, jak błękitnooki wzdycha z ulgą. Chyba także spodziewał się wrzasku.
-Musisz trochę nad sobą panować. Wszyscy musimy nad sobą panować. Nie możemy dać się zwariować. Znajdziemy go całego i zdrowego, zobaczycie. Nie możemy się kłócić, bo to nas do niczego nie doprowadzi.
Wszyscy w tym samym momencie pokiwaliśmy głowami jakby chcąc pokazać Sebowi, że się z nim zgadzamy. Niestety chyba nikt z nas nie wierzył, że nam się uda. Z każdą godziną atmosfera robiła się coraz bardziej napięta, sami nie wiedzieliśmy, dlaczego. Najgorzej przeżywał to Pierre. Co jakiś czas wydzierał się na nas, a że tylko Seb był na tyle cierpliwy, by dać mu się wykrzyczeć, to my zaraz odwdzięczaliśmy się tym samym. A błękitnooki próbował nas uspokoić, powtarzając w kółko, że Dave’owi nasze kłótnie nie pomogą. I miał rację. Tylko co z tego?
Kiedy wreszcie dotarliśmy do Montrealu, wszyscy chórem stwierdziliśmy, że nie ma co marnować czasu na głupoty i od razu pojechaliśmy do studia. Przerzucaliśmy papiery w poszukiwaniu tego jednego artykułu. Przetrząsnęliśmy całe studio, centymetr po centymetrze i guzik znaleźliśmy.
-Cholera – złapał się za głowę Pierre, upadając na kanapę – Musiałem ją wyrzucić... dlaczego nie powiedzieliście mi, że mam ja zostawić?! – warknął w naszą stronę.
-A skąd mieliśmy wiedzieć, że jeszcze się przyda? – odparł chłodno Chuck. Bouvier otworzył usta, by coś odpowiedzieć, ale na szczęście Seb zdążył to zauważyć i pierwszy się odezwał:
-Więc jaki jest plan? Musimy działać bez tej gazety. Wiemy, że w dzieciństwie miał jakiś kontakt z byłymi więźniami. Proponuje rozmowę z jego rodzicami i przeszukanie tego bloku.
-Wątpię, by rozmowa z jego rodzicami coś dała – wymamrotałam – Oni chyba nie będą wiele wiedzieć na temat jego dzieciństwa. Ich raczej interesowała tylko kasa i wykarmienie dzieciaków.
-Spróbować możemy, być może coś zobaczyli, cos usłyszeli...Nie możemy z góry zakładać, że o niczym nie wiedzą – oznajmił Chuck, a Jeff zgodził się z nim, kiwając głową.
-Myślę, że Ja, Pierre i Kate weźmiemy się za przeszukiwanie bloku i węszenie, a Jeff i Chuck będą gadać. Ale to nie dzisiaj. Spotkamy się jutro o dziesiątej u Pierre’a...
-Dlaczego nie dzisiaj?! – warknął buntowniczo Chuck, waląc pięścią w jakąś szafkę, która omal się nie rozpadła. Bouvier poparł go głośnym: No Właśnie!
-Już wam tłumaczę – odparł cierpliwie Seb, wzdychając ciężko – Dlatego że my, a zwłaszcza wy, za chwilę pomdlejecie z przemęczenia, a to może być bardzo delikatna operacja. Zresztą rodzice Dave’a pewnie już dawno śpią. Po prostu sądzę, że lepiej byłoby to odłożyć i wykonać dokładniej. Ktoś ma coś jeszcze przeciwko?
-Nie mamy czasu – wysyczał Pierre, ale chyba nawet on uznał ten argument za słaby.
-Ale swoim pośpiechem możemy zaszkodzić Dave’owi, nie dociera to do ciebie?! – warknął Seb. Dopiero po chwili zdołał się uspokoić i odetchnąć trzy razy. Wpatrywaliśmy się w niego zdumieni. Rzadko zdarzało się, by on tracił cierpliwość. Nawet chłopaki śmiali się kiedyś, że złość w starciu z Sebem odejdzie ze spuszczoną głową. Teraz zmieniły się czasy.
-Kate, jeśli nie masz się gdzie podziać, mam wolny pokój – zaproponował mi Jeff, całkiem zmieniając temat
-Dzięki, Jeff. Moja mama by mi nie wybaczyła, gdybym nie wróciła do domu, nawet o tej godzinie. Zresztą należy jej się to, nie widziałyśmy się przez pięć lat.

czwartek, 21 czerwca 2012

CZĘŚĆ II PART II


Chłopaki nic się nie zmienili, nadal byli tak samo honorowymi ludźmi. Stanowczo podkreślali, że ja jako kobieta w żadnym wypadku nie powinnam leżeć na podłodze. Próbowałam się z nimi kłócić, ale nie udało mi się ich przekonać. W końcu dałam za wygraną, gdy zagrozili mi, że pojadą do Montrealu.
Dlatego następnego poranka obudziłam się we własnym łóżku. Przez jakiś czas leżałam, zastanawiając się, jakim cudem z sąsiedniego pokoju słyszę chrapanie. Dopiero później przypomniałam sobie o wczorajszym wieczorze. Wstałam ostrożnie, nie chcąc nikogo zbudzić i z ciekawością zajrzałam do salonu. Spali, cichutko pochrapując, ściśnięci całą czwórką na kanapie. Oparłam się o ścianę, lekko się uśmiechając.  Wyglądali uroczo. Przypominali czwórkę małych dzieci, zmęczonych po wyjątkowo długiej zabawie. Nie mogłam oderwać od nich wzroku. Ale z drugiej strony byłam pewna, że gdy się obudzą, na pewno zgłodnieją. A w mojej lodówce pustka...
Szybko wróciłam się do swojego pokoju.  W ciągu pięciu sekund wskoczyłam w jakieś ubrania. Porwałam portfel oraz torebkę i biegiem ruszyłam w stronę sklepu.
Wycieczka do osiedlowego sklepiku nie zajęła mi dłużej niż 15 minut. A jednak, gdy wróciłam, Chuck już nie spał. Wpatrywał się w świat żyjący za oknem. Ale ja od razu domyśliłam się, że to nie jest tematem jego myśli. Westchnęłam cicho. Dopiero wtedy on zauważył moją obecność. Powoli do niego podeszłam, starając się zachowywać jak najciszej, by nie obudzić chłopaków.
-Już się obudziłaś? – zapytał, z powrotem odwracając się w stronę okna. Był tak bardzo zasępiony, że nawet ja straciłam swój dobry humor, wpatrując się w jego twarz.
-O to samo chciałam się ciebie zapytać – uśmiechnęłam się, po czym mocno go przytuliłam. Czułam, że właśnie tego potrzebuje w tym momencie. Nie słów pocieszenia.
-Jak mam się nie martwić? – spytał, choć ja nie zadałam pytania – To nasz przyjaciel. Nie możemy nic nie robić. Musimy go znaleźć. Pierre, Seb i Jeff też już nie mogą wytrzymać tego wszystkiego. Kate, simple plan bez Dav’a nie ma sensu. Tak długo my nie wytrzymamy. Mam wrażenie, że bez jego basu ten zespół po prostu się rozpada. Już wszyscy mamy dość grania. Tylko... tylko że właściwie nie mamy żadnych szans na jego odnalezienie.
-Chuck! – wrzasnęłam głośno, nie zważając na śpiących chłopaków i odskoczyłam od bruneta – Zakazuję ci tak mówić i myśleć! Znajdziecie Dave’a i z powrotem będziecie grać świetne koncerty!
-Tak, Kate... – westchnął cicho perkusista SP – Wiesz co, nie obraź się za moje słowa. Wolę być realistą niż optymistą, który ciągle się oszukuje i pewnego dnia otworzy oczy i zrozumie, że ten świat działa w inny sposób.
-Przestań – prychnęłam – Lepiej pomóż mi zrobić śniadanie – odwróciłam się na pięcie. Nie chciałam pozostawiać go samego, bo znowu mógłby coś głupiego wymyśleć.
Przyjemny zapach smażonych jajek przyciągnął nawet resztę simple plan z kanapy. Wszyscy wcinali jajecznicę jakby bali się, że im zabraknie. A mnie to bawiło, bo zachowywali się jak wygłodniałe psy.
-Nie krępujcie się – namawiałam ich, patrząc, jak potrawa znika w szybkim tempie. Właściwie to bardzo cieszyłam się z tego powodu, przynajmniej miałam tę pewność, że im smakuje – Jakby co mogę wam jeszcze dosmażyć.
Zauważyłam, że na stole wciąż leży ta kartka, kartka, którą rzekomo napisał Dave. Coś mi mówiło, że powinnam wziąć ją do ręki. Więc wzięłam i jeszcze raz przeczytałam jej treść. Nic mi to nie powiedziało, na nic mnie to nie skierowało, nie znalazłam  żadnego haczyka, ale czułam, że ona coś w sobie skrywa. Nagle mnie olśniło. Przyciągnęłam tę kartkę do nosa i powąchałam. Śmierdziała najgorszym dla mnie zapachem, zapachem tytoniu.
-Chłopaki – zwróciłam na siebie ich uwagę, starając się przekrzyczeć ich mlaskanie – Czy David zaczął palić papierosy?
Pierre zakrztusił się. Seb podsunął mu szklankę z wodą i poklepał po plecach.
-Nie! – odpowiedział mi zdziwiony tym pytaniem Jeff, marszcząc czoło.
-A ty, Pierre? Albo którykolwiek z was?
Brunet zaprzeczył ruchem głowy, nadal nie mogąc zatrzymać kasłania.
-Skąd te pytania? – ciekawość Chucka była tylko niewielkim odłamkiem ciekawości reszty chłopaków, wiedziałam to.
-Powąchajcie – położyłam kartkę przed Seb’em. Bez wahania ją chwycił i podsunął do nosa. Wzruszył ramionami i podał dalej. Pierre powtórzył gest przyjaciela. Ten jednak skrzywił się. Nie powiedział nic, tylko podał Jeff’owi. Dopiero ten krzyknął:
-Fajki! Fajki jak nic!
-Czyli jednak! – klasnął w dłonie Chuck – Jakby go ktoś nie porwał, tego zapachu na pewno by nie było!
- Daj spokój, Chuck, to jeszcze nic nie oznacza – zgasił go Seb – To tylko potwierdzenie naszej hipotezy. Nadal nie mamy żadnego śladu, nic.
-Kate, on na pewno nic ci nie mówił na temat jakichś wrogów? – chciał się upewnić jeszcze raz Jeff. Wyczułam w jego głosie nadzieję. Odpowiedziałam skinieniem głowy.
-Nie opowiadał mi o niczym... Jedynie o swoim dzieciństwie...
-O czym?! – Pierre zerwał się zaszokowany.
-O swoim dzieciństwie – odparłam trochę przestraszona jego reakcją. Chłopaki spojrzeli po sobie zdumieni, co jeszcze bardziej wpędziło mnie w zamieszanie – Czekajcie... On wam nigdy nie opowiadał o dzieciństwie? A jeśli... a jeśli to klucz... ? – wyszeptałam.
-Nie! – krzyknął najbardziej podniecony Pierre – Opowiadaj!
Ześlizgnęłam się po ścianie. Zamknęłam oczy i cofnęłam się do tych czasów, czasów, o których tak bardzo chciałam zapomnieć. Wiedziałam, że teraz każdy szczegół może się liczyć, o wszystkim muszę
 sobie przypomnieć. Znowu miałam przed sobą to miejsce, ten blok, te schody, jego, Dave’a. Coś w sercu mnie zakuło. Robiłam to dla niego. Dla niego wracały te wszystkie bolesne wspomnienia. Zapomniałam o chłopakach, w ogóle przestałam zwracać uwagę na cokolwiek. Nawet nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, że ja mówię. Opowiadałam o tym wszystkim, co mi mówił, o tym, co widziałam.
Gdy skończyłam mówić, ponownie owinęła nas cisza. Chłopaki zapewne próbowali to wszystko strawić. Byli w szoku, zauważyłam to, gdy otworzyłam oczy. Mimo wszystko wciąż przeżywałam to wszystko dalej. To jak weszłam do jego mieszkania, jak znalazłam te feralną kartkę...
-Pierre – głos Seba przywrócił mnie na ziemię – Pierre, czy to nie ty czytałeś ten artykuł z gazety o ucieczkach z więzienia?
Brunet wpatrywał się w przyjaciela jakby nie bardzo wiedział, o co mu chodzi. Chwilę później strzelił palcami.
-No tak, ja... Ale co ma piernik do wiatraka?
-Oj wiele, wiele – odparł zamyślony błękitnooki. Wszyscy się domyśliliśmy, że wpadł na jakiś pomysł – Ej, czy to nie wtedy widzieliśmy Dave’a po raz ostatni?
-A pamiętacie jego reakcję, jak przeczytałem te nazwiska? Tak strasznie zbladł, nawet zapytałem się, czy dobrze się czuje! – wrzasnął podjarany Chuck, skacząc na krześle.
-Pierre, co to była za gazeta? – zapytał Seb, który jako jedyny nie uległ zbiorowej euforii spowodowanej znalezieniem wskazówki. Zachował spokój i trzeźwe myślenie – Musimy koniecznie ich sprawdzić.
-Wiecie co? Chyba nawet zostawiłem ją w studiu... ale jeśli któryś z nas sprzątał... – brunet podrapał się po głowie z nieciekawą miną.
-Tak czy inaczej nie mamy czasu do stracenia – Jeff wstał, przeciągając się, reszta poszła w jego ślady – Kate...
-Mogę jechać z wami? – wypłynęło pytanie z moich ust zanim zdążyłam zapanować nad swoimi myślami. Wyraźnie zaskoczyłam ich swoją prośbą. Spojrzeli po sobie, żaden się nie odezwał. Znowu porozumiewali się niewerbalnie.
-Znaczy... – wyraźnie wahał się Chuck – Trochę się śpieszymy...
-Pięć minut. Dajcie mi tylko pięć minut – oni znowu spojrzeli po sobie, tym razem jednak zgodnie pokiwali głowami.
-Okej. Pięć minut. Ale nie więcej!
Uśmiechnęłam się szeroko w odpowiedzi i szybko rzuciłam się w drzwi prowadzące do mojego pokoju. Porwałam torebkę, wysypałam całą jej zawartość na łóżko i zaczęłam szukać w kupie śmieci swojego telefonu. Właściwie leżał na wierzchu, ale ja go nie zauważyłam przez moje własne roztrzepanie. Z szybko bijącym sercem czekałam na odzew, uprzednio wystukując odpowiedni numer i modląc się w duchu, by on miał dzisiaj dobry humor.
-No dobrze – zgodził się prawie od razu, wysłuchawszy mojej pośpiesznej prośby o urlop, narzekał tylko na zbyt późne poinformowanie. Ale tak naprawdę cieszył się, że wreszcie wzięłam wolne, sam mi to powiedział. W końcu od dawna próbował namówić mnie na wyjazd. Widział, że pracuję grubo ponad godziny i chciał mnie jakoś wynagrodzić. A ja tym sposobem po prostu chciałam zapomnieć o przeszłości.
Wrzuciłam wszystko z powrotem do torebki. Tak naprawdę sama nie wiedziałam, co ja tam mam, pewnie gdybym zrobiła raz porządek, wyrzuciłabym połowę rzeczy. Ale teraz nie miałam na to czasu.
-Jestem gotowa! – krzyknęłam, wybiegając z pokoju i stając na baczność.
-Dziesięć sekund po czasie – wymamrotał Pierre, odwracając wzrok od swojego zegarka i patrząc na mnie surowo. Zarumieniłam się. Naprawdę liczyli mi czas. Spuściłam wzrok i wtedy usłyszałam śmiech Bouviera. Przygniotłam go swoim spojrzeniem.
-Kurde, dawno nie mieliśmy powodu, żeby się pośmiać – powiedział Chuck smutno – Dave zawsze się śmiał – dopowiedział z żalem. Cisza ponownie nas zadusiła. Cisza tęskniąca za Dave’em. Cisza przywracająca wspomnienia, wspomnienia, których chciałam pozbyć się przez ostatnie pięć lat.
-Jedziemy czy będziecie rządzić w moim domu do końca świata? – zapytałam, udając ochotę na przygody. Pragnęłam, by ta przeszłość zniknęła z mojej pamięci. Seb wstał, reszta poszła jego śladem.

sobota, 16 czerwca 2012

CZĘŚĆ II PART I


CZĘŚĆ II

Przez ostatnie pięć lat próbowałam o nim zapomnieć. Wyjechałam z Montrealu aż do Vancouver, bo bałam się, że natrafię na niego gdzieś na ulicy. Nawet chciałam ułożyć sobie nowe  życie na nowo. I udało mi się to. Tylko czasami, gdy siedziałam samotnie w fotelu, przypominałam sobie o blondynku z liceum. Uśmiechałam się do siebie, gdy wracały do mnie te wszystkie wspomnienia, nasze wspólne odpały. I tylko zakończenie tej historii zawsze przywoływało na moją twarz smutek. Nieszczęśliwa miłość. Tak, miłość. Teraz już wiem, że to miłość. Ale obiecałam sobie, że już nigdy więcej. Nigdy tam nie wrócę. Nigdy nie wrócę do przeszłości. Nie wrócę do Montrealu, nie wrócę do niego. Nigdy.
Było już dobrze po dziesiątej, kiedy dotarłam do domu. Ostrożnie zamknęłam drzwi na zamek, rzuciłam torebkę na podłogę i od razu opadłam bez sił na kanapę. Zamknęłam oczy. Moje plany na noc to spanie, spanie i tylko spanie. Szczerze mówiąc miałam już serdecznie dość tego trybu życia. Nudne powtarzające się dni zaczynały mnie dobijać. Chciałam jakiegoś urozmaicenia, a podświadomie znowu pragnęłam miłości. Tak naprawdę nie miałam dla kogo żyć. Czułam się niepotrzebna, nikt się o mnie nie martwił. Oprócz mojej mamy. No i chłopaków. Przez pierwszy rok mojej nieobecności każdy próbował na przeróżne sposoby dowiedzieć się od mojej mamy, gdzie się zapodziałam. Nie powiedziała nikomu, tak jak mi obiecała.
Dlatego, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi, byłam nie tyle wściekła, co zaskoczona. Trochę bałam się podchodzić do drzwi, zresztą mi się nie chciało, dlatego nie ruszyłam się z miejsca. Jednak ten ktoś niestety nie zamierzał się poddać. Pięć minut później także uparcie dzwonił, a że nie należę do osób cierpliwych, cudem zebrałam resztki sił i wstałam, by otworzyć te cholerne drzwi.
Omal nie narobiłam w gacie, kiedy ujrzałam, kto stoi w progu. Zamarłam. Gapiłam się i gapiłam, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Dopiero po kilku sekundach otrząsnęłam się z pierwszego szoku.
-P... Pierre? – zapytałam zdumiona – Co ty... Jak wy tu... Skąd... – do głowy nasuwało mi się tyle pytań, że nie miałam pojęcia, która zadać.
-Cześć, Kate – przywitał się ze mną ponuro Pierre – Przepraszam, że o tej porze zawracamy ci głowę, ale obiecuję, że nie zajmiemy ci więcej niż pięć minut. Możemy porozmawiać?
-Znaczy... – zawahałam się przez chwilę. Przez pięć lat próbowałam wyrzucić ich z pamięci. Teraz nagle się zjawiają. No właśnie, mam pozwolić, by jeszcze raz zniszczyli moje życie? Lub... Lub urozmaicili... – Dobra, właźcie – cofnęłam się, otwierając szerzej drzwi. Oni wślizgnęli się powolnym krokiem. Dopiero w blasku światła ujrzałam ich twarze. Przez ułamek sekundy pomyślałam, że musiałam się pomylić, że to nie mogą być oni. Ostatnimi czasy wiele czytałam o simple plan w gazetach. Widziałam ich zdjęcia. Ale osoby, które pukały do moich drzwi, w ogóle nie przypominali tych młodzieńców z brukowców. Ich zwykle uśmiechnięte i rozpromienione twarze przykrył ponury smutek. Czerwone rumieńce zasłonił szarawy odcień skóry. Dodatkowo wszystko podkreślały ogromne sińce pod oczami, czyniąc te twarze jeszcze bardziej żałosnymi. Ogólnie rzecz biorąc przypominali mi trupy, które po pięciu latach wydostały się z grobu. No i było ich czworo.
-Gdzie jest Dave? – zapytałam nieprzytomnie, zastanawiając się, dlaczego blondyna tu nie ma. Usłyszałam, jak Chuck cicho przeklina pod nosem.
-Chcieliśmy zapytać ciebie o to samo – jęknął.
-A naprawdę miałeś nadzieję, że może tu być? – prychnął cicho Seb – Przecież to oczywiste...
-O czym wy mówicie? – zapytałam trochę już zdenerwowana, wskazując im stół i cztery krzesła. Ja sama odwróciłam się i z szafki wyciągnęłam cztery przezroczyste szklanki. Ruszyłam w ich stronę, zgarniając przy okazji butelkę wody – Przepraszam, nie jestem przygotowana na przyjęcia gości. Mam tylko wodę – przerwałam ciszę, która zapadła na chwilę w moim pokoju.
-Nie szkodzi! – odparli chórem, od razu rzucając się na przezroczysty płyn. Roześmiałam się cicho. Nic się nie zmienili – Może coś zjecie? – zapytałam, nie bardzo wiedząc, co mam powiedzieć. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że właściwie nie mam nic w lodówce.
-Nie, Kate, nie kłopocz się – powiedział Seb, wlewając sobie wodę do szklanki – My za chwilę stąd wychodzimy, nie chcemy zawracać ci głowy.
-Taaak, musimy wracać do Montrealu – dodał Pierre, spuszczając głowę.
-O tej porze? – zerknęłam na zegarek. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że jakiś czas temu stanął, a ja wciąż nie kupiłam do niego baterii – Żartujecie chyba...
-Niestety nie – brunet posmutniał – Słuchaj, Kate, zapytam wprost: Miałaś ostatnio jakiekolwiek wieści od Dave’a?
Wyczułam na sobie pełen nadziei wzrok czterech osób. Ale chyba zauważyli moje zdumienie, bo w ciągu ułamka sekundy ta ich nadzieja zgasła jak zapałka.
-Wiadomości? Przez ostatnie pięć lat – żadnych. Ale dlaczego się pytacie?
Znowu odpowiedziało mi milczenie, ale tym razem Pierre zaczął grzebać w kieszeni w poszukiwaniu czegoś. Chłopaki wyraźnie na niego czekali, a ja domyśliłam się, że rozmawiam ze ścianą. I już chciałam im to wygarnąć, kiedy Bouvier zaczął rozwijać jakąś kartkę. Położył ją na stole, dając mi do zrozumienia, że mogę podejść i przeczytać. Na kartce napisano wyraźnie tylko jedno zdanie: „Poszedłem szukać szczęścia gdzieś indziej.” Wytrzeszczyłam oczy i otworzyłam usta, ale za chwilę z powrotem je zamknęłam, nie bardzo wiedząc, co mam o tym wszystkim myśleć. Jakoś nie pasowała mi taka wiadomość do Davida. Moja głowa nie mogła przyjąć do wiadomości, że on odszedł i nikomu nic nie powiedział.
-I co o tym sądzisz? – Pierre utkwił we mnie wzrok, tak jak i cała reszta. Wzruszyłam beznadziejnie ramionami. Właściwie nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć.
-nie mam pojęcia. Ale w głowie mi się to nie mieści...
-No właśnie! – wybuchł Chuck, waląc pięścią w stół – On nie mógłby nam czegoś takiego zrobić! No nie mógłby!
-Chuck, już to przerabialiśmy – odezwał się Jeff – Przecież wiesz, że ostatnio miał kupę problemów...
-No i co z tego? Przecież miał nas, pomagaliśmy mu! Chłopaki, to jest Dave, on by nam powiedział, jakby chciał wyjechać, a nie zostawiał przygłupie kartki!
-Pierre i Chuck myślą, że to porwanie – wyjaśnił mi Seb – Właściwie są tego pewni. Tylko policja nie chce przyjąć zgłoszenia, bo uważają, że skoro napisał kartkę, że odchodzi, to po prostu odszedł i nie ma sensu go szukać. Dlatego zaczęliśmy to robić na własną rękę. Ale tak naprawdę to nie ma żadnego sensu, bo właściwie on mógłby być wszędzie, w jakichś piwnicach, fabrykach, no wszędzie! A my nie mamy żadnej poszlaki, nic. Dlatego tu jesteśmy. Chcieliśmy zapytać, czy on... Czy on czasem nie mówił tobie... Bo wiesz, byłaś jedyną osobą, której on ufał bardziej niż nam – otworzyłam jeszcze szerzej oczy ze zdumienia, co nie uszło jego uwadze – Zaskoczona? Kate, on naprawdę się w tobie zakochał. Dobra, może na początku rzeczywiście chodziło o ten przygłupi zakład...
-Seb – przerwałam mu stanowczo – Przez pięć lat próbowałam się pozbyć tych wspomnień z głowy. Proszę cię, nie wracajmy do tego.
-Okej, jak chcesz... – wymamrotał niechętnie błękitnooki – To mówił coś tobie?
-Nie mam pojęcia – złapałam się za głowę usiłując sobie cokolwiek przypomnieć, o czym on mógłby nie powiedzieć chłopakom – Nie pamiętam...
-No tak – Jeff szybko wstał od stołu, wyraźnie bez jakiejkolwiek nadziei – Powinniśmy się spodziewać, że nie będziesz nic pamiętała... Chodźcie, chłopaki, na nas już pora. Dzięki, Kate, za chęci...
-Ale chyba nie zamierzacie teraz wracać do Montrealu?!
-Zamierzamy – odparł ponuro Chuck, również wstając – Nie mamy innego wyjścia. Musimy.
-Chłopaki – wrzasnęłam oszołomiona – Spójrzcie na siebie! Jak wy wyglądacie! Ledwo stoicie na nogach! Nie możecie, w takim stanie nigdzie jechać, jeszcze spowodujecie jakiś wypadek! Nie, ja nie mogę was puścić! Kiedy wy ostatni raz spaliście?! – czekałam na odpowiedź, ale tak jak myślałam, nie doczekałam się jej – no właśnie! Koniecznie musicie odpocząć. A i tak pewnie nie wiecie, co robić w sprawie Dave’a, więc zostańcie tutaj choć na jedną noc!
Oni spojrzeli po sobie, jakimś cudem porozumiewając się spojrzeniami. Wiedziałam, że moja propozycja jest dla nich naprawdę kusząca, ale z drugiej strony widziałam też ich upór i determinację. Chyba bali się, że będą mi przeszkadzać. W końcu Seb wzruszył ramionami  burknął:
-A róbcie, co chcecie...
Najwyraźniej jakoś musieli dogadać się niewerbalnie, bo Jeff i Chuck zgodnie pokiwali głowami, odwracając się w stronę wciąż niepewnego Bouviera. Długo na siebie patrzyli, czego kompletnie nie rozumiałam. W końcu jednak i brunet uległ, choć bardzo niechętnie.
-Ale Kate... my naprawdę nie chcemy przeszkadzać. Jeśli to dla ciebie problem...
-Przecież mi nie przeszkadzacie! – huknęłam – Tylko może być mały problem ze spaniem. Mam tylko jedną kanapę i łóżko. Ja mogę się przespać na podłodze, mam jeden materac. Dobra, coś się wymyśli. Łazienka jest po prawej stronie, myślę, że cztery ręczniki tam będą. Nie wstydźcie się.

wtorek, 5 czerwca 2012

CZĘŚĆ I PART XIV


-Już jestem! – blondyn z szerokim uśmiechem wparował z powrotem do pokoju – Mam go, tak jak myślałem, leżał na stole – wcisnął mi zeszyt do ręki, nawet nie zauważając szoku, w jakim byłam – Chciałem wziąć do szkoły, no ale... – zamilkł, widząc mój wyraz twarzy. Uniosłam kartkę do góry, usiłując uświadomić mu, dlaczego się nie odzywam. A ponieważ nadal nie rozumiał, o co mi chodzi, wymamrotałam:
-Założyłeś się z kimś, że... – zerknęłam na kartkę - ... że uda ci się mnie przelecieć w noc balu maturalnego. Tłumacz się – rzuciłam mu ostre spojrzenie. Dave zastygł w bezruchu z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Tu  po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co ma powiedzieć. Otwierał i zamykał usta, ale z jego buzi nic nie wypłynęło.
-To nie tak... – odezwał się wreszcie, ale ja już nie pozwoliłam mu dokończyć.
-Albo wiesz co? Milcz. Po prostu nie odzywaj się – wstałam, podpierając się łóżkiem i ruszyłam ku drzwiom, omijając go szerokim łóżkiem. On był tak bardzo przestraszony i zaszokowany, że nawet nie wiedział, jak się zachować. Czułam się oszukana. Moje serce pragnęło jak najszybciej się stamtąd wyrwać i zapomnieć o wszystkim. Teraz już wiem, dlaczego tak bardzo zależało mu na tym balu. Bo męska duma nie pozwalała mu przegrać tego głupiego zakładu. Przełknęłam ślinę. W moich oczach pojawiły się łzy. Nie chciałam płakać. Nie chciałam, żeby on widział, jak wiele to dla mnie znaczyło. Ale to i tak było silniejsze ode mnie. Szybko stamtąd wyskoczyłam. Przez jakiś czas szłam, a nawet biegłam, usiłując poukładać sobie to wszystko w głowie. Nie potrafiłam. To wydawało mi się jakimś koszmarem.
W końcu przysiadłam na jakiejś ławce i schowałam twarz w dłoniach. To nie mieściło mi się w głowie. Ja ciągle żyłam w nieświadomości, a on ciągle mnie wyśmiewał za plecami. Jak oni mogli? Jak mogli w taki sposób mnie niszczyć? Jak mogli się o mnie założyć? Jeszcze gdyby mi o tym sam powiedział, przyznałby się, to właściwie roześmiałabym się i nic wielkiego by się nie stało. Ale on mnie oszukiwał, chociaż tak wiele mówiłam o szczerości. Olał to.
-Kate... – zerwałam się, ocierając łzy z oczu. Jak on śmie...? – To nie tak...
-Odejdź ode mnie! – warknęłam – Nie zbliżaj się! Nie chcę ciebie znać! Nie chcę, rozumiesz?!
-Poroz...
-Nie! Nie będę ciebie słuchać! Nie zbliżaj się! Nie chcę ciebie znać, nie rozumiesz, co mówię?! – odwróciłam, się i znowu zaczęłam biec, nawet nie wiedziałam, gdzie. Przez jakiś czas jeszcze słyszałam jego kroki, ale musiał pójść po rozum do głowy, bo po pewnym czasie po prostu się zatrzymał. Zapewne zrozumiał, że jego obecność nie ma żadnego sensu, skoro nie chcę rozmawiać. Właśnie to w nim lubiłam. Nigdy nie naciskał. I być może nie powinnam tego zaliczać do zalet, ale również bardzo łatwo się poddawał. Tak jak tym razem.
***
-No chyba sobie żarty stroisz! – wrzasnęła jak zwykle bojowo nastawiona moja matka – W takim razie na pewno tam pójdziesz i pokażesz mu, że umiesz bawić się równie dobrze bez niego!
Tak, mamo. Tylko szkoda, że nie potrafię.
-Ale... – próbowałam dojść do słowa, jednak ona mi nie dała szansy.
-Nie, Kate. Nie po to kupowałyśmy tę sukienkę, by teraz leżała w szafie. Ubieraj się, zaraz popracujemy nad twoją fryzurą.
Westchnęłam cicho. Odkąd opowiedziałam mamie zmyśloną historię o tym, jak Dave mnie wystawił z balem, całkowicie zmieniła stosunek do blondyna. Łaziła w tę i z powrotem ze ścierką w dłoni, mamrocząc wciąż te same słowa. Wcześniej wręcz przepadała za Desrosiersem, czasami kilka razy dziennie powtarzałam jej, że jesteśmy tylko przyjaciółmi. A i tak wpatrując się w blondyna, powtarzała rozmarzonym głosem, że chciałaby mieć takiego zięcia, co wprawiało go w niemałe zakłopotanie.
On już kilkakrotnie próbował ze mną porozmawiać, ale ja specjalnie go unikałam. Wychodziłam z domu o wiele szybciej niż wcześniej, bo wiedziałam, że nadal będzie po mnie przychodził. Na korytarzu omijałam go szerokim łukiem, a w klasach przesiadałam się najdalej jak mogłam. Raz dostałam od niego karteczkę z prośbą o przyjście na bal. Zgniotłam ją ostentacyjnie i wyrzuciłam do kosza, specjalnie, bo on to zauważył. Od tamtej pory już naprawdę się poddał. Łaził ze spuszczoną głową po korytarzu. Zastanawiałam się ciągle, czy to kolejny zakład, czy naprawdę żałuje. Wciąż nie mogłam pozbyć się myśli, że prawdziwa jest wersja nr 1.
Tak czy inaczej, dwie godziny później, w błękitnej sukience i czarnych butach na pięciocentymetrowych obcasach, wyskoczyłam z maminego samochodu przed wejściem do mojej szkoły. Tak, moja rodzicielka postanowiła mnie przypilnować. Chyba domyśliła się, że sama bym tu nigdy nie dotarła. Odwróciłam się niepewnie, patrząc w jej wesołe oczy.
-I nie wracaj mi przed rugą do domu! Chyba że z facetem! – puściła mi oczko. Uśmiechnęłam się ironicznie i zamknęłam drzwi samochodu, a ona, nie czekając ani chwili dłużej ruszyła z piskiem opon. Bez większego entuzjazmu przekroczyłam próg szkoły. Błysk świateł oślepił mnie tak bardzo, że przez moment nic nie widziałam. Musiałam przywyknąć do tego. Zabawa zdążyła już objąć nawet nauczycieli. Zniechęcona widokiem tańczącej matematyczki ruszyłam dalej, w głąb Sali gimnastycznej. –A teraz zagramy coś dla osieroconych przez los! – omal nie poślizgnęłam się na swoich szpilkach, kiedy usłyszałam jego głos. Głos Pierre’a. Z szaleńczo bijącym serduchem rzuciłam się w wir biegu ku Scenie. Ludzie coś wrzeszczeli, warczeli na mnie, ale miałam to gdzieś. Próbowałam jakoś się dopchać, co było naprawdę trudne, by przekonać się, czy to rzeczywiście oni, czy ja czasem nie postradałam zmysłów.
 I to byli oni. Pierre, Jeff, Seb, Chuck i Dave. Tam, na scenie. Zastygłam w bezruchu wpatrując się w swoich przyjaciół. Oni... Oni to kochali, byli sobą. W muzykę wkładali całe swoje serce, a nawet więcej. I wcale się nie zmieniali, powiem nawet więcej, oni jeszcze bardziej pokazywali siebie. I to mi się w nich podobało. Nie próbowali się ukrywać, nie zakładali jakichś masek. Oni mogli osiągnąć naprawdę wiele właśnie przez tę swoją naturalność. A grali znakomicie. Potrafili zespolić się duszami, co dawało naprawdę niesamowity efekt. Teraz już wiedziałam, dlaczego wiąże ich tak wielka przyjaźń. To wszystko sklejała muzyka i pasja do gry. W ich grupie liczyła się przede wszystkim jedność.
Wszystko wydarzyło się podczas najpiękniejszego momentu piosenki, kiedy Pierre wyśpiewał swym cudownym wokalem wers: I’m sorry, I can’t be perfect. Wtedy on mnie zauważył. Zamarł. Zamarł przed mikrofonem. Bouvier spojrzał na niego pytająco. Zapewne w tym momencie miały być jakieś chórki. Ale blondyn już dawno przestał kontaktować. Widziałam tylko, jak ściąga ze swoich ramion bas. Domyśliłam się, że to przeze mnie, dlatego odwróciłam się i zaczęłam uciekać. Te słowa ciągle dźwięczały mi w uszach: I’m sorry, I can’t be perfect, I’m sorry... I być może dotarł do mnie sens tego krótkiego zdania, ale nie umiałam się zatrzymać. Biegłam dalej w tych swoich szpilach i właściwie on nie mógł mnie nie dogonić.
-Kate, proszę, porozmawiajmy! – błagał, zatrzymując mnie swoją dłonią. Przystanęłam, choć mogłam biec dalej – Spójrz na mnie.
Mechanicznie uniosłam wzrok ku górze i natrafiłam na jego piwne tęczówki. I stało się coś naprawdę dziwnego: nie mogłam oderwać od niego wzroku. Patrzyłam i patrzyłam, w ogóle nie docierały do mnie jego słowa. Znowu między nami zawiązała się swego rodzaju więź. Tylko jeszcze głębsza. Nie wiedziałam, co to oznaczało. Wtedy. Teraz już wiem. I gdybym mogła cofnąć czas, nie zawahałabym się nawet przez sekundę. Ale wtedy byłam głupia, podjęłam tę złą decyzję. I choć wiedziałam, że słowo „kocham” było szczere, nie doceniłam tego. Uciekłam. Znowu. On już nawet nie próbował mnie gonić. Najwyraźniej domyślił się, że to nie ma żadnego sensu. Nie umiałam tego zobaczyć. A być może umiałam, ale się bałam. Nie wiem. Nie potrafiłam wtedy racjonalnie myśleć. Nie posłuchałam serca i to był największy błąd mojego życia. Dotychczasowego życia. 

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

sobota, 2 czerwca 2012

CZĘŚĆ I PART XIII


Maj się kończył, a wraz z majem i nasze egzaminy. Wszyscy zdaliśmy bez problemu, chociaż Chuck miał niewielki problem z angielskim ustnym, ale jakoś mu się udało prześlizgnąć. Ogromnymi krokami zbliżał się bal pomaturalny, a Pierre, Chuck, Seb i Jeff wciąż nie mieli partnerek, a co za tym idzie, większość dziewcząt naszej szkoły także. Wszystkie czekały na któregoś z nich, a oni nie mogli się na żadną zdecydować.
-W końcu musicie jakąś zaprosić – oznajmiłam już zmęczona tym wszystkim jakiś tydzień przed balem – Chyba że wolicie iść bez pary, to już wasz wybór – wzruszyłam ramionami. Dla mnie akurat to nie był problem. I to nie dlatego, że Dave mnie zaprosił. Po prostu dla mnie to nie miało żadnego znaczenia, czy będę tam sama, czy z kimś.
-Nie no, przecież musimy mieć partnerki! – prychnął Pierre – Tylko powiedz, którą wybrać. Ich jest tysiące, miliardy. MILIARDY! – brunet złapał się za głowę – Widziałaś, jak one wszystkie za nami łażą, gapią się i czekają, aż w końcu do nich podejdę?! To się robi naprawdę niefajne!
-więc zaproś w końcu którąś i będziesz miał spokój – stwierdziłam obojętnie, zrywając niewielką stokrotkę i pozbywając się po kolei jej płatków.
-tobie to tak łatwo mówić – burknął Seb – My nie chcemy żadnej ranić.
-ale z drugiej strony nie chcemy też mieć takiej... No wiesz... – Chuck zaczął udawać chód typowego plastika. Pierre dla żartu podstawił mu nogę, a wielkoczoły upadł twarzą do piaskownicy. Wybuchliśmy głośnym śmiechem.
-Na ciebie i tak żadna porządna nawet nie spojrzy! – krzyknął Jeff – Chyba, że będzie po kilku piwach, a nawet więcej niż po kilku.
-Chłopaki, zamiast narzekać, to po prostu otwórzcie szeroko oczy i szukajcie! – zachęciłam ich – Jak do poniedziałku sobie jakiejś nie znajdziecie, to was wyśmieję! Teraz już nie macie czasu na wymyślanie. W sobotę jest bal, pamiętajcie o tym. Swoją drogą, Dave, masz może mój zeszyt od historii? Bo wydaje mi się, że tobie pożyczałam, a pilnie go potrzebuję.
Blondyn podrapał się po głowie, próbując sobie przypomnieć, gdzie mógł zapodziać mój zeszyt
-A no tak! – krzyknął, klaszcząc w dłonie – Miałem ci go przynieść do szkoły, ale zupełnie mi to wyleciało z głowy, bo pakowałem wcześniej banany i brakowało mi jednego, zacząłem liczyć, okazało się, że brakuje dwóch, myślałem, że je zjadłem, ale okazało się, że źle policzyłem, a że zjadam banany jedynie w parach, bo w parach jest ich więcej...
-Okej, Dave, rozumiem – ucięłam jego monolog, śmiejąc się z bananowej manii blondyna - Muszę go koniecznie dzisiaj mieć. Dałoby radę...?
-No jasne – Dave zerwał się - Możemy już teraz wpaść do mnie, żeby później nie zapomnieć.
-Byłoby cudownie – odparłam również wstając. Pożegnaliśmy się z chłopakami i w dwójkę ruszyliśmy w stronę mieszkania Desrosiersów, przez cały czas obstawiając, jakie partnerki wybiorą sobie na bal nasi kumple.
Wyobrażając sobie mieszkanie Dave’a, oczyma wyobraźni zawsze widziałam bogaty, świeżo pomalowany na beżowo dom w jednej z bogatszych dzielnic Montrealu. Dlatego byłam lekko zaskoczona, gdy blondyn skoczył w stronę drzwi jakiegoś obskurnego bloku i zaczął grzebać kluczem w dziurce. Musiał zauważyć moje zdumienie, bo zachichotał cicho i odezwał się:
-Nie pasuję do tej okolicy, co?
Rozejrzałam się po raz drugi. Rzeczywiście wesoły i wiecznie rozgadany Desrosiers nie mógł wychowywać się w takiej atmosferze, wśród spojrzeń pijaków i żebraków, wśród biedoty. Nie mogłam uwierzyć, że on stąd pochodzi. Rzeczywiście nigdy nie opowiadał mi o swoim miejscu zamieszkania. W ogóle nie opowiadał mi o niczym poza muzyką. Wróciłam pamięcią do naszych rozmów. Przypomniałam sobie, że blondyn niechętnie opowiadał o swoim dorastaniu, gdy padało o to pytanie, sprytnie zmieniał temat. Dopiero teraz zrozumiałam, że on po prostu nie chciał o tym mówić.
-Wiesz, kiedyś było naprawdę ciężko – westchnął Dave, zamykając za sobą drzwi, które zatrzasnęły się z głośnym trzaskiem - Moi rodzice nie zawsze mieli pracę, a jeśli mieli, to wyciskali z niej, ile się dało. W domu siedziałem jedynie z siostrą, rzadko się ktoś nami interesował... – zamilkł na chwilę, słysząc czyjeś kroki. Minęliśmy straszą kobietę, chyba już emerytkę - Więc wiesz, moją rodziną tak naprawdę byli kumple z podwórka. Część była trochę starsza, zawsze nam imponowali – Desrosiers po raz drugi westchnął ciężko. Chyba zastanawiał się, czy mówić dalej. Ja milczałam, nie chciałam go pospieszać ani zmuszać do wyżaleń, chociaż wiedziałam, że on potrzebuje rozmowy, musi to z siebie wyrzucić. Zastanawiałam się, dlaczego mi o tym mówi. To oznaczało, że mi ufa – Kurde... Nie tak łatwo o tym mówić... – wymamrotał, a ja pokiwałam głową ze zrozumieniem – Ludzie tego nie rozumieją, to wszystko trzeba przeżyć. Ja akurat miałem to cholerne szczęście – uśmiechnął się lekko, zaciskając pięści -W wieku ośmiu lat zacząłem kraść. Wiesz, nic specjalnego, jakieś soczki z osiedlowego sklepiku. Tyle że te kradzieże  coraz częściej się powtarzały i robiły się coraz bardziej poważne. W piwnicy mieliśmy naszą skrytkę. Tam było wszystko, co  skradliśmy grupowo, bo często robiliśmy też jakieś grupowe napady. Druty, wiesz, żeby otworzyć drzwi, kije baseballowe.. Naprawdę nie wiem, jak to wszystko by się skończyło, gdybym nie poznał Pierre’a. On zaraził mnie pasją do muzyki i on odkrył moje prawdziwe wnętrze. Miałem coraz mniej czasu na spotkania z moją drugą rodziną. W końcu w ogóle przestałem się z nimi widywać. I bardzo dobrze, bo jakiś czas później złapano ich na jakiejś grupowej akcji. Większość wylądowała w poprawczaku, część w więzieniu. Kilku zostało, ale bez elity nie mogą nic zrobić. Wiesz... Oni chyba myślą, że to ja ich wsypałem. Do dzisiaj mnie nie zaczepili, chyba się boją. Ale czuję, że nie odpuszczą.
-I nie boisz się? – zapytałam po chwili ciszy. Mój głos odbił się echem od ścian, głucho powtarzając moje słowa. Nie umiałam wyobrazić sobie Desrosiersa o kilka lat młodszego z kijem baseballowym. Ale czułam, że to nie jest jakaś zmyślona historia, by mi się przypodobać.
-Nie – odparł entuzjastycznie blondyn bez zastanowienia, przeskakując dwa schody i odwracając się w moją stronę – Oni mają swoją paczkę, ja swoją. Czuję się bezpieczny. Zresztą, Kate, ja nie zamierzam przez całe dnie siedzieć w strachu i nie ruszać się z łóżka. Życie jest po to, żeby z niego wydusić, ile się da. Jesteśmy na miejscu – otworzył mi drzwi i gestem zaprosił mnie do środka. Czując się nieswojo, niepewnie przeskoczyłam przez próg. Pachniało tutaj duszoną kapustą. Rozejrzałam się. W przyciasnym holu mogły zmieścić się zaledwie dwie osoby wraz z wieszakiem i lustrem. Wszystko było takie schludne i dokładnie wymyte, choć i tak wyglądało to naprawdę skromnie.
-David, to ty? – usłyszeliśmy głos jakiejś starszej kobiety, zapewne pani Desrosiers.
-Tak, mamo – odkrzyknął blondyn, rumieniąc się lekko – Nie ściągaj butów, Kate, nie ma takiej potrzeby – zwrócił się do mnie. Nie wiem, jakim cudem przecisnął się obok mnie. Tak czy inaczej jakimś sposobem znalazł się przede mną i dłonią dał mi znak, bym ruszyła za nim. Otworzył pierwsze drzwi po prawej strony i warknął:
-Julia, wypad.
Usłyszałam ciche prychnięcie i szorstką wypowiedź. Blondyn powtórzył rozkaz, jeszcze mocniej akcentując ostatnie słowo. Po krótkiej chwili z pokoju wyskoczyła jakaś dziewczyna, zabójczo podobna do blondyna. Z zadziornym uśmieszkiem rzuciła mi dzikie spojrzenie.
-Ooo! Dave’iś przyprowadził dziewczynę! – pisnęła, lustrując mnie od stóp do głów. Ale zanim zdążyłam chociażby się odezwać, Dave pociągnął mnie za rękę i znalazłam się w jego pokoju. Właściwie to pomieszczenie było podzielone białą kreską na dwie połowy, jakby kontrastowe. W jednej, zapewne nie mojego przyjaciela wszystko perfekcyjnie uporządkowano. Ubrania idealnie poskładano, w równą kosteczkę. O kurzu nawet nie myślałam. Na pierwszy rzut oka stwierdziłam, że druga połowa należy do Desrosiersa. Każdy skrawek ściany pozalepiał plakatami, ubrania porozrzucał po całej swojej powierzchni, nie mówiąc już o pościeli. Jedyna rzecz, która wydała mi się zadbana to czarny akustyk, aż lśniący w słońcu. No i długa półka aż uginająca się od nadmiaru różnego rodzaju płyt i kaset. Zastanawiałam się, gdzie może być radio lub inne urządzenie odtwarzające je. Bo chyba nie w tym pokoju.
-Przepraszam za ten bałagan... – jeszcze bardziej czerwony Dave zaczął zbierać ubrania z łóżka i podłogi, zgarniając je na jedną wielką kupę – Siadaj – powiedział, wskazując na mebel. Potem przykucnął i z szuflady biurka zaczął wyciągać różne zeszyty i książki. Mamrocząc coś niezrozumiałego pod nosem odrzucał skoroszyty za siebie, co tylko tworzyło jeszcze większy bałagan. Zachichotałam cicho.
-Nie ma – oznajmił zamyslony, prostując się – Musiałem zostawić w salonie. Zaraz wrócę. Jak chcesz, to możesz sobie pogrzebać w moich rzeczach – nim zdążyłam chociażby otworzyć usta, jego już nie było. Rozejrzałam się z ciekawością. Na pewno znalazłabym tu wiele skarbów, gdybym tylko miała czas, by tam grzebać. Sama nie wiem, co mną kierowało, kiedy sięgnęłam po jego zeszyt. Chyba po prostu chciałam zobaczyć jego notatki z ostatniej lekcji. Ale jego skoroszyt zwrócił moją uwagę czymś innym. Wiedziałam, że to co w nim zapisywał było niczym. Serce tego zeszytu mieściło się z tyłu, na okładce. Przeróżne rysunki przykuwały wzrok odbiorcy. Przyglądałam się im przez jakąś minutę, a potem z powrotem przewróciłam kartkę. Zauważyłam coś napisanego wierszem. I chociaż ciekawość mnie zżerała, nie ośmieliłam się tego przeczytać. Za to na dłoń wypadła mi kartka, zwykła, wyrwana z zeszytu. Szczerze mówiąc myślałam, że to kolejne rysunki, dlatego ją rozwinęłam. A to co było na niej napisane, wstrząsnęło mną tak bardzo, że przez bardzo długi moment nie mogłam dojść do siebie.
-Już jestem! – blondyn z szerokim uśmiechem wparował z powrotem do pokoju – Mam go, tak jak myślałem, leżał na stole – wcisnął mi zeszyt do ręki, nawet nie zauważając szoku, w jakim byłam – Chciałem wziąć do szkoły, no ale... – zamilkł, widząc mój wyraz twarzy.