wtorek, 20 listopada 2012

CZĘŚĆ IV PART IX


Pusta butelka po tanim winie turlała się po stole, wyraźnie wahając się, czy upaść na podłogę, czy może jednak zaoszczędzić kolejnego kłopotu. Niebezpiecznie zbliżała się do końca stołu, jakby chciała zagrozić, że jednak się rozbije. Ale on i tak nic by nie zauważył. Leżał rozłożony na kanapie, z pustym już kieliszkiem w dłoni, wpatrując się w sufit i zastanawiając się, co on osiągnął w życiu. Nie ma już Simple Plan, nie ma już Kate. Właściwie to co on tutaj wciąż robi? Niby wciąż żyje, niby jego serce wciąż bije, ale nie ma na świecie osoby, dla której ono wciąż to robi. Czegoś mu brakowało, ale nie mógł wykombinować, czego. Na pewno dzieci, ale... To nie to. Dlaczego on nie może poradzić sobie z własną głową i własnymi myślami? Dlaczego on nie może sobie ładnie wszystkiego poukładać? Nie umie posprzątać bałaganu, który sam wyprodukował. Czegoś mu brakuje. Do jasnej cholery, czego?!
***
Nie miała pojęcia, dlaczego w dłoniach wciąż ściskała swój telefon. Przecież on nie zadzwoni. A nawet jeśli, to na pewno nie będzie ta osoba, która robi to w jej wyobraźni. Po co ta głupia nadzieja? Rozstaliście się. On nie wróci. Dlaczego wciąż na niego czekasz? Głupota... Gdybyś wtedy nie pozwoliła mu odejść, być może by został. A tak... Nie, nie udawaj już, że go kochasz. Dobrze wiesz, czym to zejście mogłoby się skończyć. Poprawka, na pewno by się skończyło. Kate, ty go już nie kochasz. To nie ma sensu. W takim razie dlaczego wciąż o nim myślisz? Dlaczego nie możesz pozbyć się go z głowy? Co się z tobą dzieje? Wariujesz, Kate. Uważaj, żebyś nie zrobiła złego kroku. Nie możesz teraz popełnić błędu. Przecież żyje ci się dobrze. Przecież wszystko masz. Czego ci potrzeba?
Tylko tego cholernego telefonu.
Idiotka... On naprawdę cię kochał! Starał się to wszystko jakoś naprawić, skleić, a ty to wszystko zwyczajnie ignorowałaś. Debilka! Gdybyś chociaż raz doceniła... Gdybyś ty wysiliła się powiedzieć jakiś komplement, nawet nieprawdziwy... To gdybanie! Przeszłości nie zmienisz. Możesz jedynie ostrzec dzieci przed swoimi błędami.
Serce omal jej nie pękło, gdy zadźwięczała jej komórka. Bała się spojrzeć na wyświetlacz, ale jakoś się przemogła. Niechcący telefon wyślizgnął się z jej dłoni i upadł. Ona nie miała pojęcia, co robić, czy się cieszyć czy płakać. Tak długo czekała, a teraz nie miała odwagi, by odebrać...
***
Jechał powoli montrealskimi drogami, przesadnie denerwując się na korki. Nie wiedział, czy o to chodziło, nie wiedział, czy tego mu brakowało. Ale spróbować musiał. Na pewno. Siedząc przez te kilka dni w samotności zrozumiał, że brakuje mu jej zrzędzenia, narzekania. Chciał wrócić, zrozumiał, że życie bez Kate nie ma najmniejszego sensu, zrozumiał, że naprawdę ją kocha. A ona jego, mimo że tego nie pokazywała. Przeżyli razem tak wiele, że kolejne czterdzieści lat też uda im się przetrwać. Tylko oby ona się zgodziła.. Oby zgodziła się na jego powrót. Oby i ona zdołała zrozumieć, że go kocha. Oby zrozumiała, że miłość jest wieczna...
Pragnęła jak najszybciej go zobaczyć, pragnęła go pocałować. Tęskniła za jego głosem i dotykiem. Ten telefon dał jej tak wiele nadziei, tak wiele sił, by uwierzyć, że wszystko dobrze się skończy. Musiało się dobrze skończyć, przecież bajki nie mają złych zakończeń. Powtarzała sobie, że się zmieni. Powtarzała sobie, ze nie wytrzyma już tej samotności, że on musi wrócić, że ona zrobi wszystko, byle tylko on zdołał z powrotem ją pokochać. Stworzą wreszcie prawdziwą rodzinę, rodzinę, którą byli kiedyś, wtedy, gdy Dave częściej koncertował i nie miał zbyt wiele czasu dla siebie. Dlaczego wtedy umieli docenić magię miłości, a teraz nie potrafią? Dlaczego to wszystko zaczęło się psuć? Dlaczego ona nie umiała docenić jego starań? Dlaczego musiało dojść do rozłąki, by ona mogła zrozumieć, że bez niego nie wytrzyma, że zwariuje? To uczucie z młodości wciąż w niej było, ale po prostu zostało zakopane przez szarą codzienność. W końcu nadjechała koparka i to odkopała. Miłość wciąż się w niej kotłowała.
Wiedziała, że ma jeszcze dużo czasu, ale mimo wszystko śpieszyła się. Chciała być wcześniej, chciała pokazać, że jej zależy, że pragnie drugiej szansy. Krople deszczu zaczęły z cichym stukiem rozbijać się o jej szyby. Na początku były tylko pojedyncze, powoli jednak zagęszczały się. Kate przełknęła ślinę. Miała złe przeczucia, ale odpychała je od siebie. Przecież pogoda nie może zniszczyć jej optymizmu. Nic nie mogło zniszczyć jej pozytywnego myślenia. Ścisnęła mocniej kierownicę. Miała ochotę zatrąbić na przedni samochód, żeby już ruszył, chociaż światło mieniło się kolorem czerwonym. Denerwowała się, chociaż naprawdę nie miała do tego żadnych powodów. Wszystko jak na razie szło zgodnie z planem. Ale ona już pragnęła tam być, siedzieć, czekać. Nacisnęła na pedał gazu i ruszyła. Wyprzedziła jakieś czerwone auto, chociaż wiedziała, że to niezgodne z przepisami. Znacznie przekroczyła dozwoloną prędkość, ale nie zwróciła na to uwagi. Miała szczęście, z daleka widziała, że świeci się zielone światło. Znowu przyśpieszyła. Chciała zdążyć przejechać. Nie zauważyła nagłej zmiany na czerwone. Nie włączyła kierunkowskazu. Wina leżała po jej stronie. A jednak, gdy zakręciła ostro, a w tył jej samochodu wbiło się inne auto, jej nie stała się krzywda. Niewiele pamiętała z tego wypadku. Jedynie potężny huk i szarpnięcie. A potem cisza. Cisza, która była dla niej największym szokiem niż krzyki, które potem usłyszała. Miliardy myśli gnieździły się w jej głowie. Bała się odwrócić, bała się zobaczyć, co się wydarzyło, co ona zrobiła. Siedziała z zamkniętymi oczami. Nie, nie uniosła powiek do góry. Głowa ją koszmarnie bolała, czuła spływającą krew, ale dzięki temu wiedziała, że nadal żyje. Wzięła głęboki wdech. Płuca ją zapiekły. Coś musiała uszkodzić, ale teraz to nie było ważne.
Nagle poczuła zimno, niepokojący chłód. Ktoś potrząsnął jej ramieniem, otworzyła oczy. Ktoś o coś się jej pytał, nie odpowiedziała, deszcz ciągle padał, ktoś krzyczał, karetka już przyjechała, włosy mokre, ciemne chmury kwitnące nad światem brudnego Montrealu, przerażenie, ból, ciało, krew. Wszystkie te obrazy tak szybko przeskakiwały, że Kate nie mogła nadążyć. Potem jej wzrok spoczął na tłumie ludzi. On tam, stał. Uśmiechał się smutno, jakby chciał przekonać ją, że nic się nie stało. Wyczytała z jego ust „I’m sorry, I can’t be perfect”. Zamrugała powiekami, ale wtedy on się rozmazał. Odszedł. Uświadomił jej, co zrobiła. W jej oczach pojawiły się łzy. Zerwała się i nie zważając na krzyki i ból w klatce piersiowej rzuciła się w stronę ludzi zgromadzonych przy nieprzytomnym ciele człowieka, który także brał udział w wypadku. Już wiedziała, ale i tak musiała się upewnić. I nawet gdy ujrzała jego twarz, zwyczajnie nie wierzyła własnym oczom, nie wierzyła w to, co widziała. Modliła się, by to nie była prawda, by to był koszmar, zły sen. W końcu to do niej dotarło. Zabiła. Zabiła własnego męża, zabiła mężczyznę swojego życia. Upadła na kolana. Schowała twarz w jego kurtce. Czuła jak jej serce pęka, nie wytrzymuje tego wszystkiego. Próbowała go wybudzić, próbowała wskrzesić go do życia, krzyczała, błagała, przepraszała, robiła wszystko, co mogła. Na nic. To wszystko nie było potrzebne. On nie żył. Każdy jej powtarzał, że on nie żyje. Nie wierzyła. Nie wierzyła nikomu. Wciąż ściskała jego zimną bladą dłoń i czekała. Czekała na cud, który nigdy się nie wydarzył.
-Pamiętasz? – wyszeptała, łkając – Pamiętasz, co mi zawsze śpiewałeś? Perfect... David... Dlaczego ja nigdy nie zaśpiewałam tego tobie? Dlaczego ja nigdy nie potrafiłam tego z siebie wydobyć?  Dlaczego...? – pociągnęła nosem, a potem cichutko zaśpiewała – I’m sorry, I can’t be... Per.... – nie dokończyła. Reszta jej słów zaginęła w głośnym ryku. Krople deszczu mieszały się jej z łzami. Tak jak miłość mieszała się ze śmiercią. Tak jak słowa mieszały się z ciszą. Ale w tych mieszaninach zawsze było coś silniejszego. Łzy , miłość i cisza zwyciężyły. Właśnie  te wartości dostrzegł wpatrujący się w obrazek David. Ona go nie widziała. Nikt go nie widział. A on nie chciał patrzeć na jej cierpienie. Zamknął oczy i rozpłynął się w nicości światła, wiedząc, że już nigdy nie dotknie jej policzka. Odszedł do świata, w którym nie będzie miłości. Chciał zapomnieć. Ale czy mu się uda? Czas pokaże. W jej sercu pozostanie na zawsze. 

THE END

sobota, 17 listopada 2012

CZĘŚĆ IV PART VIII


Zanim zdążyliśmy chociażby zmrużyć powieki, dwa tygodnie już minęły i trzeba było wracać do domu. Ale czułem, że spełniłem wzorowo swój obowiązek, że zrobiłem wszystko, co mogłem zrobić. Oboje nie zmarnowaliśmy tego czasu. Na pierwszy rzut oka dało się dostrzec, że zmieniliśmy się. Każdego dnia coraz bardziej przypominaliśmy sobie, na czym polega miłość i kochanie. Zapomnieliśmy o swoim wieku i zachowywaliśmy się jak dwójka nastolatków. To było najlepsze w tym całym wyjeździe. Wróciliśmy do czasów, w których pieprzyliśmy cały świat. Ludzie gapili się na nas jakby nie mieli ciekawszych zajęć do roboty. Olewaliśmy ich niewygodne spojrzenia. Olewaliśmy wszystkich i wszystko.
Którejś nocy pobiegłem do hotelu po gitarę i zagrałem Kate chyba z pięćdziesiąt piosenek, nie tylko o miłości. A że to było w parku, to zaraz pojawił się niewielki tłum słuchaczy. Ktoś rzucił mi pod nogi monetę. Spojrzałem na nią, ale nie podniosłem jej. Zagrałem „Crazy”. Mam nadzieję, że ten ktoś zrozumiał, co miałem na myśli. Wszystkiego nie da się kupić za pieniądze. Na szczęście. A może dla niektórych niestety. Powoli tłum zaczynał się tu zadomawiać i rozluźniać się. Niektórzy krzyczeli, że chcą bis, gdzieś w tle usłyszałem pytanie o nagranie solowej płyty. W odpowiedzi zagrałem „Thank you”. Wątpiłem, by tym razem ktoś zrozumiał, o co mi chodzi. Nigdy nie nagrałbym solowej płyty. Nigdy nie zniżyłbym się do poziomu Pierre’a. Zwłaszcza gdy zobaczyłem, jak ogromną przyjemność daję ludziom swoją grą. A jak myślałem o solowej płycie, na myśl przychodził mi brunet i jego egoizm oraz chęć kasy. A ja już nie chciałem tego robić dla kasy, chciałbym czerpać z tego radość. W końcu głos odmówił mi posłuszeństwa. Miałem spuchnięte palce od gitary. Przeprosiłem wszystkich i podziękowałem za słuchanie. Chwyciłem Kate za rękę i ruszyliśmy, a tłum rozstąpił się, chcąc nas przepuścić. Dostrzegłem dumę na jej twarzy. Tak jak kiedyś.
Następnego dnia mniej więcej o tej samej godzinie wyszliśmy na spacer. Zdziwiłem się, gdy przy ławce, na której ostatnio siedziała moja żona, kręciło się mnóstwo ludzi. Niektórzy zerkali na mnie nieco zawiedzeni, że nie mam w dłoni akustyka.
-Zagraj – powiedziała cicho Kate – Oni na ciebie czekają.
Więc znowu większość nocy spędziłem w tłumie słuchających mojej gry i śpiewu. I tak już było codziennie. Nie powiem, podobało mi się to. Nie rozpoznawał mnie nikt, a przynajmniej nikt nie powiedział mi prosto w oczy, że jestem Davidem Desrosiersem. Ludzie traktowali mnie jak zwykłego człowieka. Ostatnią noc zaliczyłem do najgorszych. Musiałem im wszystkim wtedy oświadczyć, że więcej tu nie wrócę. Wiele osób prosiło o autograf. Nie dawałem. Nie chciałem być gwiazdą. Ale długo jeszcze z nimi rozmawiałem. Ci ludzie w większości przychodzili sami, rzadziej w parach. Tutaj oni wszyscy nie byli samotni, oni byli jedną wielką rodziną, łączyli się. To się czuło. Czuło się swego rodzaju siłę i więź. Wiedziałem, że w Montrealu coś takiego nigdy by się nie wydarzyło. Tam brakuje tego czegoś. Jedności.
Wiele przeróżnych przygód przeżyliśmy w Grecji. Myślałem, że nasz związek dzięki temu się odnowi. Ona także. Miłość wciąż nam towarzyszyła. Wszędzie chodziliśmy we dwoje, ściskając swoje dłonie. Naprawdę byliśmy szczęśliwi. Czuliśmy się jak w snach, marzeniach, bajce. Każda bajka musi się skończyć.
Wraz z powrotem do Montrealu wróciła z nami brudna szara rzeczywistość. Przez pierwszy tydzień jeszcze jakoś się trzymaliśmy, podczas drugiego coś zaczęło się psuć. Kłótnie robiły się coraz ostrzejsze, coraz częściej nasze głowy zastępował wrzask. Znowu chowaliśmy się u dzieci, żeby siebie uniknąć.  Któregoś dnia przypadkiem zobaczyłem płaczącą Nicole. Domyśliłem się, że nas słyszała i zwyczajnie miała dość, tak jak ja. Zauważyłem wtedy, że one też cierpią. Nie chciałem sprawiać im bólu, bo teraz tylko oni mi pozostali.
-Koniec – burknąłem, wpadając do kuchni. Z ręki Kate wyślizgnęła się ogromna drewniana łyżka i upadła na podłogę. Chciała zapewne znowu na mnie warknąć, ale nie zdążyła – Koniec- powtórzyłem – Myślałem, że coś da się zrobić, starałem się, ale to wszystko na nic. To nie ma sensu, Kate. Nasz związek nie ma sensu. Ciągle się kłócimy. Musimy się rozstać chociażby dla dobra dzieci. Tego już nie ma.
Ona przez chwilę się nie odzywała, zapewne analizując moje słowa. Potem głośno westchnęła i oznajmiła:
-Też o tym myślałam. Nie możemy ich ranić swoimi krzykami. Dawno przestaliśmy do siebie pasować.
-Zostań tutaj, ja się wyprowadzę. Na razie wezmę najpotrzebniejsze rzeczy, przy okazji spakuję resztę.
-A... Co z dziećmi?
Przełknąłem cicho ślinę. Wiedziałem, że ona nigdy mi ich nie odda, a z drugiej strony nie chciałem, żeby traktować je jak zwierzęta na targu. Pragnąłem ich dobra. Zacisnąłem mocniej pięści. Tak naprawdę nie miałem innego wyjścia. W końcu od początku Kate je wychowywała, ja ciągle byłem w trasach.
-Chyba... Chyba muszą tu zostać – wydusiłem z siebie – Ich miejsce jest przy matce. Co nie oznacza, że nie będę ich odwiedzał. Jakoś się z tobą skontaktuję.
-Zgadzam się – odparła ona pozbawiona jakiejkolwiek barwy głosu – Sądzę, że tak powinniśmy zrobić.
Pobiegłem schodami na górę i wpadłem do naszej wspólnej sypialni. Zadzwoniłem szybko do jednego z kumpli z pytaniem, czy nadal chce wynająć mieszkanie. Na szczęście chciał i po pytaniu o Kate, na które nie odpowiedziałem, zgodził się mi je udostępnić. Z ciężkim sercem wyciągnąłem jedną z walizek i zacząłem pakować wszystko, co przyszło mi do głowy. Powtarzałem sobie, że to dla dzieci, ale wcale mi to nie pomagało. Wiedziałem, że nic tu po mnie, że jeśli tu zostanę, koszmar znowu się zacznie. Był już wieczór, kiedy wszedłem do pokoju dziewczynek, wycałowałem je i jąkając się, powiedziałem, że tatuś musi się wyprowadzić. One chyba nie zrozumiały, o czym ja mówię. Dopiero gdy to powtórzyłem, Jane zapytała mnie, kiedy wrócę. Nie mogłem odpowiedzieć jej na to pytanie. Nie mogłem dłużej się z nimi żegnać, bo wiedziałem, że się rozkleję. Wstałem, po raz ostatni je przytuliłem i z wielką niechęcią odszedłem. Zapukałem cicho do pokoju Chrisa. Położyłem dłoń na klamce ale nie nacisnąłem jej. Coś mnie powstrzymywało, coś mi mówiło, że powinienem najpierw przemyśleć to, przemyśleć, jak przeprowadzić tę rozmowę. Ale mimo wszystko chciałem to mieć za sobą. Wszedłem do jego pokoju. Chris nad czymś intensywnie myślał, dotykając strun swojej gitary. Rozpromienił się na mój widok.
-Już prawie umiem zagrać „Save you”! – pochwalił się, podskakując na łóżku i powracając do swojego dobrego nastroju.
-To wspaniale! – krzyknąłem z udawanym entuzjazmem, siadając obok niego – Zagrasz mi?
-Ale... – zawahał się, ale pokiwał głową, zgadzając się. Chwycił gryf gitary i zaczął grać wstęp. Wciąż jeszcze trochę niepewnie czuł się w tej piosence, kilka razy się pomylił, ale ja nie zwracałem na to uwagi. Wpatrywałem się w kolorowy świat za szybą, wsłuchując się w słowa. Myślałem o tym, co się stanie, gdy opuszczę ten dom. Myślałem o tym, co się stanie z talentem mojego syna. Zmarnuje się? Miałem szczerą nadzieję, że nie. Miałem nadzieję, że nie porzuci gry tylko dlatego, że przestałem go wspierać.
-Chris... – wyszeptałem, zerkając niepewnie na chłopca – Chris, obiecaj mi, że nigdy się tego nie pozbędziesz – pogłaskałem pieszczotliwie swojego akustyka – I niezależnie od okoliczności zawsze będziesz na nim grał.
-Ale tato, dlaczego teraz mam...
-Obiecaj, Chris, proszę cię!
-Obiecuję – oznajmił mój syn, zaskoczony moim uporem. Wyczuł, że coś się święci. Zabrałem mu z rąk gitarę, odłożyłem ją na bok i bardzo mocno przytuliłem mojego syna. Moje oczy zaszkliły się od łez. Jego małe serduszko biło niemal z prędkością światła.
-Tato, co się dzieje? – zapytał zdenerwowany. Wypuściłem go ze swoich objęć i otarłem łzy z oczu. Wiedziałem, że to będzie trudne, ale nie aż tak bardzo.
-Odchodzę... – wydusiłem z siebie jakimś cudem – Chris... Muszę się wyprowadzić.
Nie musiałem patrzeć na jego twarz, żeby zrozumieć, jak bardzo go to zabolało. W ogóle nie chciałem spojrzeć w jego oczy. Bałem się ujrzeć zaskoczenie i strach w jego źrenicach. Wlepiłem wzrok w plakat Linkin Parku.
-Chris... – próbowałem się tłumaczyć – Chris, ja robię to dla ciebie... Dla ciebie i twoich sióstr... Już nie chcę... Żebyście wysłuchiwali naszych kłótni... Jesteś mądrym chłopakiem i wiesz, że udawanie kochającej się rodziny nie ma żadnego sensu.
-To nie moglibyście z powrotem się pokochać? – zapytał z nadzieją, wpatrując się we mnie.
-To nie takie proste – westchnąłem , spuszczając głowę.
-N o ale miłość jest wieczna, tak? Więc powinniście... – zamilkł, patrząc na mnie błagalnie – No spójrz na mnie! Powiedz, że niedługo wrócisz i nie będziecie się kłócić i że będziemy normalną rodziną... No spójrz na mnie!
Odwróciłem głowę w jego stronę. Oddychał ciężko. Rozumiałem jego furię. Rozumiałem to, że się denerwował. Ale nie mogłem mu nic obiecywać. Wraz z Kate wiedzieliśmy, że już nigdy się nie zejdziemy, że jeśli tyle razy nam się nie udało, to kolejny też się nie uda. Po prostu nie byliśmy dla siebie stworzeni.
-też kiedyś myślałem, że jest wieczna – wyszeptałem, wstając. Na pożegnanie poklepałem go po plecach. Potem odwróciłem się i wyszedłem z pokoju, usiłując posklejać kawałki mojego serca. Wziąłem swoje walizki i powoli zszedłem na dół. Chciałem, żeby mój jeden krok trwał co najmniej wieczność, ale to nie było możliwe. Co gorsza wciąż miałem wrażenie, że przyspieszał i zanim zdążyłem chociażby kiwnąć palcem, stałem już przy drzwiach. Westchnąłem ze smutkiem. Właśnie opuszczałem najcenniejszy fragment mojego życia.
-David – usłyszałem za sobą cichy głos Kate – Powodzenia. Powodzenia w lepszym życiu.

wtorek, 13 listopada 2012

CZĘŚĆ IV PART VII


-David? David, co ty tu robisz? – zaskoczona Kate wyciągnęła głowę z kuchni. Pociągnąłem nosem. W całym domu pachniało plackami ziemniaczanymi – Coś mówiłeś, że mieliście zrobić jakiś chat czy coś...
Jęknąłem w duchu. Chat. Zapomnieliśmy wyłączyć kamerkę. Cały świat widział naszą kłótnię, wszyscy fani widzieli rozpad Simple Plan. Aż odechciało mi się zaglądać na twittera. Musiał być bombardowany.
Zanim zdążyłem wytłumaczyć się przed Kate, usłyszałem pisk Chrisa i zobaczyłem, jak zbiega schodami.
-Taaatoooo! – Nauczyłem się zagrać „Crazy”! Calusieńkie! Umiem nawet solówkę! – chwalił się, skacząc wokół mnie chłopiec.
-To świetnie! – krzyknąłem z udawanym entuzjazmem, klepiąc syna po plecach - Idź na górę, poćwicz jeszcze, a ja za chwilę przyjdę cię przesłuchać! A jak stwierdzę, że grasz ładnie, to może razem zagramy!
-Okej – podniecony malec wleciał z powrotem na schody, zapewne z zamiarem wysłuchania mojej prośby. I bardzo dobrze, chciałem porozmawiać o tym z Kate w cztery oczy.
-Odszedłem z Simple Plan – westchnąłem ciężko, siadając przy stole. Usłyszałem cichy wrzask kobiety świadczący o tym, że zapewne się poparzyła.
-Co zrobiłeś!? – warknęła, biegnąc w kierunku kranu. Po chwili jej dłoń moczyła się pod strumieniem zimnej wody.
-Odszedłem z Simple Plan – powtórzyłem cierpliwie – Miałem już dość... – oboje usłyszeliśmy refren starej green day’owskiej piosenki. Z kieszeni wyciągnąłem komórkę, spojrzałem na jej wyświetlacz, odrzuciłem połączenie i wyciszyłem, a potem położyłem ją na stole.
-Nie odbierzesz? – zapytała podejrzliwie, gapiąc się na wibrujące urządzenie.
-Nie – odparłem – Pewnie jacyś dziennikarze. Teraz nie będą chcieli dać mi spokoju.
-Jak ty mogłeś... – Kate usiadła obok mnie, całkowicie zapominając o plackach – Jak mogłeś odejść od chłopaków? David, czy ty w ogóle to przemyślałeś?! Pomyślałeś o tym, co teraz? Przecież z czegoś musimy żyć! Pieniądze niedługo nam się skończą! Na pewno o tym nie pomyślałeś, bo rzadko ktokolwiek o tym myśli. No, Dave, słucham, jaki jest twój plan B – kobieta skrzyżowała ramiona na piersiach i spojrzała na mnie wyczekująco.
Planu B nie miałem. Nie zastanawiałem się, co teraz zrobię, nie myślałem o tak odległej przyszłości. Kate miała rację, kasa nie rośnie na drzewach. Nie wyczaruję jej. Ale póki co trochę jej mam i o to nie muszę się martwić. A potem? Potem nie wiem, co zrobię. Coś będę musiał znaleźć, byle tylko związanego z muzyką. Być może jakiś zespół szuka basisty czy perkusisty? Wtedy mógłbym spróbować. Technik jakiejś kapeli też by mi pasował. Ewentualnie robota w sklepie muzycznym. Też chętnie bym się podjął.
-Placki – powiedziałem cicho. Kate przez chwilę się we mnie wpatrywała, nie bardzo wiedząc, o czym ja tak właściwie do niej mówię. Chwilę później zerwała się i pobiegła w stronę kuchni. Mimo jej starań spód placków przypominał węgiel, a zapach niemiło drapał w nos. Otworzyłem dwa okna i drzwi, żeby trochę się wywietrzyło.
-Nie wiem, Kate, co będzie dalej, ale na razie chcę odpocząć – oznajmiłem, z powrotem siadając z powrotem na krześle – Kate, proponuję, żebyśmy wyjechali.
Moja żona upuściła drewnianą łyżkę, a potem pisnęła cicho. Tłuszcz musiał prysnąć jej prosto w poparzoną dłoń.
-Teraz? Teraz wyjechać? Zwariowałeś do reszty? – pytała, usiłując podnieść feralną łyżkę zachlapaną rozżarzonym olejem – Czy ty wiesz, ile ja mam teraz roboty w ogródku!? Wiosna jest, porządki trzeba robić, żywopłot przycinać. Zresztą dzieciaki mają szkołę, nie mogą sobie ot tak wyjechać...
-Nie mówię tu o dzieciach – przerwałem jej – Mówię o tobie i o mnie. Oboje zasługujemy na odpoczynek.
-Nie ma mowy – odpowiedziała – I niby co zrobilibyśmy z Chrisem, Nicole i Jane? Przecież nie zostawimy ich samych!
-Dobrze wiesz, że moja siostra chętnie przyjechałaby tu na jakiś czas!
-Nie ma mowy – powtórzyła, nawet na mnie nie patrząc. Zastanawiałem się, dlaczego, dlaczego ona nie może spojrzeć mi prosto w oczy. Lub nie chce.
-Kate, między nami ostatnio nie układa się zbyt dobrze. Myślę... Myślę, że ten wyjazd chyba by nam pomógł. Musimy ratować nasz związek, bo w nim coś zniknęło. Wiem, że ty też to widzisz. Wiem, że boisz się wyjechać, boisz się zostać sam na sam ze mną. Ale to może być nasz jedyna szansa. Proszę cię, zgódź się!
Ona nie odpowiedziała nic, tylko dalej smażyła te placki. Wiatr zagościł w naszym domu, zmuszając firanki do lekkiego falowania. Czekałem na choć jedno słowo z jej ust. Nie usłyszałem nic, co trochę mnie wkurzyło. Ale wciąż czekałem, trzymając buzię na kłódkę. Powinna się zgodzić, jeśli choć trochę jeszcze mnie kocha...
-Dobrze – usłyszałem w pewnym momencie ciche westchnięcie – Wyjedźmy. Dla nas.
***  
Grecja jak zwykle powitała nas swoimi słonecznymi promieniami. Lotnisko w Atenach pękało w szwach od 30 stopni temperatury. Pchałem przed sobą wózek pełen walizek, usiłując przypomnieć sobie, gdzie tu było wyjście. Obok mnie szła Kate, nerwowo ściskając swoją torebkę i rozglądając się wokół. Nie mogłem nie zauważyć, że jej się nie podoba tutaj. Westchnąłem głośnio i po raz pierwszy zwątpiłem. Zwątpiłem w to, że nasz plan może się udać. Ale to się okaże po dwóch tygodniach. Póki co oboje musimy cieszyć się życiem i korzystać z luksusów.
Złapaliśmy jakąś taksówkę, której kierowca mówił fatalnie po angielsku i ruszyliśmy w stronę hotelu. Z chłopakami z Simple Plan już kilka razy się w  nim zatrzymywaliśmy, mimo wszystko on jednak zawsze zaskakiwał nas czymś nowym. Kate milczała, nie mam pojęcia, dlaczego. Zastanawiałem się, czy czasem nie obraziłem jej czymś w samolocie. Ale chyba niczego głupiego nie powiedziałem. No tak, tylko że ja i ona ostatnio mamy różne zdania na temat głupich słów.
-Cholera – To był pierwszy wyraz, który usłyszałem z jej ust. A stało się to, gdy wysiedliśmy z taksówki. Ona zatrzymała się w pół kroku i wytrzeszczonymi oczyma patrzyła na ogromny śnieżnobiały, bogato ozdobiony na zewnątrz budynek. Już sam ten widok sprawiał, że człowiek czuł się dziwnie mały.
-Zobaczysz, jak będzie w środku – wysapałem, wyciągając wraz z kierowcą nasze walizki i torby. Potem zapłaciłem mu, doliczając słony napiwek.
-David... To musiało kosztować fortunę – wymamrotała trochę zamyślona Kate. Objąłem ją w pasie.
-Teraz już nie myśl o tym – wyszeptałem cicho – Teraz masz tylko się cieszyć tym wszystkim.

czwartek, 8 listopada 2012

CZĘŚĆ IV PART VI


I każdy kolejny dzień tak wyglądał. Najpierw się wzajemnie kłóciliśmy, a potem godziliśmy. Zdawałem sobie sprawę z tego, że moje życie upada. Walczyłem o nie, próbowałem coś zrobić, ale właściwie to wszystko było na nic. Kate słabła, widziałem to. Wątpiła w to, że nam się uda.  Lub przestała wierzyć. Czułem, że coraz rzadziej godzi się na przeprosiny, a czasem najchętniej wyrzuciłaby mnie ze swojego życia. Jej miłość schowała się gdzieś głęboko, ale ja wierzyłem, że jeszcze uda mi się ją wybudzić. Robiłem, co mogłem i co tylko przychodziło mi do głowy. Kwiaty, śniadanie do łóżka, jakieś nieśmiałe pieszczoty... Nic nie działało. Każdy romantyczny wieczór kończył się krzykiem i łzami. Każde kwiaty lądowały w śmietniku, to samo było ze śniadaniem. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że już właściwie w ogóle nie widuję się z Kate w ciągu dnia, bo jak nie siedzę w studiu, to idę do dzieci. Nie chciałem, żeby zauważyły, że między mamą a mną dzieje się coś złego. Mimo to Chris to wyczuł. Pytał mnie, o co chodzi, dlaczego nie jest tak jak dawniej. Nie umiałem odpowiedzieć na te pytania. Musiałem podstępnie zjeżdżać na inny temat. Ale dostrzegałem w jego oczach niezadowolenie, że boję się kontynuować przy nim ten temat. Bo bałem się. Nie chciałem dodatkowo martwić tego chłopaka czy nakładać na niego kolejne smutki. Nie chciałem niszczyć jego dzieciństwa, bo sam miałem spartaczone. Kiedyś zapytał się mnie, dlaczego kwiaty usychają. Odparłem, że brakuje im wody, co było dosyć oczywiste. I zdałem sobie sprawę z tego, że podobnie jest z naszym związkiem. Zapomnieliśmy go podlać i uschnął. Ale czy już naprawdę nie ma żadnego sposobu? Czy nie możemy go jeszcze podlać?
-Za kilka dni wyjeżdżam – oznajmiłem, wkraczając do studia. Chuck i Pierre od razu sparzyli mnie wzrokiem.
-No chyba sobie jaja robisz! – wrzasnęli w tym samym momencie – Mamy kupę roboty, jesteśmy tuż przed premierą i tobie nagle wakacji się zachciewa?!
-Muszę pojechać! – wytłumaczyłem – Muszę ratować swoje małżeństwo...
-Gówno nas obchodzi twój związek! Mamy trudny okres, a ty jak zwykle marudzisz! Zostajesz tutaj i bierzesz te cholerne plakaty...
-Pojadę tak czy inaczej – odparłem, siadając na kanapie.
-Wtedy już nie wrócisz do zespołu! – warknął Pierre z przymrużonymi oczyma. Zapewne już zastanawiał się, co wybiorę. Otworzyłem usta, żeby powtórzyć, że i tak pojadę, ale...  coś kazało mi się ugryźć w język. A jeśli zaryzykuję i nasz związek się rozpadnie? Wtedy nie będę miał nic. A wiedziałem, że Pierre nie żartuje, od dawna nie żartował. Nie przyjmie mnie z powrotem do Simple Plan, choćby mieli szukać nowego basisty przez sześć kolejnych lat.
-Zastanowię się – wysyczałem zjadliwie. Jego wyraźnie ucieszyła ta odpowiedź. Pokiwał głową z zadowoleniem, spojrzał na wyświetlacz swojego BlackBarry i zapytał znowu trochę wkurzony:
-No gdzie ten cholerny Seb?! Jak zwykle się spóźnia...
Chciałem prychnąć, że to on zwykle nie stawia się na czas, ale usłyszeliśmy trzask drzwi i ujrzeliśmy błękitnookiego. Oczywiście od razu dostał ochrzan od Pierre’a i Chuck’a, ale nie przejął się tym zbytnio. Żaden z nas nie zwracał uwagi na to, co mówił drugi. Właściwie to my nawet siebie nawzajem nie słuchaliśmy. Tak naprawdę przyłaziliśmy tu tylko po to, żeby odwalić swoją robotę.
-Dobra – zniecierpliwiony Pierre zerknął na zegarek - Jesteśmy pięć minut po czasie, ale to żadna niespodzianka – burknął kąśliwie brunet, wyciągając z kieszeni swojego BlackBarry – Na szczęście ustawiłem kamerkę... No usiądźcie na tej cholernej kanapie, jesteśmy zespołem, tak?  - gderał, przyłożywszy telefon do ucha – Dobra, jedziemy z tym czatem... Tak, teraz! Gówno mnie to obchodzi, robimy teraz, później nie mogę! Tak... – Pierre podszedł do laptopa i coś ponaciskał – I co, widać nas? Tak? Na pewno? Zamknij się! – Bouvier wepchnął się pomiędzy mnie a Jeff’a, z czego żaden z nas nie mógł być zadowolony. Uśmiechnął się szeroko, pokazując światu swoje śnieżnobiałe zęby – CZEŚĆ LUDZIEEEE! – wrzasnął do monitora, machając. Ja przez moment także machałem, a potem wróciłem do grzebania na swoim twitterze. Siedzący obok Chuck także wydawał się być niezainteresowany chatem. Jedynie Seb i Pierre czytali, co piszą ludzie, bo Jeff’owi zadzwonił telefon i musiał odebrać.
-Dobra, za chwilę ogłoszę wam duuuużego newsa! – krzyknął kilka minut później podniecony Pierre. Uniosłem głowę do góry i spojrzałem na niego z ciekawością. Duży news? O czym on gada? Przecież premiera płyty jest znana, pierwszego teledysku też. Więc do jasnej cholery, o co mu chodzi? I dlaczego on nie powiedział nam o tym wcześniej, że chce powiedzieć o czymś ważnym podczas chatu?
-Otóż pragnę poinformować was wszystkich, drodzy fani Simple Plan, że za mniej więcej pół roku w sklepach znajdzie się moja solowa płyta! – wrzasnął, podskakując z radości i rozkładając ramiona. Seb ledwo zdołał uniknąć mocnego ciosu w czoło. Gapiłem się zaszokowany na Pierre’a. On solo? On bez zespołu? Bez Simple Plan? On nas zdradził? Spojrzałem na Chuck’a, chcąc zapytać, czy on wiedział coś o planie kumpla. Nie zapytałem, bo po jego minie poznałem, że tak jak ja nie miał zielonego pojęcia, o czym mówi Bouvier. „O co mu chodzi?” – wyczytałem z ust Seb’a i wzruszyłem ramionami. Sam chciałbym poznać odpowiedź na to pytanie.
-Solowa kariera? – zapytał wściekły Jeff, zgrabnie ukrywając swój gniew, powróciwszy na kanapę – Pierre, gratulacje! – poklepał bruneta po plecach – Szkoda tylko, że zapomniałeś o tym powiedzieć kolegom z zespołu! I szkoda, że przez ten swój zasrany projekt zaniedbałeś Simple Plan!
-Zaniedbałem Simple Plan? – powtórzył jak echo Pierre, odwracając się w moją stronę z przymrużonymi oczyma – O czym ty bredzisz?
-Pierre! – prychnąłem – Na pewno chcesz, żebyśmy zaczęli wszystko wymieniać? Lista szybko by się nie skończyła...
Brunet zarumienił się i wymamrotał, żebyśmy się pohamowali i stwierdził, że to nie ma żadnego znaczenia.
-Nie ma znaczenia?! – wybuchnął Seb, który dotąd trzymał język za zębami – Nie ma znaczenia mówisz? To może przyznasz się, ile my czekaliśmy z nagrywaniem wokali? Nagrywaliśmy je ponad miesiąc, o ile nie dwa, tymczasem ile powinno nam to zająć?
Pierre wybąkał coś pod nosem, spuszczając głowę. Chyba w końcu do niego dotarło, że źle postępował. I nie chodziło nam o żadną głupią płytę. Nie. Chodziło nam o to, że o niczym nam nie powiedział, nie był z nami szczery. Oszukał nas.
-Ile, bo nie usłyszałem? – znęcał się nad nim Jeff.
-Ze dwa tygodnie.
-Tak, ze dwa tygodnie, góra miesiąc. A może przyznasz się kolego, dlaczego zajęło nam to trochę więcej czasu?
Bouvier milczał, a ja, widząc, że nie jest skory do mówienia, zacząłem mu pomagać, zadając retoryczne pytania.
-Kto ciągle olewał spotkania? Kto je w ostatniej chwili odwoływał? Kto się wiecznie spóźniał? Kogo zawsze brakowało?
-Wy też nie jesteście święci! – wybuchnął brunet, chyba chwytając się tonącej brzytwy – Dzisiaj Seb się spóźnił!
-Idioto, to była jednorazowa sytuacja!  - wrzasnął łysy – Zresztą skąd ty możesz to wiedzieć, przecież ciebie ciągle nie ma!
-Jesteście zazdrośni! – prychnął Pierre, krzyżując ręce na piersiach – Jesteście zazdrośni, bo zacząłem nagrywać bez was!
-Zazdrośni?! – parsknęliśmy wszyscy trzej – Zazdrośni?! Niby o co?! O tę twoją płytę!?
-Nie potraficie pogodzić się z tym, że zrobiłem dalszy krok bez was, że wy nie braliście w tym udziału!
-Do niego nic nie dociera – jęknął błękitnooki, chowając twarz w dłonie – chodzi nam tylko o to, że o niczym nam nie powiedziałeś! Jesteśmy zespołem, więc chyba powinniśmy się informować o takich rzeczach!
-Już nie jesteśmy zespołem – burknął Jeff, wstając – A przynajmniej ja nie jestem w tym zespole. Mam dość tego wszystkiego. Tworzenie muzyki w waszym towarzystwie już dawno przestało sprawiać mi przyjemność. Odchodzę – oznajmił i ruszył w stronę drzwi.
-I bardzo dobrze! – warknął czerwony ze złości Pierre – Nie potrzebujemy ciebie w Simple Plan!
Ta odpowiedź wkurzyła mnie tak bardzo, że aż sam się zerwałem. Wtedy nie myślałem o konsekwencjach. Wtedy myślałem o tym, w jaki sposób Pierre nas traktuje. Ostatnie dni przemknęły mi przed oczami. Żaden się nie wyróżniał. Pierre przez cały czas był krnąbrny i niemiły, zresztą nie tylko on. Atmosfera w studiu robiła się nieciekawa. Jeff miał rację, to już nie sprawiało przyjemności.
-Ja też odchodzę – oznajmiłem głośno i wyraźnie – To co robisz, Pierre, jest głupie. Głupie, słyszysz?! – wyruszyłem w stronę Jeff’a, który właśnie wychodził. Czułem, że zrobiłem dobrze, ale serce rwało mi się na części. Jedna kazała mi zostać, druga odejść. Posłuchałem drugiej.
-Bezsensu – usłyszałem Seb’a – To jest bezsensu.
Z ciekawością obróciłem głowę. Zdezorientowany Pierre patrzył, jak błękitnooki się do mnie zbliża, a Chuck, jedyny, który w ogóle się nie odzywał, tylko wzruszył ramionami i wstał zaraz po Seb’ie. |Uśmiechnąłem się lekko, sam nie wiem, dlaczego. Chyba właśnie dlatego, że Bouvier w końcu dostał coś, na co zasłużył, w końcu mu się oberwało. Już mnie wkurzało to, że wszystko uchodziło mu płazem.
-Chłopaki – usłyszałem jego przestraszony głos – Chłopaki, dajcie spokój. To nie jest śmieszne.
-Pierre, my nie żartujemy – powiedziałem – To koniec. 

sobota, 3 listopada 2012

CZĘŚĆ IV PART V


Zerwałem się i rzuciłem biegiem na dół. Przecież nie mogłem pozwolić, by to, o co walczyłem przez całe życie, tak nagle zniknęło. Nie poddam się. Nie dam się tak łatwo zwyciężyć.
-Kate!  - krzyknąłem na wszelki wypadek, na chybił trafił biegnąć do kuchni.
-Nie wrzeszcz tak! – burknęła niemiło, mieszając coś w jakiejś misce. Podszedłem bliżej i mocno ją przytuliłem. Przez moment zastygła w bezruchu, najwyraźniej bardzo zaskoczona.
-skarbie – wykorzystałem tę chwilę, by powiedzieć parę słów – Skarbie, proszę cię, nie kłóćmy się już więcej. Ja już nie chcę, żebyśmy na siebie wrzeszczeli. Chciałbym, żeby było tak jak kiedyś. Przecież możemy do tego wrócić.
-Możemy – wyszeptała czule Kate – No jasne, że możemy. Nawet musimy.
Odłożyła łyżkę, odwróciła się i pocałowała mnie, chociaż wyczułem wahanie w tym jej pocałunku. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz tak mnie pocałowała. Udowodniła mi, że naprawdę mnie kocha, chociaż ja w to nie wątpiłem. Wiedziałem, że może nam się udać, jeśli tylko oboje będziemy się starać. I ja na pewno będę się starał, wszystko zależy od niej.
***
Kiedy następnego dnia wpadłem do domu z pokaźnym bukietem róż, ona akurat wrzeszczała na Chrisa tak bardzo głośno, że młody miał aż łzy w oczach. Nie wiedzieć czemu ona nigdy nie przepadała za chłopcem. Może nie „nie przepadała”, ale wyraźnie faworyzowała dziewczynki.  A zdawała sobie z tego sprawę, że tego nie lubię. Dlatego gdy tylko przekroczyłem próg domu, uśmiech natychmiast zniknął z mojej twarzy. Od razu rzuciłem się w stronę kuchni.
-Przestań na niego krzyczeć – odezwałem się, patrząc na Kate żelaznym wzrokiem – Krzyk w niczym ci nie pomoże.
-A co ty możesz wiedzieć o tym, jaki wpływ może mieć krzyk na wychowanie dziecka?! – prychnęła kobieta – Zresztą to ja je wychowuję i ja będę je karać, jak zechcę!
-Chris, idź do swojego pokoju – rozkazałem swojemu synowi, zauważywszy, że chłopiec nie ma pojęcia, co robić – Z tobą później sobie porozmawiam.
Malec spojrzał na mnie niepewnie, ale nie słysząc sprzeciwu ze strony matki, szybko pobiegł schodami na górę. My staliśmy, nadal wpatrując się w siebie zażarcie. W tym momencie przestałem myśleć już o ratowaniu naszego związku. Myślałem o tym, jak ona traktowała mojego syna. I krew mnie zalewała, kiedy widziałem, jak malec się jej bał. Własnej matki.
-Co to miało być? – zapytałem cicho, zaciskając pięści – Rozmawialiśmy już o Chrisie.
-Usiłuję wychować go na porządnego mężczyznę – tłumaczyła się obojętnie, odwracając się do garów i mieszając w jednym z nich.
-Wrzaskiem? – warknąłem – Próbujesz wychować go wrzaskiem? On za kilka lat będzie bał się odezwać do własnej matki!
-Więc myślisz, że on może sobie robić co chce?! – wymamrotała pod nosem Kate – Czyli on może sobie tutaj rządzić, tak?
-Nie, oczywiście, że nie, ale krzyk tu nie pomoże, wręcz przeciwnie...
-No to słucham, co wzorowy tatuś Desrosiers zrobi! – wyczułem w jej głosie dużo ironii, co mnie jeszcze bardziej zdenerwowało. Budziła się Kate, której wręcz nienawidziłem, Kate, która ostatnio budziła się bardzo często.
-Może byś się odsunęła na chwilę od tych garów i łaskawie na mnie spojrzała kiedy mówię?!
-Naprawdę bardzo mi przykro, ale przecież nikt za mnie nie ugotuje obiadu! Nie zauważyłeś czasem, że tutaj wszystko jest na głowie kobiety? No tak, jasne, że nie... Ty masz to gdzieś. Tak jak wszyscy inni! Nawet nie starasz się dostrzec, co ja zrobiłam w ciągu dnia! Ale wiesz co, ja już się do tego przyzwyczaiłam, że na ciebie nie mogę liczyć!
-Dobrze wiesz, że teraz nagrywamy nową płytę i nie mogę być w domu tak często jakbym chciał. Zresztą dla mnie to żadna przyjemność!
-Tak, a potem znowu wyjedziecie w trasę i gówno będzie ciebie obchodziło, co tutaj się dzieje!
-Takie jest życie basisty słynnego zespołu! Chyba powinnaś już o tym wiedzieć, prawda?!
-I ty twierdzisz, że umiesz wychować dzieci!? Dzieci, które przez trzy czwarte życia nie widzą własnego ojca!
-Na pewno lepiej niż ty!
Cała nasza kłótnia była naprawdę długa, koniec końców zaczęły boleć mnie nogi od stania. W pewnym momencie dotarło do mnie, że my wciąż błądzimy w kółko, wciąż drążymy te same tematy. I zupełnie nic z tego nie wynika. Nie powiedziałem tego na głos, w ogóle nie odzywałem się więcej, tylko wyszedłem z domu. Przez dłuższy czas szlajałem się po osiedlach Montrealu, zastanawiając się, co ja jeszcze mogę zrobić, żeby ocalić swoje życie. Chyba już nic. Chyba jest już tak zniszczone, że nie będę w stanie tego naprawić. A przynajmniej bez jej pomocy. A ona niestety nie pali się, żeby mi pomóc. Najwyraźniej nie chce już ratować mojego małżeństwa.
Wróciłem późnym wieczorem. Na stole leżała już kolacja, którą pałaszowały dzieci. Zastanawiałem się, czy Kate jest nadal na mnie obrażona.
-O, już jesteś – burknęła na mój widok, a ja poznałem odpowiedź na moje pytanie. Jeszcze – Siadaj, bo ci jedzenie wystygnie, a nie mam zamiaru po raz setny odgrzewać.
W ogóle się nie odzywając zająłem swoje miejsce naprzeciwko niej przy stole. Chris od razu zaczął mi opowiadać o tym, jak nauczył się zagrać jakąś piosenkę na perkusji. Oczywiście zaraz przekrzyczała go Jane, która musiała pochwalić się, że mama pozwoliła jej pójść na noc do koleżanki. Uśmiechnąłem się chyba bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Naprawdę chciałbym wrócić do dzieciństwa. Zacząłem dziobać widelcem po talerzu. Jakoś nie miałem ochoty na jedzenie. W ogóle na nic nie miałem ochoty.
-Przepraszam,, David – dotarł do mnie jej głos w pewnym momencie. Uniosłem głowę do góry znad talerza, zastanawiając się, czy ja czasem się nie przesłyszałem. Nie, bo ona po chwili to powtórzyła – Przepraszam za popołudnie.
-Nie szkodzi – uśmiechnąłem się, a potem nieśmiało ścisnąłem jej dłoń. I dla niej i dla mnie ten gest wiele znaczył. Uwierzyłem, ze ona też chce to naprawić, że ona nadal wierzy, ze nam się uda. Ten dotyk dodał nam jeszcze więcej siły i nadziei.