wtorek, 11 września 2012

CZĘŚĆ III PART VIII


Jego ręce oplatały całe moje ciało, przyciskając mnie do siebie. Kiedy otworzyłam oczy, jeszcze spał. Czułam na swoim karku jego spokojny i równomierny oddech. Pozwoliłam moim powiekom z powrotem opaść na dół. Do moich nozdrzy dotarł słaby już zapach jego perfum. Leżałam tak przez kilka minut, usiłując nasycić się jego obecnością. Potem, bardzo delikatnie, by go nie obudzić, wyswobodziłam się z jego objęć. Czułam, jak w moim brzuchu coś się wierci, coś się przewraca. Uśmiechnęłam się, głaszcząc okolice pępka. Wstałam i porwałam z podłogi pierwszy lepszy ciuch, jaki wpadł mi w ręce. Jego koszula. Ubrałam ją, a potem zaczęłam przyglądać się sobie w lustrze. Zauważyłam niewielkie wybrzuszenie. Na mojej twarzy ponownie pojawił się uśmiech. A to jeszcze pół roku... Aż pół roku...
Postanowiłam obejrzeć sobie jego mieszkanie. Wczoraj nie miałam na to zbyt wiele czasu, a jakoś brakowało okazji, by się mu przyjrzeć. Wyszłam z sypialni i rozejrzałam się. Salon nie należał do największych, ale mieściło się w nim wszystko, co miało się mieścić. Kasztanowa ława, sporej wielkości kanapa, dwa fotele, ogromny kryształowy żyrandol, kilka kwiatów, wieża, chyba najdroższa z możliwych i najważniejsze, coś, co musi być w każdym apartamencie, ogromny, chyba z pięćdziesięciocalowy telewizor. Wyposażenie wcale nie wyglądało na tanie. Ruszyłam w stronę kolejnych drzwi, tuż obok tych, które prowadziły do Dave’owej sypialni. Otworzyłam je i zajrzałam do środka. Moim oczom ukazał się pokój, chyba nawet większy niż salon. Mieściła się tam kupa instrumentów, od gitary klasycznej, po samą perkusję. Nawet nie próbowałam przekroczyć progu. Chyba tylko Dave znał ścieżkę, dzięki której mógł dojść przez ten zgąszcz kabli i wzmacniaczy wzdłuż pokoju. Następne pomieszczenie to trochę przyciasna garderoba, potem była jeszcze jedna sypialnia, zapewne gościnna, kuchnia i łazienka. Wzięłam szybki prysznic w trochę przybrudnej kabinie prysznicowej. Zmarszczyłam brwi. David nie należał do szczególnych czyścioszków. Zapewne gdyby nie odświeżacz powietrza, nie pachniałoby tu tak ładnie. Westchnęłam ciężko, narzucając koszulę na swoje nagie ciało. Najwyraźniej to się w Desrosiersie nie zmieniło. Wciąż nie przykładał wagi do porządku. Wróciłam z powrotem do salonu. Z nieukrywaną ciekawością zbliżyłam się do wieży i zaczęłam ją oglądać. Ciekawiło mnie, czego może słuchać Dave, choć sama szczególnie nie interesowałam się muzyką. Wiedziałam, że Simple plan to zespół pop-punkowy. Więc pewnie on słucha czegoś w tym rodzaju. Bez zastanowienia włączyła play. Green day huknął tak głośno, że  aż podskoczyłam ze strachu. Nie spodziewałam się aż tak strasznego ataku na moje uszy. Głowa omal mi nie pękła. Szybko wcisnęłam pauzę.
Nagle poczułam, jak ktoś obejmuje mnie od tyłu. Przymknęłam oczy z wyraźnym uwielbieniem. Kochałam jego dotyk.
-Skarbie, chcesz, żeby sąsiedzi wyrzucili mnie z domu? – zażartował, całując mnie w policzek.
-Przecież to nie ja słucham green day’a na całą parę. Ktoś musi ponieść za to karę! – zachichotałam.
-Bo przy green day’u banany lepiej smakują – wzruszył ramionami biedak, jakby to nie była jego wina – Lepiej powiedz, jak ci się spało.
-Cudownie! – pisnęłam.
-tylko cudownie? – zapytał nieco zawiedziony.
-Tylko – wystawiłam mu język – Masz bardzo wygodne łóżko – pochwaliłam go, delikatnie wyswobadzając się z jego objęć.
-Bardzo wygodne łóżko? – powtórzył zrozpaczony chłopak – A ja? Czyż ja nie jestem kochany, cudowny, wspaniały, jedyny... no i w ogóle? Czy ta noc nie była najwspanialszą nocą w twoim życiu?
-Hmmm... – udałam, że się nad tym zastanawiam – Bywały wspanialsze. Na przykład zeszłoroczny sylwester...
-Jakiś sylwester był lepszy niż noc spędzona z David’em Desrosiersem?!
-Oczywiście – odparłam obojętnie, bawiąc się swoimi mokrymi włosami – Za tę ostatnią noc dałabym... – podrapałam się po głowie z wyraźnym wahaniem – 4 punkty na 10. Tak, myślę, że to byłaby sprawiedliwa ocena.
-No to zaraz zmienimy tę twoją sprawiedliwą ocenę...  – czarnowłosy zaczął się do mnie zbliżać z niebezpieczną dzikością w oczach i podejrzanym uśmieszkiem. Odskoczyłam od niego.
-Najpierw mnie złap! – krzyknęłam, wystawiając język i machając do niego. Przez chwilę biegaliśmy wokół mebli wśród głośnych salw śmiechu. Potem on niespodziewanie się na mnie rzucił. Oboje wylądowaliśmy na kanapie, dusząc się ze śmiechu. Po chwili David upadł na podłogę, co już w ogóle doprowadziło mnie do łez, a biednego czarnowłosego-do bólu.
-Ja tu cierpię, a ty się śmiejesz! – burknął z wyrzutem, siadając na panelowej podłodze.
-A co ja mogę?.. Zaczekaj! Mam pomysł! – zerwałam się i pobiegłam do kuchni. Z ogromnej miski wyciągnęłam banana. Wróciłam do Dave’a i obrałam owoc ze skórki. Ułamałam kawałek i położyłam go na głowie Desrosiersa – Teraz się nie ruszaj, rozpoczynamy kurację! – zamknęłam oczy i unosząc ręce nad jego głową zaczęłam mówić – Najsłodszy bananie, daj temu chłopakowi życie pozbawione bólu spowodowanego upadkami z kanapy – lewą ręką próbowałam wymacać pozostałą część banana. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że jej nie ma. Za to David zastygł bez ruchu z pełnymi ustami.
-David! – jęknęłam roześmiana – Zjadłeś całego!
-Nieprawda! – odparł, plując na mnie.
-Wcale! To wytłumacz mi, gdzie się podziała reszta!
-To... To ta skórka! – uniósł skórkę po bananie do góry, by mi ją zaprezentować – Ona wchłonęła całego banana, a ja chciałem go ratować i...
-I tak znalazł się w twojej buzi!
-No dokładnie!
-Nawet dziecko w tę bajkę ci nie uwierzy!
-To nie bajka!
-Wcale! – poczochrałam czarnowłosego po głowie, śmiejąc się głośno – Chodźmy zrobić jakieś śniadanie, bo widzę, że nie tylko ja jestem głodna.
-Tak! – Dave od razu zerwał się i pobiegł do kuchni, ciągnąc mnie za sobą. Z ciekawością zajrzałam do lodówki. Świeciła pustką, nie licząc około czterdziestu bananów wciśniętych, gdzie popadnie. Oprócz tego stały jeszcze trzy puszki z jakimiś sosami, Bóg wie, czym.
-Przepraszam cię, nie spodziewałem się gości – usłyszałem za sobą nieśmiały głosik. Odwróciłam się i zobaczyłam, że Dave także zagląda do lodówki. – Ajjj... Pustki... No ale są banany! Trochę mało, będę musiał dzisiaj dokupić. Ale i tak na śniadanie powinno wystarczyć – czarnowłosy zaczął ogołacać lodówkę z owoców. Pomagałam mu, choć szczerze mówiąc nie miałam ochoty na jedzenie bananów.
-David? Co ty zamierzasz z tym wszystkim zrobić? – zapytałam, patrząc na stół, na którym gromadziliśmy przysmak Desrosiersa.
-Właśnie się zastanawiam – czarnowłosy podrapał się po głowie – Najlepsze by były bananapki, ale to takie zwyczajne... A my dzisiaj mamy niezwykły dzień, wiec musimy zjeść coś extra... Możemy zrobić bananocznicę, ale ja wiem... płatki bananowe mi się skończyły...
-Dobra, robimy tę bananocznicę!  - przerwałam mu czym prędzej, obawiając się, że będzie wymieniał coś jeszcze.
-Bananocznicę? – wymamrotał trochę niezadowolony Dave – No dobra, jeśli tak ci zależy – wzruszył ramionami i zabrał się za obieranie bananów ze skórki.
***
Kiedy dwie godziny później wróciłam do domu, od razu moja mama palnęła mi półgopdzinne kazanie. Przynajmniej dziesięciokrotnie powtarzałam jej, że jestem dorosła, ale ona chyba nadal tego nie rozumiała. Miałam wrażenie, że traktuje mnie jak nieodpowiedzialną nastolatkę. A przecież wie, że może mi ufać. Mimo to jednak nigdy do końca nie traciła czujności.
-Pamiętaj, że jesteś w ciąży, a nocą kręcą się różne typy po Montrealu – powtarzała po raz setny, a ja po raz setny wzdychałam. Już nawet darowałam sobie tłumaczenie jej, że już dawno skończyłam osiemnaście lat.
-David nie pozwoliłby na to, by ktokolwiek mnie skrzywdził – oznajmiłam z niemałą dumą.
-David? – powtórzyła jak echo moja matka, której w głowie od razu zapaliła się żarówka czujności – Jaki znowu David? Kate, co ty znowu wymyśliłaś?
-David Desrosiers, mamo. Wróciliśmy do siebie.
Kobieta odwróciła się w moją stronę ze ścierką w ręku. Otworzyła buzię, ale nie wyleciało z niej ani jedno słowo. Wyraźnie zaszokowana podeszła do mnie  i usiadła przy stole wciąż spoglądając na mnie rozszerzonymi oczami.
-TEN David Desrosiers? – zapytała cicho.
-TEN David Desrosiers – potwierdziłam, kiwając głową.
Moja mama przez chwilę milczała, chyba ją zatkało. Ale nadal się we mnie wpatrywała. Czułam podświadomie, że nie popiera mojej decyzji, ale to jest tylko i wyłącznie moja sprawa, z kim się spotykam i w kim się zakochuję. Nie zrezygnuję z Dave’a tylko dlatego, że ona ma inne zdanie na ten temat. To jest moje życie i tylko ja mam prawo nim kierować na swój wymarzony sposób.
-Nie uda się wam – powiedziała kobieta, nie owijając w bawełnę – Nie uda się wam stworzyć szczęśliwej rodziny. Nie pasujecie do siebie, nie jesteście z jednej bajki. Wy bardzo chcecie, ale zrozumcie... To nie to.
-Uda się – odparłam, zaciskając kciuki – Uda nam się, tylko tym razem nie możemy zwątpić. Uda nam się. Pokonamy przeszkody. My się kochamy, mamo. Teraz naprawdę się kochamy.
-Kochacie się... – prychnęła kobieta pod nosem – A czy wtedy się nie kochaliście? Czy to nie wtedy miała być ta wielka jedyna miłość?
-Miała być – odparłam zamyślona – Miała być, ale wtedy przeszkodziły nam... no właściwie głupoty. Teraz jesteśmy starsi i mądrzejsi. Teraz na pewno przetrwamy. Na pewno! – zakończyłam z entuzjazmem.
-Żebyś później tego nie żałowała – westchnęła kobieta, a ja obróciłam głowę. Ujrzałam siebie w lustrze. Zakochaną, szczęśliwą Kate. Nareszcie. Długo musiałam czekać na ten wyraz twarzy, na szczerą miłość, na szczery uśmiech. Moje życie nie było nieszczęśliwe, ale brakowało jednego puzzla do całej układanki. Tylko czy ja tego puzzla odnalazłam? Już dwa razy próbowałam go dopasować. Czy za trzecim się uda? A może ten puzzel nie jest od tej kolekcji? I co wtedy? Znowu rozpacz? Znowu bezsensowne zapominanie? Znowu wymazywanie przeszłości? Przecież nie mogę ponownie tego przeżywać. Przecież w końcu dopadnie mnie depresja. A wtedy... Może zrobić się nieciekawie.
Ale o czym ja w ogóle myślę? Kocham David’a, a David kocha mnie. Czego chcieć więcej, by związek się udał? Tym razem musi się udać. Tym razem oboje nie będziemy mieć przed sobą żadnych tajemnic. Ja obdarzyłam go swoim zaufaniem, on obdarzył mnie swoim. Mamy wszystko czego nam potrzeba do stworzenia najwspanialszego na świecie związku. Więc skąd te wątpliwości? Dlaczego ja się boję? Dlatego, że to już po raz trzeci? Pewnie tak. Ale tym razem mu ufam i wierzę, że się zmienił. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz