poniedziałek, 27 sierpnia 2012

CZĘŚĆ III PART V


-Test ciążowy?! – wrzasnęłam – Oszalałaś?!
-Co, nie mam racji?! Sprawdź, zobaczymy!
Wzruszyłam ramionami. Miałam ochotę dalej się o to kłócić, ale tak naprawdę wiedziałam, że mojej mamy nigdy nie przekonam, że to nie to. A właściwie to co mi szkodziło? Mogłam go zrobić z czystej ciekawości.
Jak ogromne było moje zdumienie, gdy wynik wyszedł pozytywny. Na początku nie mogłam w to uwierzyć, ale oczy nie mogły mnie okłamywać. Od razu domyśliłam się, czyje to dziecko. Z nikim innym nie spałam. Cholera, dlaczego my nie pomyśleliśmy o zabezpieczeniu!? Dlaczego musieliśmy to zrobić? Dlaczego akurat z nim? Westchnęłam głośno. Musiałam pogodzić się z tym, że będę opiekowała się niemowlakiem. Córeczką lub synkiem.
Ślamazarnymi krokami wypłynęłam z łazienki i rzuciłam ponure spojrzenie mojej mamie.
-Miałaś rację – burknęłam – Jestem w ciąży.
-Ojej, będę babcią! – ucieszyła się kobieta. Jednak pohamowała się ze swoją radością, widząc przygnębienie na mojej twarzy. Ze spuszczoną głową usiadłam przy stole. Zupełnie nie wiedziałam, co robić, w głowię miałam milion myśli. Powiedzieć mu? Nie, to nie wchodzi w grę. Nie powiedzieć? A jeśli się domyśli? Nie mogę przed nim tego ukryć.
Nagle poczułam, jak ktoś przyciąga mnie do swojej piersi. Przez moment przyjemne ciepło się we mnie kotłowało. Zamknęłam oczy. Nie chciałam by ono uciekało. Pomogłoby mi. Ono na pewno byłoby w stanie mi pomóc.
-Co z jego ojcem? – usłyszałam głos mojej mamy – Kate, czy to był..
-Nie – potrząsnęłam zdecydowanie głową – Nie, to nie był gwałt.
-Czyli jednorazówka? – domyśliła się, a ja potwierdziłam to kiwnięciem głowy. Westchnęła cicho – Ale przynajmniej wiesz, jak on się nazywa? Masz z nim kontakt?
-tak – odparłam smutno – Wiem, kto to, choć wolałabym nie wiedzieć.
-Kochanie...
-Mamo, nie chcę mówić o ojcu. Powiem więcej, nie chcę, by on dowiedział się, że jest ojcem mojego dziecka. Będę wychowywać je sama. Już podjęłam tę decyzję.
Od razu zauważyłam, że mój pomysł nie przypadł jej do gustu. Jej wargi wygięły się w kwaśnym uśmiechu.
-I tak już ci nie wybiję tego z głowy – westchnęła – Ale pomyśl o pieniądzach. Jeśli ono teraz się urodzi, nie będzie nam lekko. Wiesz, że chętnie ci pomogę, ale moja emerytura nie jest taka wysoka...
-Z pieniędzmi nie będzie problemu – ucięłam krótko. Wiedziałam, że w tej kwestii mogę liczyć na Pierre’a, Chuck’a, Jeff’a i Seb’a. Oczywiście jeśli im nie powiem, że dziecko jest Dave’a, bo w innym przypadku oni będą próbowali namawiać mnie na różne sposoby, bym mu o tym powiedziała. A przecież nie mogłam tego zrobić. A właściwie nie chciałam. Podobało mi się życie, które dotychczas oboje prowadziliśmy. Unikaliśmy siebie, unikaliśmy swoich twarzy, unikaliśmy przeszłości.  I nie chciałam nic zmieniać, nam obojgu było tak dobrze. Każda kobieta z dzieckiem w brzuchu powinna mieć już swój ideał. Ja wciąż jeszcze na niego czekam.
-Kate, uśmiechnij się wreszcie! – moja mama potrząsnęła moim ramieniem lekko, wybudzając mnie z zamyślenia – Ja wiem, że to przypadek, ale spójrz na to inaczej: będziesz miała śliczne małe dzieciątko! Cieszmy się tym! Uwierz mi, że nie ma większego szczęścia niż narodziny takiego maleństwa!
-Tak – wybąkałam, wyobrażając sobie, jak przytulam do swojej piersi dziecko. W moim sercu pojawiło się przyjemne uczucie. Już pokochałam to maleństwo. Już zdążyłam je obdarzyć swoją miłością. Uśmiechnęłam się, choć w głębi duszy wciąż bałam się roli matki. Ale z pomocą przyjaciół i mojej rodzicielki powinnam dać sobie radę.
***
Tę kawiarnię zaliczałam do moich ulubionych miejsc w Montrealu. Urządzona z pomysłem, kojarzyła mi się z bezpieczeństwem i spokojem, dlatego właśnie tutaj umówiłam się tutaj z moimi przyjaciółmi. Myślałam, że w tym miejscu łatwiej przyjdzie mi to powiedzieć. Ale to chyba nie miało żadnego znaczenia. Wciąż bałam się ich reakcji, właściwie to nie wiem, dlaczego. Jednak musiałam im powiedzieć, nie wybaczyliby mi, gdybym nie pisnęła słówkiem. Zresztą i tak bym tego nie ukryła. W końcu zacznie mi rosnąć brzuch.
Pierre’a rozpoznałam od razu, tylko on ubrałby się w czarną koszulkę z jakimś wymyślnym ufokiem. Seb szedł tuż obok niego, za bardzo się nie wyróżniał w swojej brązowej koszuli i czarnych spodniach. Szukali mnie, nurkując wzrokiem po pomieszczeniu, a ja czekałam, aż ich oczy spoczną na mojej twarzy. W końcu Pierre mnie zauważył, uśmiechnął się szeroko, pokazując rząd swoich śnieżnobiałych zębów, trącił łokciem Seb’a, który jęknął głośno i ruszył ku stolikowi, przy którym siedziałam.
-Cześć Kate! – przywitał się ze mną brunet, rozsiadając się wygodnie w fotelu i jak zwykle przelatując wzrokiem po kawiarni. Zawsze tak robił, tłumacząc się, że szuka paparazzich, tymczasem wszyscy wiedzieli, że po prostu chce wyhaczyć jakąś panienkę.
Błękitnooki, nadal trzymając się za bok, uśmiechnął się do mnie krzywo i zapytał:
-Co u ciebie słychać?
Już po tym pytaniu poczułam jak moje dłonie zaczynają się pocić. Specjalnie schowałam je pod stół, by oni ich nie zauważyli. Seb zaczął tłumaczyć nieobecność Chuck’a, Jeff’a i Dave’a, ale tak naprawdę niewiele mnie to obchodziło. Cieszyłam się, że chociaż on i Pierre mogli się zjawić. Doceniałam to, że zawsze ktoś z SP znajdzie dla mnie czas.
-Muszę wam o czymś powiedzieć – przerwałam śmiertelnie poważnie. Błękitnooki urwał i wraz z Pierre’em zaczęli się we mnie wpatrywać z zaciekawieniem. Przełknęłam głośno ślinę, uznając, że lepiej mieć to wszystko już z głowy – Moje życie niedługo się zmieni... Ja... Chłopaki, ja...
-Dzień dobry, czy mogę już przyjąć zamówienie ? – znudzona, ale sztucznie uśmiechnięta kelnerka wyrosła jakby z podziemia. Zadrżałam lekko, przeklinając ją w duchu. Już prawie udało mi się to wydusić.
Seb nawet nie patrzył na menu, od razu poprosił o herbatę. Pierre, wręcz przeciwnie, wodził oczami po papierze, zerkając znad karty na rumieniącą się i wyraźnie zainteresowaną zalotami dziewczynę.
Wyglądało to nader komicznie. W końcu wkurzony Seb wyrwał kumplowi menu spod nosa i powiedział, że przyjaciel prosi o to samo. Wokalista Simple Plan w ogóle się tym nie przejął.
-I tak mi się nie podobała – wzruszył ramionami – To co nam chciałaś powiedzieć, Kate? – wrócił do rozmowy.
-Jestem w ciąży – wyrwało mi się dziwnie szybko. Sama byłam zaskoczona, że z taką lekkością przeszło mi to przez gardło. Dopiero teraz ze spokojem mogłam przyglądać się reakcji chłopaków. Byli zaskoczeni. Gapili się na mnie jakby myśleli, że za chwilę się roześmieję i powiem, że żartowałam. Nie docierały do nich moje słowa. Wyraźnie zaszokowani otwierali i zamykali usta. Najwyraźniej nie wiedzieli, co powiedzieć.
-Gratulacje! – to Seb odezwał się pierwszy. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech – Który miesiąc? – zapytał z ciekawością, zerkając na mój brzuch.
-Jeszcze nic nie widać, dopiero drugi.
-Kate będzie miała dziecko... – szeptał do siebie Pierre, usiłując wbić to sobie do głowy – Kate będzie przychodzić na nasze spotkania z wózkiem... Mogę być ojcem chrzestnym? – spojrzał na mnie błagalnie, wzrokiem niewinnego człowieka – Mogę, mogę?
-Nie wiem, Pie – roześmiałam się, czując ogromną ulgę z powodu ich radości – To się jeszcze ustali w przyszłości, mamy czas.
-A dowiemy się, kto jest ojcem dziecka? – Seb zadał z czujnością to pytanie, którego najbardziej się bałam. Zamilkałam, zastanawiając się, co mam im odpowiedzieć. W końcu postanowiłam delikatnie ominąć temat.
-Nie chcę mówić o ojcu dziecka – skwitowałam, chyba trochę zbyt dumnie – Będę sama wychowywać to maleństwo.
Nie dało się nie zauważyć ich krótkiego spojrzenia. Od razu domyśliłam się, o czym pomyśleli. O tym, że moja tajemniczość jest podejrzana.
-Kate, wiesz, że jeśli ty nie chciałaś...Znaczy... Jeśli ktoś zrobił krzywdę...  – Seb jąkał się, jakby chciał powiedzieć coś, o czym tak naprawdę bał się mówić głośno.
-Zrobimy z nim porządek – Pierre zaczął już rozprostowywać palce, jakby chciał mi pokazać, że on już jest gotowy do sprzątania.
-Nie, chłopaki – odparłam – To nie był gwałt – westchnęłam – to raczej jednorazówka. Z pechową wtopą.
-Aha – Seb wyraźnie odetchnął z ulgą – Już się przestraszyłem, że... Kate, wiesz, że możesz zawsze liczyć na naszą pomoc. Jakbyś nie miała pieniędzy, to wiesz, gdzie nas szukać.
-Zresztą nie tylko pieniędzy – dopowiedział szybko i radośnie Pierre  - Jakbyś miała już serdecznie dość brzdąca, to wujek Pierre z ochotą się nim zajmie...
-Dzięki, chłopaki. To naprawdę wiele dla mnie znaczy – uśmiechnęłam się szeroko, wyobrażając sobie swoich kumpli zajmujących się dzieckiem. Mimowolnie zachichotałam.
-Naprawdę nie ma za co. Jesteśmy  przyjaciółmi, powinniśmy sobie pomagać.
-Kate, możemy powiedzieć o tym reszcie czy chcesz sama to zrobić?
Przegryzłam dolną wargę, wahając się przez moment nad odpowiedzią.
-Jeff’owi i Chuck’owi możecie.
-A Dave...
-Z Dave’em... Z Dave’em wolałabym sama porozmawiać... – skłamałam. Właściwie to już sama się w tym wszystkim pogubiłam. Nie mogłam pozwolić chłopakom, by o wszystkim mu powiedzieli, bo od razu domyśliłby się, że to jego dziecko. Z drugiej strony wiedziałam, że ja sama z nim nie porozmawiam. A nie wierzę, by on jakimś cudem nie dowiedział się o mojej ciąży. Wtedy będę musiała skłamać. Znowu. Ale na razie o niczym mu nie powiem. Być może jakoś uda mi się to ukryć.
-Tak, masz rację – Seb skrzyżował ramiona na piersiach – Lepiej będzie, jak on się od ciebie dowie. Kate, ty wiesz, że on nadal cię kocha, prawda? Nie może przestać myśleć o tobie. Jeszcze jakiś czas temu nie było tego po nim widać. Ostatnio to się w nim odnowiło. My nie jesteśmy tacy głupi, wiemy, o co chodzi. On rzadko kiedy mówi cokolwiek na ten temat, ale na pewno chciałby...
-Seb, to nie takie proste – westchnęłam – Ja czuję, że to jednak nie on. Próbowaliśmy już. Czy to nie znak, że my po prostu nie jesteśmy sobie przeznaczeni? Najwyraźniej oboje musimy jeszcze poczekać, by spotkać tę wymarzoną połówkę...
-Kate, pamiętaj o tym, że ideału nigdy nie znajdziesz – powiedział Pierre – Zycie to nie bajka, tu nie ma księcia na białym rumaku. To nie musi skończyć się happy endem. Żeby tylko miłość nie uciekła tobie sprzed nosa...
-Dzięki chłopaki za rady, ale to jednak ja kieruję swoim życiem i ja musze podejmować decyzje, które go dotyczą.
Pierre i Seb bezradnie wzruszyli ramionami, wiedząc zapewne, że i tak im się nie uda przekonać mnie do zmiany decyzji. I mieli rację – jak ja wbiję sobie coś do głowy, to tylko ja mogę sobie z powrotem to wybić. 

sobota, 25 sierpnia 2012

CZĘŚĆ III PART IV


-Musimy – przełknęłam głośno ślinę – Proponuję spacer.
-w porządku - zgodził się – Zaczekam tu na ciebie.
Pokiwałam głową i zamknęłam przed nim drzwi. Szybko ubrałam pierwsze lepsze buty, porwałam torebkę i wrzasnęłam głośno, że wychodzę. Już po chwili szliśmy obok siebie przez zatłoczone ulice Montrealu wśród głośnego szumu samochodów i wrzasków ludzi. Właściwie to żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć. Wdychanie spalin sprawiało, że wszystko miałam ochotę zwrócić. A być może to jeszcze skutki tej imprezy. Nie wiem, okropny ból głowy nie pozwolił mi na analizę tego wszystkiego.
-Usiądziemy? – teraz już nawet w jego głosie usłyszałam nutkę zdenerwowania. Rozejrzałam się. Nie wiem, jakim cudem tak szybko znaleźliśmy się w parku w tak krótkim czasie. Chociaż z drugiej strony minęło chyba z pół godziny, odkąd wyszliśmy z mojego domu. Zresztą kogo obchodzi czas...
Znowu milczeliśmy. Szum liści uniemożliwiał nam wydobycie się jakiegokolwiek dźwięku z naszych ust. Chociaż tutaj powinniśmy czuć się wolni. Natura otaczała nas i chyba miała ułatwić nam kontakt. A my wciąż czekaliśmy, aż coś się w nas odblokuje, aż w końcu swobodnie będziemy mogli się odezwać.
-to jest bezsensu – jęknął wreszcie Dave, odwracając wzrok od swoich markowych butów – To jest bezsensu – powtórzył, prostując się.
Ja nawet się nie odezwałam, ale zadrżałam lekko, co miało być oznaką słuchania chłopaka. On chyba nawet tego nie zauważył, ale kontynuował.
-Milczymy od blisko pół godziny. Mam tego dość. Dla nas obu to niewygodny temat, ale w końcu musimy o tym porozmawiać. Masz mi za złe tę noc, prawda? Rozumiem, to moja wina.
-Nie mam ci tego za złe i to nie tylko twoja wina. Moja też – przyznałam – Ale, Dave, to był jeden raz. Jeden jedyny raz. Więcej nie będzie i nie licz na to. Wiesz, że nasz związek nie miałby najmniejszych szans, ciągle nam coś przeszkadza w jego utworzeniu. Ja chcę być szczęśliwa z facetem moich marzeń. I ja... Ja już wiem, że to nie ty.
Kątem oka zauważyłam, jak on spuszcza głowę. Wiedziałam, że moje słowa go zraniły, wiedziałam, że on wciąż miał nadzieję. Przez moment milczał, trawiąc moje słowa. Potem uśmiechnął się krzywo, chcąc ukryć swój smutek przede mną.
-No tak, próbowaliśmy dwa razy – westchnął – Ale może chociaż skończmy z tym głupim obrażaniem się na siebie – po raz pierwszy tego dnia odważył się na mnie spojrzeć. Ja nie miałam odwagi – Wiem, że ty nadal mi nie wybaczysz. Ale proszę cię, spróbuj chociaż tolerować moją obecność. Nie mówię od razu o przyjaźni, bo do przyjaźni trzeba dojrzeć, ale chociaż przestańmy się nienawidzić.
-Okej – zgodziłam się, choć tak naprawdę wciąż się wahałam. Zdawałam sobie sprawę z tego, że łatwo nie będzie. Wspomnienia wciąż mnie raniły i pomimo tej pierwszej od czterech lat rozmowy, nie wiedziałam, czy będę w stanie w jego obecności zapomnieć o tym wszystkim, co mi zrobił. Ale jedno jest pewne – będę się starała.
***
Właściwie to od tego czasu nic się nie zmieniło. Kilkakrotnie spotykałam się z chłopakami, ani razu nie było z nimi Dave’a. Trochę mnie to ucieszyło, bo nie czułam się skrępowana i mogłam z nimi normalnie porozmawiać. A bałam się, że jeśli Desrosiers również się zjawi, nie będę w stanie się odezwać, bo będę czuła na sobie jego wzrok. Myślałam, że jak porozmawiamy, to coś się zmieni. Nic się nie zmieniło. Myślałam, że tę noc oboje uznamy za koniec. I tak, uznaliśmy to za koniec. Tylko że z każdym końcem musi być początek.
To już czwarty dzień z rzędu. Po raz czwarty budzi mnie to okropne uczucie. Uczucie, że za chwilę zwymiotuję. I kolejny poranek spędziłam w toalecie. Musiałam zjeść coś po terminie, bo cóżby innego to mogło być? No tak, pewnie jakieś nieświeże mięso... Trzeba będzie przeszukać lodówkę.
-Co się dzieje? – zapytała moja mama, pilnie śledząc znad zlewu moje ruchy, gdy wychodziłam z łazienki. Wzruszyłam ramionami i chwyciłam swoją szklankę z przygotowaną już herbatą.
-Nie mam zielonego pojęcia – odparłam, upijając łyk ze swojego kubka. Smakowała jakoś dziwnie, na pewno inaczej niż zwykle – chyba coś zjadłam...
-Rozwolnienie? – zapytała wprost moja mama, odrzucając na bok ścierkę – Zaraz coś poszukamy... – zaczęła grzebać w szafce, w której zwykle trzymała leki.
-Wymioty – skorygowałam. Ona zastygła w bezruchu i powoli się obróciła na pięcie. Przejechała po mnie wzrokiem od góry do dołu i z powrotem.
-Na to też jest sposób – wyszeptała tajemniczo. Zmarszczyłam czoło, zastanawiając się, o czym ona mówi. Upiłam łyk herbaty. Ona, ze zręcznością dwudziestolatki, z powrotem się do mnie odwróciła i rzuciła na stół jakieś pudełko. Wyplułam cały napój z powrotem do szklanki. 

środa, 22 sierpnia 2012

CZĘŚĆ III PART III


Obudził mnie okropny ból głowy. Miałam wrażenie, że ktoś od wewnątrz wali w nią kamieniami. Otworzyłam oczy i od razu strumień przeraźliwie jasnego światła pokaleczył moją głowę jeszcze większym bólem. Przez chwilę zastanawiałam się, dlaczego nie jestem w swojej sypialni. Potem przypomniałam sobie o imprezie Seb’a. Przez czysty przypadek odwróciłam głowę w bok. Jęknęłam cicho. Leżałam w objęciach mężczyzny. I to nie byle jakiego mężczyzny. Davida. Davida Desrosiersa.
Przez moment zastanawiałam się, co ja najlepszego wyrabiałam. Dopiero później uświadomiłam sobie, że powinnam stąd jak najszybciej wiać. Delikatnie wyswobodziłam się z jego objęć. Byłam całkiem naga. Przeklęłam cicho pod nosem. Ból pulsował mi w głowie, gdy przyodziewałam się w kolejne części swojej garderoby. Nie do końca utrzymując równowagę, ruszyłam ku drzwiom. Wyszłam na korytarz i od razu poczułam mdłości. Pobiegłam do łazienki, zasłaniając je dłonią. Nie dotarłam do toalety. Zwymiotowałam tuż przed samym wejściem. Przepraszając w duchu Seb’a, ruszyłam ku schodom.
Po podłodze walały się butelki i pozostałości po szklankach. Ludzie leżeli jeden na drugim, nawet na to nie zwracając uwagi. Zresztą tak się zwykle kończyły dobre imprezy. Wszyscy są jednością, choć nawet nie znają swoich imion. I to właśnie jest najlepsze. Nie ma gorszych i lepszych, wszyscy bawią się wspólnie.
Pierre leżał w salonie, głowę miał opartą o pierś jakiejś dziewczyny. Przełknęłam głośno ślinę i przeskoczyłam nad czyimś ciałem. Potrząsnęłam ramieniem bruneta, ale on tylko wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem. Wzruszyłam ramionami. I tak w tym stanie nie podwiózłby mnie do domu. Czeka mnie długi spacer. Westchnęłam cicho i ruszyłam w stronę kuchni. Spodziewałam się, że tam znajdę wodę. I okazało się, że o tym także chłopaki zdążyli pomyśleć. W kącie obszernej kuchni Seb’a stało kilkadziesiąt butelek z mineralną. Od razu rzuciłam się w ich stronę. Wyszarpałam z folii jedną i zaczęłam mocować się z zakrętką.
-Ale mnie łeb boli... – podskoczyłam ze strachu, słysząc czyiś jęk. Jak na rozkaz obróciłam się na pięcie. Jakaś brunetka wpakowała się do kuchni – wody, dobra kobieto! – błagała. Chwyciłam drugą butelkę i rzuciłam w jej stronę, a sama zajęłam się swoją. Przez moment obie się nie odezwałyśmy, dotknięte cudownym smakiem przezroczystego płynu.
-Nie trzyma gdzieś tutaj Seb czegoś przeciwbólowego? – zapytałam, szperając po szafkach. Ona tylko wzruszyła ramionami. Po jakiejś minucie wkręciła się w poszukiwania.
-Nic – westchnęła po pewnym czasie, opierając się o blat szafki – O najważniejszym zapomnieli. Całe Simple Plan.
-Muszę się szybko dostać do domu – powiedziałam bardziej do siebie niż do niej, zastanawiając się, jak mam przejść przez cały Montreal z takim kacem. Westchnęłam cicho.
-Może cię podwieźć? Ja wozem jestem. Tylko musimy znaleźć moją torebkę, gdzieś mi się zapodziała.
Chętnie przystałam na jej propozycję. Nie uśmiechało mi się łażenie po zatłoczonym mieście w rozmazanym makijażu i wieczorowej sukni. Poszukiwania torebki tamtej dziewczyny zajęło nam może z dziesięć minut. Modliłam się w duchu, by Dave się nie obudził. Zresztą on pewnie też nic nie pamięta z tamtej nocy. Może nawet zapomni, że my w ogóle rozmawialiśmy? Tak byłoby najlepiej. Ciągle przeklinałam siebie w duchu, że mogłam doprowadzić do tak głupiej sytuacji. Nie tak wyobrażałam sobie utratę dziewictwa. Nie w taki sposób, nie w takich okolicznościach. Nie tak... I nie z nim.
-No na co czekasz? – obudził mnie z zamyślenia głos dziewczyny, której imienia właściwie wciąż jeszcze nie zdążyłam poznać – wsiadaj!
Wróciłam myślami na ziemię. Zauważyłam, że stoję przed eleganckim czerwonym samochodem. Musiał kosztować fortunę, to było widać na pierwszy rzut oka. Wręcz lśniło nowością.
-Nareszcie! – odetchnęła z ulgą kobieta, gdy niepewnie wsiadłam do środka – Ranyy, ale tobie się śpieszy... – mamrotała, wsadzając klucz do stacyjki - Jak ty się właściwie nazywasz?
Nie zdążyłam się odezwać, bo z głośników buchnęła głośna muzyka. Wrzasnęłam, zatykając uszy. Mój ból głowy powiększył się kilkakrotnie.
-Przepraszam! – wrzasnęła dziewczyna, szybko ściszając radio – Zawsze jak jadę na imprezę, muszę głośno włączyć muzykę... – usprawiedliwiała się.
-Kate – odpowiedziałam na pierwsze pytanie, nadal trochę wstrząśnięta – Nazywam się Kate.
-Alice – brunetka, nie spuszczając wzroku z drogi, wyciągnęła dłoń w moją stronę. Uścisnęłam ją, chociaż tak naprawdę wątpiłam w to, byśmy jeszcze kiedykolwiek się spotkały. W sumie ona należała do sympatycznych osób, toteż droga minęła nam dosyć szybko i w przyjemnej atmosferze. Ale i tak nie mogłabym się z nią zaprzyjaźnić. Ona po prostu miała charakter tak bardzo szybki i zwariowany, że miałabym trudności, by za nią nadążyć, by nadążyć za jej pomysłami. No i jej serce miało w sobie coś takiego, co mnie od niej odpychało. To była tylko koleżanka na jedno, dwa spotkania.
Kiedy znalazłam się w domu, od razu rzuciłam się w stronę szafki. Szybko wyszarpałam tabletki przeciwbólowe i połknęłam kilka, modląc się, by jak najszybciej zadziałały. Dopiero wtedy zauważyłam, że przy stole siedzi moja mama i przypatruje mi się z podejrzanym uśmieszkiem. Otworzyłam butelkę wody i nie odzywając się, wypiłam jej połowę jednym łykiem.
-Nie będę się ciebie pytała, jak było, bo zapewne nic nie pamiętasz – zachichotała kobieta.
-Nigdy więcej – wydusiłam z siebie – Żadnej imprezy. Żadnego alkoholu.
-Powtarzasz to za każdym razem – mama ponownie zaplątała się w czytanie jakiegoś brukowca.
***
Gdzieś w głębi serca spodziewałam się, że złoży mi wizytę, choć wmawiałam sobie, że tego nie zrobi. Przez cały dzień dręczyła mnie ta myśl. I ten nieznośny ból głowy, który ciągle nie dawał mi spokoju. W dodatku nie docierało do mnie to, co mówiła moja mama. W końcu i ona zrezygnowała z nawiązania rozmowy. Dzwonek usłyszałyśmy koło dwudziestej, kiedy już właściwe byłam pewna, że się nie zjawi. A jednak... I  wcale nie zaskoczył mnie widok jego twarzy. W głębi serca wiedziałam, że nie ucieknę, a zawsze mawiałam, że im wcześniej tym lepiej.
-chyba musimy porozmawiać – zaczął niepewnie. Zauważyłam, że się okropnie denerwował. Ręce miał schowane w kieszeniach krótkich spodenek. Drżały.
-Musimy – przełknęłam głośno ślinę – Proponuję spacer.
-w porządku - zgodził się – Zaczekam tu na ciebie.

czwartek, 16 sierpnia 2012

CZĘŚĆ III PART II


Zdania nie zmieniłam do wieczora, a nawet udało mi się zmienić swoje nastawienie do tego wszystkiego. Doszłam do wniosku, że przecież jadę tam, żeby potańczyć, a nie przejmować się swoim byłym chłopakiem. Wyskoczyłam z mieszkania w prostej fioletowej sukience do połowy ud, bez ramiączek i uwydatniającej moje piersi. Do całego stroju dodałam jeszcze czarne szpileczki, które podarowała mi mama i narzuciłam na siebie czarną marynarkę, którą i tak miałam u Seb’a zdjąć. Włosy podkręciłam lokówką, a na twarz nałożyłam śladową ilość makijażu. Pierre już na mnie czekał przy swoim eleganckim autku. Miał na sobie czerwoną koszulę i dżinsy, a jego włosy lśniły od żelu. Gwizdnął cicho, lustrując mnie od stóp do głów. Przez moment poczułam się nieswojo, jednak szybko to uczucie zniknęło.
-Nie wiedziałem, że z ciebie taka laska! Gdybym wiedział, już dawno byłabyś moja! - zachichotał.
-Daruj sobie, i tak nie masz u mnie szans – prychnęłam, podchodząc do niego- Jedziemy? – zapytałam, otwierając drzwi od samochodu.
-Jedziemy, jedziemy – powtórzył brunet, wskakując do samochodu – Ale ja naprawdę nie wiedziałem, że moja przyjaciółka jest takim seksownym lachonem!
-Ty to wiesz, jakie komplementy mówić dziewczynom, żeby je od siebie odstraszyć – roześmiałam się, zapinając pasy.
Rzeczywiście willa Seb’a sprawiała wrażenie ogromnego budynku. Dostrzegłam ją z daleka i od razu domyśliłam się, że musi należeć do błękitnookiego. Akurat jego idealnie mi przypominała. Prosty biały dom z ogromnymi oknami i skromnie urządzonym podwórkiem kojarzył mi się z cierpliwością i wszelkim dopracowaniem szczegółów, czyli głównych cech charakteru mojego przyjaciela. Wyróżniał się spośród osiedlowych domów, zwłaszcza teraz, kiedy otaczały go samochody i oświetlały wszystkie możliwe światła.
-Chodź, zobaczysz z bliska! – zachęcił mnie podniecony Pierre, ciągnąc mnie za ramię – A najfajniej jest z tyłu! Chodź, zobaczysz, chodź! – zaledwie przekroczyliśmy próg podwórka błękitnookiego, właściciel willi wyrósł przed nami jak z podziemia.
-To wszystko twoja sprawka? – warknął do Pierre’a, celując palcem w jego pierś i próbując przekrzyczeć głośną muzykę – To ty wpadłeś na pomysł zorganizowania imprezy w mojej willi?!
-Yyyy... – zagubiony brunet poczochrał się po głowie, wyraźnie nie wiedząc, co ma odpowiedzieć – Chodź, Kate, pokażę ci dom...
-Czy ty do reszty zwariowałeś?! Wiesz, jak to wszystko potem będzie wyglądało?! To jest moja nowa chata! I nie kosztowała mało! Będziesz oddawał kasę za wszystkie szkody, zobaczysz! A tak w ogóle następnym razem to mógłbyś poinformować mnie trochę wcześniej o swoich planach...
-Wtedy byś się nie zgodził...
-... A nie dowiaduję się o tym dopiero, gdy obładowani torbami Dave i Chuck przychodzą do mnie z pytaniem, czy już wszystko gotowe! Mówię ci, Bouvier, dorobisz ty się kiedyś...
-Daj spokój, Seb! – Pierre poklepał po ramieniu wściekłego przyjaciela – Zobacz, jakie masz przyjęcie! Wypij ze trzy piwa i wyluzuj, człowieku, wyluzuj!
Reszty dyskusji, a raczej kłótni już nie słyszałam, zobaczyłam kręcącego Chuck’a i postanowiłam się z nim przywitać. Później spotkałam jeszcze paru dobrych znajomych, kilkoro zapoznałam. Nawet nie zwróciłam uwagi na to, kiedy znalazłam się za willą Seb’a. Pierre miał rację, tył był imponujący. Ogromny basen z przezroczystą wodą robił wrażenie, szczególnie w blasku zachodzącego słońca. Wysokie palmy dodawały nadmorskiego klimatu. Dalej kamienna ścieżka prowadziła do niewielkiego zakątka, otoczonego równo przyciętym żywopłotem. Postawiono tam drewniane ławki, a gdzieniegdzie także stoliki. Całość dopełniała dzicz krzewów i niewielkich krzewów. Zastanawiałam się, ile Seb będzie płacił ogrodnikowi za otrzymanie tego wszystkiego, bo domyślałam się, że on sam tego nie będzie robił.
Niewiele czasu tam spędziłam, choć uwielbiałam takie miejsca. Prędko wróciłam pod basen. Wzięłam sobie puszkę piwa i, sącząc je powoli, śledziłam poczynania różowych już na twarzach ludzi. Impreza powoli zaczynała się rozluźniać. Wślizgnęłam się do chaty Seb’a, skąd dochodziła muzyka. Pogadałam chwilę z Jeff’em i ruszyłam dalej tropem piosenki. Mijałam roześmianych, rozgadanych ludzi, z których większości nigdy nie widziałam na oczy. Czasami ktoś rzucił do mnie „cześć”, odpowiadałam, nie zwracając na niego uwagi. I wtedy uświadomiłam sobie, że ja kogoś szukam. Jego szukam. Davida. Ale po co? Przecież równie dobrze mogłam powiedzieć, że i tak się do niego nie odezwę. Więc jaki to ma sens? Chyba po prostu chciałam go zobaczyć, sprawdzić, jak się trzyma. Bo tak naprawdę nadal go kochałam. Tylko nie umiałam się przyznać do tego otwarcie i szczerze. Zresztą sama nie wiem, czy umiałabym z nim żyć. O czym ja w ogóle myślę?! On nawet by mnie nie chciał!
W końcu udało mi się go wyśledzić, co właściwie nie było takie trudne. Kapelusik zawsze wyróżniał go z tłumów, dlatego go nosił. Oparłam się o ścianę, wpatrując się, jak rozmawia z jakąś blondynką. Poczułam niemiłe ukłucie nie tyle zazdrości, co żalu. Ktoś stojący obok zaczął prawić mi komplementy. Był już po kilku piwach, zauważyłam to na pierwszy rzut oka. Uśmiechnęłam się do niego i zanim zdążyłam chociażby mrugnąć powieką, już szaleliśmy na parkiecie. Potem tańczyłam jeszcze z wieloma osobami, znanymi sobie i nieznanymi. Powoli ból nóg zaczynał mi dokuczać. Dłużej już tak nie mogłam. Postanowiłam odpocząć. Usiadłam na kremowej kanapie, a przynajmniej pierwotnie kremowej, bo już straciła swój kolor pod wpływem mieszanki rozlanych napojów.
-I jak się bawisz? – usłyszałam nad sobą znany sobie głos przekrzykujący muzykę. Uniosłam głowę do góry i ujrzałam brązowe oczy Pierre’a.
-Świetnie! – krzyknęłam, ocierając pot z czoła chusteczką.
-W kuchni możesz sobie przyrządzić drinka, jak będziesz miała ochotę!
-Okej, dzięki – wstałam i ponownie ruszyłam, tym razem jednak w poszukiwaniu kuchni. Po drodze zwiedziłam jeszcze dwie łazienki i jakieś pokoje. W końcu udało mi się dotrzeć na miejsce. Tutaj także kręcili się ludzie, równie zmęczeni tańcem jak ja. Nalałam sobie do szklanki soku pomarańczowego.
-Tak bez alkoholu? – zapytał pijany już chłopak, z którym tańczyłam już wcześniej i dolał mi wódki. Wzruszyłam ramionami i wypiłam powoli. Potem zrobiłam sobie podobną mieszankę, tyle że zamiast soku pomarańczowego, nalałam sobie porzeczkowego i znowu ruszyłam na podbój domu. Potańczyłam, pogadałam, popiłam i tak w kółko.
Nie pamiętam, który to już raz trafiłam do kuchni i robiłam kolejną mieszankę. Postanowiłam trochę posiedzieć tutaj, więc usiadłam na wysokim stołku, popijając małymi łyczkami ze swojej szklanki i śledząc ludzi. Podrygiwałam lekko do taktu muzyki, ale gdy ktoś prosił mnie do tańca, odmawiałam.
On chyba nawet mnie nie zauważył, bo wątpię, by celowo usiadł obok mnie. Nalał sobie soku jabłkowego i także zaczął się rozglądać po kuchni.
-Tak bez alkoholu? – ku swojemu zdumieniu usłyszałam własny głos. Wlepiłam wzrok we własną szklankę. Jakoś nie miałam odwagi na niego spojrzeć.
On zadrżał, słysząc mnie. Widziałam kątem oka, jak rzuca mi niepewne spojrzenie, a potem także spogląda w głąb swojej szklanki.
-Bez alkoholu – westchnął – Już i tak dzisiaj dużo wypiłem.
-Jak ci się żyje? – zapytałam głupio. Czułam, że powinnam podtrzymać tę rozmowę, ale alkohol już tak mieszał mi w mózgu, że nie umiałam zadać żadnego inteligentnego pytania.
-Normalnie – odparł zadumany – Nagrywamy płytę. Ostatnio nie mam czasu na nic. Ale w końcu to kocham. I jakoś to życie się wlecze.
-Właśnie... Jakoś to życie się wlecze... Wszystkie dni są takie same, wszystkie sklejają się w jedno – zaczęłam bawić się szklanką, obracać nią wokół jej własnej osi.
-Może powinniśmy coś zmienić? – zasugerował czarnowłosy, niebezpiecznie zbliżając się w moim kierunku – Jakoś urozmaicić to życie?
-Urozmaicić? – powtórzyłam głupio.
-Tak.
-Na przykład?
-Na przykład moglibyśmy przestać zachowywać się jak dzieci. Jesteśmy dwójką dorosłych ludzi i sądzę, że to ciągłe obrażanie się na siebie nie ma żadnego sensu – poczułam, jak nasze kolana łączą się pod stołem. On chwycił moją dłoń. Odważyłam się unieść wzrok do góry i spojrzeć na niego. Alkohol przewrócił mi się w żołądku. Zapomniałam o tym. Zapomniałam o jego spojrzeniu, które niegdyś potrafiło mnie zahipnotyzować. Teraz także mnie nie oszczędziło. Gapiłam się w niego jak w obrazek.
-Co o tym sądzisz?
-Oczywiście – odparłam, nie zastanawiając się nad tym, co mówię – To nie ma sensu.
Zauważyłam, że na jego twarzy pojawia się nieśmiały uśmiech. Ponownie zaczął się do mnie zbliżać. Dopiero po chwili zrozumiałam, że on chce mnie pocałować. Odwróciłam głowę, pragnąc uniknąć spotkania naszych ust. Udałam, że nic nie zauważyłam, uznałam, że to jednak będzie najlepsze wyjście z tej sytuacji. Zaczęłam wpatrywać się w jakąś dziewczynę i chłopaka, którzy w ogóle nie zwracali na nas uwagi. Musieli być już naprawdę podchmieleni. My oboje milczeliśmy, zastanawiając się, co mamy powiedzieć w tej nieco denerwującej sytuacji, by zniszczyć tę okropną ciszę. Nagle tamten chłopak posadził dziewczynę na stole i zaczął ją gorąco całować po szyi, rozpinając bluzkę. Jęknęłam z obrzydzenia i wstałam, chwytając swoją szklankę.
-Okropne – burknęłam, obdarzając parę obleśnym spojrzeniem i chwiejnym krokiem opuściłam kuchnię. Ruszyłam na podwórze, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Minęłam wydzierającego się Jeffa i paru innych znajomych. Poszłam na tyły willi Seb’a. Usiadłam sobie na ławce. Zamknęłam oczy i zaczęłam słuchać szumu wiatru. Próbował coś mi powiedzieć, ale nie umiałam odczytać jego wiadomości. Za to znowu usłyszałam jęki jakiejś kobiety, co mnie bardzo rozdrażniło, nie wiem, dlaczego. Z zazdrości? Być może tak. Mi od dawna brakowało miłości. Od czterech lat. Od kiedy znowu między nami się zepsuło. Zerwałam się i z powrotem ruszyłam w stronę drzwi. Ta cała impreza powoli przestawała mi się podobać. Przechodziłam obok różnych ludzi, zdecydowana większość to były pary. Część to jednorazowe, na jedną noc. Rzuciłam się w stronę toalety. W pierwszej wszystko było pozajmowane. W drugiej jakiś facet sikał na środku, zapewne wyobrażając sobie, że tam jest pisuar. Jęknęłam głośno i zaczęłam szukać kolejnej. Nie minęły dwie minuty, a już siedziałam na upragnionym kiblu.
Szłam w kierunku schodów, by znaleźć się na dole. Omijałam, a przynajmniej starałam się omijać nieprzytomnie leżących lub majaczących ludzi. Przypominało mi to bieg przez przeszkody. Krok, krok i skok. Krok, krok i skok. Nagle poczułam, że wpadam w czyjeś ramiona. Zachichotałam cicho i uniosłam głowę do góry. No tak, powinnam się spodziewać, że to będzie Dave. W końcu któżby inny?
-David – znowu zachichotałam, uwieszając się na jego ramionach.
-Kate, za dużo wypiłaś. Chodź, odprowadzę cię do sypialni. Seb ma ich dużo, na pewno są jeszcze jakieś wolne.
-Wiesz co, Dave? -  wymamrotałam – Wiesz, co dzisiaj odkryłam? Nie ma czegoś takiego jak miłość. Naprawdę! Miłość jest tylko w książkach i na filmach. Ludzie do niej tęsknią i wciąż myślą, że niedługo nadejdzie. A to mit, bajka. Ja szukałam przez całe swoje życie i co? Gówno! Moja miłość dwa razy mnie oszukała. Jedyna prawdziwa miłość.
-Może wcale nie chciała cię oszukać. Może chciała dla ciebie dobra... – wyszeptał czarnowłosy – Może ona nadal cię kocha, a ty nie potrafisz jej wybaczyć? Może... Może ona też pragnie miłości... – Dave otworzył jakieś drzwi. Sypialnia okazała się być pusta. Chłopak odetchnął z ulgą i wypuścił mnie ze swoich objęć. Potem westchnął głośno i chciał wyjść, ale zatrzymałam go. Nie wiem, po co, nie wiem, dlaczego. Uniosłam głowę do góry. Nie patrzył na mnie, głowę miał skierowaną w innym kierunku. Zmusiłam go, by na mnie spojrzał. Jego piwne tęczówki zahipnotyzowały moje oczy, a właściwie całą mnie. Nagle bicie mojego serca przyspieszyło. Pragnęłam jego ust, ust, za którymi tak długo tęskniłam, na które tak długo czekałam. Czułam, jak on niepewnie odwzajemnia pocałunek. Miliony różnych myśli przemknęły przez moją głowę. Dalej już nie umieliśmy nad sobą zapanować. Ani ja, ani on. Oboje chcieliśmy więcej i żadne z nas nie cofnęło się przed tym krokiem. Wszystko przez ten cholerny alkohol. Być może gdybym nie wypiła tak dużo i myślała normalnie, uniknęlibyśmy tego wszystkiego, do niczego by nie doszło. Tak byłoby najbezpieczniej. A wtedy przegrałam walkę. Przegrałam walkę z ciekawością i podnieceniem. Wciąż jeszcze należałam do dziewic. Dlatego trochę bałam się, gdy on pomagał mi pozbyć się sukienki. Z drugiej strony jego dotyk mnie uspokajał. Czułam coraz większą chęć jego obecności, czułam to, czego brakowało mi w ostatnim czasie – bliskości drugiej osoby. I podobało mi się to. Podobało mi się, że mogłam to przeżyć właśnie z nim, z moim ideałem ze snów, z moim księciem z bajki. Wiedziałam, że właściwie z nim powinnam to zrobić, bo on jest jedyną osobą, którą zdołałam pokochać. 

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

CZĘŚĆ III PART I


Po tym wszystkim postanowiłam jednak zostać w Montrealu. Nie chciałam opuszczać mojej mamy, zwłaszcza, że przeze mnie straciła bliską swemu sercu osobę. Nie mogłam zostawić jej samej, zresztą w Vancouver nikt na mnie nie czekał. Pojechałam tam tylko raz, by spakować resztę swoich rzeczy. Towarzyszył mi Seb, mówił, że chce odwiedzić siostrę, która właśnie tam mieszka. Do tego czasu nie straciłam kontaktu z nim, Pierre’em, Jeff’em i Chuck’iem. Często się ze sobą widywaliśmy. Ale nigdy nie spotykałam się z Dave’em. Gdy już koniecznie musieliśmy się zobaczyć, w ogóle nie zwracaliśmy na siebie uwagi. Jakbyśmy byli dla siebie niewidzialni. Od tamtego czasu nigdy nie zamieniliśmy ze sobą słowa. On już wiedział, że nigdy mu nie wybaczę i nawet się o to nie starał. Co innego chłopaki, oni ciągle próbowali mnie namówić, bym z nim porozmawiała, choć ani on, ani tym bardziej ja nie mieliśmy ochoty się do siebie zbliżać. Kiedyś próbowali na siłę nas umówić. Gdy tylko zobaczyłam, że przy stoliku w kawiarni siedzi nie Pierre, z którym się umówiłam, a David, od razu domyśliłam się, że to ich sprawka. Wściekła zadzwoniłam do Bouviera, zrobiłam mu potężną awanturę, a potem przez tydzień nie odzywałam się do żadnego z nich. Bo tylko przez tydzień wytrzymałam.
Nerwowe dzwonienie do drzwi zerwało mnie na równe nogi. Zegar cicho tykał, wskazując wpół do ósmej. Nawet słońce leniwie zaglądało przez okno, zaciekawione, kto o tak wczesnej porze zakłóca mój sen. Żółwim tempem wywlekłam się z pokoju, zapominając ubrać szlafrok i wciąż zaspana ruszyłam ku drzwiom. Otworzyłam je i ujrzałam szeroki uśmiech Pierre’a. No tak, w sumie to kto inny mógłby mi złożyć wizytę przed ósmą nad ranem.
-Pieeerreeeee! – jęknęłam głośno, przecierając oczy – Ja mam dzisiaj wolne!
-No i? – zapytał głupio brunet, unosząc brwi do góry. Machnęłam dłonią lekceważąco i cofnęłam się, by wpuścić go do środka, mając nadzieję, że jednak nie skorzysta z  zaproszenia. Ale wtedy on chyba nie byłby sobą. Dumnie przekroczył próg mieszkania z rękoma w kieszeni i gumą do żucia w buzi. W korytarzu ściągnął buty i ruszył za mną do kuchni.
-Kawy? – zapytałam, przeklinając go w duchu – Herbaty...?
-Martini z dwoma kostkami lodu i odrobiną kakaowego musu – odparł, rozwalając się na krześle. Spojrzałam na niego jak na debila – No żartuję przecież! Zwykłą wodę, jeśli masz.
Wyciągnęłam z szafki butelkę z wodą mineralną i szklankę i położyłam przed nim, a sama odwróciłam się i wlałam wodę do czajnika.
-Coś jesteś dzisiaj nerwowa – wokalista Simple Plan rozciągnął się niczym kocur. Rzuciłam mu ostre spojrzenie, którego oczywiście nie odczytał.
-Może dlatego, że jest 7.40, a ja już jestem na nogach przez  jakiegoś bałwana, który za grosz nie ma wyczucia czasu.
-O kim mowa? – Bouvier rozejrzał się – Masz gościa? Może ja przeszkadzam? Chyba że chcesz, żebym sobie z nim pogadał? – zaczął rozprostowywać palce. Zachichotałam cicho, zastanawiając się, czy on udaje, czy naprawdę jest tak głupi.
-O ciebie mi chodziło, głąbie! – roześmiałam się, wsypując do swojego kubka o jedną łyżeczkę kawy za dużo.
-Ja nie jestem bałwanem! – wzburzył się brunet.
-Wcale – prychnęłam, wysypując ze szklanki kawę z powrotem do pudełka.
-No... ale musisz przyznać, że przystojnym! – przejechał dłonią, po świeżo wymytych włosach, przy okazji prezentując swoje zęby. Wybuchłam głośnym śmiechem, omal nie przewracając swojego kubka.
-Pozostawię to bez komentarza – odparłam, zalewając kawę nadal drżącą od śmiechu dłonią – Więc powiesz mi, co się takiego strasznego wydarzyło, że zawracasz mi głowę o ósmej rano? – z pobliskiej szafki wyciągnęłam jakieś ciastka i rzuciłam je na stół – Częstuj się – zachęciłam go po krótkim namyśle. Brunetowi nie trzeba było dwa razy powtarzać – gdy po raz kolejny się odwróciłam, już szarpał się z opakowaniem – Pierre! – warknęłam, aż biedny chłopak podskoczył ze strachu.
-No co?! – krzyknął z ciastkiem w dłoni – Kazałaś się częstować! – tłumaczył się obrażony.
-Miałeś mi odpowiedzieć na moje pytanie – westchnęłam nadal cierpliwie, siadając obok niego z parującym kubkiem kawy w dłoniach – Co cię do mnie sprowadza?
-Seb robi parapetówkę – odparł brunet z pełną buzią, sięgając po kolejne ciastko – Dzisiaj o 19.00. Masz ochotę poszaleć?
Załamana schowałam twarz w dłoniach.
-I tylko po to zerwałeś mnie z łóżka? – jęknęłam.
-Aż po to, Kate! – Pierre, bardzo z siebie dumny, ugryzł kawałek ciasta – Jak będziesz chciała, to po ciebie podjadę o 18.30. Myślę, że nie byłoby problemu – dodał, mlaskając głośno.
-A nie przyszło ci do głowy, że mógłbyś po prostu wysłać SMS-a albo zadzwonić? Albo przynajmniej odwiedzić mnie nieco później? – marudziłam, spoglądając na niego kątem oka. Wzruszył ramionami.
-To przyjdziesz? – zapytał, zmieniając temat.
-A David będzie? – upewniłam się.
-Będzie – Pierre westchnął głośno – Moglibyście...
-To wiesz, jaka jest moja odpowiedź  - wymamrotałam, trochę żałując, że mnie tam nie będzie. Tak naprawdę to dawno nie wychodziłam z domu, żeby się zabawić i taka impreza dobrze by mi zrobiła. Mogłabym się wyszaleć, wyszumieć, a potem wrócić do szarej codzienności. Ale przy Dave’ie to niemożliwie.
-Ale Kate... – Pierre spojrzał na mnie błagalnie – Seb’owi odmówisz? To niebyle jaka impreza! Przecież musisz tam się zjawić...
-David... – wysyczałam, wyobrażając sobie czarnowłosego, biegającego za mną. Szybko wyrzuciłam ten obraz z głowy.
-Kate, Seb’a willa jest tak ogromna, że wątpię, byście nawet przypadkiem zobaczyli się w tłumie ludzi. No nie daj się prosić!
-No... – zaczęłam się wahać, ale przede mną z powrotem pojawił się Dave. Tym razem wrzeszczał na mnie. A ja nienawidziłam krzyku.
-Nie, Pierre – wróciłam z powrotem na ziemię – Nie, Pierre, to nie przejdzie.
-Ale my na ciebie liczymy! Musisz tam być! Zresztą chcesz pokazać Dave’owi, że nie umiesz bawić się w pobliżu jego osoby? Chyba lepiej by to wyglądało, gdybyś pokazała mu, na co cię stać bez niego! Musisz dać mu porządnego kopniaka w tyłek.
Spuściłam głowę, ponownie się wahając. Nie powiem, to była naprawdę kusząca propozycja. Ale z drugiej strony bawić się przy nim? Czy taka zabawa ma w ogóle sens?
-No dobra... – westchnęłam wciąż jeszcze niepewnie – Ale nie miej mi za złe, jak jeszcze zdążę zmienić zdanie!

czwartek, 9 sierpnia 2012

CZĘŚĆ II PART XV


-Stój! – usłyszałam za sobą czyiś ostry krzyk. Zgodnie z rozkazem przystanęłam, ale nie ze strachu, a bardziej z radości. Otworzyłam oczy i obróciłam się na pięcie. Ona stała pięć metrów dalej ode mnie. Twarz miała schowaną pod kapturem.
-Chcę tylko porozmawiać – odezwała się pewnie, jednak wyczułam w jej głosie zdenerwowanie. Nie zbliżyła się nawet o centymetr. Zapewne nie miała do mnie zaufania, zresztą ja do niej też nie. Ukrywała swoją twarz, a ja nie lubię rozmawiać z kimś, jeśli ten ktoś nie pokazuje swoich oczu. Należałam do osób szczerych i otwartych. Ona zapewne nie.
-Masz się odczepić od mojego chłopaka – powiedziała głośno i wyraźnie. Spojrzałam na nią zaszokowana.
-Twojego chłopaka? – powtórzyłam głupio, omal nie parskając śmiechem – Twojego chłopaka? Nie dzięki, mam swojego!
-Nic mnie to nie obchodzi! – warknęła niemiło – Masz się od niego odwalić, okej?!
-Ja nawet nie znam twojego chłopaka! – krzyknęłam, ale ona chyba nie dosłyszała, bo zanim zdążyłam skleić zdanie, była już daleko. Wzruszyłam ramionami i wsiadłam z powrotem do auta. Ale tego wieczoru nie mogłam się skupić ani na jego prowadzeniu, ani na niczym innym. Ciągle myślałam o niej i jej chłopaku. Czy to możliwie, że Dave ma jeszcze jedną dziewczynę? Czy to możliwe, że on nic by mi nie powiedział, a teraz grał na dwa fronty? Nie, przecież wyczułabym to. Wyczułabym, że mnie oszukuje. Nie, to niemożliwe. Ona musiała się pomylić.
Ale mimo ogromnego zaufania do Dave’a coś mi nie pasowało do tej układanki. Być może to moja zbyt wielka ostrożność i przewrażliwienie nie dawały mi spokoju. Właśnie dlatego postanowiłam nazajutrz zapytać o to Dave’a. Prosto, bez owijania w bawełnę. Wierzyłam, że jakby miał kogoś na boku, po prostu by się przyznał. Taki on już był, nigdy nie potrafił kłamać.
***
-Czy pani rozumie, że banany są dla mnie jedynym pokarmem, który mogę w pełni zjeść i strawić?! One są jak... jak powietrze dla pani! Ja nie przeżyję ich utraty! – wrzask Dave’a słyszałam, gdy tylko winda dojechała na ósme piętro. Opuściłam ją z ogromnym uśmiechem na twarzy. On zawsze potrafił wywołać go w ciągu zaledwie sekundy. Wystarczyło tylko wspomnieć o bananie, a już jego paplająca maszyna się włączała i gadał o wszystkim, co mu przyszło na myśl o tym owocu. Większość miała już tego serdecznie dość.
Biedna pielęgniarka stała w kącie Sali, patrząc, wpatrując się przestraszonym wzrokiem w Dave’a, który tłumaczył jej, jak się składa skórkę po bananie tak, by jej nie uszkodzić. Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, ale widziałam, że kobiecie raczej do śmiechu nie będzie, więc powstrzymałam się.
-Cześć, Dave! – wpadłam do Sali, wreszcie pokazując swoją obecność.
-Kate! - - ucieszył się czarnowłosy, pokazując swoje zęby. Od razu zapomniał o skórce od banana. Na twarzy pielęgniarki pojawiła się chwilowa ulga.
-Znowu zamęczasz panią opowiadaniami o bananie? – zapytałam, wpatrując się w kobietę – Oj Dave... Kiedyś ktoś przy tobie zawału dostanie! Może pani iść – powiedziałam, a ona nie wiadomo za co obrażona, odeszła dumnym krokiem. Chyba poczuła się przeze mnie wykorzystana, czy coś, ale przecież ja nie miałam nic złego na myśli. Wzruszyłam ramionami, patrząc, jak drzwi się za nią zamykają. Przecież jedna pielęgniarka nie będzie mi zaśmiecać głowy.
-Dave, chcę cię o coś zapytać – zaczęłam poważnie, siadając nie na taborecie, a na jego łóżku. Zauważyłam, że on także spoważniał. Właśnie to mi się w nim podobało, wiedział, kiedy jest pora na żarty – Dave, czy ty oprócz mnie nie masz jeszcze jakiejś dziewczyny? – zapytałam prosto z mostu. Serducho zaczęło mi walić, kiedy obserwowałam jego reakcję. Na szczęście od razu w jego oczach ujrzałam zaskoczenie. To mnie uspokoiło.
-Oczywiście, że nie – odparł zdziwiony – Przecież nie mógłbym być w dwóch miejscach na raz!
Wypuściłam głośno powietrze z ust, zamykając oczy. Odetchnęłam głośno trzy razy, powtarzając sobie jego słowa. Potem uniosłam powieki do góry, uśmiechając się promiennie.
-Nawet nie wiesz, jak bardzo ucieszyła mnie twoja odpowiedź... – urwałam, widząc na jego twarzy tonę smutku – Co się dzieje?
-Nie ufasz mi – wymamrotał,  wlepiając wzrok w swoje dłonie – Ty w ogóle mi nie ufasz...
-Nie, Dave – wytłumaczyłam, trochę zdenerwowana jego reakcją na zadane przeze mnie pytanie – Ufam tobie. Naprawdę tobie ufam! – próbowałam przekonać go bez dokładniejszego tłumaczenia, ale on chyba na przekór moim planom zapytał:
-Więc skąd to pytanie?
Otworzyłam usta, pragnąc odpowiedzieć, ale nie odpowiedziałam. Właściwie to nawet nie wiedziałam, co mam mówić, bo tak naprawdę on miał rację. Nie ufałam mu. Taka była prawda. Spuściłam głowę. Jak ja mogę go kochać, skoro mu nie ufam? Najwyraźniej mogę, bo przecież jestem pewna, że go kocham.
-Odpowiesz mi? – jego głos kazał mi wrócić na ziemię. Spojrzałam w jego oczy i zanim zdążyłam przemyśleć wszystkie za i przeciw, już opowiadałam mu o tym, co mnie wczoraj spotkało.
***
Tego wieczoru także wyszłam ze szpitala rozanielona. Odpowiedź Davida była dla mnie bardzo ważna, a wiedziałam, że mnie nie okłamuje, bo na pewno bym to wyczuła. Mówił prawdę.
Wtedy nie myślałam, że ta sprawa jeszcze może do nas wrócić. Oboje z Dave’em uznaliśmy, że to musiała być pomyłka. Lub jakaś pomylona fanka, ślepo zakochana w Dave’ie. Nie mieliśmy zamiaru się tym przejmować ani dłużej ciągnąć ten temat. I tylko Dave wciąż był trochę smutny, chyba wciąż z powodu tego braku zaufania. Ale pocałowałam go i wszystko wróciło do normy.
-Ty dziwko! – cudem uniknęłam ciosu w głowę, który pojawił się właściwie znikąd. Odskoczyłam na dwa metry z głośnym krzykiem. Zaczęłam szukać przeciwnika, co nie okazało się trudnym zadaniem, bo stał tuż przede mną. Stała. To była znowu ona, tylko jeszcze bardziej rozdrażniona niż ostatnim razem. W szybkim tempie zbliżała się do mnie. Przełknęłam głośno ślinę i zacisnęłam mocno pięści, czekając, aż uderzy po raz drugi. Czułam pochłaniającą ją złość. Była ogromna. Tak bardzo ogromna, że i ja zaczęłam się bać.
-Czego ty znowu ode mnie chcesz? – warknęłam, gotów, by przyjąć jej cios. Ona oddychała ciężko, jakby sama nie potrafiła sobie poradzić z własnymi emocjami.
-Czego chcę?! Tego, co ostatnio! – wymierzyła pięść w moją stronę, ale byłam już na to przygotowana – bez problemu udało mi się jej uniknąć – Masz zostawić Desrosiersa w spokoju! On kocha mnie!
-Ciebie?! – prychnęłam – On nawet ciebie z wyglądu nie kojarzy, zdechła fanko! – czułam, że przesadziłam, ale właściwie to gówno mnie to obchodziło. Wkurzyłam się, że jakaś pieprzona, niekontrolująca siebie fanka śmie twierdzić, że David ją kocha. Ona też się wściekła, chyba o to, że nie traktuję jej poważnie.
-Zamknij się! Ty nawet nie wiesz o tym, że ja istniałam w jego życiu! Że nadal istnieję! Wróciłam tutaj, wróciłam do niego! Ja go kocham, a on kocha mnie! Żadne z nas nie zerwało, nie było mowy o zakończeniu naszego związku! Teraz ty się pojawiłaś... Ale ja mu wybaczę. Wybaczę mu wszystko!
Patrzyłam na nią, jak na ufo. Chciałam powiedzieć jej prosto w oczy, że wszystko sobie wymyśliła, że to tylko jej wyobraźnia, ale coś mnie powstrzymywało. Coś mówiło mi, że ona może mówić prawdę. Tylko dlaczego miałam ufać jej, a nie David’owi? Przecież to on jest moją miłością. On nie mógł mnie okłamywać. Przecież nie mógł... Nie prosto w oczy...
Musiałam się dowiedzieć. Musiałam dowiedzieć się prawdy. Tak, znowu zwątpiłam. Szybko obróciłam się na pięcie i rzuciłam się w wir biegu. Czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie miałam innego wyjścia. Musiałam jeszcze raz usłyszeć to z jego ust, musiałam się upewnić. Wbiegłam do szpitala, nie zważając na zmierzających ku wyjściu ludzi. Wleciałam do windy i zaczęłam nerwowo naciskać tę cholerną ósemkę. Drżałam, nie wiem, czy ze złości, czy raczej z rozpaczy. Już sama nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć, czy mu wierzyć, czy nie. Mój mózg był tym wszystkim zmęczony, moja głowa pękała. Pielęgniarka coś do mnie krzyczała, olałam ją. Wpadłam do Sali Dave’a. Czytał jakąś gazetę, którą zostawił mu Pierre. Zdziwił się na mój widok, co wcale nie było dla mnie zaskoczeniem. W końcu opuściłam go niecałe dziesięć minut temu.
-Już się stęskni...? – nie dokończył nawet pytania.
-Ja muszę zapytać – przerwałam mu, oddychając ciężko – David, czy poza mną jest ktoś jeszcze?
-Nie – tym razem Dave odpowiedział wszystko, bez chwili wahania, ale znowu był zdenerwowany – Nie, nie ma nikogo więcej, ale dlaczego ty mi wciąż nie ufasz?!
Otworzyłam usta, by mu odpowiedzieć, ale wtedy drzwi się otworzyły i do środka weszła ona, ściągając kaptur. Brązowe włosy uwolniły się, ozdabiając okrągłą, lekko zarumienioną twarz.
-Przyszłam przypomnieć o sobie – odezwała się, podchodząc do łóżka czarnowłosego – Nawet nie próbuj zaprzeczać, że mnie nie znasz. Oboje wiemy, że jeszcze ze sobą nie skończyliśmy. I nie skończymy. David, przemyślałam sobie to wszystko. I wróciłam. Mówiłeś, że będziesz czekał, pamiętasz?
W napięciu czekałam na odpowiedź Desrosiersa. Chłopak wyraźnie się zdenerwował. Patrzył to na mnie, to na tę dziewczynę i wciąż otwierał i zamykał usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedział, co.
-Lisa, ty... Kate... Ona jest moją byłą...
-Byłą!? – warknęła brązowowłosa – Byłą?! Nie było mowy o naszym zerwaniu!  Przecież na mnie czekałeś!
-Czekałeś na nią?! – wrzasnęłam, wskazując palcem na tę dziewczynę – Czyli ja byłam tylko zabawką, bo David’kowi znudziło się czekanie na swoją Lisę?!
-Nie! To nie...
-Zamknij się! Potraktowałeś mnie jak szmatę! Zrobiłeś ze mnie panienkę do towarzystwa, głupią laskę, która dała się nabrać na słodkie słówka! Mogłam się tego po tobie spodziewać! Myślałam, że się zmieniłeś, i co?! I gówno! Jesteś tak samo nieczułym gnojkiem jak wtedy! –zerwałam się i obróciłam na piecie. Teraz już nic mnie nie obchodziło. David coś jeszcze mówił, ale ja nie miałam ochoty już z nim rozmawiać. Nie zamierzałam się cofać, ani wracać. Kochałam go. Naprawdę go kochałam, ale on posunął się za daleko, oszukał mnie po raz drugi. Tego niestety nie potrafię mu wybaczyć. Wtedy to był tylko szczeniacki żart, teraz to już prawdziwe życie. Przecież nie mogę żyć z kimś, do kogo nie mam zaufania. A do niego chyba już nigdy go nie odzyskam.
Nawet już nie płakałam. Szkoda mi było łez na takiego drania. W końcu jeszcze będę miała czas, by je wykorzystać.  

KONIEC CZĘŚCI II

niedziela, 5 sierpnia 2012

CZĘŚĆ II PART XIV


Wraz z upływem dni czułam się coraz lepiej. Powoli wracałam do rzeczywistości, moje siły się regenerowały. Na nowo przyzwyczajałam się do świata, w którym nie było czterech ścian i przemocy. Zostałam przesłuchana przez policję, ale moje zeznania niewiele im pomogły. Podobno znowu zmienili swoją kryjówkę, tak powiedział mi Chuck. Chłopaki odwiedzali mnie bardzo często, relacjonując, co się dzieje z Dave’em. Ja sama mogłam go odwiedzić dopiero, gdy odłączają mnie od tych miliona różnych urządzeń. Czyli bardzo rzadko. Za to przez prawie cały czas siedziała ze mną moja mama. W sumie teraz i tak nie miała nic lepszego do roboty. Widziałam jej smutek, widziałam, że gryzła ją ta śmierć Alexa. Widziałam jej zapuchnięte od płaczu oczy. Nie powiem, przede mną próbowała je ukryć, ale marnie jej to wychodziło. Zresztą ja i tak ją podziwiałam. Straciła tak bliską osobę, a i tak jest w stanie jakoś funkcjonować. Kiedyś powiedziała, że robi to tylko dla mnie. Że żyje tylko dla mnie.    
W końcu nadszedł dzień, w którym lekarze wreszcie postanowili pozwolić mi uwolnić się od tych wkurzających rureczek i iść wolno. Oczywiście ze szpitalem nie zamierzałam się żegnać – Dave nadal był nieprzytomny i walczył o swoje życie. Nie mogłam opuścić go w takiej chwili, musiałam cały czas przy nim siedzieć, by wiedział, że w niego wierzę i chcę, by przeżył, by wiedział, że nie jest sam. Więc przychodziłam każdego dnia, gdy tylko godziny odwiedzin mi na to pozwalały, wychodziłam dopiero, gdy mnie wyganiano. Opiekowałam się nim, właściwie odwalałam całą robotę za pielęgniarki, bo jak patrzyłam na ich drżące dłonie, to szlag mnie trafiał, że one zajmują się moim Dave’em. I tak mijały mi dni. Nie chciałam, by on obudził się i zobaczył, że sala jest pusta. A dobrze wiedziałam, że w końcu się obudzi. Po prostu czułam to i czekałam. Często z nim rozmawiałam, chociaż przypominało to bardziej monolog niż rozmowę. Ale opowiadałam mu o wszystkim, co się dzieje tutaj, na naszym świecie. I byłam pewna, że mnie słyszy, choć wszyscy uśmiechali się ironicznie i pukali w czoła. Szczerze to gówno mnie to obchodziło.
Chłopaki zjawiali się coraz rzadziej i w coraz mniejszych grupach. W końcu doszło do tego, że wpadali indywidualnie, na dziesięć minut, by sprawdzić, by coś się zmieniło. Ja ich rozumiałam, nie mogli tu wiecznie siedzieć. Mieli pracę, mieli zespół, nagrywali płytę. Nie wypadało im tego wszystkiego porzucić. Chociaż tak naprawdę ja czułam, że oni już stracili swoją nadzieję. Jakoś bez przekonania przekraczali próg tej Sali, jakby już wiedzieli, że nie ma żadnych dobrych wieści. W sumie każdy dzień wyglądał tak samo. Ale wciąż mnie tam ciągnęło. Jakaś niewidzialna siła pchała mnie do tego szpitala i kazała czekać. Więc tak robiłam. Zamiast zaprzestać żyć życiem szpitalnym i zająć się swoim życiem prywatnym, ja nie porzuciłam go. Nie potrafiłam.
Mijały tygodnie, a sytuacja Dave’a się nie zmieniała. Wiedziałam, że nie mogę dłużej siedzieć mojej mamie na głowie, ale nie mogłam go także zostawić, choć namawiali mnie na to wszyscy wokół, bo takie rozwiązanie byłoby najwygodniejsze. Po prostu wyrzucić go z życia. Ale czy z moich myśli także by zniknął? To akurat wątpliwe. On nigdy nie zniknąłby z mojej głowy. A ja nie umiałabym wybaczyć sobie, że go zostawiłam. I tylko to wciąż podtrzymywało mnie przed jego porzuceniem. No i miłość. Miłość, która dawała o sobie znać przez serce. Nie pozwalała o sobie zapomnieć, a właściwie to mnie krzywdziła. Bo tylko sobie o niej przypominałam, wracały do mnie wspomnienia. Nasze wspólne wspomnienia. I ten nadzwyczajny, magiczny pocałunek, który zmienił wszystko. A potem patrzyłam na jego nieobecny wzrok i uświadamiałam sobie, że mogę już nigdy tego nie poczuć, nie przeżyć. To doprowadzało mnie do łez.
Tym razem płakałam. Płakałam, bo zdawałam sobie sprawę z tego, że ja także straciłam nadzieję, że kiedykolwiek usłyszę z jego ust swoje imię. Płakałam, bo nie wiedziałam, dlaczego tu siedzę. Dlaczego nie umiałam tak jak wszyscy po prostu go wyrzucić i zająć się swoimi sprawami?
-K.. Kate... – na początku wydawało mi się, że to sen, że ja tak naprawdę tego nie słyszę. Schowałam twarz w dłoniach i wtedy ponownie usłyszałam jego drżący i jednocześnie ochrypły głos – K... Kate... Nie płacz... Proszę, nie płacz... Ja nie jestem wart twoich łez...
Ścisnęłam mocniej jego dłoń, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku radości przez to wzruszenie. Chciałam go uścisnąć, pocałować, ale tak mnie zamurowało, że nie mogłam wykonać nawet najmniejszego ruchu.
-Tak, ja też się bardzo cieszę, że cię widzę... – czarnowłosy odsunął się ode mnie, zapewne spodziewając się z mojej strony innej reakcji. Wtedy coś się we mnie odblokowało. Z głośnym piskiem rzuciłam się na niego, zupełnie nie zwracając uwagi na te wszystkie urządzenia ani nawet na jego głośne jęki. Znowu płakałam, ale były to łzy szczęścia.
-Ałaaaa! Kobieto, chcesz mnie do reszty połamać?! – zapytał przez zaciśnięte zęby, ale jednak z nieukrywaną radością. Ale ja nie zamierzałam zwalniać uścisku. Nim zdążył skleić kolejne zdanie, moje wargi już połączyły się z jego ustami. To było tak samo cudowne jak nasz pierwszy pocałunek, a kto wie, może jeszcze bardziej. Czułam, jak miłość oczyszcza nasz zardzewiały już węzeł. Wszystko wróciło na swoje miejsce wraz z jego powrotem.
-Kate – odezwał się, gdy wreszcie odkleiłam się od niego – Kate, to ty tutaj przez cały czas tutaj byłaś, prawda? To ty mi o wszystkim opowiadałaś? Ty jedna wierzyłaś...
-Nie, nie tylko ja – zaprzeczyłam od razu – chłopaki przecież przychodzili.
-Chłopaki przychodzili bardziej do ciebie niż do mnie. Zresztą nie mam im tego za złe. To oni pewnie zdążyli się już na mnie obrazić. Nagrywamy płytę, a ja nawet palcem nie kiwnąłem. Ale jak nagrali beze mnie partie basowe... – zacisnął pięści z zawiścią w oczach – Kurde muszę stąd wyjść! Muszę im...
-No chyba śnisz! – wrzasnęłam, zmuszając go, by położył się z powrotem. On uśmiechnął się lekko, a potem krzyknął:
-Uparta jak osioł!
-W gorącej wodzie kąpany!
-Krnąbrna!
-Bananoholik!
Spojrzeliśmy po sobie i wybuchliśmy głośnym śmiechem. Śmialiśmy się tak głośno, że ściany omal nie popękały, a pielęgniarki wpadły, próbując nas jakoś uspokoić. Usiłowaliśmy zachować powagę, ale i tak, gdy one wyszły, oboje znowu parsknęliśmy śmiechem. Właściwie z byle czego. W ostatnim czasie chyba nam obu brakowało uśmiechu na twarzy.
-Wiesz, Kate – spoważniał czarnowłosy – Właściwie to ja dzięki tobie żyję. Tylko ty wierzyłaś w to, że sobie poradzę. Ty byłaś przy mnie. A to ważne. Ja... chciałbym ci podziękować. Wiem... Wiem, że to mało, ale na razie tylko w taki sposób mogę okazać tobie moją wdzięczność. Dziękuję.
-Dave – chwyciłam jego dłoń i spojrzałam prosto w jego piwne oczyska. Znowu wyczułam tę delikatną magię  - Dave, przecież wiesz, że ja nie potrafiłabym inaczej. Ja... Przecież ja... – głos ugrzązł mi w gardle. Dlaczego? Dlaczego nie mogłam wypowiedzieć dwóch tak prostych słów? Dlaczego akurat one nie mogły mi wylecieć? Wzięłam głęboki wdech. Ujrzałam w jego źrenicach ciekawość. Wtedy te słowa same mi wyleciały – Kocham cię, Dave. Kochałam, kocham i będę kochać – poczułam, jak moje serce oblewa ulga. Uśmiechnęłam się, widząc, że jego twarz także ozdabia uśmiech.
-N... Naprawdę? – zapytał jakby nie wierząc w swoje szczęście – Czyli to... ten pocałunek... To nie przypadek? Kate, ja... Ja czekałem. Czekałem przez te pięć lat. Wiedziałem, że tu wrócisz. Wiedziałem, że to miłość. Ty zawsze byłaś tą jedyną. Musiałaś... Kate, ja też cię kocham. Kochałem, kocham i będę kochać. Wiedz, że tylko ty na stałe zamieszkałaś w moim sercu, od kiedy zaczęłaś tłumaczyć mi tę cholerną historię.
***
Późnym wieczorem wręcz rozanielona opuściłam szpital wraz z czwórką chłopaków w równie wspaniałych nastrojach. Wszyscy się cieszyliśmy, że Dave wreszcie do nas wrócił. Czułam, że tej nocy będę najszczęśliwszą kobietą na świecie. Jego przebudzenie podziałało na nas jak narkotyk. Nawet chłopaki z powrotem odżyli, a na ich twarzach z powrotem zagościły uśmiechy. Wróciły stare dobre czasy, kiedy jeszcze byliśmy sobie bliscy, kiedy byliśmy przyjaciółmi. Nie chciałam, by znowu odchodziły. Pragnęłam, by zawsze tak było. I miało być.
-Ja pojadę swoim – powiedziałam do chłopaków, którzy pokazywali mi już, gdzie zaparkowali samochód. Zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu kluczy.
-Na pewno? – zapytał trochę zaniepokojony Seb – Jazda o tej porze nie jest bezpieczna...
-Może wyskoczyć ci na drodze szaleniec podobny do Dave’a przebrany za banana – zachichotał cicho Pierre – Pamiętacie, jak Dave tak zrobił? Ale mieliśmy zabawę...
-Jednak zaryzykuję – roześmiałam się, ściskając już kluczyk w dłoni –Ja zaparkowałam trochę dalej. To... Do jutra! – pożegnałam się z nimi, machając dłonią i odchodząc w stronę kilkunastoletniego grata mojej mamy. Szłam powoli, bo właściwie nie miałam się gdzie śpieszyć. Zresztą chciałam nacieszyć się tym spacerkiem w blasku migoczących gwiazd. Zamknęłam oczy, powoli oddychając teoretycznie świeżym powietrzem, a tak naprawdę zaśmieconym spalinami i innymi tego typu gazami. Ale moja radość skutecznie je sitkowała i oddzielała te zdrowe od tych niezdrowych.
-Stój! – usłyszałam za sobą czyiś ostry krzyk. 

piątek, 3 sierpnia 2012

CZĘŚĆ II PART XIII


-Kate! – znajomy głos odbił mi się w uszach – Kate, no! To ja! – przez moment zamarłam w bezruchu. Powoli docierało do mnie, co tu się działo, przed kim uciekałam. Odwróciłam się, zastanawiając się, skąd on się tu wziął. Teraz już widziałam wyraźnie. Pierre. Pierre Bouvier. I Seb.
-D... Dave? – zapytał zaszokowany, a jednocześnie przerażony błękitnooki, wskazując na ciało, które niosłam na rękach. Potwierdziłam jego domysły kiwnięciem głowy. Obaj zbledli. Pierre, w ogóle się nie odzywając, zabrał z moich rąk ledwo nieprzytomnego przyjaciela tak bardzo ostrożnie jakby był ze szkła.
-Musimy uciekać – wymamrotał, wpatrując się w nieobecną twarz kumpla – Tu jest cholernie niebezpiecznie...
-A... Alex... – wydusiłam z siebie. Oni spojrzeli po sobie, zapewne zastanawiając się, co robić. Potem Pierre oddał Sebowi Dave’a, a sam rzucił się biegiem w las.
-Chodź, Kate, wracamy do samochodu. Dasz sobie sama radę? – zapytał, patrząc na mnie z niepokojem. Pokiwałam żwawo głową. Spojrzałam w las, w to miejsce, za którym zniknął brunet. Prosiłam w myślach, by wrócili cali i zdrowi. Obaj. Pierre i Alex.
-Nie zgubią drogi? – zapytałam, idąc za Sebem.
-Nie, co ty. Pierre ma świetną pamięć, nawet w takich miejscach. Słuchaj, Kate, on.,.. żyje? – zrozumiałam, że mówi o Dave’ie. Wzruszyłam ramionami, nie mogąc wysilić się na słowa. Patrzyłam, jak głowa czarnowłosego unosi się i opada w rytmie kroków błękitnookiego. Żył. Żył na pewno. Ale czy żyje nadal?
Nie szliśmy z Seb’em długo, ale ja mimo wszystko już po kilku krokach  miałam wrażenie, że za chwilę zemdleję. Po jakimś czasie zza drzew zaczął wyłaniać się niewielki bus przystosowany do warunków terenowych. Obok stali zdenerwowani Chuck i Jeff. Gdy i oni nas ujrzeli, szybko podbiegli, by pomóc. Chuck chwycił mnie pod ramię, za co byłam mu ogromnie wdzięczna, bo sama nie uszłabym za daleko. Seb i Jeff przyspieszyli. Gdy my dotarliśmy do samochodu, oni już klęczeli nad Dave’em i sprawdzali, co się z nim dzieje. Na zmianę starali się robić mu sztuczne oddychanie. Jakoś wtaszczyli go do busa, a Chuck i Jeff zaczęli robić mu okłady na czoło i starali się choć trochę ulżyć mu w bólu. Seb usiadł za kierownicą i czekał na Bouviera, wyglądając przez nieco zabrudzoną szybę. Ja sama byłam tak bardzo zmęczona, że oczy same mi się zamykały. Siedziałam obok Dave’a  i oddychając głęboko powtarzałam szeptem, że to już koniec, że z chłopakami już jesteśmy bezpieczni, że oni już nie mogą zrobić nam krzywdy. Zauważyłam, że błękitnooki coraz częściej zagląda przez okno, stukając cichutko kluczykiem w szybę, co bardzo denerwowało Jeff’a.
-Jest... – wyszeptał w końcu, chwytając kluczyki i zapalając samochód. Pierre wskoczył do środka, wrzeszcząc do błękitnookiego, że ma jechać, chociaż Seb nie potrzebował tego rozkazu, gdy tylko brunet dotknął samochodu, on już ruszał z piskiem opon, zakurzając całą okolicę. Bouvier oddychał ciężko jak po maratonie. Dopiero po chwili zaczął mówić:
-To było okropne...Okropne... Nie mogłem zrobić nic, było... było za późno... Widziałem... Widziałem wszystko... Przepraszam, Kate... Nie zabrałem jego ciała... Zresztą... I tak nie byłoby czego zabierać...
Zakręciło mi się w głowie. Spojrzałam na Dave’a. Wyglądał strasznie, a dobrze wiedziałam, że Alex musiał wyglądać jeszcze gorzej, czego już nie potrafiłam sobie wyobrazić. Nie mogłam płakać, bo byłam już tak wykończona, że po prostu nie miałam na to sił. Ale w głębi duszy moje serce podzieliło się na tysiąc niewielkich kawałków. Przed oczami stanęła mi jego twarz. Przypomniałam sobie, jak spotkałam go po raz pierwszy. Wtedy nie umiałam mu zaufać. A teraz zawdzięczam mu życie. Kosztem jego życia. Resztkami sił odwróciłam głowę. Już dawno opuściliśmy ten las. Samochodem trwało to naprawdę krótko, pieszo było o wiele gorzej. On już tam pozostanie. Rozszarpany przez dzikie zwierzęta, pochowany niegodnie. Ale bohater. Prawdziwy bohater.
***
Obudził mnie nieprzyjemny zapach chemii i leków. Trochę bałam się otworzyć oczy, cały czas pamiętałam o tym, co mnie spotkało w ciągu kilku ostatnich dni. Bałam się tego, że zjawienie się Alexa i chłopaków to tylko sen, że znowu obudzę się obok nieprzytomnego lub nieżywego Dave’a z ogromnym bólem głowy i zdrętwiałym ciałem. Ale mimo wszystko wiedziałam, że muszę zmierzyć się z rzeczywistością, jaka ona nie będzie. Z wielką siłą woli uniosłam powieki do góry. Biel tak bardzo poraniła moje oczy, że aż na krótką chwilę musiałam z powrotem je zamknąć. Kiedy z powrotem je otworzyłam, wiedziałam już, czego się spodziewać. Rozejrzałam się, powoli poruszając głową, chyba bardziej po to, by ją rozruszać niż z ciekawości.
Leżałam w środku, między dwoma innymi łóżkami. Na jednym z nich leżał jakiś starszy pan, spokojnie oddychającym przez sen, a na drugim młody chłopak, mamroczący coś szeptem. Przy obu tych osobach były niewielkie grupki ludzi. Tylko moje świeciło pustką. Poruszyłam prawą dłonią, co wywołało ból w nadgarstku. Okazało się, że jestem podłączona do kroplówki. I nie tylko kroplówki, ale także innych  urządzeń, których znaczenia nie znałam. Dopiero teraz zaczęły dochodzić do mnie różne dźwięki. Rozmowy, szum pracujących maszyn, pisk odjeżdżającego łóżka, a nawet czyiś płacz. To wszystko wydawało mi się niezwykłe., Niezwykłe, bo ja sama dawno nie miałam z nimi do czynienia. Zapomniałam już na czym polega prawdziwe życie.
Po chwili przypomniałam sobie o Dave’ie. On także musiał zapomnieć. On przesiedział tam o wiele dłużej niż ja i przecierpiał o wiele więcej niż ja. W głębi duszy poczułam, że muszę się z nim zobaczyć. Zaczęłam wyrywać sobie te wszystkie rurki z mojego ciała. Zmieniłam pozycję na siedzącą. Tak naprawdę na nic nie miałam sił. Ale wiedziałam, że dzięki mojemu uporowi uda mi się. Dzięki ogromnej chęci ujrzenia go. Wstałam. Od razu zakręciło mi się w głowie. Mimo to ruszyłam, podtrzymując się łóżka, a potem ściany. Stawiałam małe, ale pełne wiary kroczki. Czułam, że za chwilę zemdleję, ale szłam dalej. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, choć miałam wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzą, że śledzą mnie swoimi ślepiami. Mijałam wielu ludzi, wiele mężczyzn, kobiet, starszych, młodszych. Moje serce biło powoli, jakby chcąc dotrzymać mi kroku. Lub przypomnieć o sobie. To ono wskazywało mi kierunek, to ono mówiło, kiedy skręcić, kiedy iść prosto i czy to ten pokój. To dzięki niemu rozpoznałam jego łóżko oraz Pierre'a, Seb'a, Chuck’a i Jeff’a. Powoli wlokłam się po tej Sali, czując, że każdy kolejny krok to gwóźdź do mojej trumny. Musiałam go zobaczyć. Tęskniłam za jego widokiem, za jego twarzą, tęskniłam za nim. Podłoże uciekało mi spod stóp, ale olałam to. Słyszałam krzyki chłopaków, ale nie docierało do mnie, co oni wrzeszczą. Wyciągnęłam dłoń w jego stronę. Ktoś do mnie podszedł, pomógł mi ustać na nogach, pomógł mi dojść do jego łóżka. Nie wiem, kto, wtedy nie zwracałam na to uwagi. Nie to się liczyło. Chciałam go tylko dotknąć., tylko tyle.
Zobaczyłam jego twarz. Wpatrywał się w sufit z obojętnym wyrazem. Zaczęłam się zastanawiać, czy on aby na pewno żyje. Ale żył, czułam to. Jeszcze żył. Ścisnęłam lekko jego siną dłoń. Miałam wrażenie, że za dużo wypiłam poprzedniego dnia. Byłam sama. Kołysałam się do taktu cichej, smutnej muzyki. On także tu przebywał. Ze mną. Z moim sercem.
Trwało to ułamek sekundy. Potem ktoś pociągnął mnie za ramię. Poczułam, jak nasz uścisk zelżywa, jak jego dłoń się wyślizguje. Ktoś coś mówił, nie docierało to do mnie. Pragnęłam zostać przy nim, pragnęłam dodać mu  sił, energii. Ale to nikogo nie obchodziło. Żaden człowiek nie mógł wiedzieć, co się działo w moim sercu. Brutalnie nas rozłączono. Ale nie naszą miłość.
-Nie miłość – wyszeptałam ostatnimi siłami.