Jego ręce oplatały całe moje ciało, przyciskając mnie do
siebie. Kiedy otworzyłam oczy, jeszcze spał. Czułam na swoim karku jego
spokojny i równomierny oddech. Pozwoliłam moim powiekom z powrotem opaść na
dół. Do moich nozdrzy dotarł słaby już zapach jego perfum. Leżałam tak przez
kilka minut, usiłując nasycić się jego obecnością. Potem, bardzo delikatnie, by
go nie obudzić, wyswobodziłam się z jego objęć. Czułam, jak w moim brzuchu coś
się wierci, coś się przewraca. Uśmiechnęłam się, głaszcząc okolice pępka.
Wstałam i porwałam z podłogi pierwszy lepszy ciuch, jaki wpadł mi w ręce. Jego
koszula. Ubrałam ją, a potem zaczęłam przyglądać się sobie w lustrze.
Zauważyłam niewielkie wybrzuszenie. Na mojej twarzy ponownie pojawił się
uśmiech. A to jeszcze pół roku... Aż pół roku...
Postanowiłam obejrzeć sobie jego mieszkanie. Wczoraj nie
miałam na to zbyt wiele czasu, a jakoś brakowało okazji, by się mu przyjrzeć.
Wyszłam z sypialni i rozejrzałam się. Salon nie należał do największych, ale
mieściło się w nim wszystko, co miało się mieścić. Kasztanowa ława, sporej wielkości
kanapa, dwa fotele, ogromny kryształowy żyrandol, kilka kwiatów, wieża, chyba
najdroższa z możliwych i najważniejsze, coś, co musi być w każdym apartamencie,
ogromny, chyba z pięćdziesięciocalowy telewizor. Wyposażenie wcale nie
wyglądało na tanie. Ruszyłam w stronę kolejnych drzwi, tuż obok tych, które
prowadziły do Dave’owej sypialni. Otworzyłam je i zajrzałam do środka. Moim
oczom ukazał się pokój, chyba nawet większy niż salon. Mieściła się tam kupa
instrumentów, od gitary klasycznej, po samą perkusję. Nawet nie próbowałam
przekroczyć progu. Chyba tylko Dave znał ścieżkę, dzięki której mógł dojść
przez ten zgąszcz kabli i wzmacniaczy wzdłuż pokoju. Następne pomieszczenie to
trochę przyciasna garderoba, potem była jeszcze jedna sypialnia, zapewne gościnna,
kuchnia i łazienka. Wzięłam szybki prysznic w trochę przybrudnej kabinie
prysznicowej. Zmarszczyłam brwi. David nie należał do szczególnych
czyścioszków. Zapewne gdyby nie odświeżacz powietrza, nie pachniałoby tu tak
ładnie. Westchnęłam ciężko, narzucając koszulę na swoje nagie ciało.
Najwyraźniej to się w Desrosiersie nie zmieniło. Wciąż nie przykładał wagi do
porządku. Wróciłam z powrotem do salonu. Z nieukrywaną ciekawością zbliżyłam
się do wieży i zaczęłam ją oglądać. Ciekawiło mnie, czego może słuchać Dave,
choć sama szczególnie nie interesowałam się muzyką. Wiedziałam, że Simple plan
to zespół pop-punkowy. Więc pewnie on słucha czegoś w tym rodzaju. Bez
zastanowienia włączyła play. Green day huknął tak głośno, że aż podskoczyłam ze strachu. Nie spodziewałam
się aż tak strasznego ataku na moje uszy. Głowa omal mi nie pękła. Szybko
wcisnęłam pauzę.
Nagle poczułam, jak ktoś obejmuje mnie od tyłu.
Przymknęłam oczy z wyraźnym uwielbieniem. Kochałam jego dotyk.
-Skarbie, chcesz, żeby sąsiedzi wyrzucili mnie z domu? –
zażartował, całując mnie w policzek.
-Przecież to nie ja słucham green day’a na całą parę.
Ktoś musi ponieść za to karę! – zachichotałam.
-Bo przy green day’u banany lepiej smakują – wzruszył
ramionami biedak, jakby to nie była jego wina – Lepiej powiedz, jak ci się
spało.
-Cudownie! – pisnęłam.
-tylko cudownie? – zapytał nieco zawiedziony.
-Tylko – wystawiłam mu język – Masz bardzo wygodne łóżko
– pochwaliłam go, delikatnie wyswobadzając się z jego objęć.
-Bardzo wygodne łóżko? – powtórzył zrozpaczony chłopak –
A ja? Czyż ja nie jestem kochany, cudowny, wspaniały, jedyny... no i w ogóle?
Czy ta noc nie była najwspanialszą nocą w twoim życiu?
-Hmmm... – udałam, że się nad tym zastanawiam – Bywały
wspanialsze. Na przykład zeszłoroczny sylwester...
-Jakiś sylwester był lepszy niż noc spędzona z David’em
Desrosiersem?!
-Oczywiście – odparłam obojętnie, bawiąc się swoimi
mokrymi włosami – Za tę ostatnią noc dałabym... – podrapałam się po głowie z
wyraźnym wahaniem – 4 punkty na 10. Tak, myślę, że to byłaby sprawiedliwa
ocena.
-No to zaraz zmienimy tę twoją sprawiedliwą ocenę... – czarnowłosy zaczął się do mnie zbliżać z
niebezpieczną dzikością w oczach i podejrzanym uśmieszkiem. Odskoczyłam od
niego.
-Najpierw mnie złap! – krzyknęłam, wystawiając język i
machając do niego. Przez chwilę biegaliśmy wokół mebli wśród głośnych salw
śmiechu. Potem on niespodziewanie się na mnie rzucił. Oboje wylądowaliśmy na
kanapie, dusząc się ze śmiechu. Po chwili David upadł na podłogę, co już w
ogóle doprowadziło mnie do łez, a biednego czarnowłosego-do bólu.
-Ja tu cierpię, a ty się śmiejesz! – burknął z wyrzutem,
siadając na panelowej podłodze.
-A co ja mogę?.. Zaczekaj! Mam pomysł! – zerwałam się i
pobiegłam do kuchni. Z ogromnej miski wyciągnęłam banana. Wróciłam do Dave’a i
obrałam owoc ze skórki. Ułamałam kawałek i położyłam go na głowie Desrosiersa –
Teraz się nie ruszaj, rozpoczynamy kurację! – zamknęłam oczy i unosząc ręce nad
jego głową zaczęłam mówić – Najsłodszy bananie, daj temu chłopakowi życie
pozbawione bólu spowodowanego upadkami z kanapy – lewą ręką próbowałam wymacać
pozostałą część banana. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że jej nie ma. Za to
David zastygł bez ruchu z pełnymi ustami.
-David! – jęknęłam roześmiana – Zjadłeś całego!
-Nieprawda! – odparł, plując na mnie.
-Wcale! To wytłumacz mi, gdzie się podziała reszta!
-To... To ta skórka! – uniósł skórkę po bananie do góry,
by mi ją zaprezentować – Ona wchłonęła całego banana, a ja chciałem go ratować
i...
-I tak znalazł się w twojej buzi!
-No dokładnie!
-Nawet dziecko w tę bajkę ci nie uwierzy!
-To nie bajka!
-Wcale! – poczochrałam czarnowłosego po głowie, śmiejąc
się głośno – Chodźmy zrobić jakieś śniadanie, bo widzę, że nie tylko ja jestem
głodna.
-Tak! – Dave od razu zerwał się i pobiegł do kuchni,
ciągnąc mnie za sobą. Z ciekawością zajrzałam do lodówki. Świeciła pustką, nie
licząc około czterdziestu bananów wciśniętych, gdzie popadnie. Oprócz tego
stały jeszcze trzy puszki z jakimiś sosami, Bóg wie, czym.
-Przepraszam cię, nie spodziewałem się gości – usłyszałem
za sobą nieśmiały głosik. Odwróciłam się i zobaczyłam, że Dave także zagląda do
lodówki. – Ajjj... Pustki... No ale są banany! Trochę mało, będę musiał dzisiaj
dokupić. Ale i tak na śniadanie powinno wystarczyć – czarnowłosy zaczął ogołacać
lodówkę z owoców. Pomagałam mu, choć szczerze mówiąc nie miałam ochoty na
jedzenie bananów.
-David? Co ty zamierzasz z tym wszystkim zrobić? –
zapytałam, patrząc na stół, na którym gromadziliśmy przysmak Desrosiersa.
-Właśnie się zastanawiam – czarnowłosy podrapał się po
głowie – Najlepsze by były bananapki, ale to takie zwyczajne... A my dzisiaj
mamy niezwykły dzień, wiec musimy zjeść coś extra... Możemy zrobić
bananocznicę, ale ja wiem... płatki bananowe mi się skończyły...
-Dobra, robimy tę bananocznicę! - przerwałam mu czym prędzej, obawiając się,
że będzie wymieniał coś jeszcze.
-Bananocznicę? – wymamrotał trochę niezadowolony Dave –
No dobra, jeśli tak ci zależy – wzruszył ramionami i zabrał się za obieranie
bananów ze skórki.
***
Kiedy dwie godziny później wróciłam do domu, od razu moja
mama palnęła mi półgopdzinne kazanie. Przynajmniej dziesięciokrotnie
powtarzałam jej, że jestem dorosła, ale ona chyba nadal tego nie rozumiała.
Miałam wrażenie, że traktuje mnie jak nieodpowiedzialną nastolatkę. A przecież
wie, że może mi ufać. Mimo to jednak nigdy do końca nie traciła czujności.
-Pamiętaj, że jesteś w ciąży, a nocą kręcą się różne typy
po Montrealu – powtarzała po raz setny, a ja po raz setny wzdychałam. Już nawet
darowałam sobie tłumaczenie jej, że już dawno skończyłam osiemnaście lat.
-David nie pozwoliłby na to, by ktokolwiek mnie
skrzywdził – oznajmiłam z niemałą dumą.
-David? – powtórzyła jak echo moja matka, której w głowie
od razu zapaliła się żarówka czujności – Jaki znowu David? Kate, co ty znowu
wymyśliłaś?
-David Desrosiers, mamo. Wróciliśmy do siebie.
Kobieta odwróciła się w moją stronę ze ścierką w ręku.
Otworzyła buzię, ale nie wyleciało z niej ani jedno słowo. Wyraźnie zaszokowana
podeszła do mnie i usiadła przy stole
wciąż spoglądając na mnie rozszerzonymi oczami.
-TEN David Desrosiers? – zapytała cicho.
-TEN David Desrosiers – potwierdziłam, kiwając głową.
Moja mama przez chwilę milczała, chyba ją zatkało. Ale
nadal się we mnie wpatrywała. Czułam podświadomie, że nie popiera mojej
decyzji, ale to jest tylko i wyłącznie moja sprawa, z kim się spotykam i w kim
się zakochuję. Nie zrezygnuję z Dave’a tylko dlatego, że ona ma inne zdanie na
ten temat. To jest moje życie i tylko ja mam prawo nim kierować na swój
wymarzony sposób.
-Nie uda się wam – powiedziała kobieta, nie owijając w
bawełnę – Nie uda się wam stworzyć szczęśliwej rodziny. Nie pasujecie do
siebie, nie jesteście z jednej bajki. Wy bardzo chcecie, ale zrozumcie... To
nie to.
-Uda się – odparłam, zaciskając kciuki – Uda nam się,
tylko tym razem nie możemy zwątpić. Uda nam się. Pokonamy przeszkody. My się
kochamy, mamo. Teraz naprawdę się kochamy.
-Kochacie się... – prychnęła kobieta pod nosem – A czy
wtedy się nie kochaliście? Czy to nie wtedy miała być ta wielka jedyna miłość?
-Miała być – odparłam zamyślona – Miała być, ale wtedy
przeszkodziły nam... no właściwie głupoty. Teraz jesteśmy starsi i mądrzejsi.
Teraz na pewno przetrwamy. Na pewno! – zakończyłam z entuzjazmem.
-Żebyś później tego nie żałowała – westchnęła kobieta, a
ja obróciłam głowę. Ujrzałam siebie w lustrze. Zakochaną, szczęśliwą Kate.
Nareszcie. Długo musiałam czekać na ten wyraz twarzy, na szczerą miłość, na
szczery uśmiech. Moje życie nie było nieszczęśliwe, ale brakowało jednego
puzzla do całej układanki. Tylko czy ja tego puzzla odnalazłam? Już dwa razy
próbowałam go dopasować. Czy za trzecim się uda? A może ten puzzel nie jest od
tej kolekcji? I co wtedy? Znowu rozpacz? Znowu bezsensowne zapominanie? Znowu wymazywanie
przeszłości? Przecież nie mogę ponownie tego przeżywać. Przecież w końcu
dopadnie mnie depresja. A wtedy... Może zrobić się nieciekawie.
Ale o czym ja w ogóle myślę? Kocham David’a, a David kocha
mnie. Czego chcieć więcej, by związek się udał? Tym razem musi się udać. Tym
razem oboje nie będziemy mieć przed sobą żadnych tajemnic. Ja obdarzyłam go
swoim zaufaniem, on obdarzył mnie swoim. Mamy wszystko czego nam potrzeba do
stworzenia najwspanialszego na świecie związku. Więc skąd te wątpliwości? Dlaczego
ja się boję? Dlatego, że to już po raz trzeci? Pewnie tak. Ale tym razem mu
ufam i wierzę, że się zmienił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz