wtorek, 20 listopada 2012

CZĘŚĆ IV PART IX


Pusta butelka po tanim winie turlała się po stole, wyraźnie wahając się, czy upaść na podłogę, czy może jednak zaoszczędzić kolejnego kłopotu. Niebezpiecznie zbliżała się do końca stołu, jakby chciała zagrozić, że jednak się rozbije. Ale on i tak nic by nie zauważył. Leżał rozłożony na kanapie, z pustym już kieliszkiem w dłoni, wpatrując się w sufit i zastanawiając się, co on osiągnął w życiu. Nie ma już Simple Plan, nie ma już Kate. Właściwie to co on tutaj wciąż robi? Niby wciąż żyje, niby jego serce wciąż bije, ale nie ma na świecie osoby, dla której ono wciąż to robi. Czegoś mu brakowało, ale nie mógł wykombinować, czego. Na pewno dzieci, ale... To nie to. Dlaczego on nie może poradzić sobie z własną głową i własnymi myślami? Dlaczego on nie może sobie ładnie wszystkiego poukładać? Nie umie posprzątać bałaganu, który sam wyprodukował. Czegoś mu brakuje. Do jasnej cholery, czego?!
***
Nie miała pojęcia, dlaczego w dłoniach wciąż ściskała swój telefon. Przecież on nie zadzwoni. A nawet jeśli, to na pewno nie będzie ta osoba, która robi to w jej wyobraźni. Po co ta głupia nadzieja? Rozstaliście się. On nie wróci. Dlaczego wciąż na niego czekasz? Głupota... Gdybyś wtedy nie pozwoliła mu odejść, być może by został. A tak... Nie, nie udawaj już, że go kochasz. Dobrze wiesz, czym to zejście mogłoby się skończyć. Poprawka, na pewno by się skończyło. Kate, ty go już nie kochasz. To nie ma sensu. W takim razie dlaczego wciąż o nim myślisz? Dlaczego nie możesz pozbyć się go z głowy? Co się z tobą dzieje? Wariujesz, Kate. Uważaj, żebyś nie zrobiła złego kroku. Nie możesz teraz popełnić błędu. Przecież żyje ci się dobrze. Przecież wszystko masz. Czego ci potrzeba?
Tylko tego cholernego telefonu.
Idiotka... On naprawdę cię kochał! Starał się to wszystko jakoś naprawić, skleić, a ty to wszystko zwyczajnie ignorowałaś. Debilka! Gdybyś chociaż raz doceniła... Gdybyś ty wysiliła się powiedzieć jakiś komplement, nawet nieprawdziwy... To gdybanie! Przeszłości nie zmienisz. Możesz jedynie ostrzec dzieci przed swoimi błędami.
Serce omal jej nie pękło, gdy zadźwięczała jej komórka. Bała się spojrzeć na wyświetlacz, ale jakoś się przemogła. Niechcący telefon wyślizgnął się z jej dłoni i upadł. Ona nie miała pojęcia, co robić, czy się cieszyć czy płakać. Tak długo czekała, a teraz nie miała odwagi, by odebrać...
***
Jechał powoli montrealskimi drogami, przesadnie denerwując się na korki. Nie wiedział, czy o to chodziło, nie wiedział, czy tego mu brakowało. Ale spróbować musiał. Na pewno. Siedząc przez te kilka dni w samotności zrozumiał, że brakuje mu jej zrzędzenia, narzekania. Chciał wrócić, zrozumiał, że życie bez Kate nie ma najmniejszego sensu, zrozumiał, że naprawdę ją kocha. A ona jego, mimo że tego nie pokazywała. Przeżyli razem tak wiele, że kolejne czterdzieści lat też uda im się przetrwać. Tylko oby ona się zgodziła.. Oby zgodziła się na jego powrót. Oby i ona zdołała zrozumieć, że go kocha. Oby zrozumiała, że miłość jest wieczna...
Pragnęła jak najszybciej go zobaczyć, pragnęła go pocałować. Tęskniła za jego głosem i dotykiem. Ten telefon dał jej tak wiele nadziei, tak wiele sił, by uwierzyć, że wszystko dobrze się skończy. Musiało się dobrze skończyć, przecież bajki nie mają złych zakończeń. Powtarzała sobie, że się zmieni. Powtarzała sobie, ze nie wytrzyma już tej samotności, że on musi wrócić, że ona zrobi wszystko, byle tylko on zdołał z powrotem ją pokochać. Stworzą wreszcie prawdziwą rodzinę, rodzinę, którą byli kiedyś, wtedy, gdy Dave częściej koncertował i nie miał zbyt wiele czasu dla siebie. Dlaczego wtedy umieli docenić magię miłości, a teraz nie potrafią? Dlaczego to wszystko zaczęło się psuć? Dlaczego ona nie umiała docenić jego starań? Dlaczego musiało dojść do rozłąki, by ona mogła zrozumieć, że bez niego nie wytrzyma, że zwariuje? To uczucie z młodości wciąż w niej było, ale po prostu zostało zakopane przez szarą codzienność. W końcu nadjechała koparka i to odkopała. Miłość wciąż się w niej kotłowała.
Wiedziała, że ma jeszcze dużo czasu, ale mimo wszystko śpieszyła się. Chciała być wcześniej, chciała pokazać, że jej zależy, że pragnie drugiej szansy. Krople deszczu zaczęły z cichym stukiem rozbijać się o jej szyby. Na początku były tylko pojedyncze, powoli jednak zagęszczały się. Kate przełknęła ślinę. Miała złe przeczucia, ale odpychała je od siebie. Przecież pogoda nie może zniszczyć jej optymizmu. Nic nie mogło zniszczyć jej pozytywnego myślenia. Ścisnęła mocniej kierownicę. Miała ochotę zatrąbić na przedni samochód, żeby już ruszył, chociaż światło mieniło się kolorem czerwonym. Denerwowała się, chociaż naprawdę nie miała do tego żadnych powodów. Wszystko jak na razie szło zgodnie z planem. Ale ona już pragnęła tam być, siedzieć, czekać. Nacisnęła na pedał gazu i ruszyła. Wyprzedziła jakieś czerwone auto, chociaż wiedziała, że to niezgodne z przepisami. Znacznie przekroczyła dozwoloną prędkość, ale nie zwróciła na to uwagi. Miała szczęście, z daleka widziała, że świeci się zielone światło. Znowu przyśpieszyła. Chciała zdążyć przejechać. Nie zauważyła nagłej zmiany na czerwone. Nie włączyła kierunkowskazu. Wina leżała po jej stronie. A jednak, gdy zakręciła ostro, a w tył jej samochodu wbiło się inne auto, jej nie stała się krzywda. Niewiele pamiętała z tego wypadku. Jedynie potężny huk i szarpnięcie. A potem cisza. Cisza, która była dla niej największym szokiem niż krzyki, które potem usłyszała. Miliardy myśli gnieździły się w jej głowie. Bała się odwrócić, bała się zobaczyć, co się wydarzyło, co ona zrobiła. Siedziała z zamkniętymi oczami. Nie, nie uniosła powiek do góry. Głowa ją koszmarnie bolała, czuła spływającą krew, ale dzięki temu wiedziała, że nadal żyje. Wzięła głęboki wdech. Płuca ją zapiekły. Coś musiała uszkodzić, ale teraz to nie było ważne.
Nagle poczuła zimno, niepokojący chłód. Ktoś potrząsnął jej ramieniem, otworzyła oczy. Ktoś o coś się jej pytał, nie odpowiedziała, deszcz ciągle padał, ktoś krzyczał, karetka już przyjechała, włosy mokre, ciemne chmury kwitnące nad światem brudnego Montrealu, przerażenie, ból, ciało, krew. Wszystkie te obrazy tak szybko przeskakiwały, że Kate nie mogła nadążyć. Potem jej wzrok spoczął na tłumie ludzi. On tam, stał. Uśmiechał się smutno, jakby chciał przekonać ją, że nic się nie stało. Wyczytała z jego ust „I’m sorry, I can’t be perfect”. Zamrugała powiekami, ale wtedy on się rozmazał. Odszedł. Uświadomił jej, co zrobiła. W jej oczach pojawiły się łzy. Zerwała się i nie zważając na krzyki i ból w klatce piersiowej rzuciła się w stronę ludzi zgromadzonych przy nieprzytomnym ciele człowieka, który także brał udział w wypadku. Już wiedziała, ale i tak musiała się upewnić. I nawet gdy ujrzała jego twarz, zwyczajnie nie wierzyła własnym oczom, nie wierzyła w to, co widziała. Modliła się, by to nie była prawda, by to był koszmar, zły sen. W końcu to do niej dotarło. Zabiła. Zabiła własnego męża, zabiła mężczyznę swojego życia. Upadła na kolana. Schowała twarz w jego kurtce. Czuła jak jej serce pęka, nie wytrzymuje tego wszystkiego. Próbowała go wybudzić, próbowała wskrzesić go do życia, krzyczała, błagała, przepraszała, robiła wszystko, co mogła. Na nic. To wszystko nie było potrzebne. On nie żył. Każdy jej powtarzał, że on nie żyje. Nie wierzyła. Nie wierzyła nikomu. Wciąż ściskała jego zimną bladą dłoń i czekała. Czekała na cud, który nigdy się nie wydarzył.
-Pamiętasz? – wyszeptała, łkając – Pamiętasz, co mi zawsze śpiewałeś? Perfect... David... Dlaczego ja nigdy nie zaśpiewałam tego tobie? Dlaczego ja nigdy nie potrafiłam tego z siebie wydobyć?  Dlaczego...? – pociągnęła nosem, a potem cichutko zaśpiewała – I’m sorry, I can’t be... Per.... – nie dokończyła. Reszta jej słów zaginęła w głośnym ryku. Krople deszczu mieszały się jej z łzami. Tak jak miłość mieszała się ze śmiercią. Tak jak słowa mieszały się z ciszą. Ale w tych mieszaninach zawsze było coś silniejszego. Łzy , miłość i cisza zwyciężyły. Właśnie  te wartości dostrzegł wpatrujący się w obrazek David. Ona go nie widziała. Nikt go nie widział. A on nie chciał patrzeć na jej cierpienie. Zamknął oczy i rozpłynął się w nicości światła, wiedząc, że już nigdy nie dotknie jej policzka. Odszedł do świata, w którym nie będzie miłości. Chciał zapomnieć. Ale czy mu się uda? Czas pokaże. W jej sercu pozostanie na zawsze. 

THE END

sobota, 17 listopada 2012

CZĘŚĆ IV PART VIII


Zanim zdążyliśmy chociażby zmrużyć powieki, dwa tygodnie już minęły i trzeba było wracać do domu. Ale czułem, że spełniłem wzorowo swój obowiązek, że zrobiłem wszystko, co mogłem zrobić. Oboje nie zmarnowaliśmy tego czasu. Na pierwszy rzut oka dało się dostrzec, że zmieniliśmy się. Każdego dnia coraz bardziej przypominaliśmy sobie, na czym polega miłość i kochanie. Zapomnieliśmy o swoim wieku i zachowywaliśmy się jak dwójka nastolatków. To było najlepsze w tym całym wyjeździe. Wróciliśmy do czasów, w których pieprzyliśmy cały świat. Ludzie gapili się na nas jakby nie mieli ciekawszych zajęć do roboty. Olewaliśmy ich niewygodne spojrzenia. Olewaliśmy wszystkich i wszystko.
Którejś nocy pobiegłem do hotelu po gitarę i zagrałem Kate chyba z pięćdziesiąt piosenek, nie tylko o miłości. A że to było w parku, to zaraz pojawił się niewielki tłum słuchaczy. Ktoś rzucił mi pod nogi monetę. Spojrzałem na nią, ale nie podniosłem jej. Zagrałem „Crazy”. Mam nadzieję, że ten ktoś zrozumiał, co miałem na myśli. Wszystkiego nie da się kupić za pieniądze. Na szczęście. A może dla niektórych niestety. Powoli tłum zaczynał się tu zadomawiać i rozluźniać się. Niektórzy krzyczeli, że chcą bis, gdzieś w tle usłyszałem pytanie o nagranie solowej płyty. W odpowiedzi zagrałem „Thank you”. Wątpiłem, by tym razem ktoś zrozumiał, o co mi chodzi. Nigdy nie nagrałbym solowej płyty. Nigdy nie zniżyłbym się do poziomu Pierre’a. Zwłaszcza gdy zobaczyłem, jak ogromną przyjemność daję ludziom swoją grą. A jak myślałem o solowej płycie, na myśl przychodził mi brunet i jego egoizm oraz chęć kasy. A ja już nie chciałem tego robić dla kasy, chciałbym czerpać z tego radość. W końcu głos odmówił mi posłuszeństwa. Miałem spuchnięte palce od gitary. Przeprosiłem wszystkich i podziękowałem za słuchanie. Chwyciłem Kate za rękę i ruszyliśmy, a tłum rozstąpił się, chcąc nas przepuścić. Dostrzegłem dumę na jej twarzy. Tak jak kiedyś.
Następnego dnia mniej więcej o tej samej godzinie wyszliśmy na spacer. Zdziwiłem się, gdy przy ławce, na której ostatnio siedziała moja żona, kręciło się mnóstwo ludzi. Niektórzy zerkali na mnie nieco zawiedzeni, że nie mam w dłoni akustyka.
-Zagraj – powiedziała cicho Kate – Oni na ciebie czekają.
Więc znowu większość nocy spędziłem w tłumie słuchających mojej gry i śpiewu. I tak już było codziennie. Nie powiem, podobało mi się to. Nie rozpoznawał mnie nikt, a przynajmniej nikt nie powiedział mi prosto w oczy, że jestem Davidem Desrosiersem. Ludzie traktowali mnie jak zwykłego człowieka. Ostatnią noc zaliczyłem do najgorszych. Musiałem im wszystkim wtedy oświadczyć, że więcej tu nie wrócę. Wiele osób prosiło o autograf. Nie dawałem. Nie chciałem być gwiazdą. Ale długo jeszcze z nimi rozmawiałem. Ci ludzie w większości przychodzili sami, rzadziej w parach. Tutaj oni wszyscy nie byli samotni, oni byli jedną wielką rodziną, łączyli się. To się czuło. Czuło się swego rodzaju siłę i więź. Wiedziałem, że w Montrealu coś takiego nigdy by się nie wydarzyło. Tam brakuje tego czegoś. Jedności.
Wiele przeróżnych przygód przeżyliśmy w Grecji. Myślałem, że nasz związek dzięki temu się odnowi. Ona także. Miłość wciąż nam towarzyszyła. Wszędzie chodziliśmy we dwoje, ściskając swoje dłonie. Naprawdę byliśmy szczęśliwi. Czuliśmy się jak w snach, marzeniach, bajce. Każda bajka musi się skończyć.
Wraz z powrotem do Montrealu wróciła z nami brudna szara rzeczywistość. Przez pierwszy tydzień jeszcze jakoś się trzymaliśmy, podczas drugiego coś zaczęło się psuć. Kłótnie robiły się coraz ostrzejsze, coraz częściej nasze głowy zastępował wrzask. Znowu chowaliśmy się u dzieci, żeby siebie uniknąć.  Któregoś dnia przypadkiem zobaczyłem płaczącą Nicole. Domyśliłem się, że nas słyszała i zwyczajnie miała dość, tak jak ja. Zauważyłem wtedy, że one też cierpią. Nie chciałem sprawiać im bólu, bo teraz tylko oni mi pozostali.
-Koniec – burknąłem, wpadając do kuchni. Z ręki Kate wyślizgnęła się ogromna drewniana łyżka i upadła na podłogę. Chciała zapewne znowu na mnie warknąć, ale nie zdążyła – Koniec- powtórzyłem – Myślałem, że coś da się zrobić, starałem się, ale to wszystko na nic. To nie ma sensu, Kate. Nasz związek nie ma sensu. Ciągle się kłócimy. Musimy się rozstać chociażby dla dobra dzieci. Tego już nie ma.
Ona przez chwilę się nie odzywała, zapewne analizując moje słowa. Potem głośno westchnęła i oznajmiła:
-Też o tym myślałam. Nie możemy ich ranić swoimi krzykami. Dawno przestaliśmy do siebie pasować.
-Zostań tutaj, ja się wyprowadzę. Na razie wezmę najpotrzebniejsze rzeczy, przy okazji spakuję resztę.
-A... Co z dziećmi?
Przełknąłem cicho ślinę. Wiedziałem, że ona nigdy mi ich nie odda, a z drugiej strony nie chciałem, żeby traktować je jak zwierzęta na targu. Pragnąłem ich dobra. Zacisnąłem mocniej pięści. Tak naprawdę nie miałem innego wyjścia. W końcu od początku Kate je wychowywała, ja ciągle byłem w trasach.
-Chyba... Chyba muszą tu zostać – wydusiłem z siebie – Ich miejsce jest przy matce. Co nie oznacza, że nie będę ich odwiedzał. Jakoś się z tobą skontaktuję.
-Zgadzam się – odparła ona pozbawiona jakiejkolwiek barwy głosu – Sądzę, że tak powinniśmy zrobić.
Pobiegłem schodami na górę i wpadłem do naszej wspólnej sypialni. Zadzwoniłem szybko do jednego z kumpli z pytaniem, czy nadal chce wynająć mieszkanie. Na szczęście chciał i po pytaniu o Kate, na które nie odpowiedziałem, zgodził się mi je udostępnić. Z ciężkim sercem wyciągnąłem jedną z walizek i zacząłem pakować wszystko, co przyszło mi do głowy. Powtarzałem sobie, że to dla dzieci, ale wcale mi to nie pomagało. Wiedziałem, że nic tu po mnie, że jeśli tu zostanę, koszmar znowu się zacznie. Był już wieczór, kiedy wszedłem do pokoju dziewczynek, wycałowałem je i jąkając się, powiedziałem, że tatuś musi się wyprowadzić. One chyba nie zrozumiały, o czym ja mówię. Dopiero gdy to powtórzyłem, Jane zapytała mnie, kiedy wrócę. Nie mogłem odpowiedzieć jej na to pytanie. Nie mogłem dłużej się z nimi żegnać, bo wiedziałem, że się rozkleję. Wstałem, po raz ostatni je przytuliłem i z wielką niechęcią odszedłem. Zapukałem cicho do pokoju Chrisa. Położyłem dłoń na klamce ale nie nacisnąłem jej. Coś mnie powstrzymywało, coś mi mówiło, że powinienem najpierw przemyśleć to, przemyśleć, jak przeprowadzić tę rozmowę. Ale mimo wszystko chciałem to mieć za sobą. Wszedłem do jego pokoju. Chris nad czymś intensywnie myślał, dotykając strun swojej gitary. Rozpromienił się na mój widok.
-Już prawie umiem zagrać „Save you”! – pochwalił się, podskakując na łóżku i powracając do swojego dobrego nastroju.
-To wspaniale! – krzyknąłem z udawanym entuzjazmem, siadając obok niego – Zagrasz mi?
-Ale... – zawahał się, ale pokiwał głową, zgadzając się. Chwycił gryf gitary i zaczął grać wstęp. Wciąż jeszcze trochę niepewnie czuł się w tej piosence, kilka razy się pomylił, ale ja nie zwracałem na to uwagi. Wpatrywałem się w kolorowy świat za szybą, wsłuchując się w słowa. Myślałem o tym, co się stanie, gdy opuszczę ten dom. Myślałem o tym, co się stanie z talentem mojego syna. Zmarnuje się? Miałem szczerą nadzieję, że nie. Miałem nadzieję, że nie porzuci gry tylko dlatego, że przestałem go wspierać.
-Chris... – wyszeptałem, zerkając niepewnie na chłopca – Chris, obiecaj mi, że nigdy się tego nie pozbędziesz – pogłaskałem pieszczotliwie swojego akustyka – I niezależnie od okoliczności zawsze będziesz na nim grał.
-Ale tato, dlaczego teraz mam...
-Obiecaj, Chris, proszę cię!
-Obiecuję – oznajmił mój syn, zaskoczony moim uporem. Wyczuł, że coś się święci. Zabrałem mu z rąk gitarę, odłożyłem ją na bok i bardzo mocno przytuliłem mojego syna. Moje oczy zaszkliły się od łez. Jego małe serduszko biło niemal z prędkością światła.
-Tato, co się dzieje? – zapytał zdenerwowany. Wypuściłem go ze swoich objęć i otarłem łzy z oczu. Wiedziałem, że to będzie trudne, ale nie aż tak bardzo.
-Odchodzę... – wydusiłem z siebie jakimś cudem – Chris... Muszę się wyprowadzić.
Nie musiałem patrzeć na jego twarz, żeby zrozumieć, jak bardzo go to zabolało. W ogóle nie chciałem spojrzeć w jego oczy. Bałem się ujrzeć zaskoczenie i strach w jego źrenicach. Wlepiłem wzrok w plakat Linkin Parku.
-Chris... – próbowałem się tłumaczyć – Chris, ja robię to dla ciebie... Dla ciebie i twoich sióstr... Już nie chcę... Żebyście wysłuchiwali naszych kłótni... Jesteś mądrym chłopakiem i wiesz, że udawanie kochającej się rodziny nie ma żadnego sensu.
-To nie moglibyście z powrotem się pokochać? – zapytał z nadzieją, wpatrując się we mnie.
-To nie takie proste – westchnąłem , spuszczając głowę.
-N o ale miłość jest wieczna, tak? Więc powinniście... – zamilkł, patrząc na mnie błagalnie – No spójrz na mnie! Powiedz, że niedługo wrócisz i nie będziecie się kłócić i że będziemy normalną rodziną... No spójrz na mnie!
Odwróciłem głowę w jego stronę. Oddychał ciężko. Rozumiałem jego furię. Rozumiałem to, że się denerwował. Ale nie mogłem mu nic obiecywać. Wraz z Kate wiedzieliśmy, że już nigdy się nie zejdziemy, że jeśli tyle razy nam się nie udało, to kolejny też się nie uda. Po prostu nie byliśmy dla siebie stworzeni.
-też kiedyś myślałem, że jest wieczna – wyszeptałem, wstając. Na pożegnanie poklepałem go po plecach. Potem odwróciłem się i wyszedłem z pokoju, usiłując posklejać kawałki mojego serca. Wziąłem swoje walizki i powoli zszedłem na dół. Chciałem, żeby mój jeden krok trwał co najmniej wieczność, ale to nie było możliwe. Co gorsza wciąż miałem wrażenie, że przyspieszał i zanim zdążyłem chociażby kiwnąć palcem, stałem już przy drzwiach. Westchnąłem ze smutkiem. Właśnie opuszczałem najcenniejszy fragment mojego życia.
-David – usłyszałem za sobą cichy głos Kate – Powodzenia. Powodzenia w lepszym życiu.

wtorek, 13 listopada 2012

CZĘŚĆ IV PART VII


-David? David, co ty tu robisz? – zaskoczona Kate wyciągnęła głowę z kuchni. Pociągnąłem nosem. W całym domu pachniało plackami ziemniaczanymi – Coś mówiłeś, że mieliście zrobić jakiś chat czy coś...
Jęknąłem w duchu. Chat. Zapomnieliśmy wyłączyć kamerkę. Cały świat widział naszą kłótnię, wszyscy fani widzieli rozpad Simple Plan. Aż odechciało mi się zaglądać na twittera. Musiał być bombardowany.
Zanim zdążyłem wytłumaczyć się przed Kate, usłyszałem pisk Chrisa i zobaczyłem, jak zbiega schodami.
-Taaatoooo! – Nauczyłem się zagrać „Crazy”! Calusieńkie! Umiem nawet solówkę! – chwalił się, skacząc wokół mnie chłopiec.
-To świetnie! – krzyknąłem z udawanym entuzjazmem, klepiąc syna po plecach - Idź na górę, poćwicz jeszcze, a ja za chwilę przyjdę cię przesłuchać! A jak stwierdzę, że grasz ładnie, to może razem zagramy!
-Okej – podniecony malec wleciał z powrotem na schody, zapewne z zamiarem wysłuchania mojej prośby. I bardzo dobrze, chciałem porozmawiać o tym z Kate w cztery oczy.
-Odszedłem z Simple Plan – westchnąłem ciężko, siadając przy stole. Usłyszałem cichy wrzask kobiety świadczący o tym, że zapewne się poparzyła.
-Co zrobiłeś!? – warknęła, biegnąc w kierunku kranu. Po chwili jej dłoń moczyła się pod strumieniem zimnej wody.
-Odszedłem z Simple Plan – powtórzyłem cierpliwie – Miałem już dość... – oboje usłyszeliśmy refren starej green day’owskiej piosenki. Z kieszeni wyciągnąłem komórkę, spojrzałem na jej wyświetlacz, odrzuciłem połączenie i wyciszyłem, a potem położyłem ją na stole.
-Nie odbierzesz? – zapytała podejrzliwie, gapiąc się na wibrujące urządzenie.
-Nie – odparłem – Pewnie jacyś dziennikarze. Teraz nie będą chcieli dać mi spokoju.
-Jak ty mogłeś... – Kate usiadła obok mnie, całkowicie zapominając o plackach – Jak mogłeś odejść od chłopaków? David, czy ty w ogóle to przemyślałeś?! Pomyślałeś o tym, co teraz? Przecież z czegoś musimy żyć! Pieniądze niedługo nam się skończą! Na pewno o tym nie pomyślałeś, bo rzadko ktokolwiek o tym myśli. No, Dave, słucham, jaki jest twój plan B – kobieta skrzyżowała ramiona na piersiach i spojrzała na mnie wyczekująco.
Planu B nie miałem. Nie zastanawiałem się, co teraz zrobię, nie myślałem o tak odległej przyszłości. Kate miała rację, kasa nie rośnie na drzewach. Nie wyczaruję jej. Ale póki co trochę jej mam i o to nie muszę się martwić. A potem? Potem nie wiem, co zrobię. Coś będę musiał znaleźć, byle tylko związanego z muzyką. Być może jakiś zespół szuka basisty czy perkusisty? Wtedy mógłbym spróbować. Technik jakiejś kapeli też by mi pasował. Ewentualnie robota w sklepie muzycznym. Też chętnie bym się podjął.
-Placki – powiedziałem cicho. Kate przez chwilę się we mnie wpatrywała, nie bardzo wiedząc, o czym ja tak właściwie do niej mówię. Chwilę później zerwała się i pobiegła w stronę kuchni. Mimo jej starań spód placków przypominał węgiel, a zapach niemiło drapał w nos. Otworzyłem dwa okna i drzwi, żeby trochę się wywietrzyło.
-Nie wiem, Kate, co będzie dalej, ale na razie chcę odpocząć – oznajmiłem, z powrotem siadając z powrotem na krześle – Kate, proponuję, żebyśmy wyjechali.
Moja żona upuściła drewnianą łyżkę, a potem pisnęła cicho. Tłuszcz musiał prysnąć jej prosto w poparzoną dłoń.
-Teraz? Teraz wyjechać? Zwariowałeś do reszty? – pytała, usiłując podnieść feralną łyżkę zachlapaną rozżarzonym olejem – Czy ty wiesz, ile ja mam teraz roboty w ogródku!? Wiosna jest, porządki trzeba robić, żywopłot przycinać. Zresztą dzieciaki mają szkołę, nie mogą sobie ot tak wyjechać...
-Nie mówię tu o dzieciach – przerwałem jej – Mówię o tobie i o mnie. Oboje zasługujemy na odpoczynek.
-Nie ma mowy – odpowiedziała – I niby co zrobilibyśmy z Chrisem, Nicole i Jane? Przecież nie zostawimy ich samych!
-Dobrze wiesz, że moja siostra chętnie przyjechałaby tu na jakiś czas!
-Nie ma mowy – powtórzyła, nawet na mnie nie patrząc. Zastanawiałem się, dlaczego, dlaczego ona nie może spojrzeć mi prosto w oczy. Lub nie chce.
-Kate, między nami ostatnio nie układa się zbyt dobrze. Myślę... Myślę, że ten wyjazd chyba by nam pomógł. Musimy ratować nasz związek, bo w nim coś zniknęło. Wiem, że ty też to widzisz. Wiem, że boisz się wyjechać, boisz się zostać sam na sam ze mną. Ale to może być nasz jedyna szansa. Proszę cię, zgódź się!
Ona nie odpowiedziała nic, tylko dalej smażyła te placki. Wiatr zagościł w naszym domu, zmuszając firanki do lekkiego falowania. Czekałem na choć jedno słowo z jej ust. Nie usłyszałem nic, co trochę mnie wkurzyło. Ale wciąż czekałem, trzymając buzię na kłódkę. Powinna się zgodzić, jeśli choć trochę jeszcze mnie kocha...
-Dobrze – usłyszałem w pewnym momencie ciche westchnięcie – Wyjedźmy. Dla nas.
***  
Grecja jak zwykle powitała nas swoimi słonecznymi promieniami. Lotnisko w Atenach pękało w szwach od 30 stopni temperatury. Pchałem przed sobą wózek pełen walizek, usiłując przypomnieć sobie, gdzie tu było wyjście. Obok mnie szła Kate, nerwowo ściskając swoją torebkę i rozglądając się wokół. Nie mogłem nie zauważyć, że jej się nie podoba tutaj. Westchnąłem głośnio i po raz pierwszy zwątpiłem. Zwątpiłem w to, że nasz plan może się udać. Ale to się okaże po dwóch tygodniach. Póki co oboje musimy cieszyć się życiem i korzystać z luksusów.
Złapaliśmy jakąś taksówkę, której kierowca mówił fatalnie po angielsku i ruszyliśmy w stronę hotelu. Z chłopakami z Simple Plan już kilka razy się w  nim zatrzymywaliśmy, mimo wszystko on jednak zawsze zaskakiwał nas czymś nowym. Kate milczała, nie mam pojęcia, dlaczego. Zastanawiałem się, czy czasem nie obraziłem jej czymś w samolocie. Ale chyba niczego głupiego nie powiedziałem. No tak, tylko że ja i ona ostatnio mamy różne zdania na temat głupich słów.
-Cholera – To był pierwszy wyraz, który usłyszałem z jej ust. A stało się to, gdy wysiedliśmy z taksówki. Ona zatrzymała się w pół kroku i wytrzeszczonymi oczyma patrzyła na ogromny śnieżnobiały, bogato ozdobiony na zewnątrz budynek. Już sam ten widok sprawiał, że człowiek czuł się dziwnie mały.
-Zobaczysz, jak będzie w środku – wysapałem, wyciągając wraz z kierowcą nasze walizki i torby. Potem zapłaciłem mu, doliczając słony napiwek.
-David... To musiało kosztować fortunę – wymamrotała trochę zamyślona Kate. Objąłem ją w pasie.
-Teraz już nie myśl o tym – wyszeptałem cicho – Teraz masz tylko się cieszyć tym wszystkim.

czwartek, 8 listopada 2012

CZĘŚĆ IV PART VI


I każdy kolejny dzień tak wyglądał. Najpierw się wzajemnie kłóciliśmy, a potem godziliśmy. Zdawałem sobie sprawę z tego, że moje życie upada. Walczyłem o nie, próbowałem coś zrobić, ale właściwie to wszystko było na nic. Kate słabła, widziałem to. Wątpiła w to, że nam się uda.  Lub przestała wierzyć. Czułem, że coraz rzadziej godzi się na przeprosiny, a czasem najchętniej wyrzuciłaby mnie ze swojego życia. Jej miłość schowała się gdzieś głęboko, ale ja wierzyłem, że jeszcze uda mi się ją wybudzić. Robiłem, co mogłem i co tylko przychodziło mi do głowy. Kwiaty, śniadanie do łóżka, jakieś nieśmiałe pieszczoty... Nic nie działało. Każdy romantyczny wieczór kończył się krzykiem i łzami. Każde kwiaty lądowały w śmietniku, to samo było ze śniadaniem. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że już właściwie w ogóle nie widuję się z Kate w ciągu dnia, bo jak nie siedzę w studiu, to idę do dzieci. Nie chciałem, żeby zauważyły, że między mamą a mną dzieje się coś złego. Mimo to Chris to wyczuł. Pytał mnie, o co chodzi, dlaczego nie jest tak jak dawniej. Nie umiałem odpowiedzieć na te pytania. Musiałem podstępnie zjeżdżać na inny temat. Ale dostrzegałem w jego oczach niezadowolenie, że boję się kontynuować przy nim ten temat. Bo bałem się. Nie chciałem dodatkowo martwić tego chłopaka czy nakładać na niego kolejne smutki. Nie chciałem niszczyć jego dzieciństwa, bo sam miałem spartaczone. Kiedyś zapytał się mnie, dlaczego kwiaty usychają. Odparłem, że brakuje im wody, co było dosyć oczywiste. I zdałem sobie sprawę z tego, że podobnie jest z naszym związkiem. Zapomnieliśmy go podlać i uschnął. Ale czy już naprawdę nie ma żadnego sposobu? Czy nie możemy go jeszcze podlać?
-Za kilka dni wyjeżdżam – oznajmiłem, wkraczając do studia. Chuck i Pierre od razu sparzyli mnie wzrokiem.
-No chyba sobie jaja robisz! – wrzasnęli w tym samym momencie – Mamy kupę roboty, jesteśmy tuż przed premierą i tobie nagle wakacji się zachciewa?!
-Muszę pojechać! – wytłumaczyłem – Muszę ratować swoje małżeństwo...
-Gówno nas obchodzi twój związek! Mamy trudny okres, a ty jak zwykle marudzisz! Zostajesz tutaj i bierzesz te cholerne plakaty...
-Pojadę tak czy inaczej – odparłem, siadając na kanapie.
-Wtedy już nie wrócisz do zespołu! – warknął Pierre z przymrużonymi oczyma. Zapewne już zastanawiał się, co wybiorę. Otworzyłem usta, żeby powtórzyć, że i tak pojadę, ale...  coś kazało mi się ugryźć w język. A jeśli zaryzykuję i nasz związek się rozpadnie? Wtedy nie będę miał nic. A wiedziałem, że Pierre nie żartuje, od dawna nie żartował. Nie przyjmie mnie z powrotem do Simple Plan, choćby mieli szukać nowego basisty przez sześć kolejnych lat.
-Zastanowię się – wysyczałem zjadliwie. Jego wyraźnie ucieszyła ta odpowiedź. Pokiwał głową z zadowoleniem, spojrzał na wyświetlacz swojego BlackBarry i zapytał znowu trochę wkurzony:
-No gdzie ten cholerny Seb?! Jak zwykle się spóźnia...
Chciałem prychnąć, że to on zwykle nie stawia się na czas, ale usłyszeliśmy trzask drzwi i ujrzeliśmy błękitnookiego. Oczywiście od razu dostał ochrzan od Pierre’a i Chuck’a, ale nie przejął się tym zbytnio. Żaden z nas nie zwracał uwagi na to, co mówił drugi. Właściwie to my nawet siebie nawzajem nie słuchaliśmy. Tak naprawdę przyłaziliśmy tu tylko po to, żeby odwalić swoją robotę.
-Dobra – zniecierpliwiony Pierre zerknął na zegarek - Jesteśmy pięć minut po czasie, ale to żadna niespodzianka – burknął kąśliwie brunet, wyciągając z kieszeni swojego BlackBarry – Na szczęście ustawiłem kamerkę... No usiądźcie na tej cholernej kanapie, jesteśmy zespołem, tak?  - gderał, przyłożywszy telefon do ucha – Dobra, jedziemy z tym czatem... Tak, teraz! Gówno mnie to obchodzi, robimy teraz, później nie mogę! Tak... – Pierre podszedł do laptopa i coś ponaciskał – I co, widać nas? Tak? Na pewno? Zamknij się! – Bouvier wepchnął się pomiędzy mnie a Jeff’a, z czego żaden z nas nie mógł być zadowolony. Uśmiechnął się szeroko, pokazując światu swoje śnieżnobiałe zęby – CZEŚĆ LUDZIEEEE! – wrzasnął do monitora, machając. Ja przez moment także machałem, a potem wróciłem do grzebania na swoim twitterze. Siedzący obok Chuck także wydawał się być niezainteresowany chatem. Jedynie Seb i Pierre czytali, co piszą ludzie, bo Jeff’owi zadzwonił telefon i musiał odebrać.
-Dobra, za chwilę ogłoszę wam duuuużego newsa! – krzyknął kilka minut później podniecony Pierre. Uniosłem głowę do góry i spojrzałem na niego z ciekawością. Duży news? O czym on gada? Przecież premiera płyty jest znana, pierwszego teledysku też. Więc do jasnej cholery, o co mu chodzi? I dlaczego on nie powiedział nam o tym wcześniej, że chce powiedzieć o czymś ważnym podczas chatu?
-Otóż pragnę poinformować was wszystkich, drodzy fani Simple Plan, że za mniej więcej pół roku w sklepach znajdzie się moja solowa płyta! – wrzasnął, podskakując z radości i rozkładając ramiona. Seb ledwo zdołał uniknąć mocnego ciosu w czoło. Gapiłem się zaszokowany na Pierre’a. On solo? On bez zespołu? Bez Simple Plan? On nas zdradził? Spojrzałem na Chuck’a, chcąc zapytać, czy on wiedział coś o planie kumpla. Nie zapytałem, bo po jego minie poznałem, że tak jak ja nie miał zielonego pojęcia, o czym mówi Bouvier. „O co mu chodzi?” – wyczytałem z ust Seb’a i wzruszyłem ramionami. Sam chciałbym poznać odpowiedź na to pytanie.
-Solowa kariera? – zapytał wściekły Jeff, zgrabnie ukrywając swój gniew, powróciwszy na kanapę – Pierre, gratulacje! – poklepał bruneta po plecach – Szkoda tylko, że zapomniałeś o tym powiedzieć kolegom z zespołu! I szkoda, że przez ten swój zasrany projekt zaniedbałeś Simple Plan!
-Zaniedbałem Simple Plan? – powtórzył jak echo Pierre, odwracając się w moją stronę z przymrużonymi oczyma – O czym ty bredzisz?
-Pierre! – prychnąłem – Na pewno chcesz, żebyśmy zaczęli wszystko wymieniać? Lista szybko by się nie skończyła...
Brunet zarumienił się i wymamrotał, żebyśmy się pohamowali i stwierdził, że to nie ma żadnego znaczenia.
-Nie ma znaczenia?! – wybuchnął Seb, który dotąd trzymał język za zębami – Nie ma znaczenia mówisz? To może przyznasz się, ile my czekaliśmy z nagrywaniem wokali? Nagrywaliśmy je ponad miesiąc, o ile nie dwa, tymczasem ile powinno nam to zająć?
Pierre wybąkał coś pod nosem, spuszczając głowę. Chyba w końcu do niego dotarło, że źle postępował. I nie chodziło nam o żadną głupią płytę. Nie. Chodziło nam o to, że o niczym nam nie powiedział, nie był z nami szczery. Oszukał nas.
-Ile, bo nie usłyszałem? – znęcał się nad nim Jeff.
-Ze dwa tygodnie.
-Tak, ze dwa tygodnie, góra miesiąc. A może przyznasz się kolego, dlaczego zajęło nam to trochę więcej czasu?
Bouvier milczał, a ja, widząc, że nie jest skory do mówienia, zacząłem mu pomagać, zadając retoryczne pytania.
-Kto ciągle olewał spotkania? Kto je w ostatniej chwili odwoływał? Kto się wiecznie spóźniał? Kogo zawsze brakowało?
-Wy też nie jesteście święci! – wybuchnął brunet, chyba chwytając się tonącej brzytwy – Dzisiaj Seb się spóźnił!
-Idioto, to była jednorazowa sytuacja!  - wrzasnął łysy – Zresztą skąd ty możesz to wiedzieć, przecież ciebie ciągle nie ma!
-Jesteście zazdrośni! – prychnął Pierre, krzyżując ręce na piersiach – Jesteście zazdrośni, bo zacząłem nagrywać bez was!
-Zazdrośni?! – parsknęliśmy wszyscy trzej – Zazdrośni?! Niby o co?! O tę twoją płytę!?
-Nie potraficie pogodzić się z tym, że zrobiłem dalszy krok bez was, że wy nie braliście w tym udziału!
-Do niego nic nie dociera – jęknął błękitnooki, chowając twarz w dłonie – chodzi nam tylko o to, że o niczym nam nie powiedziałeś! Jesteśmy zespołem, więc chyba powinniśmy się informować o takich rzeczach!
-Już nie jesteśmy zespołem – burknął Jeff, wstając – A przynajmniej ja nie jestem w tym zespole. Mam dość tego wszystkiego. Tworzenie muzyki w waszym towarzystwie już dawno przestało sprawiać mi przyjemność. Odchodzę – oznajmił i ruszył w stronę drzwi.
-I bardzo dobrze! – warknął czerwony ze złości Pierre – Nie potrzebujemy ciebie w Simple Plan!
Ta odpowiedź wkurzyła mnie tak bardzo, że aż sam się zerwałem. Wtedy nie myślałem o konsekwencjach. Wtedy myślałem o tym, w jaki sposób Pierre nas traktuje. Ostatnie dni przemknęły mi przed oczami. Żaden się nie wyróżniał. Pierre przez cały czas był krnąbrny i niemiły, zresztą nie tylko on. Atmosfera w studiu robiła się nieciekawa. Jeff miał rację, to już nie sprawiało przyjemności.
-Ja też odchodzę – oznajmiłem głośno i wyraźnie – To co robisz, Pierre, jest głupie. Głupie, słyszysz?! – wyruszyłem w stronę Jeff’a, który właśnie wychodził. Czułem, że zrobiłem dobrze, ale serce rwało mi się na części. Jedna kazała mi zostać, druga odejść. Posłuchałem drugiej.
-Bezsensu – usłyszałem Seb’a – To jest bezsensu.
Z ciekawością obróciłem głowę. Zdezorientowany Pierre patrzył, jak błękitnooki się do mnie zbliża, a Chuck, jedyny, który w ogóle się nie odzywał, tylko wzruszył ramionami i wstał zaraz po Seb’ie. |Uśmiechnąłem się lekko, sam nie wiem, dlaczego. Chyba właśnie dlatego, że Bouvier w końcu dostał coś, na co zasłużył, w końcu mu się oberwało. Już mnie wkurzało to, że wszystko uchodziło mu płazem.
-Chłopaki – usłyszałem jego przestraszony głos – Chłopaki, dajcie spokój. To nie jest śmieszne.
-Pierre, my nie żartujemy – powiedziałem – To koniec. 

sobota, 3 listopada 2012

CZĘŚĆ IV PART V


Zerwałem się i rzuciłem biegiem na dół. Przecież nie mogłem pozwolić, by to, o co walczyłem przez całe życie, tak nagle zniknęło. Nie poddam się. Nie dam się tak łatwo zwyciężyć.
-Kate!  - krzyknąłem na wszelki wypadek, na chybił trafił biegnąć do kuchni.
-Nie wrzeszcz tak! – burknęła niemiło, mieszając coś w jakiejś misce. Podszedłem bliżej i mocno ją przytuliłem. Przez moment zastygła w bezruchu, najwyraźniej bardzo zaskoczona.
-skarbie – wykorzystałem tę chwilę, by powiedzieć parę słów – Skarbie, proszę cię, nie kłóćmy się już więcej. Ja już nie chcę, żebyśmy na siebie wrzeszczeli. Chciałbym, żeby było tak jak kiedyś. Przecież możemy do tego wrócić.
-Możemy – wyszeptała czule Kate – No jasne, że możemy. Nawet musimy.
Odłożyła łyżkę, odwróciła się i pocałowała mnie, chociaż wyczułem wahanie w tym jej pocałunku. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz tak mnie pocałowała. Udowodniła mi, że naprawdę mnie kocha, chociaż ja w to nie wątpiłem. Wiedziałem, że może nam się udać, jeśli tylko oboje będziemy się starać. I ja na pewno będę się starał, wszystko zależy od niej.
***
Kiedy następnego dnia wpadłem do domu z pokaźnym bukietem róż, ona akurat wrzeszczała na Chrisa tak bardzo głośno, że młody miał aż łzy w oczach. Nie wiedzieć czemu ona nigdy nie przepadała za chłopcem. Może nie „nie przepadała”, ale wyraźnie faworyzowała dziewczynki.  A zdawała sobie z tego sprawę, że tego nie lubię. Dlatego gdy tylko przekroczyłem próg domu, uśmiech natychmiast zniknął z mojej twarzy. Od razu rzuciłem się w stronę kuchni.
-Przestań na niego krzyczeć – odezwałem się, patrząc na Kate żelaznym wzrokiem – Krzyk w niczym ci nie pomoże.
-A co ty możesz wiedzieć o tym, jaki wpływ może mieć krzyk na wychowanie dziecka?! – prychnęła kobieta – Zresztą to ja je wychowuję i ja będę je karać, jak zechcę!
-Chris, idź do swojego pokoju – rozkazałem swojemu synowi, zauważywszy, że chłopiec nie ma pojęcia, co robić – Z tobą później sobie porozmawiam.
Malec spojrzał na mnie niepewnie, ale nie słysząc sprzeciwu ze strony matki, szybko pobiegł schodami na górę. My staliśmy, nadal wpatrując się w siebie zażarcie. W tym momencie przestałem myśleć już o ratowaniu naszego związku. Myślałem o tym, jak ona traktowała mojego syna. I krew mnie zalewała, kiedy widziałem, jak malec się jej bał. Własnej matki.
-Co to miało być? – zapytałem cicho, zaciskając pięści – Rozmawialiśmy już o Chrisie.
-Usiłuję wychować go na porządnego mężczyznę – tłumaczyła się obojętnie, odwracając się do garów i mieszając w jednym z nich.
-Wrzaskiem? – warknąłem – Próbujesz wychować go wrzaskiem? On za kilka lat będzie bał się odezwać do własnej matki!
-Więc myślisz, że on może sobie robić co chce?! – wymamrotała pod nosem Kate – Czyli on może sobie tutaj rządzić, tak?
-Nie, oczywiście, że nie, ale krzyk tu nie pomoże, wręcz przeciwnie...
-No to słucham, co wzorowy tatuś Desrosiers zrobi! – wyczułem w jej głosie dużo ironii, co mnie jeszcze bardziej zdenerwowało. Budziła się Kate, której wręcz nienawidziłem, Kate, która ostatnio budziła się bardzo często.
-Może byś się odsunęła na chwilę od tych garów i łaskawie na mnie spojrzała kiedy mówię?!
-Naprawdę bardzo mi przykro, ale przecież nikt za mnie nie ugotuje obiadu! Nie zauważyłeś czasem, że tutaj wszystko jest na głowie kobiety? No tak, jasne, że nie... Ty masz to gdzieś. Tak jak wszyscy inni! Nawet nie starasz się dostrzec, co ja zrobiłam w ciągu dnia! Ale wiesz co, ja już się do tego przyzwyczaiłam, że na ciebie nie mogę liczyć!
-Dobrze wiesz, że teraz nagrywamy nową płytę i nie mogę być w domu tak często jakbym chciał. Zresztą dla mnie to żadna przyjemność!
-Tak, a potem znowu wyjedziecie w trasę i gówno będzie ciebie obchodziło, co tutaj się dzieje!
-Takie jest życie basisty słynnego zespołu! Chyba powinnaś już o tym wiedzieć, prawda?!
-I ty twierdzisz, że umiesz wychować dzieci!? Dzieci, które przez trzy czwarte życia nie widzą własnego ojca!
-Na pewno lepiej niż ty!
Cała nasza kłótnia była naprawdę długa, koniec końców zaczęły boleć mnie nogi od stania. W pewnym momencie dotarło do mnie, że my wciąż błądzimy w kółko, wciąż drążymy te same tematy. I zupełnie nic z tego nie wynika. Nie powiedziałem tego na głos, w ogóle nie odzywałem się więcej, tylko wyszedłem z domu. Przez dłuższy czas szlajałem się po osiedlach Montrealu, zastanawiając się, co ja jeszcze mogę zrobić, żeby ocalić swoje życie. Chyba już nic. Chyba jest już tak zniszczone, że nie będę w stanie tego naprawić. A przynajmniej bez jej pomocy. A ona niestety nie pali się, żeby mi pomóc. Najwyraźniej nie chce już ratować mojego małżeństwa.
Wróciłem późnym wieczorem. Na stole leżała już kolacja, którą pałaszowały dzieci. Zastanawiałem się, czy Kate jest nadal na mnie obrażona.
-O, już jesteś – burknęła na mój widok, a ja poznałem odpowiedź na moje pytanie. Jeszcze – Siadaj, bo ci jedzenie wystygnie, a nie mam zamiaru po raz setny odgrzewać.
W ogóle się nie odzywając zająłem swoje miejsce naprzeciwko niej przy stole. Chris od razu zaczął mi opowiadać o tym, jak nauczył się zagrać jakąś piosenkę na perkusji. Oczywiście zaraz przekrzyczała go Jane, która musiała pochwalić się, że mama pozwoliła jej pójść na noc do koleżanki. Uśmiechnąłem się chyba bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Naprawdę chciałbym wrócić do dzieciństwa. Zacząłem dziobać widelcem po talerzu. Jakoś nie miałem ochoty na jedzenie. W ogóle na nic nie miałem ochoty.
-Przepraszam,, David – dotarł do mnie jej głos w pewnym momencie. Uniosłem głowę do góry znad talerza, zastanawiając się, czy ja czasem się nie przesłyszałem. Nie, bo ona po chwili to powtórzyła – Przepraszam za popołudnie.
-Nie szkodzi – uśmiechnąłem się, a potem nieśmiało ścisnąłem jej dłoń. I dla niej i dla mnie ten gest wiele znaczył. Uwierzyłem, ze ona też chce to naprawić, że ona nadal wierzy, ze nam się uda. Ten dotyk dodał nam jeszcze więcej siły i nadziei. 

wtorek, 30 października 2012

CZĘŚĆ IV PART IV


-Cholera! – jęknąłem głośno, wlepiając wzrok w zegarek – Nie no, on znowu nas olał! Jeśli za pięć minut się nie zjawi, to ja naprawdę spadam.
-Właściwie to po co my się tu kisimy? – warknął buntowniczo Jeff – On by sobie przyszedł, nagrał ten zasrany wokal, a nam by głowy nie zawracał! Już mi się rzygać chce od siedzenia tutaj!
-Mi też – dodał nieśmiało Chuck, znowu zaczynając walić pałeczkami w co popadnie. Ukradłem mu je, cholernie wściekły. Doskonale wiedział, że jego zachowanie doprowadzało mnie do szału.
-No oni wszyscy chyba powariowali – wymamrotał po raz pierwszy od jakichś trzydziestu minut Seb, z wlepionym wzrokiem w ekran swojego Black Barry – Wszyscy nasi fani z twittera domagają się, żebyśmy nagrali vloga albo czat, bo dawno się nie pokazywaliśmy..
-Jasne – wysyczał Jeff – Oni myślą, że my mamy czas na takie głupoty. Do mnie też ciągle o tym piszą. Mam ich po dziurki w nosie.
-Jutro ma ktoś przyjść, przeprowadzić z nami wywiad o płycie – przypomniałem sobie, patrząc na tablicę, na której mieliśmy rozpiskę zajęć. Oczywiście większość i tak się do niej nie dostosowywała – Kto ich bierze?
Oczywiście odpowiedziała mi cisza, co jakoś specjalnie mnie nie zaskoczyło.
-Ostatnio był Jeff...
-Teraz kolej na Pierre’a!
-Na Pierre’a nie liczcie – odezwał się po raz drugi Seb – Napisał właśnie, że dzisiaj go nie będzie i jutro prawdopodobnie też nie.
-Aha – zerwałem się wściekły – Czyli tak właśnie mu zależy, żebyśmy szybko skończyli nagrywać to gówno. Nie wiem, jak wy, ale ja nie zamierzam tutaj dłużej siedzieć.
Bez zastanowienia ruszyłem w kierunku drzwi. Kątem oka zauważyłem, że oni także wstają. Byłem na bruneta tak wkurzony, że miałem ochotę pojechać do niego i przytargać go za uszy do tego studia. Bez niego mieliśmy już kilkudniowe opóźnienie i nic nie zapowiadało, byśmy szybko je nadrobili.
-Dave! – usłyszałem jeszcze głos Seb’a, zanim zdążyłem wyjść – Dave, po Pierre’rze wypada twoja kolej...
-Okej – uciąłem krótko, nie chcąc przedłużać – O której będą?
-o pierwszej.
-Dobra, przyjdę wpół do. Ale wy też się zjawcie. Głupio tak samemu siedzieć podczas nagrywania.
-Okej, to do jutra.
Wymamrotałem pod nosem jakieś pożegnanie i wyszedłem ze studia. Wskoczyłem do samochodu, przekręciłem kluczyk w stacyjce i ruszyłem w stronę domu. Przez jakiś czas stałem w korkach, zastanawiając się, gdzie może podziewać się Pierre, i co przed nami ukrywa. Bo że coś ukrywa, to podejrzewaliśmy od dawna. Tylko nie mogliśmy z niego wyciągnąć, o co tu chodzi i czemu nie chce nam o tym powiedzieć.
Wjeżdżając na zadbane osiedle, sam postanowiłem, że nie będę myślał o tym  w domu, skoro to moja praca. Niech Bouvier robi, co chce. Ja na pewno nie zamierzam się tym zadręczać. Skręciłem i zaparkowałem przed śnieżnobiałą willą. Zgasiłem silnik i wyskoczyłem z samochodu. Nim zdążyłem chociażby zamknąć bramę, już widziałem, jak przez otwarte drzwi wybiegają trzy małe brzdące, dziesięcioletni Chris, siedmioletnia, Jane i czteroletnia Nicole. Uśmiechnąłem się lekko na ich widok.
-TAAAATOOOO! – pisk dwóch małych dziewczynek omal nie zniszczył moich uszu – Chris zablokował nam grę na laptopie i nie możemy z tym nic zrobić...
-Chris – jęknąłem przykucając przed chłopcem – Ile razy ci mówiłem, że masz nie dokuczać dziewczynkom?
-Nie wiem – odparł chłopiec, wzruszając ramionami – Ale na pewno dużo. One mogły nie włazić do mojego pokoju i nie rozstrajać mojego akustyka!
-Jane, Nicole – odwróciłem się do dziewczyn – Ruszałyście gitarę brata?
One spojrzały po sobie i nie powiedziały nic, ale ja wiedziałem, o co chodzi. Westchnąłem ciężko. Z dziewczynami naprawdę trudno jest się dogadać, z Chrisem zawsze miałem lepszy kontakt. Im tłumaczę coś tysiąc razy, a i tak tego nie rozumieją.
-Kochane – zacząłem od nowa cierpliwie – Czy tatuś nie mówił wam, że cudzych rzeczy się nie dotyka? Czy tatuś nie mówił wam, że nie wolno dotykać gitary brata? Nie mówił? Więc dlaczego to robicie? – zamilkłem na chwilę, patrząc w oczy jednej, a zaraz potem drugiej. Nie doczekałem się odpowiedzi, ale szybko sam sobie jej udzieliłem – Chciałyście dokuczyć bratu, prawda? Więc on wam się odpłacił. I co, warto było dokuczać?  - dziewczyny zaprzeczyły głowami – To co, przestaniecie zaczepiać brata? – zapytałam.
-Tak – po raz pierwszy odpowiedziała mi Jane – Już nie będziemy.
-To dobrze – westchnąłem głośno, wiedząc, że na niewiele się to zda – i tak za godzinę wybuchnie jakiś konflikt. Wyprostowałem się i odwróciłem do syna – A ty się nie martw. Zaraz ci nastroimy i będziesz mógł grać.
W towarzystwie dzieciaków ruszyłem w kierunku domu, które opowiadały mi o tym, jak zbierały ślimaki do słoika. Słuchając ich przypomniałem sobie o własnym dzieciństwie. I docierało do mnie, że ono już nie wróci nigdy. I chociaż było spieprzone, to tęskniłem za tą beztroską i głupotą.
- cześć, Kate! – krzyknąłem, ściągając buty w progu.
-Cześć, skarbie, już jesteś? – zapytała, nie wiadomo, czy z radości, czy z zaskoczenia – Kupiłeś benzynę do kosiarki?
-Cholera – jęknąłem, łapiąc się za głowę – Zapomniałem! Jutro pojadę, obiecuję!
-David, wiesz, że mi na tym zależało. Popatrz, jak u nas trawa zarosła! – krzyczała z kuchni moja żona z żalem w głosie.
-Jutro na pewno to zrobię – powiedziałem, zjawiając się w kuchni. Chwyciłem butelkę wody i odkręciłem ją.
-Ty wiesz, że to jutro ciągnie się już od tygodnia - gderała, kiedy ja sączyłem napój – Znowu masz gdzieś moją prośbę.
-Wcale nie mam gdzieś twojej prośby – odparłem, odklejając się od plastiku – Tylko po prostu ciągle o tym zapominam... – przez Pierre’a, dodałem szybko w myślach, za co chwilę później siebie przekląłem.
-To oznacza, że dla ciebie to nie ma żadnego znaczenia – burknęłam obrażona kobieta. Chciałem coś odpowiedzieć, ale zdążyłem ugryźć się w język. Już i tak nie chciałem pogrążać się jeszcze bardziej. Wyszedłem stamtąd, nie mogłem dłużej kontynuować tej przygłupiej kłótni. Kolejnej kłótni. I to zazwyczaj ja gryzłem się w język.
-David! – usłyszałem jeszcze za sobą krzyk – Mówiłam ci, że masz pić wodę ze szklanki!
-Kiedyś ci to nie przeszkadzało – wymamrotałem, ale ona na szczęście tego nie usłyszała. Ruszyłem chodami na górę, do pokoju mojego syna. Chłopaka tu nie było, ale właściwie to go nie potrzebowałem. Od razu zauważyłem na łóżku rzuconego starego akustyka z czasów... oj dawnych. Usiadłem na łóżku i dotknąłem go. Nikt nawet nie umiał sobie wyobrazić, jak ogromną wartość miał dla mnie. On przeżył ze mną wszystko, od trudnego dzieciństwa przez głupie dojrzewanie aż do poważnej dorosłości. Powoli go nastrajałem, ciesząc się każdym niewinnym brzdękiem struny, zarówno tym fałszywym, jak i tym prawdziwym. Dopiero teraz przypomniałem sobie, czym tak naprawdę jest muzyka. Muzyka to melodia uczuć. Prawdziwych, a nie jakichś pozmyślanych. Kiedy Simple Plan przestało tworzyć muzykę? Już dawno. Nawet nie zauważyłem, kiedy granie przestało nas bawić i interesować, jakoś tak samo z nas to wyparowało. Tak jak miłość moja i Kate. Tego już nie było. Zniknęła. Zniknęła, a nasze małżeństwo z każdym kolejnym dniem się rozpadało po kawałku. A ja, ślepy, przez cały czas miałem klapki na oczach. Nawet nie dostrzegałem tego, co się działo pod moim dachem. Graliśmy jedynie przed dzieciakami , że wszystko jest w porządku. Robiliśmy to dla ich dobra. A także ukrywaliśmy to przed sobą. Okłamywaliśmy się wszyscy. A miłości tu już od dawna nie było. Tej miłości, przez którą tyle lat cierpiałem. Rozpadła się.
-Cholera – otarłem łzę z oczu. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że znowu spieprzyłem. Spieprzyłem całe swoje życie. Zamiast spróbować coś z tym zrobić, siedziałem na tyłku i oglądałem film o tytule mój świat. Teraz nie mogę nic. Jak już zdałem sobie sprawę z tego, co się stało, to okazuje się, że już jest za późno. To gówno, nie życie. Gówno, które po pewnym czasie daje o sobie znać zapachem. David, gdzie się podziała twoja  siła walki? Gdzie się podział twój duch, który zawsze dawał ci kopa w dupę i kazał ci ruszać. Też go zgubiłeś po drodze życia. Chwyciłem się za głowę. Co się ze mną stało? Powinienem uratować swoje małżeństwo, powinienem ratować zespół. Powinienem walczyć i nie poddawać się. Powinienem... A ja oczywiście co? Siedzę i przymykam na to wszystko oczy. Na ten brud, który wytworzył się w mojej głowie. 

sobota, 27 października 2012

CZĘŚĆ IV PART III


Słońce już wstawało, budząc się ze snu, a przy okazji promieniami przypominając o swoim istnieniu. Ja siedziałem na stołku przyniesionym przez uprzejmą pielęgniarkę. Wciąż wpatrywałem się w niemowlę, które niespokojnie oddychało przez sen. Miałem w głowie tyle myśli, że omal mi nie pękła od ich nadmiaru. Powieki mi opadały, zmuszając mnie, bym w końcu usnął. Ale ja uparcie podnosiłem je do góry, by widzieć, co się z nim dzieje. Piłem już trzecią z kolei kawę, jej smak przyprawiał mnie o mdłości.
Poczułem, jak ktoś delikatnie kładzie mi dłoń na ramieniu. Odwróciłem się półprzytomnie. Pierre także nie wyglądał na wypoczętego. Wiedziałem, że musiał przez całą noc się uśmiechać i rozmawiać z ludźmi o jakichś głupotach. To też musiało być męczące.
-To on? – zapytał cicho, wpatrując się w moje dziecko. Potwierdziłem głową – Śliczny – westchnął – Ma długie palce, będzie dobrym gitarzystą.
-Jeśli przeżyje – wyszeptałem. Pierre zacisnął pięści z niemocą.
-Najgorsze jest to czekanie – przerwał ciszę – Najgorsze jest to, że nie możesz nic zrobić. Ale, Dave, to minie. Zobaczysz, niedługo będziesz go woził w wózku po Montrealu.
Nie odpowiedziałem nic, modląc się, by on miał rację. Bo tylko to mi pozostało. Wiara i nadzieja. Pierre odszedł gdzieś na chwilę. Wrócił z krzesełkiem, na którym usiadł. Wpatrywał się we mnie, chcąc coś zapewne powiedzieć, ale chyba nie bardzo wiedział, jak zacząć.
-Wróciłeś – stwierdził jakby dopiero to zauważył. Znowu nie odpowiedziałem nic, nie miałem pomysłu na odpowiedź – I co teraz, znowu zamierzasz zniknąć?
-Nie mam pojęcia – wzruszyłem ramionami – Nie wiem. Teraz wszystko zależy od Kate.
Brunet spojrzał za siebie, ale po chwili jego wzrok ponownie spoczął na dziecku. Moje oczy wciąż wpatrywały się w tylko jeden punkt. Maleństwo zaciskało piąstki jakby chciało pokazać, że ono się nie podda.
-Kochasz Kate? – dotarło do mnie jego pytanie. I teraz właśnie czekało na mnie podsumowanie tych ostatnich miesięcy, w ciągu których miałem to wszystko przemyśleć, w ciągu których siedziałem zamknięty w pokoju i wszystko wciąż od nowa analizowałem. Teraz.
-Tak, Pierre – odparłem z zaskakującą pewnością siebie – Kocham ją. Kocham Kate.
Brunet przez moment na mnie patrzył jakby uśmiechając się lekko, potem wstał. W tym samym czasie poczułem, jak znowu ktoś opiera dłoń o moje ramię. Przez moje ciało przepłynął prąd ciepła. Wiedziałem, kto. Wiedziałem, że to musi być ona. Brakowało mi jej dotyku.
-Kate – wyszeptałem z troską – Powinnaś odpoczywać.
-Musiałam przecież zobaczyć moich chłopaków – odparła, siadając na przyniesionym przez Pierre’a krzesełku. Była naprawdę słaba. Bałem się, że lada chwila zemdleje. Wolałem, by wróciła do swojej Sali. Tylko dlaczego? Dlatego, że martwiłem się o jej zdrowie czy dlatego, że nie wiedziałem, jak się do niej odezwać? Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Wlepiłem wzrok w dziecko.
-Ma ręce gitarzysty – powiedziałem cicho, przerywając tak okrutną dla nas ciszę. Ona delikatnie chwyciła moją dłoń i odparła:
-Raczej po tatusiu.
Spojrzałem na nasze splecione palce. Zauważyłem, że on wciąż miała ten pierścionek. Pierścionek zaręczynowy, który jej podarowałem. Na moim ciele pojawiły się dreszcze, nie mam pojęcia, skąd.
-David... Już nie odejdziesz, prawda? – zapytała nieśmiało, z nutką błagania w głosie – Zostaniesz z nami?
W pomieszczeniu znowu zapadła cisza. Chwilę później jakiś niemowlak się rozpłakał, a potem jeszcze jeden. Ani ja, ani Kate nie zwróciliśmy na to uwagi. Delikatnie przyciągnąłem dziewczynę do siebie i przytuliłem mocno, chcąc ją przeprosić, za wszystko, co przeżywała, gdy mnie nie było.
-Zostanę – przyrzekłem, czując, jak moje serce wypełnia się miłością – Zostanę i nie opuszczą was aż do śmierci.
Gdy te słowa wyślizgnęły się z mojego gardła, blokada, która mnie ściskała, pękła. Czułem, że pragnę z nią być, że pragnę z nią siedzieć tak do końca życia. Już wiedziałem, czego brakuje mi do szczęścia. Tylko i wyłącznie jej. Tęskniłem. Cholernie tęskniłem za jej głosem, dotykiem,  miłością. Delikatnie pogłaskałem dziewczynę po policzku. Ona uśmiechnęła się niepewnie i wtuliła swoją głowę w moją pierś. Przez dłuższy czas oboje wpatrywaliśmy się w naszego malutkiego synka. Nie potrzebowaliśmy słów, porozumiewaliśmy się samymi uczuciami, samą miłością. Nawet nie powiedzieliśmy sobie, że się kochamy. Nie musieliśmy. Wiedzieliśmy. Kilka minut później ona zasnęła w moich objęciach. Głaskałem ją po głowie delikatnie, zrozumiawszy, że to ona jest całym moim światem.
***
Dalsze życie David’a i Kate przypominało nieco bajkę. Mały Chris, ku ogromnej radości wszystkich, wyzdrowiał bardzo szybko i rósł jak na drożdżach, ucząc się grać coraz to trudniejsze piosenki na gitarze. Kate jeszcze dwa razy zaszła w ciążę i urodziła dwie zdrowe dziewczynki. David wrócił do simple plan, by z powrotem grać na basie.  Mimo częstych nieobecności w domu był ze swoją rodziną zżyty i połączony więzią miłości. Wymarzone życie? Happy end? Być może na pierwszy rzut oka tak się wydaje. Każda bajka ma swoje zakończenie. Życie często stawia przed ludźmi przeszkody. Przez jakiś czas rodzina Desrosiersów wspólnie potrafiła je pokonać. W końcu jednak jedno z nich się potknęło. David? A może Kate? Czy... Oboje?

środa, 24 października 2012

CZĘŚĆ IV PART II


Dopiero po półgodzinie koczowania pod jej salą pomyślałem o tym, by skontaktować się z jej mamą i resztą Simple plan. Bez zbędnych wyjaśnień powiedziałem Pierre’owi, że Kate urodziła i nie jest z nią najlepiej. Brunet wydawał się być zaskoczony i zaszokowany zarówno tym, że dziecko jest już na świecie, jak i tym, że ja go o tym informuję. Obiecał, że za chwilę ktoś się zjawi.
Piętnaście minut później na korytarzu czekałem już nie sam, a w towarzystwie Seb’a. Błękitnooki próbował mnie jakoś zagadać, ale w tym momencie umiałem dogadać się tylko z własnymi myślami. Wlepiłem wzrok w podłogę. Najgorsze to czekanie. Najgorsze , że wciąż nie wiesz, czy pójdziesz w prawo, czy raczej w lewo. Najgorsze jest to, że wciąż nikt się nie zjawił, nikt nie powiedział, co się dzieje.
-Dave! – Seb szarpnął mnie mocno za ramię, przywracając z powrotem na ziemię – Dave, nie martw się. Przecież jest silną kobietą. Nic jej nie będzie!
Spojrzałem na niego smutno, a potem z powrotem wlepiłem wzrok w podłogę.
-Nie powinienem jej opuszczać – powiedziałem bardziej do siebie niż do niego – Powinienem był tu zostać. Nigdy nie doszłoby do czegoś takiego... Cholera, co mnie podkusiło... Seb, powiedz mi, dlaczego? Dlaczego to wszystko tak się potoczyło?
Błękitnooki usiadł obok i objął mnie ramieniem, przez jakiś czas po prostu milcząc. Słyszeliśmy czyjeś jęczenie i płacz niemowląt. Zastanawiałem się, czy moje dziecko wciąż płacze wśród nich. Zacisnąłem pięści. Niemoc jest okrutna.
-Dave, teraz to nieważne. Przeszłości nie zmienisz. Zrobiłeś tak, bo uważałeś to za najlepsze rozwiązanie. Dobrze, ze teraz zjawiłeś się na czas w domu...
Potem już nie słuchałem paplaniny kumpla, bo usłyszałem, że ktoś zatrzaskuje drzwi. Z nadzieją uniosłem głowę do góry. Zmęczony lekarz właśnie opuścił salę Kate. Zanim zdążył zrobić chociaż jeden krok, już stałem przy nim.
-I co z nią? – zapytałem w napięciu, zaciskając pięści. Obok mnie stanął również zdenerwowany Seb. Mężczyzna westchnął ciężko i otarł sobie pot z czoła.
-Jest bardzo słaba. Straciła dużo sił przez ten poród. Ale jej stan jest stabilny. Podłączyliśmy kilka kroplówek, na razie pewnie będzie spała...
-Możemy wejść? – zapytałem, przerywając mu monolog. On zerknął ukradkiem na drzwi, a potem na nas.
-No dobrze, proszę bardzo. Ale niech panowie nie przeszkadzają pielęgniarkom w pracy.
Obaj spojrzeliśmy na siebie, a potem Seb bez wahania dotknął klamki. Otworzył drzwi i wszedł do środka, rozglądając się uważnie. Zostałem na korytarzu zastanawiając się, co mnie powstrzymuje przed przekroczeniem progu tego pomieszczenia. Po chwili już wiedziałem. Złe przeczucia. Koszmarnie złe.
-Seb, ja sprawdzę, co z dzieckiem – powiedziałem do kumpla i ruszyłem zdecydowanie w stronę  Sali, w której leżały noworodki. Udałem, że nie widzę tabliczki z napisem „tylko za pozwoleniem personelu”. Wszedłem. Wydawało mi się, że jest ich tutaj miliony. Wrzask był tak głośny, że moje uszy omal nie popękały. Od razu je rozpoznałem. Jako jedno z nielicznych leżało w inkubatorze. Do piersi i brzuszka miał podłączone jakieś kable. Powoli do niego podszedłem. Wcześniej nie byłem tutaj ani razu. Posądzałem go o to, że Kate nie najlepiej się czuje. Nie chciałem go widzieć, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem jego ojcem i nie mogę oderwać się od własnego dziecka. Spojrzałem na niego. Wrzeszczał, a raczej usiłował wrzeszczeć, bo inkubator skutecznie mu to utrudniał. Zobaczyłem te jego maleńkie paluszki, maleńkie stópki, maleńkie łapki, wszystko maleńkie. I zrozumiałem, że on przecież nie zrobił tego świadomie, że on nie może być winny złego samopoczucia Kate. Nagle poczułem silne uczucie przywiązania. Oparłem dłonie o szybę. Chciałem go dotknąć, przytulić, pokazać, że nie jest sam. Miał typowe ręce gitarzysty, stwierdziłem to na pierwszy rzut oka. 
-Jest silny – żeński głos pielęgniarki sprawił, że aż podskoczyłem. Spojrzałem na nią, a ona poklepała mnie po ramieniu – Ma dużą szansę, by przeżyć. To silny chłopak.
-Ale ma też szansę, by nie przeżyć – zacisnąłem mocno pięści. W moich oczach pojawiły się łzy. Marzyłem, żebyśmy stworzyli idealną rodzinę. Nie tak to wszystko sobie wyobrażałem. Miałem się zjawić, a ona cieszyć się... A tak... Nawet nie zdążyłem z nią o tym wszystkim porozmawiać – Cholera – wysyczałem, ocierając łzy z oczu.
-Proszę myśleć optymistycznie i wierzyć. Wiara czyni cuda, widziałam już takie w tym szpitalu – uśmiechnęła się kobieta, usiłując przekazać mi trochę swojej pozytywnej energii.
-Ile razy dziennie to pani komuś powtarza? – zapytałem z myślą, że na pewno każdemu. Ona jednak zaprzeczyła głową.
-Naprawdę niewielu. Wie pan, dlaczego? Bo naprawdę niewielu noworodków otrzymuje taką szansę, by przeżyć. W większości przypadków wiadomo, jak skończą. A ja akurat wolę powiedzieć prawdę niż robić komuś nadzieję, bo wiem, czym jest rozczarowanie. Chociaż to naprawdę trudne powiedzieć komuś prawdę prosto w oczy prawdę...
-Wyobrażam sobie – wyszeptałem, z powrotem wlepiając wzrok w maleństwo. Pielęgniarka odeszła w celu uspokojenia innego dziecka. Ja nadal wpatrywałem się w syna. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Czułem, że coś nas łączy. Musiało tu chodzić o pokrewieństwo. Zamknąłem oczy. On musi wyzdrowieć. Musi, nie ma innej opcji.

sobota, 20 października 2012

CZĘŚĆ IV PART I


CZĘŚĆ IV
Bardzo powolnym krokiem wspinałem się schodami na górę. Wiedziałem, że zastanę ją tutaj, w jej mieszkaniu. Spodziewałem się, że wróci do matki, nie zostanie w moim apartamencie. Brudne ściany wprost zachęcały mnie do tego, bym zwymiotował. Skrzywiłem się. Nie podobały mi się te warunki, w których miałoby się wychowywać moje dziecko.
Zastanawiałem się, jak mnie przyjmie. Bez krzyku na pewno się nie obejdzie. W końcu zniszczyłem jej najpiękniejszy dzień w życiu. A teraz wracam jak gdyby nigdy nic i pragnę, by przyjęła mnie  z powrotem. Jak to głupio wygląda. Szczerze mówiąc zrozumiałbym, gdyby mnie stąd wykopała. Właściwie to nie jestem jej do niczego potrzebny. I być może w ogóle nie powinienem się tu zjawiać. Ale musiałem. Musiałem z nią porozmawiać, musiałem ją zobaczyć. Przez dwa miesiące to wszystko dokładnie analizowałem i doszedłem do wniosku, że powinienem być przy niej.
Przez chwilę się zawahałem, ale jednak zdecydowanie zapukałem. W napięciu czekałem, aż ktoś mi otworzy. A nie otwierał nikt. Zapukałem po raz drugi i nacisnąłem na klamkę. Drzwi były zamknięte. Zmarszczyłem czoło. Wychodziła z domu w ósmym miesiącu ciąży? Wzruszyłem ramionami, zastanawiając się, co dalej robić. Postanowiłem sprawdzić jednak moje mieszkanie, chociaż nie miałem większych nadziei, że ją tam spotkam. Już miałem wyruszać, kiedy nagle usłyszałem czyiś słaby krzyk. Moje ciało pokryły dreszcze, mimo że nie wiedziałem, czy mi się przekrzyczało, czy rzeczywiście ktoś wrzeszczał. Przyłożyłem ucho do szpary w drzwiach , mając złe przeczucia. Serce mocno mi tłukło. Ponownie to usłyszałem. I tym razem to na pewno nie była moja wyobraźnia. Nerwowo wyszarpałem scyzoryk z kieszeni, który właściwie zawsze miałem przy sobie. Grzebałem nim w zamku, aż w końcu ustąpił.
-Kate!? – krzyknąłem, rozglądając się za dziewczyną.
-Pomocy... – słabe wołanie dobiegło z salonu. Biegiem rzuciłem się w tamtą stronę. Kate leżała w kałuży krwi. Zasłoniłem sobie usta dłonią, by nie krzyknąć. Ten widok mnie sparaliżował, nie potrafiłem się ruszyć.
-Pomóż mi, a nie tak stoisz... – warknęła ona nieco głośniej, przez moment pomyślałem, że już wraca do sił. Ale to było złudzenie – Ja rodzę, nie widzisz...?
Chyba dopiero to otrzeźwiło mój umysł. Spanikowany zacząłem biegać w tę i z powrotem w poszukiwaniu jej komórki, by zadzwonić po karetkę, zapominając, że przecież mam w kieszeni swoją.
-David... Uspokój się... Karetka nie zdąży... Musisz... Musisz przyjąć poród!
Zastygłem w bezruchu, odwracając się w jej stronę. Nie, nie wyglądała jakby żartowała. Krzyczała coś o jakiejś ciepłej wodzie i innych gównach, ale ja w sumie w ogóle jej nie słuchałem. Po prostu stałem przerażony, przeklinając siebie w duchu, że wcześniej nie odważyłem się złożyć jej wizyty. Być może dobrze, że zdecydowałem się na odwiedziny dzisiaj. Gdyby została sama, mogłaby stać jej się krzywda. A tak będę nad nią czuwał. Ale... Poród?
-Kate, zwariowałaś?! – przerwałem jej monolog – Ja z biologii ledwo na dwóję wyciągnąłem! Nie mam pojęcia o porodach...
-AAAAA!!!! – wrzasnęła głośno dziewczyna. Domyśliłem się, że siła skurczów musi być już naprawdę mocna. Właściwie to ona zmuszała się, by do mnie mówić – Nie mamy czasu... Uwierz mi, też wolałabym, żeby robił to ktoś bardziej doświadczony... Musisz... Musisz przyjąć ten poród! Nie mamy wyjścia... Chyba że chcesz, żeby dziecko... – jej kolejne zdanie uciekło we wrzasku spowodowanym kolejnym skurczem. Ale nie musiała kończyć. Dobrze wiedziałem, co chciała powiedzieć – David... Wszystko będzie dobrze... Tylko słuchaj mnie... I skup się do jasnej cholery!
Pokiwałem nerwowo głowo, chociaż ona nadal mnie nie przekonała, że to najlepsze wyjście z tej całej sytuacji. Pierwsze co zrobiłem, to delikatnie przeniosłem ją na łóżko, choć głośno protestowała. Potem pospiesznie przygotowałem wszystko, co miałem przygotować. Nie miałem czasu na strach, nie miałem czasu, by myśleć o czymkolwiek innym. Chciałem już , by było po wszystkim, by to dziecko w końcu ujrzało światło dzienne. Cały spocony ciągle darłem się „PRZYJ!!”, by choć trochę ulżyć jej w bólu. Przez jakiś czas trzymałem ją za dłoń, potem, gdy pojawiła się główka, musiałem pilnować, by dziecku się nic nie stało. Wszystko wydarzyło się szybko, a jednocześnie to były najdłuższe minuty w moim życiu. Jeszcze nigdy się tak nie zmęczyłem, nawet gdy graliśmy z chłopakami kilka koncertów z rzędu.
Kate też nie czuła się najlepiej. Patrzyła na mnie wzrokiem zwiastującym zbliżające się omdlenie. Oddychała jak po jakimś maratonie, jakby za chwilę miało zabraknąć jej tlenu. Na nic nie miała siły, nawet na mówienie. Była blada jak trup, w ogóle nie orientowała się, co się dzieje wokół. Martwiłem się, że może stać jej się krzywda, martwiłem się o dziecko, bo miałem wrażenie, że ono też nie jest w najlepszym stanie. Musiałem szybko zawieźć ich do lekarza.
-Kate... – wyszeptałem – Kate, dasz radę zejść na dół do samochodu? – zapytałem. Ona patrzyła na mnie nieprzytomnie jakby nie dotarły do niej moje słowa. Westchnąłem cicho. Wygląda na to, że sama sobie nie poradzi. Spojrzałem na dziecko, wciąż płakało – Kate, wiem, że nie masz siły, ale musisz go potrzymać – wyciągnąłem chłopca w jej stronę. Przez chwilę się nie poruszała, patrząc na maleństwo. Potem, chyba samą siłą woli, wyciągnęła dłonie, gotowa do przytrzymania malucha. Delikatnie jej go oddałem. Ona wygięła wargi w lekkim uśmiechu. Nawet nie zauważyła, kiedy, szczelnie okryta przeze mnie kocem, znalazła się w samochodzie. Pogoda oczywiście nam nie dopisywała. Ciemne chmury gromadziły się nad Montrealem, zapowiadając nieciekawą sytuację. Wciąż zerkałem z niepokojem na siedzącą obok mnie Kate. Zdawała się być z każdą kolejną minutą coraz słabsza. Dziecko wydzierało się niespokojnie jakby wyczuwało zagrożenie. A ja usiłowałem jak najszybciej dotrzeć do tego cholernego szpitala. Sam miałem takie głupie wrażenie, że bardziej się od niego oddalam niż zbliżam.
W końcu jednak udało nam się tam dojechać. Wziąłem Kate na ręce, ona wciąż ściskała dziecko swymi słabiutkimi rękoma. Nie zważając na nic ruszyłem w stronę szpitala, sam omal nie mdlejąc.
-Śnieg... – usłyszałem cichy szept Kate – David... Popatrz... Śnieg pada...
Z ciekawością spojrzałem w niebo, nie zwalniając jednak tempa. Rzeczywiście białe płatki wirowały po świecie, zatrzymując się na napotkanych przeszkodach. Dopiero teraz zauważyłem, jak zimno jest na dworze. A Kate przykryłem zaledwie kocem...
-Pierwszy... W tym roku... – wyszeptała po raz drugi dziewczyna. Zapewne chciała coś jeszcze dodać, ale uciszyłem ją. Nie mogłem pozwolić na to, by zemdlała.

środa, 10 października 2012

CZĘŚĆ III PART XIV

nieskromnie zacznę, że to moja ulubiona część :)

Drżałem, siedząc na obłożonym białym materiałem krzesełku. Kościół był przepięknie przyozdobiony, co zresztą załatwiła Kate. Biel zdawała się wypełniać każdy kąt niewielkiej świątyni. Blask maleńkich świeczek promieniał radością. Gdzieniegdzie przewijała się świeża zieleń – gałązki rośliny, której nazwy nie umiałem sobie przypomnieć. Nawet ołtarz się nie wyróżniał, przyozdobiono go białymi i kremowymi liliami.
Kościół był już pełen, wiedziałem, że lada chwila zjawi się ona, a potem rozpocznie się ceremonia. Później to już wszystko z górki i po stresie. Spojrzałem na Pierre’a. Uśmiechał się, próbując dodać mi odwagi. Obok niego jeszcze stali Seb, Jeff i Chuck ubrani w identyczne czarne garnitury. Brakowało im tylko okularów przeciwsłonecznych oraz kapeluszy do Blues Brothers. Mój wzrok wylądował z powrotem na moich drżących dłoniach. Westchnąłem cicho. Nigdy nie lubiłem czekać.
Nagle gdzieś z góry buchnęła głośna muzyka. Od razu w myślach przeanalizowałem instrumenty, które usłyszałem. Skrzypce, kontrabas, pianino i... Zerwałem się, uświadamiając sobie, że to teraz jest najmniej ważne. Poczułem jak pot oblewa mi twarz. Serce waliło mi w rytm marszu weselnego. Ona szła środkiem kościoła, tak jak na próbie. Tylko że na próbie było całkiem inaczej. Bez napięcia, strachu i stresu.
Wyglądała naprawdę niesamowicie. Miała na sobie przepiękną długą suknię, zakończoną ogromnymi falbankami. Górna część uwydatniała jej kształtne piersi. Nieskazitelna biel nie umiała tylko ukryć sporego już brzucha, ale mi to akurat w ogóle nie przeszkadzało. Tego dnia była najpiękniejszą kobietą na świecie.
W ogóle nie umiałem skupić się na słowach księdza, wszystko, co mówił, wylatywało mi drugim uchem. Ciągle na nią zerkałem, nie mogąc się nadziwić, że w ciągu kilku godzin mogła zrobić z siebie jeszcze piękniejszą dziewczynę, niż jest na co dzień. Czas mi się dłużył, wydawało mi się, że stanął w miejscu. Żałowałem, że nie miałem przy sobie zegarka. Chociaż z drugiej strony głupio byłoby mi z niego skorzystać. Bardzo chciałem, by to wszystko się skończyło, czegoś się bałem. Tylko czego?
W końcu nadszedł ten moment, kiedy mieliśmy sobie powiedzieć to najważniejsze w życiu „tak”. Oboje wstaliśmy w tym samym momencie. Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy. Ona uśmiechała się, ja jakoś nie potrafiłem. Nawet nie słuchaliśmy księdza, znaliśmy tę formułkę na pamięć. Z jej ust natychmiast wyleciało to ledwo słyszalne „tak”. Krótkie słowo, a jednak zawierało w sobie mnóstwo miłości. Pięknej miłości, którą ona do mnie czuła. Ona do mnie? A co ja do niej czułem? Desrosiers, ty jeszcze w to wątpisz?
Zapadłą głęboka cisza. Wiedziałem, że teraz ja powinienem się odezwać. Otworzyłem usta. Ból pulsował mi w głowie, o mało jej nie rozwalił. Mieszał w moim  mózgu. Chciałem powiedzieć „tak”, ale głos ugrząsł mi w gardle. Wtedy to do mnie dotarło. Ja nie mogę wziąć z nią ślubu. Nie mogę jej tym zranić, nie mogę jej tym skrzywdzić. Spojrzałem kątem oka na Pierre’a. Jego kamienna twarz zupełnie nic nie wyrażała. Z powrotem wróciłem wzrokiem do Kate. Chyba już wyczuła, co się za chwilę wydarzy, ale w jej tęczówkach dostrzegłem jeszcze nadzieję.
-Kate... – wyszeptałem – Kate, ja... Ja nie potrafię... Uwierz mi... To dla twojego dobra... Przepraszam... – dostrzegłem, jak w kącikach jej oczu gromadzą się przezroczyste łzy. Nie mogłem na nie patrzeć. Odwróciłem się. Moje serce kazało mi tutaj zostać, ale nie posłuchałem go. Czułem na sobie zdumiony i zaskoczony wzrok około setki ludzi. Powolnym krokiem ruszyłem w kierunku drzwi. Słyszałem wszystkie te szepty. Krawat ciążył mi na szyi, miałem wrażenie, że za chwilę mnie udusi. Ogromne poczucie winy zgniatało moje serce. Wiedziałem, że zrobiłem najgorszą rzecz, jaką mogłem zrobić. Wyszedłem z kościoła. Minąłem przyozdobioną bielą limuzynę. Dopiero wtedy w moich oczach pojawiły się łzy. Ktoś chwycił mnie za ramię. Odwróciłem się i natychmiast poczułem na policzku cios. Zachwiałem się, ledwo utrzymując równowagę. Ale nawet nie jęknąłem. Wiedziałem, że mi się należy.
-Co ci odbiło, idioto?! – warknął Pierre, przymierzając się do drugiego ciosu. Poczułem, jak coś mokrego spływa po mojej dłoni. Spojrzałem w niebo. Ciemne chmury wyprzedzały się nawzajem jakby brały udział w wyścigu. A Montreal był metą.
-Zaczyna padać – wyszeptałem. Potem z powrotem się odwróciłem, co chyba zaskoczyło mojego kumpla i ruszyłem dalej chodnikiem.
-Stój! – usłyszałem jego krzyk. Zatrzymałem się po raz drugi. On podbiegł do mnie i przez moment wpatrywał się w moją twarz, jakby to miało coś zmienić – Co teraz? Co zamierzasz?
-Zniknę – odparłem – Zniknę i póki co nie będę zjawiał się w Montrealu. Być może wrócę. Być może nie. Zrozumiem, jeśli wyrzucicie mnie z zespołu, więc nie wahajcie się – minąłem go i ruszyłem dalej powolnym krokiem.
-Dlaczego? – brunet ponownie do mnie doskoczył. Krople z nieba spływały coraz gęściej. Ja nawet tego nie czułem. Nie czułem niczego.
-Wszystko działo się za szybko – odpowiedziałem po chwili zadumania – Nie mogłem przemyśleć... Nie, nie dlatego. Pierre, ja... Ja zwątpiłem. Potrzebuję czasu. 
Bouvier przystanął, zapewne nic nie rozumiejąc z mojej gadki. Ja sam nie rozumiałem. On już mnie nie gonił, wiedział, że to nie ma sensu. Bałagan, jaki miałem w głowie, mogłem posprzątać tylko ja. Padający coraz gęściej deszcz powoli okalał moje ciało, nie pozostawiając ani jednej suchej nitki na moim garniturze. Ale akurat wtedy to było najmniej ważne.

NARRACJA KATE

Ciągle wpatrywałam się w otwarte drzwi kościoła, nadal z nadzieją, że on za chwilę się zjawi. Nie zjawił się. Znowu zostawił mnie samej sobie. Prze krótki moment byłam tak zaskoczona jego zachowaniem, że nawet nie płakałam. Chyba wciąż nie docierało do mnie to, co się stało. Miałam wrażenie, że to wyjątkowo paskudny koszmar, który niedługo się skończy. Niestety takie jest życie. Dotarło to do mnie, gdy Pierre skoczył w stronę drzwi. To wszystko dzieje się naprawdę, tu i teraz. Usiadłam na schodkach ołtarzyku i wybuchłam głośnym płaczem. Ten ślub miał skleić nasz związek. Rozerwał go na strzępy. Strzępy, które nie sposób scalić. Wszystko zniszczone. Znowu.
-No już, Kate – Seb delikatnie przyciągnął mnie do swojej piersi i przytulił. Poczułam przyjemne ciepło, które i tak nie pomogło mi pozbyć się łez – Przecież nie będziesz przejmować się tym debilem.
Wiedziałam, że chciał pomóc, ale jego słowa wywołały we mnie tylko jeszcze większy żal i smutek. Zawyłam jeszcze głośniej, chowając twarz w jego śnieżnobiałej koszuli. Nie mogłam się pohamować i zatrzymać potoku łez, chociaż bardzo chciałam. Z drugiej strony musiałam wyrzucić z siebie wszystko, co trzymałam w sercu.
-On nie jest debilem... – wychlipałam, pociągając nosem – to ja jestem debilką... Naprawdę myślałam, że teraz nam się uda...Za bardzo w to wszystko uwierzyłam...
Seb nie odpowiedział nic, tylko delikatnie pogłaskał mnie po głowie. Tak samo jak głaskał mnie on. Dave. Wiedziałam, że on już nie wróci, że on mnie nie przytuli, nie pocałuje. Bajka się skończyła, rozpoczęła się bitwa o rzeczywistość. Coś w moim brzuchu zaczęło się poruszać. Dziecko nie chciało już tutaj być, chciało odejść. Miało już dość radosnej bieli i tego kościoła. Przypomniało mi o sobie, mówiło, że potrzebuje opieki. No tak, to wszystko tak bardzo mnie pochłonęło, że zdążyłam o nim zapomnieć. Niedługo na świecie zjawi się mały klon Dave’a. Tego już niestety nie potrafię zmienić. Otarłam resztki łez z oczu. Wstałam, otrząsając się z szoku, co zaskoczyło te kilka osób, które jeszcze zostały w świątyni. Wyszarpałam welon ze swoich włosów, niszcząc cudowną fryzurę i ruszyłam ku wyjściu z kościoła. Po drodze potknęłam się ze dwa razy o swoją wymarzoną suknię, jakże teraz nieważną. Deszcz lał się strumieniami z nieba, jeszcze bardziej potęgując efekt działania łez na mojej twarzy i zmieniając biel ubrania w brudną szarość. Pierre stał kilkanaście metrów ode mnie, wpatrywał się w czarny coraz bardziej oddalający się punkt. On odszedł.
-Przykro mi, Kate – wyszeptał brunet, gdy zauważył, że stoję obok niego. Spuścił głowę i odwrócił się jakby chciał powiedzieć, że musimy rozpocząć nowy rozdział w naszym życiu.
***
To były najgorsze dwa miesiące mojego życia. Dziecko wciąż mi dokuczało jakby pragnęło, bym nie zapomniała, że ono wciąż czeka. W nocy nie mogłam spać, w dzień czasami nie mogłam ruszyć się z łóżka. Wszyscy próbowali mi jakoś pomóc, chłopaki wciąż na zmianę wpadali. To mi chyba najbardziej pomagało. Ich towarzystwo. Chociaż tak naprawdę przed nimi też ukrywałam, co się działo w moim sercu. Jedynie gdy zostawałam sama, wybuchałam głośnym płaczem. To ta cisza to wszystko we mnie stwarzała. Paniczny strach przed samotnością. I powrót przeszłości. Zawsze uświadamiałam sobie, że on powinien siedzieć obok mnie i razem powinniśmy cieszyć się naszym dzieckiem. Tymczasem nie mam ani radości, ani Dave’a. Moje życie jest żałosne. Wciąż liczyłam na to, że on się zjawi, a każdy dzień przynosił to samo rozczarowanie. W końcu i nadzieję zaczęłam tracić. Wciąż patrzyłam przez szybę na pusty szary Montreal, marząc, by stać się jedną z tych małych dziewczynek biegających po ulicach. Bawić się bez problemów i mieć wszystko gdzieś. Czas mi się wciąż dłużył. Chciałam już urodzić to dziecko, by zapomnieć o wszystkim i poświęcić się jego wychowaniu.
Pech chciał, że wtedy byłam sama. Moja mama akurat wyjechała do sanatorium, sama ją na to namówiłam. Chłopaki mieli premierę najnowszej płyty. Wiadomo, musieli wszyscy na niej być. Już i tak brak Dave’a wszystko im skutecznie utrudniał. Ale poradzili sobie i z tym. Do właściwego terminu miałam jeszcze trzy tygodnie, nikt nie spodziewał się, że wszystko rozpocznie się właśnie teraz. Nie zdołałam nawet dojść do komórki. Upadłam na podłogę, nie mając siły nawet na oddychanie. Zacisnęłam zęby. Teraz mogłam liczyć jedynie na cud.

KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ

sobota, 6 października 2012

CZĘŚĆ III PART XIII


Ślub nadchodził coraz większymi krokami, a wciąż wszystko nie było dopięte na ostatni guzik. Całymi dniami latałem między domem a studiem, wysłuchując raz jęków chłopaków o nowej płycie, a raz poleceń Kate co do próby i innych takich niedokończonych spraw. W ogóle nie miałem czasu nawet na myślenie. I chyba właśnie dopiero tydzień przed tym ważnym wydarzeniem uświadomiłem sobie, że ja wcale nie chcę tego ślubu. Nawet chciałem powiedzieć Kate o moich wątpliwościach, ale kiedy patrzyłem na jej szeroki uśmiech, gdy mówiła o tych wszystkich kwiatach i dekoracjach... Nie umiałem. Nie mogłem sprawić, by ona była smutna.
Nie pisnąłem słowem na ten temat aż do mojego wieczoru kawalerskiego. Wiedziałem, że Pierre, Seb, Jeff i Chuck coś kombinują, nie pytając mnie nawet o zdanie. Tego dnia zakazywali mi używać słów ślub, małżeństwo, żona i innych tego typu. Potem zaciągnęli mnie do jakiegoś klubu ze słabą muzyką i kupą alkoholu. Od razu postanowiłem, że nie wypiję ani kropli. Przecież jutro cholernie ważny dzień, nie wezmę ślubu skacowany.
-Daveeee... – wybąkał pijany już Pierre – Dave, to twój ostatni wieczór wolności... – próbował wlać mi końcówkę wódki z butelki do gardła. Nie udało mu się – przezroczysty płyn ześlizgnął się po moim policzku aż na koszulkę.
-Dzięki, Pierre – odparłem i wstałem – Idę na chwilę na dwór pooddychać świeżym powietrzem – Powoli ruszyłem w stronę wyjścia. Po drodze minąłem kilka striptizerek, którym bardzo zależało na tym, żebym z nimi zatańczył. Machnąłem tylko ręką, wiedząc, że to kolejny z genialnych pomysłów moich przyjaciół. Odetchnąłem z ulgą, gdy wreszcie wydostałem się z tego cholernego hałasu i piekielnego zaduchu. Zimno od razu przykryło mnie swoim płaszczem. Usiadłem na jakiejś zniszczonej ławce i pomyślałem o tym, co mnie jutro czeka. Chyba wciąż jeszcze nie docierało do mnie, że mam zostać mężem Kate. Przełknąłem ślinę. To wszystko dzieje się tak szybko, stanowczo za szybko...
-Co jest, Dave? - głos Jeff’a wydobył się właściwie z ciemności. Łysy dopiero później ukazał się moim oczom. Był chyba jako jedyny oprócz mnie wciąż trzymający się na nogach – Chyba powinieneś się bawić?
-Pewnie tak – westchnąłem, spuszczając głowę – Jeff, ja... Nie chcę tego ślubu – wybąkałem. Stinco usiadł obok, nie wyglądał na zaskoczonego. Opowiedziałem mu o swoich wątpliwościach i o tym, że nie jestem jeszcze gotowy. On tylko kiwał ze zrozumieniem głową.
-Dave, to normalne, że wciąż się wahasz – odezwał się łagodnie, gdy skończyłem mówić – Zawsze tak jest. Ale to tylko stres. Przecież kochasz Kate, tak? Chcesz z nią spędzić resztę życia, tak? – przerwał, a nie słysząc z moich ust żadnego słowa, uznał to za potwierdzenie – Więc to właściwie bez różnicy, czy będziecie żyć ze sobą w ślubie czy na kocią łapę. Tyle tylko, że po ślubie łączą was dodatkowo papiery. No i ślub to najszczęśliwszy dzień w życiu. Popatrz na Kate, tylko o tym wspomnisz, a już gada jak nakręcona – zachichotał cicho. No tak, kto jak kto, ale ja w ciągu ostatnich kilku dni trochę zdążyłem się nasłuchać na ten temat – Więc przestań się tym wszystkim przejmować, to stres tak na ciebie działa. Nie daj mu się pokonać, a wszystko się dobrze skończy. Mówię ci, jak w końcu powiesz to najważniejsze „tak”, wszystko szybko minie. A teraz idź się bawić, bo przecież to twój ostatni wieczór wolności.
Postanowiłem pójść za radą przyjaciela i na ten jeden wieczór wyrzucić wszystkie myśli z głowy. Wziąłem jednego drinka, żeby się wyluzować, obiecując sobie, że więcej nie wypiję. Potem był jeszcze jeden i kolejny, i kolejny, a każdy z nich nazywał się ten ostatni. Potem już nawet fatalna muzyka mi nie przeszkadzała. Właściwie nic już mi nie przeszkadzało. Marzyłem, by ten wieczór trwał i trwał, by wszystkie smutki i zmartwienia odpłynęły. Ostatnie wspomnienie, które pozostało w mojej głowie, to nasze przejście przez Montreal i śpiewanie, a raczej wydzieranie się w rytm jakiejś francuskiej piosenki o zbereźnym tekście. Potem film mi się urwał.
***
Przez moment nie bardzo wiedziałem, co się ze mną dzieje i gdzie jestem. Oszałamiał mnie potężny ból głowy. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że leżę w willi Seb’a. Próbowałem się podnieść i usiąść, ale coś mi przeszkadzało. Zauważyłem, że leży na mnie Pierre. Jęknąłem cicho, zamykając oczy. Brunet był całkiem nagi. Poczułem, że zwymiotuję. Zsunąłem jego głowę ze swojej piersi. Przekląłem w duchu. Ja tez nie miałem nic na sobie. Co tutaj się do cholery działo? Łeb pękał mi z bólu, gdy szukałem swoich ciuchów. Ledwo to wytrzymywałem. Postanowiłem zejść na dół do kuchni. Omal nie skręciłem sobie nogi, poślizgnąwszy się na kartach do gry. Mijałem ostrożnie szczątki butelek po wódce, starając się nie pokaleczyć. Na dole bałagan był jeszcze większy. Impreza musiała być naprawdę ostra. W całej chacie śmierdziało czymś podejrzanym. Znowu poczułem, że zwymiotuję. Przeskoczyłem przez nieprzytomnego Chuck’a, który mamrotał coś pod nosem. Gdyby nie mój potężny ból głowy, nie mógłbym się powstrzymać przed zatrzymaniem się i podsłuchaniem.
Na początku nie zauważyłem Jeff’a, który spokojnie siedział przy stole i popijał kawę. Od razu rzuciłem się na jakieś tabletki, chociaż nawet nie wiedziałem, czy to to, czego akurat szukałem.
-Masz – w moją stronę poturlała się butelka z przezroczystym płynem. Chwyciłem ją z wdzięcznością i nerwowo próbowałem odkręcić zakrętkę. Napój wyślizgnął mi się z dłoni i upadł na podłogę. Usłyszałem cichy chichot i dopiero wtedy zauważyłem kumpla.
-Bardzo śmieszne – burknąłem obrażony, podnosząc butelkę i ponownie usiłując ją otworzyć.
-Kac?
-Jeszcze jaki – jęknąłem, a potem przechyliłem otwartą już wodę tak, by jej zawartość wylądowała w moim gardle. Piłem i piłem, nie zwracając uwagi na słowa Jeff’a. Dopiero gdy moja komórka znalazła się pod moją ręką, postanowiłem sprawdzić, czy ktoś czasem nie próbował się ze mną połączyć.
-Dziesięć nieodebranych połączeń od Kate?! – wyplułem wszystko co miałem w buzi z powrotem do butelki – Cholera, ona mnie zamorduje...
-Dzięki, że mnie słuchałeś – prychnął łysy z wyraźną niechęcią. Spojrzałem na niego pytająco, a raczej błagająco, by jeszcze raz mi o wszystkim opowiedział. On westchnął cicho.
-Pozwoliłem sobie odebrać jeden telefon od Kate i powiedzieć jej, że jesteś cały i zdrowy. Swoją drogą ona już  się szykowała. Cholera, normalnie nie mogę z tych dziewczyn. Ja nie wiem, one ciągle by się tylko malowały...
Gapiłem się na niego, tak naprawdę nie za bardzo wiedząc, o czym on mówi. Szykuje się? Czy ja o czymś nie zapomniałem?
-David! – kumpel znowu pomachał mi dłonią przed nosem – David, tu jestem! – zachichotał cicho – Cholera, co będzie po dzisiejszym weselu, jak ty już teraz nie kontaktujesz...
-Weselu? – powtórzyłem zdezorientowany – Dzisiejszym?  Cholera! – jęknąłem, patrząc na zegarek – Ślub! Zupełnie zapomniałem!
-Zapomniałeś o własnym ślubie?! – Jeff wybuchnął głośnym śmiechem – No to trzeba nazywać się Davidem Desrosiersem...
Westchnąłem cicho, dalej popijając małymi łyczkami wodę z mojej butelki. Uspokoiłem się nieco, widząc, że do uroczystości jeszcze kupa czasu. Mimo wszystko moich nerwów w ogóle to nie ukoiło. Przełknąłem głośno ślinę pomieszaną z wodą. To stres. To tylko stres. 

wtorek, 2 października 2012

CZĘŚĆ III PART XII


Odwdzięczyłem się tym samym, czyli także szczerym uśmiechem i delikatnie zamknąłem drzwi. Odetchnąłem z ulgą i rozluźniłem sobie krawat. Nadal nie mogłem przestać się denerwować, nie mam pojęcia, dlaczego.
-Aleś ty spięty – zachichotała Kate, przytulając się do mnie. Poczułem jak serducho zaczyna mi szybciej walić, moje ciało całkowicie podporządkowało się dziewczynie – No już, rozluźnij się – wyszeptała delikatnie masując moją klatkę piersiową – Przepraszam cię za mamę, zwykle jest zupełnie inna. Wiesz, ona bardzo chce, żebym wreszcie ułożyła sobie życie.
-Wiem, wiem – westchnąłem cicho – I jak wypadłem? – zmieniłem temat, spoglądając na nią z niepokojem.
-Szczerze? Jak źle wychowany wieśniak, który po raz pierwszy w życiu widzi Montreal...
-Co?! – wrzasnąłem histerycznie, a Kate wybuchła głośnym śmiechem.
-Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać – dziewczynie spływały łzy po policzkach, ale były to łzy radości. Prychnąłem cicho – Twoja reakcja – bezcenna...
-Kate! – jęknąłem – Proszę cię tylko o obiektywną decyzję!
-No dobrze, dobrze – ona otarła łzy z oczu i skrzyżowaliśmy się spojrzeniami – Myślę, że wywarłeś na mojej mamie pozytywne wrażenie. Starałeś się być grzeczny i uważać na słowa. Trochę się denerwowałeś, co wyglądało naprawdę, naprawdę słodko. Zdałeś test na szósteczkę. No może z małym minusikiem.
-Z minusikiem? – powtórzyłem, udając, że złość zaczyna rządzić moim ciałem, choć tak naprawdę poczułem ogromną ulgę i lekkość na sercu. Miałem ochotę wznieść się do góry i latać. Zamiast tego niespodziewanie dla dziewczyny wziąłem ją na ręce – Z minusikiem? – powtórzyłem raz jeszcze, a ona ponownie wybuchła śmiechem. Coś tam krzyczała, ale w ogóle nie zwracałem na nią uwagi. Zbiegłem schodami na dół i wyleciałem z budynku. chłód wiosennej nocy od razu dał mi się we znaki, ale olałem to. Ja biegłem dalej, ona próbowała się wyszarpać, ale słabo jej to wychodziło.
-Puszczaj mnie idioto! – wrzeszczała, kopiąc, drapiąc, a nawet gryząc – Puszczaj, bo zacznę wołać o pomoc!
-O pierwszej w nocy? – zachichotałem – Powodzenia!
-Raaaatuuuunkuuu! – krzyczała, ale jej śmiech skutecznie zagłuszał cały wrzask. Zresztą wokół nas nie było ani jednej żywej duszy. Jedynie ulicami od czasu do czasu przemknął jakiś samochód, ale poza tym nikt się nami nie interesował. Blask latarni starał się pomagać bladej tarczy księżyca uzyskać światło, jakim słońce zazwyczaj częstuje nas za dnia. Wiatr powiewał cichutko, pragnąc swoim szumem wywołać w nas strach. Ale my nie mieliśmy czasu, by się bać. Życie uciekało, a strach był tylko jego gościem, którego w pewnym sensie się wyprasza.
-No wypuścisz mnie wreszcie? – jęknęła Kate, choć wiedziałem, że jej się to podoba.
-No dobra, nie mam sił już ciągnąć ciężarów – roześmiałem się, ostrożnie kładąc ją na trawie.
-Ja ci zaraz dam ciężarów! – dziewczyna zerwała się i biegiem rzuciła się w moim kierunku. Mimo że ja byłem zmęczony i ledwo dyszałem, nie miała ze mną żadnych szans. Pędziliśmy chodnikami Montrealu, ciesząc się... No właśnie, czym? Tego nie wiedziałem ani ja, ani ona. Ale sprawiało nam to radość, więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy.
W końcu dotarliśmy na jakiś plac zabaw. Nie miałem już sił na dalszy bieg, dlatego zwolniłem. Wtedy poczułem, jak ktoś przewraca mnie na ziemię i usłyszałem dumny głos mojej dziewczyny:
-Udało mi się! Mam cię! – wybuchła głośnym śmiechem, a jej głowa wylądowała na mojej piersi. Poszedłem za jej śladem i sam zacząłem się śmiać. Nie do końca świadomie głaskałem ją po policzku. Właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że właśnie ona jest moim największym skarbem, jaki przytrafił mi się w życiu
-Dave, chodźmy na huśtawki! – dziewczyna zerwała się, mocno ściskając moją dłoń.  Poczułem się jak wtedy, siedem lat temu, zanim wszystko zniszczyłem. Właśnie tak się zachowywaliśmy, jak dzieciaki – No choooooodź! – wstałem chętnie i ruszyłem za nią. I chociaż przed oczami miałem moją Kate, to ja dostrzegłem w niej małą dziewczynkę, która pragnie zabawy i miłości. Chciałem jej to dać, chciałem, by ona była szczęśliwa, bo wtedy i moje serce wypełniało się szczęściem.
-Pohuśtaj mnie! – rozkazała, klaszcząc w dłonie – Pohuśtaj mnie tak mocno, żebym mogła dotknąć nieba!  - pisnęła pełna entuzjazmu. Oczywiście spełniłem jej życzenie. Rozhuśtałem ją tak mocno, że sam zacząłem martwić się o jej bezpieczeństwo. Wyglądała pięknie w blasku księżyca. Jak... Jak wróżka. Wznosiła się i opadała, a jej włosy cudownie falowały. Uśmiechnęła się, usiłując chwycić powietrze, które uciekało między jej palcami. Wtedy zrozumiałem, że kocham tę dziewczynkę, która się w niej ukrywa, to dziecko, które wciąż jeszcze w sobie miała, które nie zaginęło. Gdy patrzyłem na jej uśmiech, na jej radość, przemyślałem sobie swoje dzieciństwo. Paskudne dzieciństwo. Potem z powrotem spojrzałem na dziewczynę. Brzuszek już był widoczny, ale naprawdę niewielki. Przyrzekłem sobie, że to dziecko wychowam najlepiej, jak będę w stanie. Wychowa się w kochającej rodzinie, rodzinie, w której nigdy nie zabraknie miłości. Teraz, przyglądając się Kate, już wszystko wiedziałem. Wiedziałem, że to odpowiednia chwila i odpowiedni moment, że teraz powinienem to zrobić. Wsunąłem dłoń do kieszeni. Opuszkami palców wyczułem delikatny materiał pudełeczka. Jeszcze tylko przez sekundę się wahałem. Potem szybko przyklęknąłem na kolana. Huśtawka zatrzymała się z cichym skrzypnięciem. Czekałem aż otworzy oczy. Wszystko pamiętam, jak w zwolnionym tempie na filmach. Jej powieki w ślimaczym tempie uniosły się do góry. Pamiętam, jak po raz drugi tego dnia nerwy wzięły nade mną kontrolę. Ona to zauważyła i jakby się przestraszyła. Na szczęście zanim się odezwała, ja zdążyłem wyklepać:
-Kate, wyjdziesz za mnie? – drżącymi spoconymi dłońmi otworzyłem pudełko i wyciągnąłem w jej stronę. Ona zastygła w bezruchu, przerażenie na jej twarzy mieszało się z zaskoczeniem. Wyraźnie nie wiedziała, co powiedzieć. Otwierała i zamykała usta jakby słowa nie chciały przejść jej przez gardło. Wiedziałem, co to oznacza. Ona kocha mnie tak bardzo, że nie mogła odmówić. A musiała.
Nagle dziewczyna rzuciła się na mnie, piszcząc przeraźliwie. Zapewne niechcący przewróciła mnie na plecy, sama lądując na mojej klatce piersiowej. Cieszyła się tak bardzo, że miałem wrażenie, że wszyscy się na nas gapią, choć wokół nie było ani jednej żywej duszy. Ja sam nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć. Myśli mieszały mi się w głowie. Nie docierało do mnie, że się zgodziła, że powiedziała „tak”. Podzieliliśmy się pocałunkiem, ale to już nie był zwykły pocałunek. Tak naprawdę dzięki temu zrozumiałem, że ona kocha mnie tak samo, jak ja ją i że to ze mną pragnie spędzić resztę swojego życia. Banalne? Wcale nie. Podjęcie takiej decyzji wymaga ogromnej odwagi.
-Zaczekaj.. – wymamrotałem, przerywając pocałunek. Otworzyłem pudełeczko, które zdążyło się już zamknąć, wyciągnąłem pierścionek i poprosiłem ją o lewąrękę. Widziałem łzy w jej oczach, gdy wsuwałem ozdobę na jej serdecznego palca. Płakała.
-Wiesz, że teraz jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie? – zapytała, wtulając się w moją pierś. Spojrzałem w niebo. Księżyc świecił jasnym blaskiem, usiłując przekazać mi jakąś wiadomość. Jaką? Tego już nie dowiedziałem się nigdy.
***
Wszyscy mieliśmy na głowie kupę spraw. Już dawno nie miałem czasu dla siebie, dla świętego spokoju. Starałem się każdą minutę pożytecznie spędzić. Czasu mieliśmy naprawdę niewiele i choć bardzo pomagali nam chłopaki, to ja i tak bałem się, że go nam nie wystarczy. Zresztą nie mogłem odstawić pracy na bok. Simple Plan wydawało płytę, nie mogłem zostawić przyjaciół z tym wszystkim, chociaż oni mówili, że na premierę wszystko jest przygotowane, ale ja i tak im nie wierzyłem, bo gdy tylko zjawiałem się w studiu, oni nad czymś pracowali. Wszyscy się męczyliśmy. Czasami nawet w domu zjawiałem się późno w pracy. Wtedy najczęściej widywałem Kate śpiącą na kanapie i oczekującą na mój powrót. Delikatnie brałem ją na ręce i przenosiłem na łóżko. Nie chciałem, by w swoim stanie się przemęczała i wielokrotnie powtarzałem, że ma się niczym nie przejmować, że ja wszystko załatwię. Bałem się, że stanie jej się krzywda i zaszkodzi to naszemu dziecku. Ale ona i tak mnie nie słuchała i robiła wszystko po swojemu. Dzięki temu była szczęśliwa. I mnie to cieszyło, bo szczęście dla niej to dla mnie priorytet. Szczęście i bezpieczeństwo. Dlatego namówiłem dziewczyny Seb’a i Pierre’a, by od czasu do czasu jej potowarzyszyły. Zgodziły się naprawdę chętnie, bo zdążyły już polubić moją Kate, a i tak nie miały specjalnie co robić, bo chłopaki tez poświęcali się całymi duszami płycie. Wszystkich denerwowała perspektywa ślubu w listopadzie, czyli trzy miesiące po oświadczynach. Późniejsza data nie wchodziła w grę, bo Kate nie chciała ślubu z dużym brzuchem, a ja i tak już teraz, chociaż właściwie nie było widać jeszcze dziecka, bałem się, by nic nie stało się podczas ślubu.
-Jestem już tym wszystkim zmęczony – jęknąłem do Pierre’a, który zjawił się o dziewiątej z kupą katalogów. Podniecona Kate od razu zabrała się do przeglądania ich.
-Trzeba było sobie bachora nie robić – burknął Bouvier tak, by dziewczyna nie usłyszała, ale ona i tak już się wciągnęła w oglądanie obrazków i w ogóle nas nie słyszała.
-Wiesz, że to dziecko to najlepsze, co mogło nas spotkać – odparłem karcąco – Tylko wciąż nie wiem, czy ten ślub to dobry pomysł.
Brunet wzruszył ramionami.
-Jeff i Seb załatwili tamten lokal – zaczął zupełnie z innej beczki – No i już wiemy, gdzie urządzić ci wieczór kawalerski – brunet zatarł ręce z wyraźnym zadowoleniem. Spojrzałem na niego rozszerzonymi oczyma.
-Wieczór kawalerski?! – jęknąłem, myśląc ironicznie, że jeszcze tego mi do szczęścia brakowało.
-David! – wrzask Kate przestraszył nawet Pierre’a, który bez wahania sięgnął ręką po ciastko, a raczej chciał sięgnąć – David, ty nie masz garnituru!
Przekląłem w duchu. Czeka mnie kolejny wesoły dzień latania z chłopakami po sklepach.