sobota, 17 listopada 2012

CZĘŚĆ IV PART VIII


Zanim zdążyliśmy chociażby zmrużyć powieki, dwa tygodnie już minęły i trzeba było wracać do domu. Ale czułem, że spełniłem wzorowo swój obowiązek, że zrobiłem wszystko, co mogłem zrobić. Oboje nie zmarnowaliśmy tego czasu. Na pierwszy rzut oka dało się dostrzec, że zmieniliśmy się. Każdego dnia coraz bardziej przypominaliśmy sobie, na czym polega miłość i kochanie. Zapomnieliśmy o swoim wieku i zachowywaliśmy się jak dwójka nastolatków. To było najlepsze w tym całym wyjeździe. Wróciliśmy do czasów, w których pieprzyliśmy cały świat. Ludzie gapili się na nas jakby nie mieli ciekawszych zajęć do roboty. Olewaliśmy ich niewygodne spojrzenia. Olewaliśmy wszystkich i wszystko.
Którejś nocy pobiegłem do hotelu po gitarę i zagrałem Kate chyba z pięćdziesiąt piosenek, nie tylko o miłości. A że to było w parku, to zaraz pojawił się niewielki tłum słuchaczy. Ktoś rzucił mi pod nogi monetę. Spojrzałem na nią, ale nie podniosłem jej. Zagrałem „Crazy”. Mam nadzieję, że ten ktoś zrozumiał, co miałem na myśli. Wszystkiego nie da się kupić za pieniądze. Na szczęście. A może dla niektórych niestety. Powoli tłum zaczynał się tu zadomawiać i rozluźniać się. Niektórzy krzyczeli, że chcą bis, gdzieś w tle usłyszałem pytanie o nagranie solowej płyty. W odpowiedzi zagrałem „Thank you”. Wątpiłem, by tym razem ktoś zrozumiał, o co mi chodzi. Nigdy nie nagrałbym solowej płyty. Nigdy nie zniżyłbym się do poziomu Pierre’a. Zwłaszcza gdy zobaczyłem, jak ogromną przyjemność daję ludziom swoją grą. A jak myślałem o solowej płycie, na myśl przychodził mi brunet i jego egoizm oraz chęć kasy. A ja już nie chciałem tego robić dla kasy, chciałbym czerpać z tego radość. W końcu głos odmówił mi posłuszeństwa. Miałem spuchnięte palce od gitary. Przeprosiłem wszystkich i podziękowałem za słuchanie. Chwyciłem Kate za rękę i ruszyliśmy, a tłum rozstąpił się, chcąc nas przepuścić. Dostrzegłem dumę na jej twarzy. Tak jak kiedyś.
Następnego dnia mniej więcej o tej samej godzinie wyszliśmy na spacer. Zdziwiłem się, gdy przy ławce, na której ostatnio siedziała moja żona, kręciło się mnóstwo ludzi. Niektórzy zerkali na mnie nieco zawiedzeni, że nie mam w dłoni akustyka.
-Zagraj – powiedziała cicho Kate – Oni na ciebie czekają.
Więc znowu większość nocy spędziłem w tłumie słuchających mojej gry i śpiewu. I tak już było codziennie. Nie powiem, podobało mi się to. Nie rozpoznawał mnie nikt, a przynajmniej nikt nie powiedział mi prosto w oczy, że jestem Davidem Desrosiersem. Ludzie traktowali mnie jak zwykłego człowieka. Ostatnią noc zaliczyłem do najgorszych. Musiałem im wszystkim wtedy oświadczyć, że więcej tu nie wrócę. Wiele osób prosiło o autograf. Nie dawałem. Nie chciałem być gwiazdą. Ale długo jeszcze z nimi rozmawiałem. Ci ludzie w większości przychodzili sami, rzadziej w parach. Tutaj oni wszyscy nie byli samotni, oni byli jedną wielką rodziną, łączyli się. To się czuło. Czuło się swego rodzaju siłę i więź. Wiedziałem, że w Montrealu coś takiego nigdy by się nie wydarzyło. Tam brakuje tego czegoś. Jedności.
Wiele przeróżnych przygód przeżyliśmy w Grecji. Myślałem, że nasz związek dzięki temu się odnowi. Ona także. Miłość wciąż nam towarzyszyła. Wszędzie chodziliśmy we dwoje, ściskając swoje dłonie. Naprawdę byliśmy szczęśliwi. Czuliśmy się jak w snach, marzeniach, bajce. Każda bajka musi się skończyć.
Wraz z powrotem do Montrealu wróciła z nami brudna szara rzeczywistość. Przez pierwszy tydzień jeszcze jakoś się trzymaliśmy, podczas drugiego coś zaczęło się psuć. Kłótnie robiły się coraz ostrzejsze, coraz częściej nasze głowy zastępował wrzask. Znowu chowaliśmy się u dzieci, żeby siebie uniknąć.  Któregoś dnia przypadkiem zobaczyłem płaczącą Nicole. Domyśliłem się, że nas słyszała i zwyczajnie miała dość, tak jak ja. Zauważyłem wtedy, że one też cierpią. Nie chciałem sprawiać im bólu, bo teraz tylko oni mi pozostali.
-Koniec – burknąłem, wpadając do kuchni. Z ręki Kate wyślizgnęła się ogromna drewniana łyżka i upadła na podłogę. Chciała zapewne znowu na mnie warknąć, ale nie zdążyła – Koniec- powtórzyłem – Myślałem, że coś da się zrobić, starałem się, ale to wszystko na nic. To nie ma sensu, Kate. Nasz związek nie ma sensu. Ciągle się kłócimy. Musimy się rozstać chociażby dla dobra dzieci. Tego już nie ma.
Ona przez chwilę się nie odzywała, zapewne analizując moje słowa. Potem głośno westchnęła i oznajmiła:
-Też o tym myślałam. Nie możemy ich ranić swoimi krzykami. Dawno przestaliśmy do siebie pasować.
-Zostań tutaj, ja się wyprowadzę. Na razie wezmę najpotrzebniejsze rzeczy, przy okazji spakuję resztę.
-A... Co z dziećmi?
Przełknąłem cicho ślinę. Wiedziałem, że ona nigdy mi ich nie odda, a z drugiej strony nie chciałem, żeby traktować je jak zwierzęta na targu. Pragnąłem ich dobra. Zacisnąłem mocniej pięści. Tak naprawdę nie miałem innego wyjścia. W końcu od początku Kate je wychowywała, ja ciągle byłem w trasach.
-Chyba... Chyba muszą tu zostać – wydusiłem z siebie – Ich miejsce jest przy matce. Co nie oznacza, że nie będę ich odwiedzał. Jakoś się z tobą skontaktuję.
-Zgadzam się – odparła ona pozbawiona jakiejkolwiek barwy głosu – Sądzę, że tak powinniśmy zrobić.
Pobiegłem schodami na górę i wpadłem do naszej wspólnej sypialni. Zadzwoniłem szybko do jednego z kumpli z pytaniem, czy nadal chce wynająć mieszkanie. Na szczęście chciał i po pytaniu o Kate, na które nie odpowiedziałem, zgodził się mi je udostępnić. Z ciężkim sercem wyciągnąłem jedną z walizek i zacząłem pakować wszystko, co przyszło mi do głowy. Powtarzałem sobie, że to dla dzieci, ale wcale mi to nie pomagało. Wiedziałem, że nic tu po mnie, że jeśli tu zostanę, koszmar znowu się zacznie. Był już wieczór, kiedy wszedłem do pokoju dziewczynek, wycałowałem je i jąkając się, powiedziałem, że tatuś musi się wyprowadzić. One chyba nie zrozumiały, o czym ja mówię. Dopiero gdy to powtórzyłem, Jane zapytała mnie, kiedy wrócę. Nie mogłem odpowiedzieć jej na to pytanie. Nie mogłem dłużej się z nimi żegnać, bo wiedziałem, że się rozkleję. Wstałem, po raz ostatni je przytuliłem i z wielką niechęcią odszedłem. Zapukałem cicho do pokoju Chrisa. Położyłem dłoń na klamce ale nie nacisnąłem jej. Coś mnie powstrzymywało, coś mi mówiło, że powinienem najpierw przemyśleć to, przemyśleć, jak przeprowadzić tę rozmowę. Ale mimo wszystko chciałem to mieć za sobą. Wszedłem do jego pokoju. Chris nad czymś intensywnie myślał, dotykając strun swojej gitary. Rozpromienił się na mój widok.
-Już prawie umiem zagrać „Save you”! – pochwalił się, podskakując na łóżku i powracając do swojego dobrego nastroju.
-To wspaniale! – krzyknąłem z udawanym entuzjazmem, siadając obok niego – Zagrasz mi?
-Ale... – zawahał się, ale pokiwał głową, zgadzając się. Chwycił gryf gitary i zaczął grać wstęp. Wciąż jeszcze trochę niepewnie czuł się w tej piosence, kilka razy się pomylił, ale ja nie zwracałem na to uwagi. Wpatrywałem się w kolorowy świat za szybą, wsłuchując się w słowa. Myślałem o tym, co się stanie, gdy opuszczę ten dom. Myślałem o tym, co się stanie z talentem mojego syna. Zmarnuje się? Miałem szczerą nadzieję, że nie. Miałem nadzieję, że nie porzuci gry tylko dlatego, że przestałem go wspierać.
-Chris... – wyszeptałem, zerkając niepewnie na chłopca – Chris, obiecaj mi, że nigdy się tego nie pozbędziesz – pogłaskałem pieszczotliwie swojego akustyka – I niezależnie od okoliczności zawsze będziesz na nim grał.
-Ale tato, dlaczego teraz mam...
-Obiecaj, Chris, proszę cię!
-Obiecuję – oznajmił mój syn, zaskoczony moim uporem. Wyczuł, że coś się święci. Zabrałem mu z rąk gitarę, odłożyłem ją na bok i bardzo mocno przytuliłem mojego syna. Moje oczy zaszkliły się od łez. Jego małe serduszko biło niemal z prędkością światła.
-Tato, co się dzieje? – zapytał zdenerwowany. Wypuściłem go ze swoich objęć i otarłem łzy z oczu. Wiedziałem, że to będzie trudne, ale nie aż tak bardzo.
-Odchodzę... – wydusiłem z siebie jakimś cudem – Chris... Muszę się wyprowadzić.
Nie musiałem patrzeć na jego twarz, żeby zrozumieć, jak bardzo go to zabolało. W ogóle nie chciałem spojrzeć w jego oczy. Bałem się ujrzeć zaskoczenie i strach w jego źrenicach. Wlepiłem wzrok w plakat Linkin Parku.
-Chris... – próbowałem się tłumaczyć – Chris, ja robię to dla ciebie... Dla ciebie i twoich sióstr... Już nie chcę... Żebyście wysłuchiwali naszych kłótni... Jesteś mądrym chłopakiem i wiesz, że udawanie kochającej się rodziny nie ma żadnego sensu.
-To nie moglibyście z powrotem się pokochać? – zapytał z nadzieją, wpatrując się we mnie.
-To nie takie proste – westchnąłem , spuszczając głowę.
-N o ale miłość jest wieczna, tak? Więc powinniście... – zamilkł, patrząc na mnie błagalnie – No spójrz na mnie! Powiedz, że niedługo wrócisz i nie będziecie się kłócić i że będziemy normalną rodziną... No spójrz na mnie!
Odwróciłem głowę w jego stronę. Oddychał ciężko. Rozumiałem jego furię. Rozumiałem to, że się denerwował. Ale nie mogłem mu nic obiecywać. Wraz z Kate wiedzieliśmy, że już nigdy się nie zejdziemy, że jeśli tyle razy nam się nie udało, to kolejny też się nie uda. Po prostu nie byliśmy dla siebie stworzeni.
-też kiedyś myślałem, że jest wieczna – wyszeptałem, wstając. Na pożegnanie poklepałem go po plecach. Potem odwróciłem się i wyszedłem z pokoju, usiłując posklejać kawałki mojego serca. Wziąłem swoje walizki i powoli zszedłem na dół. Chciałem, żeby mój jeden krok trwał co najmniej wieczność, ale to nie było możliwe. Co gorsza wciąż miałem wrażenie, że przyspieszał i zanim zdążyłem chociażby kiwnąć palcem, stałem już przy drzwiach. Westchnąłem ze smutkiem. Właśnie opuszczałem najcenniejszy fragment mojego życia.
-David – usłyszałem za sobą cichy głos Kate – Powodzenia. Powodzenia w lepszym życiu.

1 komentarz:

  1. Oh... A zapowiadało się tak pięknie :(
    Kurcze, szkoda mi takiej zgranej rodzinki. Biedne dzieci :( To musi być straszne widzieć swojego tate raz na jakiś czas...
    W ogóle taki smutny ten part :( Ale kiedyś na pewno wszystko się ułoży :D

    OdpowiedzUsuń