niedziela, 5 sierpnia 2012

CZĘŚĆ II PART XIV


Wraz z upływem dni czułam się coraz lepiej. Powoli wracałam do rzeczywistości, moje siły się regenerowały. Na nowo przyzwyczajałam się do świata, w którym nie było czterech ścian i przemocy. Zostałam przesłuchana przez policję, ale moje zeznania niewiele im pomogły. Podobno znowu zmienili swoją kryjówkę, tak powiedział mi Chuck. Chłopaki odwiedzali mnie bardzo często, relacjonując, co się dzieje z Dave’em. Ja sama mogłam go odwiedzić dopiero, gdy odłączają mnie od tych miliona różnych urządzeń. Czyli bardzo rzadko. Za to przez prawie cały czas siedziała ze mną moja mama. W sumie teraz i tak nie miała nic lepszego do roboty. Widziałam jej smutek, widziałam, że gryzła ją ta śmierć Alexa. Widziałam jej zapuchnięte od płaczu oczy. Nie powiem, przede mną próbowała je ukryć, ale marnie jej to wychodziło. Zresztą ja i tak ją podziwiałam. Straciła tak bliską osobę, a i tak jest w stanie jakoś funkcjonować. Kiedyś powiedziała, że robi to tylko dla mnie. Że żyje tylko dla mnie.    
W końcu nadszedł dzień, w którym lekarze wreszcie postanowili pozwolić mi uwolnić się od tych wkurzających rureczek i iść wolno. Oczywiście ze szpitalem nie zamierzałam się żegnać – Dave nadal był nieprzytomny i walczył o swoje życie. Nie mogłam opuścić go w takiej chwili, musiałam cały czas przy nim siedzieć, by wiedział, że w niego wierzę i chcę, by przeżył, by wiedział, że nie jest sam. Więc przychodziłam każdego dnia, gdy tylko godziny odwiedzin mi na to pozwalały, wychodziłam dopiero, gdy mnie wyganiano. Opiekowałam się nim, właściwie odwalałam całą robotę za pielęgniarki, bo jak patrzyłam na ich drżące dłonie, to szlag mnie trafiał, że one zajmują się moim Dave’em. I tak mijały mi dni. Nie chciałam, by on obudził się i zobaczył, że sala jest pusta. A dobrze wiedziałam, że w końcu się obudzi. Po prostu czułam to i czekałam. Często z nim rozmawiałam, chociaż przypominało to bardziej monolog niż rozmowę. Ale opowiadałam mu o wszystkim, co się dzieje tutaj, na naszym świecie. I byłam pewna, że mnie słyszy, choć wszyscy uśmiechali się ironicznie i pukali w czoła. Szczerze to gówno mnie to obchodziło.
Chłopaki zjawiali się coraz rzadziej i w coraz mniejszych grupach. W końcu doszło do tego, że wpadali indywidualnie, na dziesięć minut, by sprawdzić, by coś się zmieniło. Ja ich rozumiałam, nie mogli tu wiecznie siedzieć. Mieli pracę, mieli zespół, nagrywali płytę. Nie wypadało im tego wszystkiego porzucić. Chociaż tak naprawdę ja czułam, że oni już stracili swoją nadzieję. Jakoś bez przekonania przekraczali próg tej Sali, jakby już wiedzieli, że nie ma żadnych dobrych wieści. W sumie każdy dzień wyglądał tak samo. Ale wciąż mnie tam ciągnęło. Jakaś niewidzialna siła pchała mnie do tego szpitala i kazała czekać. Więc tak robiłam. Zamiast zaprzestać żyć życiem szpitalnym i zająć się swoim życiem prywatnym, ja nie porzuciłam go. Nie potrafiłam.
Mijały tygodnie, a sytuacja Dave’a się nie zmieniała. Wiedziałam, że nie mogę dłużej siedzieć mojej mamie na głowie, ale nie mogłam go także zostawić, choć namawiali mnie na to wszyscy wokół, bo takie rozwiązanie byłoby najwygodniejsze. Po prostu wyrzucić go z życia. Ale czy z moich myśli także by zniknął? To akurat wątpliwe. On nigdy nie zniknąłby z mojej głowy. A ja nie umiałabym wybaczyć sobie, że go zostawiłam. I tylko to wciąż podtrzymywało mnie przed jego porzuceniem. No i miłość. Miłość, która dawała o sobie znać przez serce. Nie pozwalała o sobie zapomnieć, a właściwie to mnie krzywdziła. Bo tylko sobie o niej przypominałam, wracały do mnie wspomnienia. Nasze wspólne wspomnienia. I ten nadzwyczajny, magiczny pocałunek, który zmienił wszystko. A potem patrzyłam na jego nieobecny wzrok i uświadamiałam sobie, że mogę już nigdy tego nie poczuć, nie przeżyć. To doprowadzało mnie do łez.
Tym razem płakałam. Płakałam, bo zdawałam sobie sprawę z tego, że ja także straciłam nadzieję, że kiedykolwiek usłyszę z jego ust swoje imię. Płakałam, bo nie wiedziałam, dlaczego tu siedzę. Dlaczego nie umiałam tak jak wszyscy po prostu go wyrzucić i zająć się swoimi sprawami?
-K.. Kate... – na początku wydawało mi się, że to sen, że ja tak naprawdę tego nie słyszę. Schowałam twarz w dłoniach i wtedy ponownie usłyszałam jego drżący i jednocześnie ochrypły głos – K... Kate... Nie płacz... Proszę, nie płacz... Ja nie jestem wart twoich łez...
Ścisnęłam mocniej jego dłoń, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku radości przez to wzruszenie. Chciałam go uścisnąć, pocałować, ale tak mnie zamurowało, że nie mogłam wykonać nawet najmniejszego ruchu.
-Tak, ja też się bardzo cieszę, że cię widzę... – czarnowłosy odsunął się ode mnie, zapewne spodziewając się z mojej strony innej reakcji. Wtedy coś się we mnie odblokowało. Z głośnym piskiem rzuciłam się na niego, zupełnie nie zwracając uwagi na te wszystkie urządzenia ani nawet na jego głośne jęki. Znowu płakałam, ale były to łzy szczęścia.
-Ałaaaa! Kobieto, chcesz mnie do reszty połamać?! – zapytał przez zaciśnięte zęby, ale jednak z nieukrywaną radością. Ale ja nie zamierzałam zwalniać uścisku. Nim zdążył skleić kolejne zdanie, moje wargi już połączyły się z jego ustami. To było tak samo cudowne jak nasz pierwszy pocałunek, a kto wie, może jeszcze bardziej. Czułam, jak miłość oczyszcza nasz zardzewiały już węzeł. Wszystko wróciło na swoje miejsce wraz z jego powrotem.
-Kate – odezwał się, gdy wreszcie odkleiłam się od niego – Kate, to ty tutaj przez cały czas tutaj byłaś, prawda? To ty mi o wszystkim opowiadałaś? Ty jedna wierzyłaś...
-Nie, nie tylko ja – zaprzeczyłam od razu – chłopaki przecież przychodzili.
-Chłopaki przychodzili bardziej do ciebie niż do mnie. Zresztą nie mam im tego za złe. To oni pewnie zdążyli się już na mnie obrazić. Nagrywamy płytę, a ja nawet palcem nie kiwnąłem. Ale jak nagrali beze mnie partie basowe... – zacisnął pięści z zawiścią w oczach – Kurde muszę stąd wyjść! Muszę im...
-No chyba śnisz! – wrzasnęłam, zmuszając go, by położył się z powrotem. On uśmiechnął się lekko, a potem krzyknął:
-Uparta jak osioł!
-W gorącej wodzie kąpany!
-Krnąbrna!
-Bananoholik!
Spojrzeliśmy po sobie i wybuchliśmy głośnym śmiechem. Śmialiśmy się tak głośno, że ściany omal nie popękały, a pielęgniarki wpadły, próbując nas jakoś uspokoić. Usiłowaliśmy zachować powagę, ale i tak, gdy one wyszły, oboje znowu parsknęliśmy śmiechem. Właściwie z byle czego. W ostatnim czasie chyba nam obu brakowało uśmiechu na twarzy.
-Wiesz, Kate – spoważniał czarnowłosy – Właściwie to ja dzięki tobie żyję. Tylko ty wierzyłaś w to, że sobie poradzę. Ty byłaś przy mnie. A to ważne. Ja... chciałbym ci podziękować. Wiem... Wiem, że to mało, ale na razie tylko w taki sposób mogę okazać tobie moją wdzięczność. Dziękuję.
-Dave – chwyciłam jego dłoń i spojrzałam prosto w jego piwne oczyska. Znowu wyczułam tę delikatną magię  - Dave, przecież wiesz, że ja nie potrafiłabym inaczej. Ja... Przecież ja... – głos ugrzązł mi w gardle. Dlaczego? Dlaczego nie mogłam wypowiedzieć dwóch tak prostych słów? Dlaczego akurat one nie mogły mi wylecieć? Wzięłam głęboki wdech. Ujrzałam w jego źrenicach ciekawość. Wtedy te słowa same mi wyleciały – Kocham cię, Dave. Kochałam, kocham i będę kochać – poczułam, jak moje serce oblewa ulga. Uśmiechnęłam się, widząc, że jego twarz także ozdabia uśmiech.
-N... Naprawdę? – zapytał jakby nie wierząc w swoje szczęście – Czyli to... ten pocałunek... To nie przypadek? Kate, ja... Ja czekałem. Czekałem przez te pięć lat. Wiedziałem, że tu wrócisz. Wiedziałem, że to miłość. Ty zawsze byłaś tą jedyną. Musiałaś... Kate, ja też cię kocham. Kochałem, kocham i będę kochać. Wiedz, że tylko ty na stałe zamieszkałaś w moim sercu, od kiedy zaczęłaś tłumaczyć mi tę cholerną historię.
***
Późnym wieczorem wręcz rozanielona opuściłam szpital wraz z czwórką chłopaków w równie wspaniałych nastrojach. Wszyscy się cieszyliśmy, że Dave wreszcie do nas wrócił. Czułam, że tej nocy będę najszczęśliwszą kobietą na świecie. Jego przebudzenie podziałało na nas jak narkotyk. Nawet chłopaki z powrotem odżyli, a na ich twarzach z powrotem zagościły uśmiechy. Wróciły stare dobre czasy, kiedy jeszcze byliśmy sobie bliscy, kiedy byliśmy przyjaciółmi. Nie chciałam, by znowu odchodziły. Pragnęłam, by zawsze tak było. I miało być.
-Ja pojadę swoim – powiedziałam do chłopaków, którzy pokazywali mi już, gdzie zaparkowali samochód. Zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu kluczy.
-Na pewno? – zapytał trochę zaniepokojony Seb – Jazda o tej porze nie jest bezpieczna...
-Może wyskoczyć ci na drodze szaleniec podobny do Dave’a przebrany za banana – zachichotał cicho Pierre – Pamiętacie, jak Dave tak zrobił? Ale mieliśmy zabawę...
-Jednak zaryzykuję – roześmiałam się, ściskając już kluczyk w dłoni –Ja zaparkowałam trochę dalej. To... Do jutra! – pożegnałam się z nimi, machając dłonią i odchodząc w stronę kilkunastoletniego grata mojej mamy. Szłam powoli, bo właściwie nie miałam się gdzie śpieszyć. Zresztą chciałam nacieszyć się tym spacerkiem w blasku migoczących gwiazd. Zamknęłam oczy, powoli oddychając teoretycznie świeżym powietrzem, a tak naprawdę zaśmieconym spalinami i innymi tego typu gazami. Ale moja radość skutecznie je sitkowała i oddzielała te zdrowe od tych niezdrowych.
-Stój! – usłyszałam za sobą czyiś ostry krzyk. 

1 komentarz:

  1. no nieeee, musiałaś skończyć właśnie w takim momencie? :D
    Odcinek jaz zawsze świetny.

    Postaram się wrzucić dzisiaj nowy part. Mam nadzieję, że znajdę troche czasu.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń