piątek, 28 września 2012

CZĘŚĆ III PART XI


Zatrzymałem się przed drzwiami do jej mieszkania. Czułem się prawie tak fatalnie, jak wtedy, gdy przyszedłem zapytać, czy dziecko, które nosi w brzuchu, jest moje. Wziąłem głęboki wdech i zapukałem. Dopiero wtedy zacząłem panikować i zastanawiać się nad tym, co zrobiłem. A zanim zdążyłem swobodnie pomyśleć, drzwi przede mną się otwierały, ukazując zasmuconą twarz Kate. Po chwili uśmiech rozjaśnił jej policzki, a także dodał mi swego rodzaju odwagi.
-Nareszcie jesteś - pocałowała mnie delikatnie w policzek – Powoli zaczynałam się martwić, że coś się stało. Wejdź – cofnęła się zapraszając mnie do środka.
-Przepraszam za spóźnienie – odezwałem się nieśmiało, przekraczając próg - Musiałem coś jeszcze ważnego załatwić. A właśnie! – wyciągnąłem w jej stronę bukiet kwiatów, których nazwy Jeff nie mógł sobie przypomnieć – Dla ciebie – zanim zdążyłem uświadomić sobie pomyłkę, ona już  ze łzami w oczach zaczęła wyrywać mi kwiaty z rąk – Ups... Przepraszam, te są dla ciebie – wysunąłem zza pleców róże i przez chwilę się zawahałem. A jeśli to te drugie? – Cholera... Znaczy... Kij z tym.
Kate zachichotała i pocałowała mnie w czoło.
-Jesteś słodki jak się tak denerwujesz.
-Aż tak to po mnie widać?! – zapytałem przerażony.
-Aż tak – usłyszałem zza pleców swojej dziewczyny cichy już dawno nie słyszany głos. Właściwie to ona pojawiła się znikąd. Jak duch. Dosłownie. Na moim ciele pojawiły się dreszcze. Ta kobieta mnie przerażała, nie wiem, dlaczego. Być może swoim spokojem i czujnym wzrokiem.
-Proszę – przypomniałem sobie o kwiatach i wyciągnąłem bukiet w jej stronę. Ona spojrzała na nie z nieufnością, ale dostrzegłem na jej twarzy niewielki uśmiech.
-Zmieniłeś się, Davidzie Desrosiersie – oznajmiła tajemniczo. Spojrzałem na Kate, a ona wzruszyła ramionami.
-Za to pani w ogóle – odparłem pewnie – Jakby się pani zatrzymała w czasie, nic się pani nie starzeje.
-Próbujesz nabrać mnie na słabe komplementy – mama Kate ruszyła w stronę kuchni, ale nie przerwała swojego monologu – Kilka lat temu obiecałam sobie, że nie pozwolę tobie przekroczyć progu tego domu...
-Mamo! – usłyszałem pisk mojej dziewczyny.
-Daj mi skończyć, Kate. Zaprosiłam cię tu tylko ze względu na córkę, która chciała mi udowodnić, że mylę się co do waszego związku. David, już dwa razy próbowaliście. Myślisz, że wam się uda po raz trzeci? – kobieta pojawiła się tuż obok Kate, już bez kwiatów w dłoniach, zabrała dziewczynie róże i z powrotem wróciła do kuchni.
-Tak – odpowiedziałem od razu na jej pytanie – Tak, myślę, że nam się uda. Teraz jesteśmy o wiele mądrzejsi niż przed laty. No i łączy nas coś jeszcze – z miłością spojrzałem na brzuch Kate. Jej mama jakby to zauważyła, bo zaraz usłyszeliśmy jej głos:
-No tak, dziecko... Nie podoba mi się, że talk bez ślubu, no ale... w końcu wy też nie chcieliście.
-Mamo! – jęknęła Kate, nie za bardzo wiedząc, jak ma się zachować, żeby nikogo nie urazić – Proszę cię!
-No już dobrze, dobrze – wymruczała pod nosem kobieta, ponownie zjawiając się obok nas – Tak czy inaczej David... Czuj się jak u siebie w domu.
„Po takim przywitaniu to na pewno będę się czuł tutaj swobodnie” – pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos, tylko podziękowałem, jak nakazywała kultura i dobre wychowanie. Podążyłem za Kate do salonu, gdzie stał już niewielki okrągły stolik uginający się od przeróżnych smakołyków.
-Łał... – zachwyciłem się – Ale się napracowałyście! Kto to wszystko zje? Nasze całe simple plan z Pierre’em na czele by sobie nie poradziło – roześmiałem się.
-No co ty, przecież to Pierre – zachichotała Kate – Jego żołądek przyjmuje o wiele więcej niż normalnego człowieka.
Przez te kilka godzin, które spędziłem przy stole wraz z Kate i jej mamą starałem się być naturalny, choć obie kobiety, a już na pewno Kate zauważyły moje zdenerwowanie. Wciąż czułem, jak pudełko z pierścionkiem pali mnie w udo, przypominając o sobie. Ale ja się bałem. Bałem się nie tylko odpowiedzi Katem, ale i jej mamy. I choć powitanie zabrzmiało wyjątkowo chłodno, przez resztę kolacji starała się być ciepła, to mimo wszystko w jakiś sposób jej się bałem, trzymałem przed nią respekt. Atakowała mnie chorobliwa nieśmiałość, chociaż zwykle należałem do naprawdę odważnych ludzi, nawet w kontaktach z obcymi, bo przecież tak naprawdę nie znam naszych fanów. W ogóle nie dawałem poznać prawdziwego Davida Desrosiersa. Głównie Kate podtrzymywała rozmowę. Zdawałem sobie sprawę z tego, że dziewczyna boi się zostawić mnie ze swoją matką sam na sam, bo przecież nie wiadomo, co kobiecie mogłoby strzelić do głowy.
Mimo wszystko jednak Kate musiała nas opuścić, tłumacząc się toaletą. Przy stole zapadła cisza, czyli to, czego obawiałem się najbardziej. Wpatrywałem się we własne dłonie jakbym próbował sparzyć je wzrokiem. Ku mojemu zaskoczeniu z moich ust wyleciały słowa:
-Chciałbym oświadczyć się Kate.
Kobieta nawet nie zadrżała. Miałem wrażenie, że nie usłyszała, co powiedziałem, ale mimo to wiedziałem, że to zdanie dotarło do jej głowy.
-Chciałbym wiedzieć, czy pani nie ma nic przeciwko – kontynuowałem.
-Mam – przerwała mi kobieta, unosząc głowę do góry – Mam coś przeciwko, ale przecież nie jestem głupia i wiem, że bez względu na to, co ja powiem, ty i tak dasz jej ten cholerny pierścionek.
-Ma pani rację – potwierdziłem zgodnie z prawdą.
-Ale ja i tak wyklepię te parę słów – przełknąłem ślinę, czując, jak całe jedzenie, które zjadłem przewraca mi się w żołądku. Spodziewałem się ostrych, raniących słów w moim kierunku i właściwie to byłem na nie przygotowany – To jest decyzja Kate, ja nie zamierzam mieszać się jej w życie. Jeśli ona się zgodzi, to wiedz, że masz też moją zgodę. Mi zależy tylko i wyłącznie na jej szczęściu. Jeśli będziesz ją kochał i szanował, to weźcie ten ślub. Mam tylko nadzieję, że nie robisz tego ze względu na dziecko, tylko wyłącznie ze względu na Kate. Wiedz, że nadal nie zdobyłeś mojej sympatii, ale zapunktowałeś sobie dzisiejszym wieczorem i tym, że znalazłeś odwagę, by zapytać.
Z każdym jej kolejnym słowem robiło mi się coraz lżej na sercu. Cholernie się cieszyłem, że udało mi się wydusić te kilka słów przed mamą Kate. I chociaż to nie były szczególnie miłe słowa, to wiedziałem, że w ustach tej kobiety znaczą naprawdę wiele. No i najważniejsze, mam jej zgodę. Mam jej zgodę, co oznacza, że wystarczy tylko zapytać Kate. Westchnąłem cicho. Tyle że zapytanie Kate wymaga ode mnie jeszcze więcej odwagi, chociaż kocham moją dziewczynę i mogę powiedzieć jej wszystko. Byle bez kłamstw i oszustw. No właśnie, tylko czy to nie będzie oszustwo? Czy ja naprawdę chcę tego ślubu? Czy ja nie robię tego z przymusu? Nie chciałem tego, nie chciałem jej oszukiwać.
Nadal nad tym myślałem, gdy wróciła Kate. Dopiero wtedy przypadkiem zerknąłem przez okno. Ciemność już dawno rozchyliła nad Montrealem swoje zasłony. Zerwałem się, wpatrując się w tarczę zegara.
-Będę musiał się zbierać – wymamrotałem trochę z żalem, czując, jak pierścionek pali mnie w udo. Nie, teraz tego nie mogę zrobić. Jeszcze nie jestem na to gotowy.
-Przejdę się kawałek z tobą –uśmiechnęła się dziewczyna, przytulając się delikatnie do mnie. Ona także nie chciała się rozstawać.
-Może lepiej zostań... – zerknąłem niepewnie na jej brzuch, co nie uszło uwadze mojej dziewczyny.
-Przestań! – prychnęła – Nic mi się nie stanie! Zresztą będę z tobą. Z tobą zawsze jest bezpiecznie.
-Ale..
-David, mam ochotę iść na spacer i pójdę tak czy inaczej. A chyba lepiej będzie, jak pójdę z tobą, prawda? – zamilkła na chwilę, wpatrując się w moją twarz, a potem z zadowoleniem pokiwała głową, zauważając, że nie zamierzam się już odzywać- Mamo...
-Tak, oczywiście. Poradzę sobie - kobieta odprowadziła nas do holu i czujnie obserwowała, jak się ubieramy. Wyczułem, że nadal nie do końca mi ufa.
-Miło było panią zobaczyć – powoli do niej podszedłem i pocałowałem w dłoń, wiedząc, że tak powinno się postąpić. Ona zarumieniła się lekko, wyraźnie zaskoczona moim gestem.
-Mnie również – odparła niemal bez szorstkości. Ruszyłem ku drzwiom, otworzyłem  je i spojrzałem na Kate, chcąc wymusić na niej, by wyszła pierwsza –David! – usłyszałem jeszcze z ust kobiety. Odwróciłem się w jej stronę i omal się nie przewróciłem. Ona uśmiechała się. Uśmiechała się szczerze, no i z czymś na kształt sympatii – Mam nadzieję, że jeszcze nie raz zobaczę cię w moim domu.
Odwdzięczyłem się tym samym, czyli także szczerym uśmiechem i delikatnie zamknąłem drzwi. 

sobota, 22 września 2012

CZĘŚĆ III PART X


Spojrzeliśmy po sobie i nagle, jakby nas poraziło prądem, rzuciliśmy się w stronę wyjścia. Przez chwilę biegliśmy przez lawinę sklepów, szukając drzwi, które prowadziły na parking. Tego dnia centrum handlowe świeciło pustkami, co tylko ułatwiło nam robotę. Ze znalezieniem Chuckowego samochodu też nie mieliśmy problemu – Comeau zaparkował na miejscu dla inwalidów, tłumacząc, że większość simple plan nie ma mózgów.
-Chuck, dawaj klucz! – krzyknął podniecony Pierre – Ja poprowadzę!
Perkusista naszego zespołu jęknął głośno, ale posłusznie rzucił mu swoje klucze. Bouvier zręcznie złapał je w locie i w biegu otworzył automatycznie drzwi. Szybko wepchnąłem się na przednie siedzenie, tuż obok wokalisty. Ledwo zdążyłem zamknąć drzwi, Bouvier już wykręcał.
-Kochani, lepiej zapnijcie pasy! – zarechotał – Nareszcie coś się dzieje!
Przełknąłem nerwowo ślinę. Zawsze z chłopakami zastanawialiśmy się, kto dał Pierre’owi prawo jazdy. Podejrzewaliśmy, że obiecał instruktorce w zamian randkę albo po prostu zapłacił. Bo to było niemożliwe, że brunetowi udało się zdać prawko za pierwszym razem. Po prostu niemożliwe. Nie za to, co on wyprawia na drogach. A jednak, mimo wszystko musiałem przyznać, że kierowcą był świetnym. Mimo ostrej i ryzykownej jazdy nigdy nie zrobił nikomu krzywdy ani nie spowodował żadnego wypadku czy stłuczki. Trochę go za to podziwiałem, bo zawsze umiał być na czas. No najczęściej.
Podczas drogi Pierre złamał chyba wszystkie możliwe przepisy, jakie tylko istniały. Chuck piszczał z tylnego siedzenia, ściśnięty między Seb’em a Jeff’em, a ja wciąż liczyłem w myślach czas, modląc się, byśmy zdążyli. Bouvier był tak bardzo skupiony na trasie, że żaden z nas nie umiał rozproszyć jego uwagi. To oczywiście zaliczałem do plusów jazdy z Bouvier’em. Wiedziałem, że on także się denerwuje. Jemu także zależało na tym, bym zdążył na umówioną porę do Kate. Bo w końcu to nie byle jakie spotkanie. Kate zaprosiła mnie do domu na kolację z jej mamą. Nerwowo przełknąłem ślinę. Zamorduje mnie, jeśli się spóźnię.
W rekordowym czasie godziny i dziesięciu minut dotarliśmy do Repentigny. Szybko wyskoczyłem z samochodu i rzuciłem się w stronę jubilera. W biegu wytłumaczyłem ekspedientce, o co mi chodzi. Kobieta schowała się za półkami i wróciła minutę później z 20 różnymi pierścionkami. Od razu zauważyłem ten właściwy. Z satysfakcją i swego rodzaju dumą patrzyłem, jak dziewczyna delikatnie chowa go do malutkiego pudełka. Zapłaciłem i schowałem pudełeczko do kieszeni, po czym z powrotem rzuciłem się w stronę samochodu. Pierre oczywiście był przygotowany. Gdy tylko zamknąłem drzwi, ruszył z piskiem opon.
-I co, masz go? – zapytał podniecony Seb, drżąc niemal z przejęcia.
-Mam – odparłem z szerokim uśmiechem, pokazując im pudełko. Zaciekawiony Pierre zerknął, ale tylko na chwilę, bo przecież musiał pilnować drogi. Za to Jeff, Seb i Chuck wrzasnęli z radością, poprzybijali sobie piątki, a potem nachylili się, wyraźnie zaciekawieni i podnieceni.
-Będzie zachwycona! – krzyknął Comeau, podając mi pierścionek, który schowałem do pudełka, a potem do kieszeni. Westchnąłem cicho.
-Jeśli tylko zdążę na czas... – spojrzałem z nadzieją na Pierre’a, który nawet tego nie zauważył.
-Na pewno zdążysz! Ty to zawsze masz takie czarne myśli... jak włosy!
***
-Mamy równo dwadzieścia minut! – rządził czasem Seb, gdy już wjeżdżaliśmy na parking do mojego apartamentowca – Plan jest taki, Jeff i Pierre jadą po kwiaty, mają być dwa bukiety, dla Kate i dla jej mamy. Ja z Chuckiem pomożemy przygotowywać się Dave’owi. Jasne?
-Jak słońce! – wrzasnął wesoło łysy, a perkusista simple plan jęknął cicho. Cholernie bał się o swój samochód, a teraz miał zaufać Pierre’owi, że ten go nie zniszczy. Ja też miałbym z tym problem.
-to do zobaczenia! – błękitnooki, wielkoczoły i ja wyskoczyliśmy z auta i biegiem rzuciliśmy się w stronę wejścia. Wpakowaliśmy się do windy i razem nacisnęliśmy na ostatnią cyfrę. Wszyscy drżeliśmy ze zdenerwowania, chociaż tylko ja miałem dzisiaj tak ważne spotkanie. Wypadliśmy z windy jakby brakowało nam tlenu.
-Klucze, David! – wrzasnął Seb z takim przejęciem, jakby tu chodziło o nasze życie. Moi sąsiedzi akurat stali na klatce schodowej i z kimś rozmawiali. Musieli mieć z nas wielki ubaw. Zresztą ze mnie oni zawsze mieli ubaw. Wyszarpałem z kieszeni klucz. Dopiero za drugim razem trafiłem do dziurki.
-Pod prysznic! – rozkazał Chuck – Już!
-Nie zdążę...
-Zdążysz! – zawołał Seb – Marsz pod prysznic!
Wzruszyłem ramionami i wskoczyłem do łazienki. Nie miałem teraz czasu na kłótnie, a wiedziałem, że oni nie odpuszczą. Modliłem się, by tylko ona nie obraziła się za to, że przybędę spóźniony. Bo to jest fizycznie niemożliwe, żebym zdążył na czas. Ubrałem szlafrok, starając się nie myśleć o przyszłości, po czym wyleciałem z łazienki.
-Przygotowaliśmy ci ciuchy, leżą na kanapie. Ubieraj się, my idziemy pogrzebać w łazience – krzyknął Seb, ciągnąc za sobą Chuck’a.
-Zaglądaliście do mojej szafy z bielizną?!  - wrzasnąłem załamany, widząc na niewysokiej kupce bokserki. Wyobraziłem sobie swoich przyjaciół zastanawiających się, jakie gacie mi dać. Naszła mnie ochota na wymioty.
-Nie narzekaj! – warknęli obaj. Westchnąłem cicho i włożyłem na siebie ciuchy. W sumie to chłopaki świetnie wybrali. Czarne rurki, biała koszula i czarny krawat, zestaw nie do pobicia. Na kolację z mamą Kate wręcz idealnie. No i ja sam czułem się w tym dobrze.
Z zamyślenia wyrwał mnie warkot suszarki. Przerażony rzuciłem się w stronę łazienki, w której rządzili moi kumple. Zupełnie o nich zapomniałem, a jeśli o nich się zapomina, to często jest z tego kupa nieszczęść, już nie raz tego doświadczyłem.
-No jesteś! – zniecierpliwiony Seb postawił mnie przed lustrem  - Ogol się trochę, bo wyglądasz jak jakiś wsiok – burknął, chwytając perfumy i wychlapując przynajmniej połowę na moją szyję. Chuck tymczasem usiłował wysuszyć moje włosy, co nawiasem mówiąc wychodziło mu całkiem nieźle.
-Dobra, chyba nie jest tak źle, jak było – zastanawiał się Lefebvre przyglądając mi się, gdy ubierałem buty – Masz pierścionek? – zapytał jeszcze na wszelki wypadek. Zanurzyłem dłoń w kieszeni spodni i opuszkami palców wyczułem miękki materiał pudełka. Potwierdziłem to ruchem głowy – To świetnie, idziemy.
Jeszcze w biegu narzuciłem na siebie cienką kurtkę. Wraz z Seb’em rzuciliśmy się w stronę schodów. Chuck został gdzieś z tyłu, ale nie zwracaliśmy na niego uwagi. Teraz liczył się czas. Bałem się spojrzeć na zegarek. Miałem wrażenie, że moje spóźnienie jest ogromne. W dodatku zapomniałem o swojej komórce, a teraz już nie miałem czasu, żeby po nią wracać.
Pierre już czekał z zapalonym silnikiem. Wyraźnie się niecierpliwił. Popędziłem w jego stronę.
-Dave! – usłyszałem jeszcze błękitnookiego – Zaczekaj moment!
-Co? – obróciłem głowę.
-Nic, tylko... – Lefebvre kopnął mnie w tyłek. Jęknąłem głośno, czując, że nie będę mógł spokojnie wysiedzieć na tej kolacji – Powodzenia – dodał mój kumpel z uśmiechem. Zaraz potem z budynku wyleciał Chuck. Rzucił coś, a były to klucze od mojego mieszkania. Zupełnie nie miałem głowy do tego, by pamiętać o jego zamknięciu.
-Mogą ci się przydać – zachichotał, a ja uśmiechnąłem się i wskoczyłem do wozu. Jeszcze raz sprawdziłem, czy w kieszeni mam pierścionek. Był. Odetchnąłem z ulgą, choć tak naprawdę tej ulgi w ogóle nie poczułem. Wręcz przeciwnie, strach dopiero teraz zaczął rozgałęziać się po moim ciele. Nie mogłem opanować nerwowego drżenia rąk. Bałem się odrzucenia, bałem się tego, że przez moje spóźnienie ona w ogóle nie będzie chciała ze mną gadać.
-David, słuchasz mnie w ogóle?! – głos Jeff’a jakimś cudem przebił się do mojej głowy.
-Nie – odparłem, nawet nie przemyślając swojej odpowiedzi.
-Więc cholera, lepiej zacznij! – warknął łysy – Róże są dla Kate, bo róże to wielka miłość w mowie kwiatów czy coś takiego... A te drugie dasz jej mamie, nie pamiętam, jak one się nazywały, chyba jakoś na s... albo na m...
-Jeff – przerwałem mu nerwowo – Jeff, ja chyba tam nie pójdę. To nie ma sensu.
Pierre zahamował gwałtownie, omal nie powodując groźnego wypadku. Z kamienną twarzą obrócił się w moją stronę i przez moment wpatrywał się w moje przerażone oczy.
-Czy ty sobie jaja robisz?! – wrzasnął niespodziewanie, że aż podskoczyłem w fotelu – My za ciebie nadstawiamy karku, robimy wszystko, żebyś zdążył, pomagamy ci, a ty... Nawet mnie nie denerwuj, tylko bierz te kwiaty i pędź do Kate. A jak dzisiejszej nocy się jej nie oświadczysz, to ci łeb ukręcimy. No na co czekasz?! Już i tak jesteś spóźniony!
Miałem do wyboru albo siedzenie w aucie z wściekłym Pierre’em, albo kolację z prawdopodobnie również niezadowoloną Kate. Marzyłem o tym, by uniknąć obu tych sytuacji. W końcu jednak z dwojga złego wybrałem to drugie rozwiązanie. Wiedziałem, że Pierre i Jeff są zdolni do tego, by odprowadzić mnie pod same drzwi, bo kiedyś już tak zrobiliśmy, jak Seb nie umiał sobie poradzić z nerwami przedrandkowymi. Tego wolałbym jednak uniknąć. Niepewnie odebrałem od Jeff’a kwiaty i wyszedłem z samochodu. Wdrapując się schodami na górę, modliłem się, by stał się cud, by one zapomniały, by po prostu nie było ich w domu. Ale to niestety nie mogło się wydarzyć. Poczułem jak kwiaty wyślizgują się z moich przepoconych dłoni. Ścisnąłem je mocniej. Rozejrzałem się wokół, przełykając ślinę. Miałem przygłupie wrażenie, że ktoś mnie obserwuje i nieźle bawi się moim kosztem. Właściwie po co ja to robię?, pytałem się siebie, po co ja tam idę? Popełniłem błąd. Wiedziałem, że to się nie może udać. Więc dlaczego wciąż jeszcze nie uciekłem? Dlaczego wciąż uparcie szedłem? Coś w głębi serca kazało mi dojść do jej mieszkania, coś mówiło mi, że historia naszego związku jeszcze się nie kończy.

wtorek, 18 września 2012

CZĘŚĆ III PART IX


NARRACJA DAVE’A

Pusta butelka po wodzie wciąż wirowała po stole, jakby usiłując odszukać nieodpowiedzialnego właściciela, który nie dopilnował, by wylądowała w śmietniku. Należała chyba do Pierre’a, chociaż tak naprawdę sam nie byłem tego pewien. Wciąż zmuszałem ją, by się kręciła, nie pozwalając nawet na sekundę odpoczynku. Wciąż myślałem tylko o jej pięknym głosie, o jej szerokim uśmiechu i o przeszłości. O naszym związku. Tak bardzo pragnąłem, by nam się udało. A jednak, los potrafi płatać figle. Spieprzyłem już dwa razy. A jeśli i tym razem wszystko zepsuję? Co wtedy z Kate? Przecież ona tego nie przetrwa. Ma tak kruche serce, że ono pęknie, gdy tylko niewłaściwie postąpię. A nie chcę jej zranić.
-Co się dzieje, Dave? – Chuck, Jeff i Seb przysiedli się do stołu. Najwyraźniej przestało ich bawić gapienie się na zrozpaczonego Pierre’a, po raz setny śpiewającego ten sam refren piosenki – Rano miałeś taki nastrój, ze prawie po lampach skakałeś. Teraz nawet Pierre cię nie śmieszy.
-A nic właściwie... – westchnąłem.
-Nic?  - błękitnooki prychnął – Bo ktoś ci uwierzy...
-Już zdążyłeś się pokłócić z Kate? – zachichotał Jeff, za co oberwał morderczym spojrzeniem od Chuck’a.
-No właśnie – westchnąłem ciężko – Nawet wy macie wrażenie, że to długo nie pociągnie...
-Dave, przecież ten cymbał żartował...
Wzruszyłem ramionami, zatrzymując butelkę. wskazywała na Seb’a.
-Żartował czy nie, ale miał rację. Na pewno znowu coś spieprzę. Powiedzcie mi, po co ja znowu się w to mieszam... Żeby ją zranić? Cholera, miałem tylko pogadać z nią o tym dziecku... A znowu ze sobą spaliśmy. Cholera no! – złapałem się za głowę – Dlaczego ja nie mogłem się powstrzymać?
-David, zamknij się i przestań pleść głupoty – warknął Chuck – Ty i Kate jesteście dla siebie stworzeni.
-Myślisz, że dlaczego wciąż do siebie wracacie? Bo nie możecie bez siebie wytrzymać! – dodał Jeff – Słuchaj, my mieliśmy z każdym z osobna kontakt, gdy się do siebie nie odzywaliście. To się czuło z daleka, że jedno ciągnie do drugiego.
-A to dziecko? – zasugerował Seb – Myślisz, że to przypadek? Dave, uwierz w przyszłość tego związku, bo na razie tylko wiary ci brakuje.
-A jeśli znowu wszystko się rozwali? – zapytałem cicho – Boję się. Boję się, że to nie przetrwa.
Seb, Chuck i Jeff westchnęli w tym samym momencie. Czułem na sobie ich wzrok, chyba nie mieli pojęcia, co powiedzieć. Tak jak myślałem na samym początku, nie mieli żadnych pomysłów.
-RANY! Ten producent mnie wykończy! – Pierre wyskoczył z pokoju nagraniowego jakby brakowało tam tlenu – Mój głos niedługo zniknie! Wy też słyszycie, jak mocno jest już zszargany? – brunet złapał się za gardło, jęcząc niemiłosiernie. Tak było zawsze po każdej piosence – Widzę, że się przejęliście – burknął, zauważając, że nikt go nie słucha – Dzięki bardzo – chwycił butelkę wody, chcąc ją odkręcić.
-Mamy poważniejszy problem – wymruczał Seb.
-Poważniejszy problem niż moje gardło?! Ludzie, wy nie zdajecie sobie sprawy z tego, kim ja jestem w Simple Plan!?  Beze mnie ten zespół...
-Pie, zamknij się z łaski swojej! Nie widzisz, że Dave ma problem?
-Dave ma problem? A to żadna nowość – machnął lekceważąco dłonią – Dave, przestań wreszcie martwić się swoim życiem, bo przeleci, zanim zdążysz się obejrzeć. Mówię ci, korzystaj, póki możesz, bo nie wiadomo, kiedy to wszystko się skończy.
Westchnąłem ciężko. Pierre ma rację, powinienem postawić wszystko na jedną kartę. Zaryzykować. Żyć chwilą, a nie ciągle patrzeć w przyszłość. Nie przejmować się kolejnym nieudanym związkiem, bo przecież będzie następny. Tak wygląda życie Pierre’a. Szkoda tylko, że ja tak nie potrafię. Nie potrafię traktować dziewczyn jak przedmiotów. Nie potrafię żyć stylem Bouviera.
-Pie, to całkiem inna sprawa – wytłumaczył cierpliwie Jeff – Chodzi o Kate.
-A co z Kate? – zapytał zdziwiony brunet – Przecież jesteście parą, tak? Nic tylko żyć!
-Nic tylko żyć... – powtórzyłem cicho– Pie, jakie twoje życie jest proste. Ja nie mogę jej zranić. Ja ją kocham i chcę spędzić z nią całe życie.
-No i w czym problem?
-Pomyśl trochę! Już dwa razy nam się nie udało! Co jeśli nad naszym związkiem ciąży jakaś klątwa? Co jeśli teraz też coś zniszczę?! Znowu nie przetrwamy! A... moje życie bez niej w ogóle nie będzie miało sensu...
-I tym cały czas się maltretujesz?! – brunet odłożył opróżnioną już butelkę na stół i śmiejąc się głośno, poczochrał mnie po włosach – To ożeń się z nią – wzruszył ramionami.
-Ożenić się?! Zwariowałeś?!  - wrzasnąłem, na serio zastanawiając się, czy on czasem nie postradał zmysłów.
-Tak! – klasnął w dłonie Chuck – Genialne! Pierre ma rację!
Spojrzałem na niego, myśląc, że żartuję. Nie żartował. A Seb i Jeff także zdawali się być bardzo zadowoleni ze wspaniałego pomysłu wokalisty simple plan. On sam wpatrywał się we mnie, opierając się o ścianę i czekając na pochwałę z moich ust. Nie doczekał się jej.
-Oszaleliście, prawda? – zapytałem, patrząc na ich podniecone uśmiechy – Oszaleliście? Mam oświadczyć się Kate, chociaż jesteśmy razem niespełna dzień?
-A jakie to ma teraz znaczenie? Kochacie się, tak? To na co czekać! Będzie was łączyło małżeństwo, czyli tak łatwo tego nie zniszczycie! Tak, Dave, to najlepsze rozwiązanie.
-A... Ale przecież... Ona za pół roku urodzi dziecko! Jak my mamy teraz zajmować się ślubem i całą tą resztą?!
-No tak, trzeba będzie zrobić wesele jeszcze przed narodzinami tego dziecka. Później będziecie mieć trochę na głowie... No ale przecież damy radę! Masz nas, nie zostawimy cię z masą problemów na głowie! W końcu jesteśmy przyjaciółmi!
-Chłopaki...Ślub to poważna decyzja... Ja nie wiem...
-Dave, powiedziałeś, że chcesz z nią być do końca życia. Kochasz ją, a ona kocha ciebie, my to widzimy. Prędzej czy później to i tak skończy się ślubem, a w waszym przypadku lepiej byłoby prędzej niż później. Was do siebie ciągnie i to widać na pierwszy rzut oka.
-No nie wiem... – spojrzałem na nich niepewnie – To naprawdę odpowiedzialna decyzja...
-Przestań wreszcie, Dave! – Pierre poklepał mnie po plecach – Wszystko będzie dobrze, spójrz na to wszystko z optymizmem!
-Pierre no! – zza drzwi znowu wyskoczył niezadowolony producent – Ile ty chcesz tej przerwy!? Wracaj, mamy jeszcze kupę roboty!
Brunet jęknął głośno.
-No idę, idę... – zrzędził zniechęcony, powoli kierując się w stronę drzwi – więc Dave, jutro wybieramy się po pierścionek zaręczynowy. Jutro wieczorem załatwisz całą sprawę...
-Jutro?! – wrzasnąłem zrozpaczony.
-Jutro. Pamiętaj, Dave, że nie mamy czasu.
***
-To jest bez sensu – jęknąłem, wchodząc do dziesiątego z kolei jubilera za czwórką przyjaciół – Bez sensu.
-To ma sens – odparł Seb, prowadząc nas w stronę pierścionków. Ponownie nachyliliśmy się nad przezroczystą szybą. Miałem już dość latania za jednym małym pierścionkiem, zwłaszcza z chłopakami. Już w drugim jubilerze wypatrzyłem taki, który spodobałby się zarówno mnie, jak i Kate. Oczywiście moi przyjaciele pokręcili głowami z niezadowoleniem i zaczęli wymyślać, że jest taki, taki i taki. Wtedy zrozumiałem, że popełniłem błąd, biorąc ich ze sobą. Razem nigdy nie dojdziemy do ładu i składu. Zwłaszcza jak Jeff i Pierre znowu zaczną się kłócić o to, czy ma być srebrny czy złoty. W końcu i tak pozostanę na lodzie i będę musiał kupić pierwszy lepszy.
-Może ten? Patrz, Chuck, ten tutaj!
-No chyba żartujesz, Seb! Z czerwonym kamieniem!?
-Jak już jakiś kamień, to musi być brylant!
-Oj czepiacie się...
-A ten? Patrzcie, nie jest zły...
-Nieee...
Sam jakoś dopchałem się do lady i obejrzałem je. Wszystkie były ładne, ale żaden w jej stylu, żaden do niej nie pasował. Westchnąłem się od nich i odsunąłem się niezauważalnie. Zacząłem oglądać pierścionki na półkach. Dobrać odpowiednią sztukę do dziewczyny to nie lada problem. On musi być jeden jedyny , niezapomniany, niezwykły, piękny...
Wtedy go wypatrzyłem. Zdawał się wyróżniać spośród innych. Stworzony z prawdziwego srebra z maleńkimi diamencikami. Wymarzony. Powoli zacząłem podchodzić w jego stronę. To był on. To musiał być on. A ja musiałem go mieć.
-Chłopaki! – krzyknąłem cicho, nie odrywając od niego wzroku – Chłopaki... znalazłem.
Po sekundzie usłyszałem ich kroki, a po dwóch jęk Pierre’a:
-Srebrny...
-ale popatrz jaki piękny! – zachwycił się Seb – Bierzemy! Nawet się nie zastanawiaj, Dave!
-Ale taki jakiś mały... – wymruczał Jeff, przyglądając się przez szybę.
-Skromny, nie mały. Idealnie będzie pasował do Kate. Ten, Dave.
Seb uśmiechnął się szeroko do jednej z ekspedientek i już po chwili dziewczyna stała przy nas.
-Interesuje mnie ten pierścionek – palcem pokazałem, o które cudo mi chodzi. Kobieta uśmiechnęła się smutno.
-Niestety on jest zamówiony. Ale polecam inne, na pewno znajdzie pan coś odpo...
-Nie – odparłem uparcie – To musi być ten – zapukałem w szybę.
-Niestety nie mogę go panu sprzedać...
-Ale ja muszę go mieć.
-Dave, w porządku, znajdziemy inny...
-Nie, to musi być ten – powtarzałem uparcie – W jaki sposób mogę go zdobyć?
-Ode mnie na pewno go pan nie dostanie. Musiałby pan jechać do naszej drugiej filii, do Repentigny.
-Do Repentigny, mówi pani... – niepewnie przegryzłem dolną wargę i spojrzałem na błękitnookiego – Jak stoimy z czasem? – mój kumpel spojrzał na tarczę zegarka.
-Za dziesięć czwarta.
-Damy radę? – przeniosłem wzrok na Pierre’a. Brunet uśmiechnął się i energicznie pokiwał głową.
-Jasne, że damy radę! Musimy dać, już ja o to zadbam!

wtorek, 11 września 2012

CZĘŚĆ III PART VIII


Jego ręce oplatały całe moje ciało, przyciskając mnie do siebie. Kiedy otworzyłam oczy, jeszcze spał. Czułam na swoim karku jego spokojny i równomierny oddech. Pozwoliłam moim powiekom z powrotem opaść na dół. Do moich nozdrzy dotarł słaby już zapach jego perfum. Leżałam tak przez kilka minut, usiłując nasycić się jego obecnością. Potem, bardzo delikatnie, by go nie obudzić, wyswobodziłam się z jego objęć. Czułam, jak w moim brzuchu coś się wierci, coś się przewraca. Uśmiechnęłam się, głaszcząc okolice pępka. Wstałam i porwałam z podłogi pierwszy lepszy ciuch, jaki wpadł mi w ręce. Jego koszula. Ubrałam ją, a potem zaczęłam przyglądać się sobie w lustrze. Zauważyłam niewielkie wybrzuszenie. Na mojej twarzy ponownie pojawił się uśmiech. A to jeszcze pół roku... Aż pół roku...
Postanowiłam obejrzeć sobie jego mieszkanie. Wczoraj nie miałam na to zbyt wiele czasu, a jakoś brakowało okazji, by się mu przyjrzeć. Wyszłam z sypialni i rozejrzałam się. Salon nie należał do największych, ale mieściło się w nim wszystko, co miało się mieścić. Kasztanowa ława, sporej wielkości kanapa, dwa fotele, ogromny kryształowy żyrandol, kilka kwiatów, wieża, chyba najdroższa z możliwych i najważniejsze, coś, co musi być w każdym apartamencie, ogromny, chyba z pięćdziesięciocalowy telewizor. Wyposażenie wcale nie wyglądało na tanie. Ruszyłam w stronę kolejnych drzwi, tuż obok tych, które prowadziły do Dave’owej sypialni. Otworzyłam je i zajrzałam do środka. Moim oczom ukazał się pokój, chyba nawet większy niż salon. Mieściła się tam kupa instrumentów, od gitary klasycznej, po samą perkusję. Nawet nie próbowałam przekroczyć progu. Chyba tylko Dave znał ścieżkę, dzięki której mógł dojść przez ten zgąszcz kabli i wzmacniaczy wzdłuż pokoju. Następne pomieszczenie to trochę przyciasna garderoba, potem była jeszcze jedna sypialnia, zapewne gościnna, kuchnia i łazienka. Wzięłam szybki prysznic w trochę przybrudnej kabinie prysznicowej. Zmarszczyłam brwi. David nie należał do szczególnych czyścioszków. Zapewne gdyby nie odświeżacz powietrza, nie pachniałoby tu tak ładnie. Westchnęłam ciężko, narzucając koszulę na swoje nagie ciało. Najwyraźniej to się w Desrosiersie nie zmieniło. Wciąż nie przykładał wagi do porządku. Wróciłam z powrotem do salonu. Z nieukrywaną ciekawością zbliżyłam się do wieży i zaczęłam ją oglądać. Ciekawiło mnie, czego może słuchać Dave, choć sama szczególnie nie interesowałam się muzyką. Wiedziałam, że Simple plan to zespół pop-punkowy. Więc pewnie on słucha czegoś w tym rodzaju. Bez zastanowienia włączyła play. Green day huknął tak głośno, że  aż podskoczyłam ze strachu. Nie spodziewałam się aż tak strasznego ataku na moje uszy. Głowa omal mi nie pękła. Szybko wcisnęłam pauzę.
Nagle poczułam, jak ktoś obejmuje mnie od tyłu. Przymknęłam oczy z wyraźnym uwielbieniem. Kochałam jego dotyk.
-Skarbie, chcesz, żeby sąsiedzi wyrzucili mnie z domu? – zażartował, całując mnie w policzek.
-Przecież to nie ja słucham green day’a na całą parę. Ktoś musi ponieść za to karę! – zachichotałam.
-Bo przy green day’u banany lepiej smakują – wzruszył ramionami biedak, jakby to nie była jego wina – Lepiej powiedz, jak ci się spało.
-Cudownie! – pisnęłam.
-tylko cudownie? – zapytał nieco zawiedziony.
-Tylko – wystawiłam mu język – Masz bardzo wygodne łóżko – pochwaliłam go, delikatnie wyswobadzając się z jego objęć.
-Bardzo wygodne łóżko? – powtórzył zrozpaczony chłopak – A ja? Czyż ja nie jestem kochany, cudowny, wspaniały, jedyny... no i w ogóle? Czy ta noc nie była najwspanialszą nocą w twoim życiu?
-Hmmm... – udałam, że się nad tym zastanawiam – Bywały wspanialsze. Na przykład zeszłoroczny sylwester...
-Jakiś sylwester był lepszy niż noc spędzona z David’em Desrosiersem?!
-Oczywiście – odparłam obojętnie, bawiąc się swoimi mokrymi włosami – Za tę ostatnią noc dałabym... – podrapałam się po głowie z wyraźnym wahaniem – 4 punkty na 10. Tak, myślę, że to byłaby sprawiedliwa ocena.
-No to zaraz zmienimy tę twoją sprawiedliwą ocenę...  – czarnowłosy zaczął się do mnie zbliżać z niebezpieczną dzikością w oczach i podejrzanym uśmieszkiem. Odskoczyłam od niego.
-Najpierw mnie złap! – krzyknęłam, wystawiając język i machając do niego. Przez chwilę biegaliśmy wokół mebli wśród głośnych salw śmiechu. Potem on niespodziewanie się na mnie rzucił. Oboje wylądowaliśmy na kanapie, dusząc się ze śmiechu. Po chwili David upadł na podłogę, co już w ogóle doprowadziło mnie do łez, a biednego czarnowłosego-do bólu.
-Ja tu cierpię, a ty się śmiejesz! – burknął z wyrzutem, siadając na panelowej podłodze.
-A co ja mogę?.. Zaczekaj! Mam pomysł! – zerwałam się i pobiegłam do kuchni. Z ogromnej miski wyciągnęłam banana. Wróciłam do Dave’a i obrałam owoc ze skórki. Ułamałam kawałek i położyłam go na głowie Desrosiersa – Teraz się nie ruszaj, rozpoczynamy kurację! – zamknęłam oczy i unosząc ręce nad jego głową zaczęłam mówić – Najsłodszy bananie, daj temu chłopakowi życie pozbawione bólu spowodowanego upadkami z kanapy – lewą ręką próbowałam wymacać pozostałą część banana. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że jej nie ma. Za to David zastygł bez ruchu z pełnymi ustami.
-David! – jęknęłam roześmiana – Zjadłeś całego!
-Nieprawda! – odparł, plując na mnie.
-Wcale! To wytłumacz mi, gdzie się podziała reszta!
-To... To ta skórka! – uniósł skórkę po bananie do góry, by mi ją zaprezentować – Ona wchłonęła całego banana, a ja chciałem go ratować i...
-I tak znalazł się w twojej buzi!
-No dokładnie!
-Nawet dziecko w tę bajkę ci nie uwierzy!
-To nie bajka!
-Wcale! – poczochrałam czarnowłosego po głowie, śmiejąc się głośno – Chodźmy zrobić jakieś śniadanie, bo widzę, że nie tylko ja jestem głodna.
-Tak! – Dave od razu zerwał się i pobiegł do kuchni, ciągnąc mnie za sobą. Z ciekawością zajrzałam do lodówki. Świeciła pustką, nie licząc około czterdziestu bananów wciśniętych, gdzie popadnie. Oprócz tego stały jeszcze trzy puszki z jakimiś sosami, Bóg wie, czym.
-Przepraszam cię, nie spodziewałem się gości – usłyszałem za sobą nieśmiały głosik. Odwróciłam się i zobaczyłam, że Dave także zagląda do lodówki. – Ajjj... Pustki... No ale są banany! Trochę mało, będę musiał dzisiaj dokupić. Ale i tak na śniadanie powinno wystarczyć – czarnowłosy zaczął ogołacać lodówkę z owoców. Pomagałam mu, choć szczerze mówiąc nie miałam ochoty na jedzenie bananów.
-David? Co ty zamierzasz z tym wszystkim zrobić? – zapytałam, patrząc na stół, na którym gromadziliśmy przysmak Desrosiersa.
-Właśnie się zastanawiam – czarnowłosy podrapał się po głowie – Najlepsze by były bananapki, ale to takie zwyczajne... A my dzisiaj mamy niezwykły dzień, wiec musimy zjeść coś extra... Możemy zrobić bananocznicę, ale ja wiem... płatki bananowe mi się skończyły...
-Dobra, robimy tę bananocznicę!  - przerwałam mu czym prędzej, obawiając się, że będzie wymieniał coś jeszcze.
-Bananocznicę? – wymamrotał trochę niezadowolony Dave – No dobra, jeśli tak ci zależy – wzruszył ramionami i zabrał się za obieranie bananów ze skórki.
***
Kiedy dwie godziny później wróciłam do domu, od razu moja mama palnęła mi półgopdzinne kazanie. Przynajmniej dziesięciokrotnie powtarzałam jej, że jestem dorosła, ale ona chyba nadal tego nie rozumiała. Miałam wrażenie, że traktuje mnie jak nieodpowiedzialną nastolatkę. A przecież wie, że może mi ufać. Mimo to jednak nigdy do końca nie traciła czujności.
-Pamiętaj, że jesteś w ciąży, a nocą kręcą się różne typy po Montrealu – powtarzała po raz setny, a ja po raz setny wzdychałam. Już nawet darowałam sobie tłumaczenie jej, że już dawno skończyłam osiemnaście lat.
-David nie pozwoliłby na to, by ktokolwiek mnie skrzywdził – oznajmiłam z niemałą dumą.
-David? – powtórzyła jak echo moja matka, której w głowie od razu zapaliła się żarówka czujności – Jaki znowu David? Kate, co ty znowu wymyśliłaś?
-David Desrosiers, mamo. Wróciliśmy do siebie.
Kobieta odwróciła się w moją stronę ze ścierką w ręku. Otworzyła buzię, ale nie wyleciało z niej ani jedno słowo. Wyraźnie zaszokowana podeszła do mnie  i usiadła przy stole wciąż spoglądając na mnie rozszerzonymi oczami.
-TEN David Desrosiers? – zapytała cicho.
-TEN David Desrosiers – potwierdziłam, kiwając głową.
Moja mama przez chwilę milczała, chyba ją zatkało. Ale nadal się we mnie wpatrywała. Czułam podświadomie, że nie popiera mojej decyzji, ale to jest tylko i wyłącznie moja sprawa, z kim się spotykam i w kim się zakochuję. Nie zrezygnuję z Dave’a tylko dlatego, że ona ma inne zdanie na ten temat. To jest moje życie i tylko ja mam prawo nim kierować na swój wymarzony sposób.
-Nie uda się wam – powiedziała kobieta, nie owijając w bawełnę – Nie uda się wam stworzyć szczęśliwej rodziny. Nie pasujecie do siebie, nie jesteście z jednej bajki. Wy bardzo chcecie, ale zrozumcie... To nie to.
-Uda się – odparłam, zaciskając kciuki – Uda nam się, tylko tym razem nie możemy zwątpić. Uda nam się. Pokonamy przeszkody. My się kochamy, mamo. Teraz naprawdę się kochamy.
-Kochacie się... – prychnęła kobieta pod nosem – A czy wtedy się nie kochaliście? Czy to nie wtedy miała być ta wielka jedyna miłość?
-Miała być – odparłam zamyślona – Miała być, ale wtedy przeszkodziły nam... no właściwie głupoty. Teraz jesteśmy starsi i mądrzejsi. Teraz na pewno przetrwamy. Na pewno! – zakończyłam z entuzjazmem.
-Żebyś później tego nie żałowała – westchnęła kobieta, a ja obróciłam głowę. Ujrzałam siebie w lustrze. Zakochaną, szczęśliwą Kate. Nareszcie. Długo musiałam czekać na ten wyraz twarzy, na szczerą miłość, na szczery uśmiech. Moje życie nie było nieszczęśliwe, ale brakowało jednego puzzla do całej układanki. Tylko czy ja tego puzzla odnalazłam? Już dwa razy próbowałam go dopasować. Czy za trzecim się uda? A może ten puzzel nie jest od tej kolekcji? I co wtedy? Znowu rozpacz? Znowu bezsensowne zapominanie? Znowu wymazywanie przeszłości? Przecież nie mogę ponownie tego przeżywać. Przecież w końcu dopadnie mnie depresja. A wtedy... Może zrobić się nieciekawie.
Ale o czym ja w ogóle myślę? Kocham David’a, a David kocha mnie. Czego chcieć więcej, by związek się udał? Tym razem musi się udać. Tym razem oboje nie będziemy mieć przed sobą żadnych tajemnic. Ja obdarzyłam go swoim zaufaniem, on obdarzył mnie swoim. Mamy wszystko czego nam potrzeba do stworzenia najwspanialszego na świecie związku. Więc skąd te wątpliwości? Dlaczego ja się boję? Dlatego, że to już po raz trzeci? Pewnie tak. Ale tym razem mu ufam i wierzę, że się zmienił. 

piątek, 7 września 2012

CZĘŚĆ III PART VII


Przewracałam się z boku na bok, próbując pozbyć się natłokiem myśli z mojej głowy. W końcu zrezygnowałam ze spania i po prostu leżałam, wpatrując się w sufit. Słyszałam dziwne dźwięki dochodzące z kuchni. Nie wiem, co moja mama kombinowała, ale na pewno tym swoim kombinowaniem obudziła pół bloku. Mi to właściwie nie przeszkadzało. Moje myśli zagłuszyły to wszystko, poza nimi nic do mnie nie docierało. A wszystko kłębiło się wokół tej osoby. Wokół Davida. Miałam miliard pytań, na które sama nie potrafiłam odpowiedzieć. A pragnęłam znać odpowiedź chociaż na jedno. Takie, które wszystko by rozwiązało. Czy ta noc to był tylko nicnieznaczący przypadek? Czy to dziecko nie pojawiło się po to, by nas połączyć? Czy ja jestem w stanie spróbować po raz trzeci? Czy jestem w stanie go pokochać tak jak kiedyś? Czy my możemy stworzyć szczęśliwą rodzinę? Czy miłość jest naszym przeznaczeniem? A co jeśli to kolejna pomyłka? Znowu mam zostać zraniona? Znowu mam zostać oszukana? Znowu mam przez kilka lat usiłować zapomnieć o przeszłości? Nie chcę już tak żyć. Boję się. Boję się ryzyka, boję się jego. Boję się kolejnego rozczarowania. Okej, ale co jeśli to prawdziwa miłość? Wypuszczę z dłoni prawdziwy diament. Bo on przecież nie będzie wiecznie na mnie czekał. Mam żałować aż do śmierci, że nie spróbowałam? A może nawet po śmierci? Któż to wie... Ideału nigdy nie znajdziesz, tak powiedział Pierre. No właśnie, nie ma człowieka bez wad. A jednak ludzie się kochają. Teraz to do mnie dotarło. Miłość polega na tym, by zaakceptować wady drugiej osoby. David już dawno zdążył zaakceptować moje. I wciąż czekał na mój ruch. Czekał, aż zrozumiem. Tylko czy ja zrozumiałam? Czy to wszystko do mnie dotarło? I najważniejsze: Czy ja jestem w stanie zaakceptować jego wady? To na pewno łatwe nie będzie. Ale jeśli go kocham... tylko czy ja go kocham? Czy on mnie kocha?
Na te pytania mogę poznać odpowiedź w tylko jeden sposób.
Zerwałam się z łóżka. Wciągnęłam na koszulę nocną jakieś spodnie i bluzę. Chwyciłam kluczyki od samochodu i w jednej chwili zamarłam. Przecież ja nawet nie wiem, gdzie on mieszka. Złapałam się za głowę i rzuciłam w stronę mojej komórki. Szybko odszukałam numer do Pierre’a. Przez jakąś minutę czekałam zniecierpliwiona, aż raczy odebrać telefon. W końcu usłyszałam jakiś niezrozumiały bełkot. Jęknęłam w duchu. No tak, David przecież mówił, że wypił parę piw. Szybko się rozłączyłam, nie wyjaśniając nic i pospiesznie zadzwoniłam do Jeff’a.
-Kate... Jest druga w nocy! – usłyszałam prawie natychmiast jego zaspany i niechętny jęk – Normalni ludzie o tej porze śpią...
-Jeff! – krzyknęłam podekscytowana, przerywając jego marudzenie – Jeff, musisz mi pomóc!
-Teeeeeeraz? – zapytał, nie ukrywając potężnego ziewnięcia.
-Koniecznie teraz! Mógłbyś zjawić się pod moim domem?
-Kiedy?
-NO TERAZ!
-Kate, zwariowałaś, prawda?
-Być może tak. Będziesz?
-No jasne. Zaraz przyjadę.
Schowałam komórkę do kieszeni i wyleciałam z pokoju. Ubrałam jakieś adidasy i wybiegłam na dwór. Było mi zimno, ale starałam się nie zwracać na to uwagi. Drżałam, zastanawiając się, co ja właściwie wyprawiam. Czułam, że powinnam tak zrobić, że postępuję właściwie. Jeff nawet nie pytał, po co to robię. Albo w ogóle nie przejmował się tym co się dzieje, albo moje zachowanie uznał za pogmatwane i nie chciał mieszać sobie w mózgu. Ja bym obstawiała to pierwsze. Był tak bardzo zmęczony, że ledwo panował nad kierownicą. Dobrze, że tej nocy akurat w Montrealu wiało pustką. I że Jeff nie potrzebował mózgu, by dojechać do Dave’a. Na szczęście trasę miał już wbudowaną w głowę.
-Ostatnie piętro, numer 147. Chyba – odezwał się Stinco, stając przed jakimś apartamentowcem. Pocałowałam go w policzek z wdzięcznością i wyskoczyłam z samochodu. Zanim jeszcze zdążyłam zamknąć drzwiczki, usłyszałam jego głos:
-Następnym razem, jak będziesz robić takie wypady, zadzwoń do Pierre’a. On jest zwykle dostępny 24 godziny na dobę.
-Myślisz, że nie próbowałam? – zapytałam, zamykając drzwi. Stanęłam przed blokiem, wzięłam głęboki wdech i spojrzałam w górę. Budynek był na tyle wysoki, że omal nie straciłam równowagi. Wzruszyłam ochoczo ramionami i wbiegłam do środka. Z walącym serduchem wspinałam się w górę, przeskakując schody po trzy. Nie zastanawiałam się nad tym, co zrobię, co powiem, wszystko pozostawiałam improwizacji.
Zatrzymałam się dopiero przed drzwiami ze złotymi połyskującymi numerami 1, 4 i 7. Uniosłam dłoń do góry, by zadzwonić. Drżała. Drżała tak bardzo, że nie mogłam tego drżenia pohamować. Oddychałam szybko i głęboko, jakby w ciągu sekundy miało zabraknąć tlenu. Moja ręka sama opadła na klamkę. Czułam, że powinnam wejść. Więc otworzyłam drzwi i weszłam. Od razu go zauważyłam. Siedział na kanapie, dokładnie naprzeciw mnie i wpatrywał się w ścianę tak bardzo intensywnie, że o mało co nie wywiercił swoim wzrokiem dziury. Początkowo nawet mnie nie zauważył. Mogłabym spokojnie go okraść, ale przecież nie po to tu przyszłam. Powoli zaczynałam się zbliżać. Kątem oka zobaczyłam butelkę po winie, prawie nieruszoną. Przełknęłam ślinę.
-Kate... – wyszeptał, nadal wpatrując się w tę ścianę – Kate, po co tu przyszłaś?
-Nie mam pojęcia – odparłam, siadając obok niego i opierając głowę na jego ramieniu. David niepewnie przyciągnął mnie do siebie. Poczułam przyjemne ciepło rozchodzące się po całym moim ciele. Tak wyglądała rodzina. On, ona i ono. Szczęśliwa rodzina. Ja pragnęłam takiej rodziny. Pragnęłam, by on był przy mnie i dziecku, pragnęłam, by mnie kochał i pragnęłam go kochać.
-Dave... – wyszeptałam – Dave, myślisz, że możemy jeszcze raz spróbować?
Czarnowłosy spojrzał na mnie. Nie odpowiedział nic, tylko jeszcze mocniej mnie przytulił. Czułam, jak jego serce szybko bije. Nie chciałam, by to zniknęło, było mi bardzo dobrze. A mogło być jeszcze lepiej. Moje oczy spoczęły na jego tęczówkach, przepełnionych miłością i nadzieją, które można by sprzedawać na targu w kilogramach. Zbliżyłam swoją twarz do jego twarzy. Wciąż jeszcze nie byłam pewna, czy tego chcę, czy postępuję właściwie. Ale wiedziałam, że jeśli nie spróbuję, to nigdy nie odpowiem sobie na te pytania. Jego wargi potrafiły sprawić, że moje ciało stawało się mu całkowicie posłuszne. Potrafiły zaczarować mnie tak, że w jednej chwili zmieniałam się w najszczęśliwszego człowieka na tej ziemi. I tym razem nie było inaczej. Przymknęłam oczy, oddając pocałunki. Czułam się cudownie, a nawet o wiele lepiej niż cudownie. Zatopiłam dłonie w lawinie jego kruczoczarnych włosów. Chciałam, by ta chwila trwała wiecznie, by czas stanął w miejscu, by świat zniknął i tylko on pozostał. Wszystkie problemy, pytania, wątpliwości rozpłynęły się. I tylko jedno, jedyne uczucie wisiało nad nami przez cały czas. Miłość. Jego delikatny język błądził delikatnie po moim podniebieniu, sprawiając mi niesamowitą przyjemność. Moje ręce same wkradły się pod jego koszulkę.
-Na pewno? – zapytał jeszcze, na chwilę odklejając się ode mnie. Potwierdziłam to zdecydowanym kiwnięciem głowy. Pragnęłam tego, pragnęłam się z nim połączyć, pragnęłam być w nim. Nawet nie poczułam, jak podniósł mnie z kanapy, jak przeniósł mnie przez salon. Po prostu zanim zdążyłam się zorientować, co się dzieje, już byliśmy w sypialni. Zresztą jakie to miało teraz znaczenie? Żadne. Teraz już nie umiałam nad sobą zapanować. Podniecenie mnie zaślepiło. Moje ręce latały po jego plecach jak szalone. Zdarłam koszulkę z jego ciała. Jego dotyk sprawiał, że na moich dłoniach rodziły się dreszcze. Czułam, że więź, która już zdążyła pokryć się rdzą, ponownie się odradza, tylko jeszcze potężniejsza niż kiedyś. Bo nasza miłość jest potężniejsza. Nasza miłość osiągnęła tak wysoki poziom, że nic ani nikt nie miał praw i sił, by ją zniszczyć. Nikt.

niedziela, 2 września 2012

CZĘŚĆ III PART VI


Wszyscy starali mi się pomagać, choć tak naprawdę ja jeszcze nie byłam w takim stanie, bym nie mogła samodzielnie funkcjonować. Mimo wszystko i tak najgorzej miała się ze mną moja mama. Musiała znosić moje nastroje, wrzaski, płacze i humory. Prawie w ogóle nie miała czasu dla siebie. Jedynie jak chłopaki wpadali od czasu do czasu i wyciągali mnie na miasto, mogła odetchnąć. Oni też jak nigdy się o mnie troszczyli. Nie mogli często przychodzić, bo mieli pracę w studiu. Ale codziennie któryś dzwonił, żeby zapytać, jak się czuję. Tylko z Dave’em nie miałam kontaktu, co trochę mnie cieszyło, bo oznaczało, że chłopaki trzymali języki za zębami. Tylko wciąż zastanawiałam się, jak długo jeszcze. Wątpiłam, by wytrzymali do samego końca. Wątpiłam także w to, by on zignorował tę informację. Wiedziałam, że prędzej czy później dojdzie do naszego spotkania. Wciąż nie byłam gotowa na rozmowę z nim, wciąż cieszyłam się za każdym razem, gdy nadchodziła noc, a on nie zjawiał się z wizytą. Wiedziałam, że w nocy nigdy nie ośmieli się wtargnąć.
Dlatego tym bardziej jego odwiedziny mnie zaskoczyły. Było mniej więcej po 11, moja mama akurat siedziała w wannie, kiedy zabrzmiał dzwonek. Od razu domyśliłam się, że to on albo któryś z chłopaków. Tylko oni byliby w stanie przyjść o tej porze. Wzięłam głęboki wdech i wstałam. Mogłabym udawać, że nikogo nie ma, ale to nie miałoby żadnego sensu. Tylko bym uciekła, a już się nauczyłam, że ucieczka nie ma sensu. Na drżących nogach ruszyłam w stronę drzwi. Zwolniłam zasuwę i po raz drugi wzięłam głęboki wdech, opierając dłoń o klamkę. Bez zbędnego wahania nacisnęłam ją. Drzwi otworzyły się, podkreślając ciszę swym skrzypieniem. Tak jak się domyślałam, to był on. David. Przez jakiś czas staliśmy, wpatrując się w siebie nawzajem. Nie byłam w stanie się odezwać, nie wiem, dlaczego. On wydawał się być zaszokowany. Patrzył to na moją twarz, to na mój brzuch. Odniosłam wrażenie, że on właściwie nie wie, co tu robi, że po prostu przyszedł tu przypadkiem.
-Musimy porozmawiać – odezwał się w końcu – Musimy sobie poważnie porozmawiać.
Pokiwałam głową i cofnęłam się, wpuszczając go do środka. Nadal milcząc, ruszyłam ku swojemu pokojowi. On szedł za mną, myśląc nad czymś intensywnie. Zastanawiałam się, nad czym, ale chyba rozwiązanie tej zagadki nie było trudne.
Trochę zaskoczyło mnie jego zachowanie, gdy znaleźliśmy się w moim pokoju. Nadal się nie odzywał. Rozglądał się po pomieszczeniu, usiłując odnaleźć w pamięci widok pokoju, w którym przed laty uczyłam go historii. Zapewne nie było mu łatwo, bo ostatnio sporo się tu pozmieniało. Dojrzałam i uwidaczniało się to także w jego wystroju.
-Jeszcze je trzymasz? – zapytał cicho, wskazując palcem na krwistoczerwone, porcelanowe serduszko z napisem „dziękuję”. Zauważyłam na jego twarzy cień uśmiechu.
-Tak – odpowiedziałam. Nie chciałam opowiadać mu o tym, jak wyrzucałam wszystkie swoje figurki, a  akurat tej jakoś nie mogłam. Zresztą on chyba i tak domyślił się, że ona ma dla mnie ogromną wartość. Przez moment się w nią wpatrywał, jakby próbował coś z niej wyczytać.
-Zamierzałaś mi w ogóle o tym powiedzieć? – zapytał, nie odrywając wzroku od serca. Nie odpowiedziałam, bo moja odpowiedź i tak nie wniosłaby nic nowego do naszej rozmowy. On tylko westchnął głośno, jakby domyślił się, jak ona by brzmiała. Spuścił głowę, wlepiając wzrok w podłogę.
-To moje dziecko, prawda? – zapytał – To się stało wtedy jak my... – zamilkł, zapewne wiedząc, że nie musi przypominać mi o tamtej nocy. Chciałam zaprzeczyć, ale wtedy nagle nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Najwyraźniej akurat to kłamstwo było dla mnie zbyt trudne, bym mogła przenieść je na kartki rzeczywistości. Przełknęłam ślinę, ale to mi w ogóle nie pomogło.
-Odpowiedz, czy ono jest moje – nalegał David, spoglądając na mnie swoimi piwnymi oczyma. I chyba to skłoniło mnie do otwarcia ust.
-Tak – odparłam, sama zaskoczona swoją prawdomównością – Tak, jest twoje.
On otworzył usta, ale za chwilę je zamknął. Pewnie chciał coś powiedzieć, ale szybko z tego zrezygnował. Usiadł obok mnie na łóżku, znowu wlepiając wzrok w podłogę. Ja ciągle przeklinałam siebie w duchu, że nie potrafiłam skłamać. Teraz on na pewno będzie żądał praw do opieki nad maluchem, co oznacza, że będę częściej się z nim widywała. Zakaz nie ma sensu, może pójść do sądu. A tam wygraną ma w kieszeni.
-I co z tym zrobimy? – zapytał cicho, tak bardzo cicho, że zagłuszyłaby go lecąca mucha, gdyby ta akurat znalazłaby się w moim pokoju. Wzruszyłam ramionami.
-Sama je wychowam – zaproponowałam jeszcze ciszej niż on.
-To był żart? – kątem oka zauważyłam jego ponure spojrzenie. Zaprzeczyłam żwawym ruchem głowy.
-Nie, to nie był żart. Chcę je wychować sama, nie potrzebuję twojej pomocy, zresztą ty i tak nie miałbyś czasu. Wy praktycznie cały czas jesteście w trasie, mieszkacie w swoim tour busie. Nie chcę zaprzątać twojej głowy niepotrzebnym bachorem...
-To nie jest niepotrzebny bachor! – warknął niespodziewanie, że aż podskoczyłam ze strachu – To moje dziecko! – zamknął oczy i odetchnął trzy razy, by się uspokoić – Przepraszam – z powrotem uniósł powieki do góry – Może masz rację,  czasami wyjeżdżamy, ale też sporo czasu spędzamy w Montrealu. Spokojnie mógłbym zajmować się dzieckiem. I nie pozwolę ci go sobie odebrać. Mam prawo mieć z maleństwem kontakt. Poza tym musimy ustalić kwotę, jaką mam tobie przesyłać. Zapewne ty w większości będziesz się nim zajmować, więc masz prawo wyciągać ode mnie kasę, ile tylko chcesz. I jakby ci czegoś brakowało, dzwoń. Mi też zależy, by wyrósł z niego ktoś, a nie żaden mazgaj. Kate, ja także chcę, by on był szczęśliwy. I... żebyś ty była zdrowa – wstał, ale jeszcze nie ruszył w kierunku drzwi, najwyraźniej nad czymś się zastanawiając. Z kieszeni wyciągnął portfel, a ze środka wyszarpał kilka banknotów i położył je na biurku – Przy sobie mam tylko tyle. Ale spodziewaj się mojej wizyty...
-Weź te pieniądze – wysyczałam z zaciśniętymi zębami – Nie chcę ich, nie są mi potrzebne.
-Są – odparł spokojnie, kierując się w stronę drzwi – Musisz iść do prywatnego ginekologa. To nie jest tanie, jak chcesz spotkać się ze specjalistą. A chcesz spotkać się ze specjalistą, bo moje dziecko nie może być badane przez byle kogo.
Nie miałam sił, by się dalej z nim kłócić, więc zadałam mu inne, dręczące mnie pytanie:
-Kto ci powiedział? Kto ci powiedział, że jestem w ciąży?
On przez krótką chwilę się zawahał, chyba nie chciał odpowiedzieć mi na to pytanie. Ale zaraz potem wzruszył ramionami i odparł:
-Pierre. Ale nie miej mu tego za złe. Był już po kilku piwach i chyba nie wiedział, co mówi. Zresztą to ja ciągnąłem go za język. W normalnej sytuacji chyba by nie pisnął słowem – oparł dłoń o klamkę, ale jeszcze nie otworzył drzwi. Chciał coś powiedzieć, ale znowu z tego zrezygnował. Wstałam, by go odprowadzić. Szliśmy w milczeniu, dopóki nie dotarliśmy do drzwi.
-I... Kate, uważaj na siebie – wymamrotał czarnowłosy, odwracając się – Proszę cię, nie przemęczaj się. Mimo wszystko to ciąża. Dbaj o swoje zdrowie, bo jeśli coś ci się stanie... Będę żałował do końca życia.
-Będę uważała – obiecałam cicho i z niewielką nutką niepewności.
-To do zobaczenia – on chyba nie chciał niepotrzebnie przedłużać tego momentu. Odwrócił się i odszedł. Przez ułamek sekundy miałam ochotę zawołać go z powrotem. Coś w sercu mnie zakuło, gdy wpatrywałam się w pustą, brudną ścianę. Zamknęłam drzwi i odwróciłam się. Postanowiłam położyć się już do łóżka, chociaż w ogóle nie byłam śpiąca. Ale z drugiej strony nie chciałam zostać staranowana milionem pytań przez moją mamę.