wtorek, 31 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART XII


Powoli zaczynało świtać, a my nadal szliśmy bez chwili odpoczynku. Rzadko się do siebie odzywaliśmy, bo jakoś nie miałam odwagi go denerwować. On skupiał się bardziej na drodze niż na mnie. Sam dźwigał Dave’a na swoich rękach, choć ja już kilkakrotnie proponowałam mu pomoc. Wciąż twierdził, że jeszcze jestem zbyt słaba, a musimy pędzić. Mawiał często, że zna ten las jak łóżko mojej mamy, co w ogóle mnie nie bawiło. Ale rzeczywiście, patrząc na niego i jego ruchy, mogłam z łatwością stwierdzić, że te drzewa nie są mu obce.
-Nie prowadzi tutaj żadna normalna droga? – zapytałam, przedzierając się przez gąszcza wysokich pokrzyw.
-Nie – odparł, nawet nie odwracając głowy w moją stronę – I to właśnie jest w tym wszystkim najlepsze. Żeby się tu przedostać, trzeba przejść dobry kawał drogi. Chyba nikt nie wie o tamtym domu. Nikt nigdy nie sprawdził, czy ktoś zamieszkuje to miejsce. Po prostu nikomu nie chciało się tu wchodzić i nikt nie miał w tym żadnego interesu.
Zamilkł, odchylając jakąś gałąź, by zrobić sobie przejście. Zauważyłam, jak nadgarstkiem wyciera sobie pot z twarzy. On także musiał być zmęczony tą podróżą. I musiał być zmęczony obawą o własne życie. Podziwiałam go. Podziwiałam go za to, że odważył się zrobić coś takiego dla całkiem obcej osoby. Bo właściwie jestem dla niego obca. W ogóle mnie nie zna. Ale robi to dla mojej matki. Opowiadał mi, jak za mną płakała w domu. On nie wiedział, kto mnie porwał, ale odkrył to w jakiś sposób, o którym powiedział tylko tyle, że lepiej, bym o nim nie wiedziała. Cholernie mnie to ciekawiło. Nie wiedziałam, czy mogę mu wierzyć, ale czy miałam inne wyjście?
Nie wiem, jak długo szliśmy, ale siły opuściły mnie o wiele szybciej niż podczas pierwszej wędrówki do lasu, pewnie dlatego, że mój organizm już został wcześniej przez nich bardzo wyniszczony. Ledwo trzymałam się na nogach, ale nie chciałam narzekać. W końcu i tak powinnam być mu wdzięczna za to, że mnie prowadzi i jeszcze do tego niesie Dave’a. Postój mieliśmy tylko jeden, tak jakoś po południu. Ani ja, ani Alex nie mogliśmy już iść dalej. On zatrzymał się kilkanaście metrów przede mną, na straży. Ja napoiłam Dave’a, a potem sama coś zjadłam, obserwując z niepokojem pierś czarnowłosego. Unosiła się i opadała coraz głębiej jakby potrzebowała więcej powietrza do oddychania. Błagałam go w myślach, by wytrzymał jeszcze trochę.
Nasz odpoczynek nie trwał długo. Po kilku minutach Alex znów pojawił się obok mnie i zanim zdążyłam się obejrzeć, już brał Dave’a na plecy. Nie sprzeciwiałam się, zwłaszcza, gdy usłyszałam, że on ma wrażenie, że jesteśmy obserwowani. Więc ruszyliśmy w kolejną część naszej drogi. Ta okazała się być jeszcze bardziej męcząca niż poprzednia. Nie wypoczęłam do końca, a o kolejnej przerwie nie było mowy. I ja to rozumiałam, w końcu dobrze wiedziałam, że nie powinniśmy się zatrzymywać. W dodatku nie chcieliśmy marnować sił, więc w ogóle się do siebie nie zatrzymywaliśmy, co znacznie utrudniało nam wędrówkę.
W pewnym momencie usłyszałam za sobą podejrzany szum. Odwróciłam się żwawo i przeleciałam wzrokiem po drzewach. Wydawało mi się, że ktoś nas widział, że ktoś nas śledzi. Zatrzymałam się.
-Alex... – wymamrotałam ze strachem w głosie. On w ciągu sekundy znalazł się obok mnie, trochę wkurzony, że spowalniam nasz marsz.
-Co?
-Tam chyba ktoś był – wyszeptałam, nie mając odwagi wskazać palcem tego miejsca. On czujnie się rozejrzał, po czym przekazał mi Dave’a i kazał biec cały czas prosto. Więc rzuciłam się biegiem, choć wcale nie miałam na to sił. Nie mam pojęcia, skąd je wzięłam. Chyba strach mi ich dodał. Pędziłam między drzewami, uważając, by nie skrzywdzić ciała Dave’a. Modliłam się, bym teraz nie zemdlała. Przez jakiś czas słyszałam jego kroki, cały czas biegł za mną. Potem już przestałam się na tym skupiać. Serce podeszło mi do gardła. Czułam, jak pot spływa mi po twarzy jeszcze bardziej obficie niż            dotychczas. Było mi zimno, choć teoretycznie powinnam się rozgrzać. Miałam wrażenie, że płuca rozrywają mi się na kilka części. Wciąż wmawiałam sobie, że to już końcówka, że jeszcze tylko kilka metrów. Ale wciąż biegłam. I wciąż chciałam się zatrzymać. Ale zdawałam sobie sprawę z tego, że nie mogę. Nagle usłyszałam za sobą strzał. Mechanicznie już odwróciłam się i zastygłam w bezruchu. Nie dostrzegłam nic, co właściwie nie było dla mnie żadną niespodzianką. Niewiele myśląc rzuciłam się w wir dalszej ucieczki. Miałam złe przeczucia. Od jakiegoś czasu Alex za mną nie biegł. Poczułam, jak pod moimi powiekami gromadzą się łzy. Jeśli on... Jeśli on chciał ich zatrzymać... Jeśli ten strzał był wymierzony właśnie w niego... Przełknęłam głośno ślinę i wyrzuciłam z siebie te niedorzeczne myśli. On nie mógł poświęcić dla mnie swojego życia. Być może te strzały miały być ostrzeżeniem. Może miały nas tylko przestraszyć...
Wiedziałam, że to wszystko kłamstwa, że próbuję sobie coś wmówić, ale nadzieja jednak miała te minimalne wymiary. Jednak miała. Nie zniknęła, a chyba powinna. Bo rozczarowanie zawsze boli, nawet gdy nadzieja jest niewielka. Ja to wszystko znałam z własnego życia, zawsze wpadałam w pułapkę. I wmawiałam sobie nieprawdę.  
Nawet nie wiedziałam, gdzie ja właściwie mam dotrzeć. Alex powiedział tylko, że mam biec. Nie powiedział, gdzie, nie powiedział, jak długo. Powoli zaczynałam się martwić, że nigdy się stąd nie wydostanę. Znowu strach zaczął zwiększać swą objętość. Znajdował się dosłownie wszędzie – w szumie liści, w wietrze, w zwierzętach, w trawie... Czułam na sobie czyiś wzrok, czułam, że ktoś mnie obserwuje. Miałam jednak nadzieję, że to tylko wytwory mojej wyobraźni. Wreszcie, kilkadziesiąt metrów dalej, ujrzałam czyjąś sylwetkę. Na początku przestraszyłam się, że to któryś z nich. Schowałam się za drzewem, zamykając oczy i modląc się w duchu, by mnie nie zauważył. Wciąż byłam w lesie, wciąż nie znalazłam żadnej drogi ani nic. Musiał mnie zobaczyć, tyle zrozumiałam z jego krzyków. Kiedy uniosłam powieki do góry, dwójka już biegła w moją stronę. Znowu musiałam uciekać. Brakowało mi już sił, wiedziałam, że długo nie wytrzymam, ale mimo wszystko biegłam. Nie mogłam dać im się złapać. Po prostu nie mogłam.

czwartek, 26 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART XI


Przez ułamek sekundy myślałam, że znalazłam się u siebie w domu, w swoim ciepłym, miękkim łóżku. A najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że Dave także tu leżał. Niestety ten niecodzienny obraz nie mógł byś prawdziwy. Rzeczywistość przydusiła wyobraźnię. Co prawda Dave tu był, ale wyglądał gorzej niż źle, gorzej niż ostatnio, kiedy go widziałam, a wtedy myślałam, że to jest niemożliwe. W moich oczach natychmiast pojawiły się łzy. Nawet się nie poruszał. Nie wiedziałam, czy on w ogóle żyje, czy może uznali, że ja jestem martwa i zrobili sobie trupiarnię. Chciałam do niego podejść, sprawdzić, czy oddycha, ale oni znowu sparaliżowali mnie tym swoim zastrzykiem. Więc leżałam, wpatrując się w sufit i czekając, aż ta trucizna przestanie działać. Modliłam się w duchu, by już wtedy nie było za późno. Nie mogłam skupić myśli na czymś innym przez ten cholerny ból głowy. I nawet oddychanie sprawiało mi trudność, bo gdy tylko wciągałam powietrze, moje gardło rozpoczynało bunt.
Oni czasami do mnie zaglądali, tym razem chyba się bali, że zwieję. Dotykali moich ud, chcąc zapewne sprawdzić, czy już odzyskałam czucie. W ogóle się nie odzywali, nie odpowiadali na moje pytania o Dave’a. Wchodzili i wychodzili. Tyle było z ich wizyt. Desrosiers w ogóle przestał ich interesować.
Kiedy wreszcie odzyskałam minimalne czucie w ciele tak, by móc się poruszać, a trwało to wiecznie, zaczęłam powoli pełznąć ku niemu. Wciąż głowa pękała mi z bólu, wciąż łzy spływały po mojej twarzy. A im bliżej byłam jego ciała, tym one były bardziej obfite. Miałam koszmarnie złe przeczucia. Po raz pierwszy w życiu nie mogłam pomyśleć pozytywnie, choć z reguły należałam do optymistów. Powoli zaczynałam odczuwać ból w różnych częściach ciała. Wczoraj też musiało mi się nieźle od nich oberwać. Starałam się to wszystko ignorować, ale niestety, nie potrafiłam, to było silniejsze. Mimo wszystko udało mi się dojść bezpiecznie do Dave’a. Od razu sprawdziłam, czy puls jest wyczuwalny. Moje serce oblała nieziemska ulga. Jest. Bardzo słaby, ale jest..
Wiedziałam, że nic właściwie nie mogłam zrobić. Tylko czekać i wierzyć, że jeszcze uda mu się trochę pooddychać. Sama nie miałam jakichkolwiek siły, by wykonać ruch. Pragnęłam, by wiedział, że czekam, pragnęłam, by wiedział, że musi wrócić, tutaj, do rzeczywistości, bo ja nadal tu jestem. Pragnęłam go pokochać. Otwarcie, bez żadnych przeszkód, bez żadnych barier, ceregieli. Pragnęłam powiedzieć mu to na głos, od serca, prawdziwie i szczerze.
Czekałam. Czekałam z nadzieją, błagając, by ten koszmar wreszcie się skończył. Nie kończył się. Każda kolejna minuta była jak zbliżający się morderca. Nie dostrzegało się jej, ale czuło się obecność. Miałam już dość. Jego dłoń robiła się coraz zimniejsza, ale puls wciąż wyczuwałam. Mnie samej siły nie chciały się regenerować. Wręcz przeciwnie, one jakby odpływały. Miałam niemiłe wrażenie, że Dave chce mnie wziąć tam ze sobą, że nie chce pójść tam sam. A ja wolałabym żyć. Żyć razem z nim.
Wtedy, gdy przeżywałam te wszystkie katusze, nie nazwałabym tej wizyty cudem. Zjawili się w trójkę, gdy już nie miałam sił, by otworzyć oczy. Ale usłyszałam ich rozmowy, ich wyraźne kroki, a oni wiedzieli, że ja nadal żyję. Zbliżali się. Nagle poczułam ostry ból w udzie. Jęknęłam głośno i automatycznie uniosłam powieki do góry. Na dwóch twarzach widziałam zadowolone uśmiechy, co chyba oznaczało, że przeszłam przez test. I tylko ta trzecia miała zupełnie inny wyraz. Malowało się na niej przerażenie. Tak, przerażenie, dobrze widziałam. Skądś znałam tę osobę, ale nie miałam pojęcia, skąd. Teraz wszystkie wydawały mi się takie same. Zresztą nie obchodziło mnie to. On należał do ich grupy. Czyli był zły. I to się liczyło.
Nie spodziewałam się, że zjawi się tu po raz drugi. Na początku trochę się przestraszyłam, że chce mi zrobić krzywdę. Ale kilka minut później zdecydowałam się mu zaufać. Zwłaszcza, że w reklamówce miał jedzenie. I mimo wahania  mój brzuch żądał napełnienia. Bałam się, że być może jest ono zatrute, ale z drugiej strony musiałam coś zjeść. Właściwie to nie miałam innego wyjścia. Czekała mnie albo śmierć z głodu albo zatrucie. Wybrałam to drugie. I na początku w ogóle nie zwróciłam uwagi na to, że się zbliża, że w ogóle coś mówi. Zareagowałam dopiero, gdy powiedział, że  nie mamy czasu.
-Nie mamy czasu na co? – zapytałam, wpychając kolejną kromkę chleba do gardła. On tylko westchnął, chyba trochę wkurzony, że go nie słuchałam.
-Na ucieczkę, Kate, na ucieczkę! Jeśli chcemy przeżyć, to musimy stąd jak najszybciej zwiać! Jak oni zauważą, że ich okradłem... – Alex przełknął głośno ślinę i zbladł – Pośpiesz się, Kate, nie ma czasu. Musisz nabrać sił i idziemy...
-Ale jak... Gdzie... – zastygłam z kromką chleba w dłoni, nie za bardzo wiedząc, co mam powiedzieć. W głowie miałam tyle pytań, że nie potrafiłam się zdecydować, które zadać pierwsze.
-Nie mamy czasu na tłumaczenia! – pospieszał mnie, rozglądając się nerwowo – Im wcześniej stąd wyjdziemy, tym lepiej dla nas.
-A... A Dave? – spojrzałam na nieprzytomnego czarnowłosego. Czułam jego ledwo bijące bicie serca mimo kilkumetrowego odstępu między nami.
-Co Dave? – zapytał zaskoczony, patrząc na mnie.
-No... co z nim zrobimy?
-Jak to co? Zostawimy go! Nie mamy innego wyjścia!
-Zostawimy? – zerwałam się – Chyba sobie żartujesz!
-Wierz mi lub nie, ale teraz nie mam nastroju do żartów. Niby jak mielibyśmy go stąd zabrać? Zresztą, Kate, spójrz prawdzie w oczy. On już jest trupem. Nawet jeśli jeszcze teraz żyje, to i tak nie wytrzyma zbyt długo. Nie zapomnij, że ten las ma jednak parę hektarów...
Dalej już go nie słuchałam. Odwróciłam się i powoli przeczołgałam się do czarnowłosego. Spojrzałam prosto w jego oczy. Miał je otwarte, co wcale nie oznaczało, że był przytomny. Słowa Alexa mnie zabolały. Po raz pierwszy zwątpiłam. Zwątpiłam w nasze wspólne życie, w nasz ślub, w nasze marzenia. Czy to możliwe, by on miał rację? Czy to możliwe, by on...
-Nie – zaprzeczyłam, odwracając się z powrotem do mężczyzny –Nie, on nadal walczy. Walczy i pokona ten ból. Tylko musi wiedzieć, że ma kogoś, kto wierzy. Nie mogę go opuścić. Przepraszam, po prostu nie mogę. Możesz uznać to za głupotę, ale jeśli on zostaje, to ja też.
Przez chwilę w pomieszczeniu rządziła cisza. Oboje milczeliśmy. Najwyraźniej on zastanawiał się, co ma dalej robić. Postawiłam przed nim wygórowany warunek, którego on nie mógł spełnić.
-Kate... Kochasz go? – wyszeptał bardzo cicho, ale ja to usłyszałam.
-Kocham – odpowiedziałam z dumą prawie natychmiast – Kocham go bardziej niż roślina kocha wodę. Kocham go i wciąż wierzę, że wszystko się może ułożyć.
-Dobrze. Weźmiemy go. Weźmiemy go tylko dlatego, że... Przypominasz mi swoją matkę i naszą miłość... – nic więcej nie powiedział, bo z cichym piskiem rzuciłam się na jego szyję. Czułam się jakbym miała ojca. Prawdziwego ojca, który mnie szanuje i rozumie moje decyzje.
-Dziękuję – wyszeptałam, przytulając się do niego.
-No już Kate... Naprawdę musimy się zbierać...

poniedziałek, 23 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART X


Znowu się zjawili, nawet nie czekaliśmy na nich tak długo. Dave przez cały czas wpatrywał się we mnie, jakby nakazując mi wzrokiem podejść i zabrać temu mięśniakowi klucze. Bałam się. Cholernie się bałam. Odwagę znalazłam dopiero, gdy byłam już pewna, że są zahipnotyzowani. Na palcach podeszłam do tego, który miał przywiązane do pasa klucze. Na szczęście szybko poradziłam sobie z węzłem i nie miałam większych problemów ze zdobyciem kluczy. Oni nawet nie zauważyli, że się poruszyłam. I dobrze. Nie potrzebowałam jeszcze dodatkowych problemów.
Drżącymi łapami próbowałam dobrać odpowiedni klucz do zamka. Udało mi się dopiero za czwartym razem. Otworzyłam drzwi, na szczęście nie zaskrzypiały. Po raz ostatni się odwróciłam. David miał zakrwawioną twarz, ale miałam wrażenie, że się uśmiecha. W głębi serca wyczułam, że w taki sposób życzy mi powodzenia. Wysłałam mu całusa na odwagę. Pewnie przekroczyłam próg drzwi i ostrożnie zamknęłam za sobą drzwi, chociaż gdybym nimi trzasnęła, to wątpię, by oni zwrócili na to uwagę. Ale wolałam uważać niż przypłacić głupotą za życie. Rozejrzałam się z niewielkim niepokojem. To miejsce niczego mi nie przypominało, nigdy tutaj nie byłam. Wydawało mi się, że długi wąski korytarz nie ma końca. Nie miałam pojęcia, co czeka mnie na jego końcu, ale musiałam nim ruszyć. Zacisnęłam pięści, przełknęłam ślinę i z bolącym sercem ruszyłam. Starałam się uważnie nasłuchiwać, by ktoś idący z naprzeciwka czasem mnie nie zaskoczył. Cholernie się bałam, ale teraz już nie miałam innego wyjścia. Kroczyłam popędzana przez strach, a każdy kolejny krok tworzył w moim sercu chyba uzasadnioną obawę. Wciąż zastanawiałam się nad tym, czy oni już zauważyli, że mnie tam nie ma, czy oni w ogóle to zauważą. Nic na to nie wskazywało, wciąż nie słyszałam za sobą kroków. Błądziłam beznadziejnie zastanawiając się, gdzie ja tak właściwie jestem i jak daleko jestem od wyjścia. Mijałam tysiące drzwi, ale do każdych bałam się zajrzeć. Czasami słyszałam jakieś rozmowy, ale na szczęście one szybko milkły.
Już powoli zaczynałam panikować, a nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Ale na szczęście jakoś zdołałam dojść do wyjścia. Słońce przez chwilę witało mnie swoimi promieniami, a potem schowało się za chmurami. Zadrżałam i szczelniej otuliłam się bluzą. Z przerażeniem się rozejrzałam. Byłam w jakimś lesie. Poczułam, jak niesamowite uczucie rozpiera się w moim ciele. Wolność. Wolność była tak cudowna, że niemal unosiłam się na wietrze z radości, która się we mnie zrodziła. Siła i energia wróciły do mnie w ciągu ułamka sekundy, zregenerowały się. Niewiele myśląc nad tym, co robię, rzuciłam się w wir biegu. Szukałam jakiejś drogi, ale żadnej nie widziałam. Wszędzie były jedynie drzewa. Czułam się jak dziecko w baśniowej krainie. Wszystko mnie cieszyło. Doceniałam przyrodę, doceniałam to wszystko, na co wcześniej nie zwracałam uwagi, szczegóły, na które nikt nie patrzył. Cieszyłam się każdym łykiem świeżego powietrza czy zapachem świeżości lasu.
Moja radość nie trwała jednak długo. Zdawałam sobie sprawę z tego, że jestem sama, w nieznanym sobie lesie, a oni już na pewno zaczęli mnie już szukać. Nie wiedziałam, gdzie byłam, nie wiedziałam, gdzie powinnam wyjść, by dojść do drogi, która zaprowadziłaby mnie do miasta. Właściwie to tułałam się tam, gdzie prowadziła mnie intuicja. I dodatkowo musiałam myśleć nad tym, jak ich zgubić. Po jakimś czasie byłam już tym wszystkim zmęczona. Żałowałam, że nie opanowałam skoków i radości. Przez to wszystko teraz nie miałam sił na bieganie, a do chodzenia musiałam się zmuszać. Odezwał się także głód. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi. Interesowałam się Dave’em i jego zdrowiem,  a nie własnym brzuchem. Pragnienie także mi dokuczało. A przecież w lesie nie znajdę sklepu. Zresztą nawet gdybym jakimś cudem znalazła, to i tak nie miałabym żadnych pieniędzy, by cokolwiek kupić. Kolejną cholerną trudnością była nadchodząca noc. Z każdą kolejną minutą robiło się coraz ciemniej, a moje oczy dostrzegały coraz mniej szczegółów. Potykałam się o wystające korzenie drzew, ślizgałam się na wilgotnym mchu i namoczonym przez deszcz liściach. Słyszałam podejrzane odgłosy, wiedziałam, że to dzikie zwierzęta. Przez cały czas bałam się, że zza krzaka wyskoczy na mnie jakiś dzik czy inne wygłodniałe zwierzę i mnie zaatakuje. A nogi chyba nie będą w stanie mi pomóc, zwłaszcza, że nie są w pełni sił. Domagały się odpoczynku, tak jak i reszta ciała. Ciągnęła mnie za sobą tylko ogromna siła woli i myśl, że oni są za mną, że już mnie gonią. Niestety mój organizm był przyzwyczajony do wygód, a nie do ekstremalnych przygód. Po kilku godzinach odmówił posłuszeństwa. Chcąc nie chcąc musiałam odpocząć. Zmęczenie samo zamykało mi oczy. Przysiadłam pod jakimś drzewem, przysięgając sobie, że zrobię tylko pięciominutową przerwę, nie więcej. Skończyło się na tym, że obudziłam się następnego dnia, pogryziona przez komary. Na szczęście tylko przez komary.
Cały koszmar trwał przez jakieś pięć dni. Zresztą sama nie wiem, jak długo, nie zwracałam uwagi na takie błahostki. Pragnęłam tylko odnaleźć jakąś drogę. A z każdą kolejną sekundą moja nadzieja gasła. Było coraz gorzej. Co prawda gdzieś udało mi się znaleźć jakiś strumień, więc trochę się napoiłam, za to z jedzeniem było gorzej. Nie mogłam też rozpalić żadnego ogniska, bo wiedziałam, że dym tylko by ich przyciągnął i sama bym wtopiła. Więc drżałam z zimna. Pokaleczyłam się tak bardzo, że aż krew mieszała mi się z potem. Skradałam się między drzewami, brudna i śmierdząca. Każdy mój krok sprawiał coraz większy ból. A jednak stawiałam kolejny. Nie poddawałam się. Nie mogłam. Dla Dave’a. Musiałam iść dalej, żeby go uratować i spełnić nasze marzenia.  Wierzyłam w to, że wszystko może ułożyć się inaczej, że wszystko może się zmienić. Dlatego wymuszałam te wszystkie ruchy. Dlatego wyciskałam z siebie ostatnie poty. Najważniejsza jest wiara we własne możliwości i upór. Ja powiedziałam sobie, że dam radę i ani razu w to nie zwątpiłam, choć nadzieja powoli mnie opuszczała.
Czy koszmar może mieć dwie strony? Jak najbardziej. Kiedy siedziałam wykończona pod jakimś drzewem i wypatrzyłam ludzką sylwetkę, ucieszyłam się tak bardzo, że nawet nie pomyślałam logicznie. Zerwałam się i zaczęłam machać, piszcząc głośno. Dopiero gdy ten ktoś podszedł bliżej, uśmiech zszedł mi z twarzy i uzmysłowiłam sobie, że jestem idiotką. Zaczęłam uciekać, co było bezsensu, bo przecież on miał zregenerowane siły w porównaniu do mnie. Złapał mnie w ciągu kilku sekund. Przewróciłam się, uderzając głową o jakiś kamień. Oczywiście on się tym nie przejął.
-No dziewczyno... Kawał drogi przeszłaś! – powiedział, wyciągając z jakiegoś pudełka brudną strzykawkę – Jeszcze kawałek, a na pewno dotarłabyś do miasta... Hahhaa, pieprzone szczęście...
Poczułam lekkie ukłucie w ramieniu. Całe moje ciało zdrętwiało. On ciągnął mnie za nogi, których i tak nie czułam. Ogromny ból głowy nie pozwalał mi skupić myśli. Potrafiłam myśleć tylko o nim. O nim i o tym, by wreszcie zniknął.

czwartek, 19 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART IX


Kiedy wreszcie uniosłam powieki do góry, ujrzałam jego piwne oczy. Dopiero chwilę później zorientowałam się, że leżę na jego ciele. Zerwałam się z cichym piskiem. On nadal wpatrywał się we mnie jakby zobaczył jakieś niesamowite dzieło sztuki. Sama nie wiem, dlaczego, ale bardzo mnie to wkurzyło.
-No i co się tak gapisz?! – warknęłam zdenerwowana, machając bezsensownie rękoma.
-Bo... Nieważne – uciął krótko, odrywając ode mnie wzrok – Lepiej opowiedz mi...
-Czekaj, czekaj! – przymrużyłam oczy – Nie zmieniaj tematu!
-Myślałem, że już z nim skończyliśmy. A przyglądałem ci się, bo... jesteś brudna na policzku!
-Kłamiesz! – odparłam prawie natychmiast, dotykając jednak dłonią prawego policzka – Dave, wybacz, ale nie umiesz zmyślać.
-Wiem – on próbował się uśmiechnąć, ale w żaden sposób nie przypominało to uśmiechu. Mimo to jego mina podziałała na mnie jak słońce, które wyszło po kilku dniach skrywania się za chmurami. Usiadłam obok niego, a on próbował wrócić do pozycji siedzącej, co wymagało trochę czasu, bólu i cierpliwości. Nie odzywałam się, patrząc, jak biedak się męczy i syczy. Kiedy i on w końcu usiadł, poczułam coś dziwnego. Jakby... więź. Więź przeszłości, która znowu chciała połączyć nas supłem. Ale ja bałam się nią pokierować. Bałam się, że uda jej się uwolnić spod mojej kontroli.
-Wiesz co, Kate? – usłyszałam jego zmęczony głos – Nic się nie zmieniłaś. Nic a nic.
-To dobrze czy źle? – zapytałam, odwracając się w jego stronę.
-Dobrze, oczywiście, że dobrze. W takiej tobie się zakochałem.
Poczułam, jak powoli robię się czerwona. Spuściłam głowę, nie za bardzo wiedząc, co mam na to odpowiedzieć. Milczałam. Usiłowałam odgadnąć, co miał na myśli, wypowiadając to zdanie, ale nie chciałam się pytać. A właściwie to bałam się odpowiedzi.
-David... – odważyłam się w końcu odezwać – David, czy ty sądzisz... Sądzisz, że moglibyśmy... Moglibyśmy spróbować...
-Nie – czarnowłosy oszczędził mi kłopotów z układaniem poprawnych zdań – Sądzę, że nasza miłość nie miałaby żadnego sensu.
Poczułam, jak ktoś niewidzialny wbija mi nóż w sam środek serca. Nie spodziewałam się od niego tak bezpośredniej i tak mocno kaleczącej moją duszę odpowiedzi. Nie ma sensu? Jak miłość może nie mieć sensu?
-Przepraszam, Kate, że powiedziałem to tak prosto z mostu. Ale nie chcę, byś czuła się oszukiwana. Ja sam wolę gorzką prawdę niż fałszywe kłamstwo. Słuchaj, ja wiem, jak to będzie wyglądało. Ty naprawdę się we mnie zakochasz, a ja tutaj zdechnę i ty będziesz cierpiała. Nie chcę tego, rozumiesz? Wolę, żebyś ty znalazła sobie porządnego faceta, który o ciebie zadba niż żebyś ciągle ryczała z powodu mojej śmierci. Dlatego na początku chciałem się z tobą pokłócić. Wtedy wszystko byłoby proste.
Wpatrywałam się tępo w niego, usiłując to wszystko przełknąć i strawić. Udało mi się wypluć tylko jedno zdanie:
-Dlaczego z góry obstawiasz, że umrzesz?
-Bo ich znam – odpowiedział prawie natychmiast – Ja stąd nie ucieknę, a oni mnie wykończą.
Spuściłam głowę. On rzeczywiście miał rację. Tak czy inaczej śmierć na niego czyha. Ale przecież nie można tracić nadziei. A on stracił już dawno, jak zapałka, która gaśnie pod wpływem wiatru. Zdążył się już pogodzić z nadchodzącym losem. Ale ja przecież wrócę. Wrócę, jeśli zdołam stąd uciec i znaleźć jakąś pomoc.
-David – wyszeptałam, chwytając jego dłoń. Zadrżał, ale ja nie zwróciłam na to uwagi – A co jeśli ci powiem, że mam to gdzieś? Co jeśli powiem ci, że nie liczy się przyszłość a teraźniejszość? Co jeśli... Jeśli powiem ci, że już jest za późno? Że już się w tobie zakochałam?
On otworzył szeroko usta, ale po chwili je zamknął. Teraz już przypominał mi tamtego Davida z przeszłości. Wreszcie po tylu dniach poszukiwań, zdołałam go odnaleźć. Jego oczy miały w sobie ten sam błysk, tę dziwną wiarę... I choć był w ogromnym szoku, ja odczytałam z jego twarzy, że on czuje do mnie to samo co przed laty. Serce mocno mi waliło. Słyszałam jego krzyk. Ono także pragnęło miłości. Miłości, którą zatraciłam kilka lat temu. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam się do niego zbliżać. W jednej chwili przestał przeszkadzać mi okropny zapach krwi i brudu. Jego mina wciąż wyrażała niepewność, ale on także na to czekał. Przez pięć lat czekał na mnie, czekał aż się zjawię i to zrobię. Gdy nasze usta się połączyły, cały świat się rozproszył, zniknął. Poczuliśmy się wolni. Zrozumieliśmy, że do normalnego życia potrzebujemy tylko siebie. Moje serce zrobiło się lekkie jakby przygotowywało się do wypełnienia. Wtopiłam dłonie w jego włosy. On delikatnie objął mnie w pasie jakby bał się, że znowu zniknę, tak jak ostatnim razem. Ciepło, które ogarnęło moją duszę, było czymś więcej niż tylko ciepłem. Czymś, co mówiło mi, że on tu jest i nie zniknie. Jego dłonie błądziły po moich plecach, pozostawiając ślady w postaci dreszczy. Marzyłam o tym, by jego wargi nigdy nie oddzieliły się od moich ust. Miliardy uczuć przepłynęły przez moją głowę, ale to wszystko się teraz nie liczyło. To jedno, najważniejsze, można było wyczuć bez problemu. W uszach wciąż dźwięczała mi miła melodyjka. I jego głos. Cudowna barwa jego głosu. Czyściutka jak woda destylowana. Jego język błądził po moim podniebieniu, pragnąc jeszcze więcej. Zapomniał o bólu, zapomniał o swoich ranach. Moja siła wewnętrzna je wyleczyła. Moje pocałunki je pokonały. Chciałam jeszcze więcej, chciałam przejść jeszcze dalej. I właśnie tu wszystko się skończyło.
Przez moment nie mogłam dojść do siebie. Zastanawiałam się, co mogło się wydarzyć. Powróciła rzeczywistość. Cztery puste ściany, śmierdzący pot i uczucie wymiotów. Tylko Dave wciąż był ten sam. Ale przestraszony. Cholernie przestraszony.
-Dlaczego... – nie pozwolił mi dokończyć pytania. Przyłożył palec wskazujący do ust, a potem odezwał się:
-Musisz stąd uciekać. Musisz zakochać się w kimś innym. Musisz o mnie zapomnieć, rozumiesz? Ten pocałunek nie znaczył dla nas obu...
-Powiedziałeś, że wolisz gorzką prawdę – wysyczałam przez zaciśnięte zęby – A teraz próbujesz wmówić sobie kłamstwo!
-Dobrze wiesz, że robię to dla naszego dobra, szczególnie twojego!
-Próbujesz wyrzucić miłość ze swojego serca. Tego nie da się zrobić, nie domyśliłeś się przez ostatnie pięć lat? Twój wysiłek jest daremny!
-Gówno mnie to obchodzi. Musisz stąd uciec i ułożyć sobie życie na nowo. Zauważyłem, że oni w ogóle nie zwracają na ciebie uwagi. Jak się mną zajmują, tracą kontakt ze światem. Myślę, że bez problemów poradzisz sobie z kradzieżą kluczy i otwarciem drzwi. Musisz mi obiecać, że tak zrobisz i uciekniesz stąd jak najdalej, najlepiej na inny kontynent. Będą cię szukać, ale jeśli odpowiednio zatuszujesz wszystkie ślady...
-Dave...
-Obiecaj!
-Da...
-Obiecaj!
-ale...
-Obiecaj!
-dobrze... Obiecuję.     
-I pod żadnym pozorem masz po mnie nie wracać! Nie masz na to czasu. Oni na pewno nie spoczną, będą szukać cię do zakichanej śmierci. Możesz ich się nie pozbyć. Musisz pilnie śledzić ich ruchy, oni mogą za tobą chodzić. Chociaż szczerze to wątpię w to.
-David, ja nawet nie wiem, gdzie my jesteśmy!
-Ja też nie mam bladego pojęcia, ale modlę się, by to jeszcze był Montreal. Mimo wszystko musisz stąd zwiać. To nie jest miejsce dla ciebie i ciebie nie powinno tu być.
Po pewnym czasie już przestałam go słuchać. Gadał w kółko o tym samym. Trochę miałam już tego wszystkiego dość, choć wiedziałam, że mówi to dla mojego bezpieczeństwa. Zastanawiałam się nad zmianą jego zachowania. Wcześniej chyba mniej obchodziła go ta ucieczka. Po tym pocałunku wszystko się zmieniło. Chciał, bym jak najszybciej stąd zwiała i o tym wszystkim zapomniała. Ale przecież pamięci tak szybko nie wyczyszczę...

poniedziałek, 16 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART VIII


Było ich czworo. Wszyscy wyglądali jak kukiełki, nie jak ludzie. Kolczyków na twarzy mieli więcej niż ja włosów na głowie. Wydawało mi się, że miejsce ich oczu zajmują dwa zimne kamienie, przeszywające pomieszczenie swym zimnym wzrokiem. Usta mieli wygięte w okropnym, obleśnym uśmiechu, jakby już z daleka czuli zapach krwi. Pod skórzanymi kurtkami skrywały się ogromne mięśnie. Zastanawiałam się, czy ich wielkość to dzięki ciężkim ćwiczeniom czy raczej są napakowane sterydami. Każdy trzymał w dłoni coś innego. Jeden nóż, drugi kij baseballowy, trzeci coś podejrzanego, równie niebezpiecznego, czego nazwy nie znałam.
Nie mogłam nie zauważyć strachu na twarzy Dave’a. On wiedział, że w końcu ktoś tu przyjdzie, ale chyba nie spodziewał się, że tak szybko. Zauważyłam, jak ukradkiem zerka błagalnie w moją stronę. Nie umiałam odczytać, o co prosił. Chyba nie o ratunek, bo raczej domyślił się, że nie mam z nimi najmniejszych szans. Obserwowałam ich. Obserwowałam ich, jak głupkowato się uśmiechają, jak podchodzą do Dave’a. Czarnowłosy już wiedział, co się stanie. Zacisnął mocno zęby i zamknął oczy, jakby modląc się jeszcze o przerwę. Ale z nieba nie wyskoczyły anioły. Niebo nawet się nie poruszyło. A on cierpiał. Cierpiał, przyjmując pierwszy cios od tego kolesia z nożem. Nawet nie próbował się bronić. Wiedział, że upór nie ma sensu, bo oni i tak go pokonają. Zresztą nie miał sił. Ostatnie resztki zostawiał na krzyk. Najwyraźniej wrzask pomagał mu ukoić ból. Ja sama siedziałam z zasłoniętymi ustami, hamując pisk przez dłoń. Na początku próbowałam błagać ich, by przestali, ale do tych bezuczuciowych głazów nic nie docierało. Ich tylko podsycał widok krwi. Im było jej więcej, tym bardziej oni się podniecali. Ten zapach, ten smak wzbudzał w nich jeszcze większą siłę. Dla nich to była zabawa. A Dave z każdą sekundą wyglądał coraz gorzej. Po jakimś czasie zamknęłam oczy. Nie umiałam patrzeć. Łzy same zaczęły spływać po moich policzkach. Słyszałam ich śmiech i jego coraz cichsze jęki. Domyśliłam się, że powoli traci świadomość. W końcu ucichł. Ja bałam się unieść powieki do góry, bałam się , że oni... że oni już to zrobili. Już się go pozbyli. Ale wciąż słyszałam jak kręcą się wokół niego. To zmusiło mnie do otwarcia oczu.
Leżał tak bardzo blady, że gdyby jego pierś nie unosiła się lekko do góry, łapczywie pragnąc tlenu, to pomyślałabym, że to koniec. Jednak oni nadal go dręczyli, choć Desrosiers nie mógł nawet kiwnąć palcem.
-Przestańcie... – wybąkałam, ale chyba zbyt cicho. Nawet nie odwrócili się w moją stronę – Przestańcie! – warknęłam, zrywając się. Nagle poczułam przypływ energii i mocy. Pragnęłam jakoś ich ukarać za Dave’a, pragnęłam, by oni czuli to samo, co on. Niestety nawet jednego nie zdołałam drasnąć. Ten z kijem baseballowym popchnął mnie prosto na ścianę i kopnął mnie w brzuch tak bardzo mocno, że aż zwinęłam się z bólu. Przeklinałam siebie w myślach. Jestem słaba.
Na szczęście mój atak o czymś im przypomniał, bo któryś krzyknął, że nie mają czasu i wszyscy trzej zniknęli. I tylko ten jeden, co mnie kopnął, zatrzymał się przy mnie na chwilę i powiedział:
-Z tobą, dziewczynko, też zrobimy porządek, jak będzie trzeba. Ale się nie pchaj, bo przepychanki nie są kulturalne. Zresztą my cię jeszcze nauczymy kulturki. O ile w ogóle tu przeżyjesz – zachichotał, prostując się. Wciąż karmiąc swój wzrok widokiem mojej przerażonej twarzy, wyszedł, zostawiając nas samych. Mnie i Dave’a.
Powoli, na czworakach, przedostałam się do niego. Nie mogłam wytrzymać widoku jego ciała. Jeśli wcześniej nie przypominał Dave’a Desrosiersa z przeszłości, to teraz nie przypominał nawet człowieka. Wyglądał jeszcze gorzej niż przedstawiała go moja wyobraźnia.
Ściągnęłam bluzę i koszulkę, a potem z powrotem ubrałam bluzę. Podarłam koszulkę na kilka części i zaczęłam tamować wciąż sączącą się z ran krew. Wyobrażałam sobie, jak on musiał cierpieć, ale wiedziałam, że to nie jest do wyobrażenia. To co on czuł, musiało być czymś większym niż ból. A najgorsze dotarło do mnie dopiero po kilku minutach. Ja jestem następna w kolejce. Jak tylko skończą z Dave’em, zaczną zabawę ze mną. Musiałam stąd uciec. Musiałam stąd uciec razem z nim.
***
David obudził się kilka godzin później, ale był tak bardzo słaby, że nie mógł nawet się poruszyć. Na rozmowę także nie miałam co liczyć. Wprawdzie starał się mówić, ale ja nic nie rozumiałam. Więc latał tylko wzrokiem po mojej twarzy, na siłę trzymając powieki w górze. Ja klęczałam w rozkroku, z jego klatką piersiową między kolanami i wciąż wycierając jego twarz z krwi. Z daleka mogło to wyglądać dwuznacznie, ale właściwie i tak nikt na nas nie patrzył, a mi w tej pozycji było wygodniej. W jego oczach widziałam ogromną wdzięczność. Ale przecież nie mogłam go tak zostawić. Żadnego człowieka nie byłabym  w stanie zostawić. Potem, trochę z wahaniem, ale i z przekonaniem, że to dla jego dobra, ściągnęłam mu koszulkę. Omal nie odskoczyłam, widząc, w jakim stanie jest jego klatka piersiowa.
-Uuuuu.... robi się ciekawie... – zrozumiałam z jego słabych jęków. Chciałam go uderzyć, ale pomyślałam, że w obecnym stanie to naprawdę może mu zaszkodzić.
-Wbrew twoim przygłupim fantazjom spodni nie ściągnę – odpyskowałam, jeżdżąc właściwie już szmatką ze swojej koszulki po jego piersi. Zasyczał cicho z bólu, a jego twarz ozdobił grymas – No przepraszam, musi trochę boleć!
-Jak kobieta dotyka piersi mężczyzny, to nie powinno..
-Te, Desrosiers, ty nie bądź taki mądry! – prychnęłam głośno – Bo zaraz tego pożałujesz! Trzeba było seksuologię studiować, a nie teraz się przede mną chwalić swoją jakże bogatą wiedzą!
On tylko zachichotał cicho, co w jego przypadku było błędem, bo znowu wszystko zaczęło go boleć. W jego oczach pojawiły się łzy, ale on chyba nie chciał, bym to zauważyła. Cholerna męska duma.
Nie widziałam, kiedy z powrotem poszedł spać. Ja sama ledwo kontaktowałam. Byłam zmęczona tą zabawą w pielęgniarkę. Ale musiałam dokończyć to, co zaczęłam. Uparłam się, że to zrobię. I zrobiłam. A potem padłam ze zmęczenia. Nim zdążyłam pomyśleć o tym, by odsunąć się od Dave’a, moja głowa już leżała na jego piersi, a serce śpiewało mi kołysankę. 

środa, 11 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART VII


Otwarcie oczu wcale nie poprawiło mi samopoczucia. Głowa jeszcze bardziej pękała mi z bólu niż poprzednio. Przestałam myśleć o czymkolwiek innym. Nie zastanawiałam się, gdzie jestem, co ja tu robię. Teraz w ogóle mnie to nie obchodziło. Pragnęłam tylko, by ten cholerny ból zniknął. Nie zwracałam uwagi nawet na to, co widziałam, choć właściwie to niewiele widziałam.
Nagle ktoś położył mi coś zimnego na czoło. Przez cudowną chwilę przestałam czuć ból. Wtedy, przez ułamek sekundy widziałam tę osobę. Była pokiereszowana tak bardzo, że zastanawiałam się, czy ona w ogóle jeszcze żyje. Ale żył, bo widziałam jego ruchy. Zresztą ja nie miałam czasu nad tym myśleć. Łeb znowu zaczynał mi doskwierać.
-Ale masz kaca! – usłyszałam jego śmiech i w tym momencie cały obraz mi się wyostrzył – Za dużo alkoholu, Kate – ujrzałam jego twarz. Uśmiech trochę ją przyozdobił, ale i tak nie wyglądała najlepiej. Przez chwilę jeszcze się wahałam, ale to musiał być on. Poznałam po oczach, bo właśnie to nadal było w nim „Dave’owe”. Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam wydobyć głosu z gardła. Nie wiedziałam, dlaczego.
-Tobie też wstrzyknęli to coś paraliżującego? – zapytał, odsuwając dłoń od mojego czoła i pokracznie siadając na podłodze – No tak, to jeszcze przez parę godzin będzie działało.
On przez cały czas o czymś mi opowiadał, ale ja nawet nie próbowałam go słuchać. I  tak wiedziałam, że mój mózg nie byłby w stanie tego analizować. Wpatrywałam się w jego wychudzone, zakrwawione ciało. Z jednej strony cieszył się, że nie jest sam, ale z drugiej wyraźnie cierpiał. Spuchnięta warga, lima pod oczami i takie dziwne strupy na pół twarzy. Nawet jego głos stracił coś ze swojej barwy. Jakby... Jakby zmęczenie zdzierało z niego ostatnie resztki życia, jakie mu pozostały. To nie był Dave, to nie mógł być Dave.
Z czasem powoli zaczynałam odzyskiwać czucie. Na początku jeszcze miałam małe trudności z wypowiadaniem się, ale także i to zaczęło się prostować. Opowiedziałam mu o tym, jak znalazłam się w Montrealu. Zauważyłam w jego oczach łzy, choć próbował je ukryć. Musiał wzruszyć się postawą swoich przyjaciół.
-Kate, ja nie mogę pozwolić, żebyś tu została. Wpadłaś w niezłe bagno, którego i tak nie zrozumiesz. Musisz jakoś stąd uciec. Tylko jasna cholera, jak to zrobić, żeby oni nic nie zauważyli... – czarnowłosy rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby w tym chciał znaleźć odpowiedź – Po co ty w ogóle tu przyjeżdżałaś? Tam siedziałabyś bezpiecznie na tyłku... – mamrotał wyraźnie niezadowolony.
-No jak to po co? – wybuchłam – Dla ciebie! Myślisz, że ja mogłabym spokojnie wysiedzieć w domu z myślą, że ty możesz nie żyć?!
-O! Przypomniałaś sobie o mnie! Po pięciu latach! Naprawdę bardzo mi miło, że w końcu postanowiłaś mnie odwiedzić, tylko szkoda, że akurat teraz, bo jak widzisz, nie mogę postawić ci herbatki!
-Dlaczego na mnie krzyczysz? – zapytałam, czując łzy pod powiekami. Wtedy po raz pierwszy zaczęłam żałować, że wróciłam do Montrealu. Zrozumiałam, że on się zmienił. Zrozumiałam, jaki teraz jest naprawdę. Inny niż go zapamiętałam.
-Dlaczego? Już tobie tłumaczę! Uciekasz sobie ot tak z naszego balu, zostawiasz mnie na środku samego, bez słowa wyjaśnienia, a potem znikasz bez śladu! I zjawiasz się teraz, po pięciu latach! Czy ty w ogóle myślałaś o moich uczuciach?! Przez rok próbowałem zapomnieć, nie mogłem się podnieść! Powinnaś podziękować chłopakom za to, że ja w ogóle jeszcze żyję, bo tylko oni umieli do mnie dotrzeć!
-A myślisz, że ja czułam się inaczej? – warknęłam – Przez te wszystkie lata próbowałam wyrzucić wspomnienia z głowy! Ale oczywiście wszyscy mieli to gdzieś, bo myśleli, że jak wyjechała, to wszystko jej się układa! A to nieprawda! Ja cierpiałam jeszcze bardziej niż ty! Jakbyś ty się poczuł, jakbym ja założyła się o to, że przelecę cię w noc balu maturalnego?!
-Ja potraktowałbym to jak szczeniacką zabawę dwóch debilów! Bo na początku to była tylko zabawa! Ale ja naprawdę się w tobie zakochałem! Tylko nie potrafiłem ci tego powiedzieć głośno! I wiesz co? Ja nawet zdążyłem pogodzić się z tym, że już więcej cię nie spotkam! A ty się zjawiasz jak gdyby nigdy nic! Niszczysz barierę, którą usiłowałem przez lata wybudować!  I jakie masz plany? Co znowu uciekniesz?! Zostawisz mnie i sobie pojedziesz?!
-Przyjechałam specjalnie do ciebie z Vancouver. Chciałam odnaleźć ciebie i powiedzieć coś bardzo ważnego, ale widzę, że to nie ma żadnego sensu. Pod pewnymi względami w ogóle się nie zmieniłeś, Davidzie Desrosiersie! Nadal jesteś tym samym pieprzonym egoistą!
-Ja jestem egoistą – prychnął – Ja... to może poobserwuj siebie dla odmiany!
Zapadła głęboka cisza. Wpatrywałam się w czarnowłosego, usiłując zobaczyć w nim zadziornego blondyna sprzed pięciu lat. Nie znalazłam go. To nie był ten sam Dave. Zmienił się. Gdzieś po drodze zgubił kilka cech, które czyniły z niego Desrosiersa. Nie mogłam pojąć, co się z nim stało. Siedzi przede mną ze złością w oczach i zachowuje się jak mięśniak, który ma mało oleju w głowie. Szczerze mówiąc przyjechałam tutaj z nadzieją, że uda nam się zapomnieć o przeszłości, że spróbujemy zacząć od nowa. Ale najwyraźniej on już skreślił naszą przyjaźń i to uczucie, które nas wiązało.
Nagle przypomniałam sobie o tym porcelanowym serduszku, które znalazłam na swojej komodzie. I pomyślałam sobie o tym, jak wiele odwagi musiało to od niego wymagać, jak wielkim uczuciem musiał mnie darzyć. Przecież ono nie mogło ot tak zniknąć, rozpłynąć się. Jego serce nie mogło o tym zapomnieć. Musiała pozostać w głębi duszy choć niewielka cząstka tego wszystkiego. Tylko bardzo głęboko zakopana. Ale w końcu ktoś musi wziąć do rąk łopaty. A raczej wspomnienia.
-Dave – wyszeptałam. Zauważyłam, że niechętnie odwraca głowę w moją stronę – Dave, pamiętasz porcelanowe serduszko? – zapytałam. On wlepił wzrok w podłogę. Pamiętał, widziałam to po jego twarzy. Przez moment milczałam, a potem kontynuowałam – Dave, proszę cię, ono nie może pęknąć. Musi nadal bić.
-Co masz na myśli? – zapytał łagodnie i ostrożnie, co trochę mnie zaskoczyło.
-To, żebyśmy nie wracali do przeszłości i wspominali tylko te szczęśliwe czasy. Oboje popełnialiśmy błędy, ale czasu nie cofniemy. Teraz możemy walczyć tylko o to, by nasza przyjaźń jednak przetrwała, a nie zamieniła się w gówno. Zbyt wiele razem osiągnęliśmy, by teraz to wszystko zaprzepaścić..
Wyciągnęłam dłoń w jego stronę. Serce biło mi jak szalone, teraz wszystko zależało od niego. Widziałam, jak przełyka nerwowo ślinę. Walczył sam ze sobą. Chciał ją uścisnąć, ale coś go powstrzymywało. Nadal.  
-I’m sorry – zaczęłam śpiewać z nadzieją w głosie – I can’t be prefect... – dokończyliśmy razem na dwa głosy. To jedno zdanie przeważyło szalę. Teraz już bez wahania ścisnął moja dłoń. Uśmiechnęliśmy się do siebie, ale w jego uśmiechu czegoś mi zabrakło. Cofnęłam dłoń jak poparzona.
-ty tego nie chcesz – wyszeptałam – Ty nie chcesz naszej przyjaźni...
-Nie. Tak. Znaczy... to nie jest takie proste – westchnął, spuszczając głowę.
-Co nie jest takie proste? – zapytałam, zaciskając pięści.
-Nie możemy wrócić do przyjaźni. Po prostu nie możemy.
-Ale wytłumacz mi, dlaczego!
-Bo... bo ja nie chcę, żebyś cierpiała...
Czekałam na dalszy ciąg jego wypowiedzi, ale się nie doczekałam. Więc znowu pogoniłam go pytaniem.
-W jaki sposób miałabym cierpieć? David, do jasnej cholery, wytłumacz mi, o co w tym wszystkim chodzi!
-Nieważne – odparł wymijająco – Lepiej wymyślmy, jak ciebie stąd wydostać. Mamy mało czasu, trzeba to zrobić szybko i dokładnie, żebyś mogła spokojnie się oddalić od  tego miejsca...
-Żebyśmy mogli – poprawiłam go automatycznie, nadal zastanawiając się nad poprzednim tematem naszej rozmowy.
-Żebyś mogła.
-Żebyśmy mogli – powtórzyłam uparcie.
-Żebyś mogła, Kate. Ja stąd nie mogę uciec – powiedział niecierpliwie – Zaraz przyjdą, więc lepiej...
-Jak to nie możesz?! – zapytałam zdenerwowana. Dopiero teraz zrozumiałam, że on pragnie, bym tylko ja była bezpieczna. W ogóle nie myślał o sobie.
-Kate, to jest bardziej skomplikowane niż tobie się wydaje. Moja ucieczka jest zbędna.
-Dlaczego zbędna? – dopytywałam się dalej, teraz już wkurzona na niego, że odpowiada półsłówkami i niejasno.
-Bo oni i tak mnie znajdą. Nienawidzą mnie. To nie ma sensu. Zresztą o czym my mówimy! Ja nie dałbym rady przejść o własnych siłach nawet stu metrów.
-Ale... W takim razie co się z tobą stanie? – wpatrywałam się w niego kamiennym wzrokiem, a on wlepił wzrok w podłogę – Co się z tobą stanie?! – powtórzyłam nerwowo, domyślając się, jaka będzie odpowiedź.
-Przecież wiesz, więc po co głupio się pytasz?! – wrzasnął. Byłam tak bardzo zaskoczona jego wybuchem, że otwierałam i zamykałam ciągle usta, nie wiedząc, co powiedzieć – Przepraszam – odezwał się po krótkiej ciszy trochę spokojniejszy – Przepraszam, nie powinienem podnosić głosu.
-Nie szkodzi – odparłam trochę jednak obrażona – Więc... Masz jakiś plan? – zapytałam, specjalnie omijając poprzedni temat. Bo po opryskliwej odpowiedzi Dave’a już wiedziałam, jak by brzmiała odpowiedź. Zabiją go. On umrze. A ja muszę szybko się stąd uwolnić, póki on jest jeszcze w stanie cokolwiek robić.
-Problem polega na tym, że nie mam żadnego – odparł zamyślony czarnowłosy. Patrzyłam na niego, a on na mnie. Niestety nie oświeciło nas. Przynajmniej dopóki nie wtargnęli oni.

sobota, 7 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART VI


Ostrożnie wślizgnęliśmy się do środka. Natychmiast do moich nozdrzy wdarł się niemiły zapach zgniłych warzyw i owoców. Wzięłam głęboki wdech, zauważając jednocześnie, że tu właściwie nie ma czym oddychać. Schody skrzypiały pod wpływem naszych kroków. Nie było tutaj okien, a tym samym na pewno nie wietrzono tu od dawien.
-Gdzie idziemy? – zapytał trochę podniecony tym wszystkim Pierre – Prawo czy lewo?
Decyzję podjęłam w ciągu sekundy.
-Prawo!
Pierre chwilę się zawahał, ale jednak mnie posłuchał i ruszył w prawą stronę. Blade światło latarki prowadziło nas przez ciemne czeluścia korytarzy piwnicy. Brunet świecił nie tylko pod nogi, ale także w przód. Nie widzieliśmy końca korytarza. Za to po kilku krokach dostrzegliśmy jakieś drzwi. Spojrzeliśmy po sobie, a potem z powrotem poświeciliśmy na drzwi. Bouvier poświecił na zamek. Był zardzewiały, ale nie w takim stopniu, by nie móc go zniszczyć.
-Kłódka – wyszeptałam – No tak, powinniśmy się domyślić, że właściciele będą zamykać swoje piwnice.
-Potrzymaj latarkę – powiedział Pierre, oddając mi urządzenie i zdejmując plecak – Poświeć mi – rozkazał, grzebiąc w torbie. Nie zauważyłam, co on tam ma, ale słyszałam, jak czymś potrząsa  - Mam! – ucieszył się, wyciągając... drut. Z niemałym zdumieniem na twarzy obserwowałam, jak zaczyna grzebać w zamku, mamrocząc coś pod nosem. Po kilku minutach kłódka puściła z cichym szczękiem i zadowolony z siebie brunet otworzył przede mną drzwi. Zaczęłam świecić po pomieszczeniu. Już chciałam wchodzić do środka, ale Pierre jeszcze mnie powstrzymał.
-Załóż to – podał mi gumowe rękawiczki – Zawsze to bezpieczniej. I masz drugą latarkę. Miała być na czarną godzinę, ale tak chyba będzie wygodniej.
Wzięłam podarki i bez większych ceregieli zapaliłam latarkę. Włożyłam ją między kolana i trochę na ślepo naciągnęłam na ręce rękawiczki. Później poświeciłam orientacyjnie, w celu określenia wielkości pomieszczenia . Wślizgnęłam się do środka i podeszłam do jakichś półek, by zobaczyć, co na nich leży. Nie było tam nic oprócz słoików z przetworami. Obok segmentu, w kącie stała jakaś kupa niepotrzebnych nikomu rupieci. Zwykła piwnica. Nic nie wskazywało na to, że Dave miał cokolwiek wspólnego z tym miejscem.
-Tutaj nic nie ma – powiedziałam do bruneta – Idziemy. Może dalej coś znajdziemy.
Pierre również chętnie pokiwał głową i oboje wyszliśmy. Następne przeszukiwane przez nas piwnice były podobne do tej pierwszej. Właściwie w każdej widzieliśmy to, co powinniśmy widzieć. Jakieś słoiki bądź narzędzia, albo ewentualnie węgiel. Często trafiały się tez jakieś śmieci takie jak zepsuty rower, z którego raczej nikt już nie skorzysta czy podstarzała kanapa. Powoli to wszystko zaczynało przypominać walkę z wiatrakami, nudna syzyfową pracę. A ja zaczynałam wątpić w to, że znajdziemy tutaj jakikolwiek ślad.
-Bez sensu! – jęknęłam, znowu trafiając blaskiem latarki na kolejne pieprzone ogórki w słoikach. Nawet nie miałam ochoty wchodzić do środka i oglądać tego miejsca – To nas nigdzie nie doprowadzi!
-Ja wiem, Kate, że... – Pierre urwał w pół słowa. Nagle ujrzałam jego twarz, choć moja latarka wciąż oświetlała wnętrze spiżarni. W ciągu ułamka sekundy zrozumiałam, co się dzieje. Ktoś po prostu zapalił światło. Spojrzeliśmy z Bouvierem po sobie a potem rozejrzeliśmy się uważnie. Nie mieliśmy żadnej drogi ucieczki. Słyszeliśmy głośne, coraz głośniejsze kroki oraz rozmowy. Zbliżali się w naszą stronę, a my nie wiedzieliśmy, co robić. Strach wypełnił nie tylko moje serce, ale także serce Pierre’a. Brunet chwycił mnie za rękę i przyciągnął do ściany. Słyszałam jego nerwowy i nierówny oddech.
-Pie, to... – nie zdążyłam dokończyć – on przyłożył mi dłoń do ust, nie chcąc, bym wydawała z siebie jakiekolwiek dźwięki. Potem zamknął oczy, nasłuchując uważnie. Było ich przynajmniej czworo. Całą rozmowę zagłuszały kroki, dlatego niewiele słów zrozumieliśmy. Czasami ich głosy się oddalały. Domyśliłam się, że sprawdzają inne piwnice, które zwiedziliśmy. Byłam, pewna, że zajrzą także tutaj. Poczułam, jak pot oblewa mi twarz. Nie mieliśmy żadnych szans ucieczki. Uratować nas mógł jedynie cud.
Słyszeliśmy zbliżające się kroki i rozmowę.
-Wiesz, lepiej sprawdzić od razu naszą piwnicę. Tam przecież jeszcze zostały ślady. Jakby ktoś to zauważył, ostro byśmy oberwali. Jeśli w ogóle ktoś tu jest.
-Są tutaj! Przecież słyszałem, widziałem światło!
-Oczywiście, oczywiście...
-Nie wierzysz mi?
-Wierzę, wierzę...
-Oni naprawdę tu byli! Widziałem! Gdzieś się ukryli!
-Zamknij się lepiej!
Drzwi zaskrzypiały głośno, otwierając się i wpuszczając do piwnicy trochę światła. Zacisnęłam mocno kciuki. Nie wierzyłam w to, że może nam się udać. Gdyby oni tylko weszli do środka, tylko trochę się rozejrzeli, byłoby po nas. Ale nie weszli. Przelecieli tylko pobieżnie latarką i wyszli, zamykając za sobą drzwi. Oboje jeszcze przez chwilę nie poruszaliśmy się, bojąc się, że oni mogą wrócić, a potem, dosłownie w tym samym momencie odetchnęliśmy z ulgą. Przez jakiś czas czekaliśmy, aż oni obejdą wszystkie piwnice i znikną stąd. W międzyczasie postanowiliśmy, że nie odpuścimy i będziemy kontynuować poszukiwania. Zadrżałam, gdy jeden z nich powiedział coś o śladach. Modliłam się, by nie chodziło tu o Dave’a.
-Musimy być ostrożni – wyszeptał Pierre, gdy zobaczyliśmy, ze światło gaśnie – Oni mogą się tu zjawić w ciągu pięciu sekund – dla bezpieczeństwa wychylił głowę znad drzwi i ostrożnie się rozejrzał, oświetlając korytarz – Dobra, droga wolna – wyślizgnął się, a ja ruszyłam tuż za nim. Znowu zaczęło się nudne przeszukiwanie piwnic, tym razem jednak staraliśmy się robić to jeszcze bardziej dokładnie i ostrożnie, by nie ominąć żadnego szczegółu. Bo tutaj wszystko mogło być śladem.
Ale właściwie nie musieliśmy. Ta piwnica różniła się od reszty. Była zupełnie pusta. Oprócz półki, na której leżały dwie przewrócone butelki po winie i nóż. Od razu domyśliłam się, że to o tym miejscu mówili tamci mężczyźni. Moje serce zabiło szybciej, gdy oświetliłam ścianę. Czerwona plama ozdabiała brudną ścianę, czyniąc to miejsce jeszcze bardziej mrocznym. Przełknęłam głośno ślinę i wślizgnęłam się do środka. Wzięłam głęboki wdech i przykucnęłam przed plamą.
-To może  być wino – usłyszałam szept Pierre’a stojącego tuz nade mną. Ale chyba nawet on sam nie wierzył w te słowa. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że to krew. Zastanawiałam się tylko, czyja. Bo jakoś nie mogłam uwierzyć, że Dave’a. Być może się oszukiwałam. Ale po prostu nie potrafiłam przyjąć do świadomości tego, że on mógł zostać aż tak mocno zraniony.
-Kate! – Pierre stał może z pół metra dalej, a mimo to jego krzyk wydawał mi się bardzo odległy. Odwróciłam się w jego stronę i zauważyłam, że zamarł, oświetlając fragment podłogi. Wyprostowałam się i powoli do niego podeszłam. Strach przeszył moje ciało. Dwie literki, S i P, w ogóle nie rzucały się w oczy. Chyba tylko Pierre, który wiedział, że powinien się spodziewać takiego znaku, mógł je dostrzec.
-T... To jeszcze nic nie znaczy... – próbowałam sobie wmówić – T... To mogą być... czyjeś inicjały...
-Przestań, Kate – brunet obrócił się na pięcie, chyba nie mógł na to patrzeć – Przyjmij tę gorzką pigułkę. Był tutaj. Był tutaj, a patrząc na podłogę, mogę śmiało twierdzić, że nie wyszedł stąd o własnych siłach.
Ja jeszcze przez chwilę wpatrywałam się w te literki, próbując strawić ciężkie słowa Bouvier’a. Potem znowu zaczęłam się rozglądać za innymi śladami, które mogłyby wykazać, że to nie on. Sprawdziłam piwnicę kilkukrotnie, niczego nie znalazłam. Tak samo jak Pierre.
-Chodźmy stąd – brunet po pewnym czasie pociągnął mnie za ramię – Mam złe przeczucia.
Pokiwałam głową na znak zgody. Szczerze mówiąc nie najlepiej czułam się w tej piwnicy. Coś zaczęło mnie lekko dusić. Być może odzywał się brak tlenu, a być może... nadmiar złych wiadomości. Ruszyłam za Pierre’em, właściwie po ciemku, bo zapomniałam o swojej latarce. Czekałam, aż brunet zamknie kłódkę swoim drutem i w końcu stąd wyjdziemy. Miałam już serdecznie dość tego bloku i tych piwnic.
Wtedy to słabe światło zapaliło się po raz drugi. Znowu usłyszeliśmy kroki. Tym razem oni biegli w naszym kierunku. Chyba już wiedzieli, po co tu przyszliśmy. Brunet przeklął cicho pod nosem i pociągnął mnie za ramię, pozostawiając niedomknięta kłódkę. Nim zdążyłam trzeźwo pomyśleć, już za nim biegłam. Właściwie to nie miało żadnego sensu, nie wiedziałam, o co brunetowi chodzi. Z każdym kolejnym krokiem zbliżaliśmy się do nich. Po pewnym czasie Pierre zatrzymał się i nerwowo zaczął grzebać w zamku. Byli coraz bliżej i ja to słyszałam. Wkurzony Bouvier nie mógł sobie poradzić, a ja drżałam ze strachu, modląc się, by mu się udało.
Dosłownie w ostatniej chwili kłódka szczęknęła cicho i drzwi się otworzyły. Z ogromną ulgą w sercu wpakowałam się do środka. Stanęliśmy tak jak ostatnio, choć wiedzieliśmy, że oni nawet nie zwrócą uwagi na naszą piwnicę. Zaczęłam głęboko oddychać, chcąc wykorzystać ten moment na odrobinę przerwy. Pierre ocierał sobie pot z twarzy chusteczką. Słyszeliśmy, jak przebiegają obok nas. Krzyczeli coś do siebie, ale nic nie zrozumieliśmy. Zresztą w ogóle nas to nie obchodziło.  
-Chodź, idziemy – odezwał się brunet, nadal nasłuchując uważnie. Otworzył przede mną drzwi – Biegnij. Ja cały czas będę za tobą. Pokiwałam głową, zmieniając chód na bieg. Każdy mój krok odbijał się echem od ścian. On przez cały czas był tuż koło mnie. Czułam, jak serducho głośno mi wali. Ale dobrze wiedziałam, że przerwa może nam tylko przeszkodzić. Dlatego nie zatrzymywałam się, chociaż zmęczenie dawało mi się we znaki.
-Usłyszeli nas! – wrzasnął ostrzegawczo Pierre – Są za nami! Leć dalej, ja ich zatrzymam!
Odwróciłam się, patrząc na bruneta jak na ufo. On pewnie pokiwał głową, zatrzymał się i znowu zaczął grzebać w plecaku.
-Pierre... – chciałam wybić mu z głowy ten pomysł, ale on nawet nie dał mi dojść do słowa.
-Uciekaj! – warknął – Ja dam sobie radę!
Zdążyłam poznać go już bardzo dobrze, dlatego wiedziałam, że nigdy nie zdołam go przekonać. A nie mogliśmy marnować czasu. Dlatego się rozdzieliliśmy. Zresztą oboje byliśmy pewni, że za chwilę się spotkamy. Żadne z nas nie spodziewało się jeszcze jakiegoś niebezpieczeństwa czy ataku z ich strony. Właściwie to ja już zaczynałam cieszyć się, że wyszliśmy z tego cało. Bo nie wierzyłam w to, by Pierre sobie nie poradził. Bo jeśli on miał jakiś plan, to nie mogło to po prostu nie wypalić.
Zauważywszy schody, zwolniłam. Obejrzałam się za siebie, ale Bouviera jeszcze nie było. Co gorsza nie słyszałam także jego kroków. Przełknęłam cicho ślinę i z powrotem obróciłam głowę. Wtedy dotarło do mnie, że wpadłam w pułapkę. Zaczęłam się cofać na drżących nogach. Wiedziałam, że ucieczka nie ma żadnego sensu. Tak jak i upór. Liczyć mogłam tylko na pomoc kumpla, ale wątpiłam, by teraz miał czas, by mnie ratować, wątpiłam, by zdążył wrócić. Jeden z nich zbliżał się do mnie z kpiącym uśmieszkiem. Zaczęłam wrzeszczeć do niego, że ma się zatrzymać, groziłam mu, chociaż oboje wiedzieliśmy, że żadne z tych słów nie będzie prawdziwe. On po chwili chyba już miał dość mojego głosu, bo zanim zdążyłam chociażby mrugnąć powieką, już stał przede mną. Dopiero wtedy, wpatrując się w jego zimne, bezbarwne oczy, strach ogarnął moje serce. Chciałam ponownie krzyknąć, on musiał to zauważyć. Chwycił mnie za gardło i przygwoździł do ściany. Pod moimi powiekami pojawiły się łzy. Ból był jeszcze silniejszy niż sobie wyobrażałam. Próbowałam jęknąć, z moich ust wydobyło się jedynie niemiłe charczenie. Cały obraz powoli mi się rozmazywał. Kątem oka zauważyłam, jak zbliża się do mnie ten drugi, z czymś podejrzanym w ręku. Próbowałam się wyszarpać, czy choćby wierzgać, by utrudnić im robotę. Nagle poczułam ukłucie w prawym ramieniu. Ostatnimi siłami próbowałam jeszcze im przeszkodzić. Potem straciłam kontrolę nad własnym ciałem. Nic nie czułam, nie mogłam się poruszyć. Jedynie oczy wciąż mi jeszcze latały, szukając odpowiedzi na pytanie: co oni chcieli mi zrobić? Rozmawiali między sobą, ale głowa bolała mnie tak bardzo, że nie mogłam skupić się na ich słowach. Nim zdążyłam zorientować się, co tak właściwie się dzieje, oni już pakowali mnie do czarnego worka. Z całej podróży zapamiętałam naprawdę niewiele. Tylko jakieś szumy i głosy, odbijanie się między ścianami i przemożną chęć zamknięcia oczu oraz zaśnięcia. W końcu nie wytrzymałam już tego usypiającego braku tlenu i mimowolnie zamknęłam oczy.

poniedziałek, 2 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART V


Udało mi się zamknąć oczy dopiero o świcie, co i tak było cudem, zważając na okoliczności. A i tak przespałam tylko ze 4 godziny, nie dłużej. Kiedy wstałam, oni jeszcze spali. Przegryzłam coś na sucho, ubrałam jakieś stare ciuchy, które jeszcze na mnie pasowały i po napisaniu krótkiej kartki o tym, gdzie zaginęłam, wyszłam z domu w stronę mieszkania Pierre’a.
-Kate? – zaskoczony i równie niewyspany jak ja brunet pojawił się w drzwiach dopiero, gdy zadzwoniłam po raz trzeci – Co ty tu robisz?
-Przepraszam, nie mogłam już wytrzymać w domu. Mogę wejść?
-Pewnie – Bouvier cofnął się i gestem zaprosił mnie do środka. Weszłam zaciekawiona, rozglądając się po jego mieszkaniu. Domyśliłam się, ze rządził tu sam. Chyba nikt inny nie wytrzymałby długo w takim bałaganie. Nawet ja, kiedy bywałam młodsza.
-Przepraszam, Kate, teraz nie mam głowy do sprzątania. Wierz mi lub nie, ale zwykle jest tu o wiele czyściej  - tłumaczył się brunet, jakby odpowiadając na moje myśli – Wejdź do kuchni. Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty?
-Kawy, jeśli mogłabym poprosić – usiadłam przy nieco poplamionym stole. Pierre włączył czajnik, z samej góry naczyń przeznaczonych zapewne do zmywania wyciągnął dwa kubki i dwie łyżeczki i popłukał je. Następnie z zapełnionego różnymi przyprawami i pozostałościami po wyrobach z paczki blatu wyczarował skądś kawę i położył na stole wraz z naczyniami i sztućcami.
-Może coś zjesz? – zapytał półprzytomnie – Właśnie miałem zrobić sobie śniadanie...
-Nie, dzięki – odparłam, wsypując jedną łyżeczkę kawy do kubka i mieszając, Bóg wie, po co. Brunet wzruszył ramionami, wziął jakąś wysuszoną kromkę chleba i nałożył na nią plaster sera żółtego. Chciał ugryźć tę jakże bogatą kanapkę, ale zdążyłam w porę oprzytomnieć.
-Pierre, ten ser jest spleśniały  - powiedziałam, wskazując palcem na jego śniadanie. Brunet spojrzał na nie, wyrzucił ser do kosza, a z lodówki wyciągnął następny plaster. Obejrzał go dokładnie i po raz drugi położył na chleb.
-Nie powinieneś jeść sera, jeśli choć jeden plaster był spleśniały – pouczyłam go, jednak on tylko wzruszył ramionami i nie zważając na moje słowa, ugryzł kanapkę. Potem przypomniał sobie o naszych kawach i ruszył w stronę czajnika.
-Ile godzin przespałeś? – zapytałam, patrząc, jak woda wypełnia wnętrze mojego kubka, barwiąc się na czerń.
-Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedział Bouvier, tym razem wlewając wodę do swojej szklanki – Może ze dwie godziny... A ty?
-Coś koło czterech. Pierre, nie obudziłam cię, prawda? – przestraszyłam się.
-Nie, spokojnie. Nie spałem już. Co prawda próbowałem zasnąć, ale wątpię, by coś z tego wyszło – brunet zajrzał do lodówki. Przez chwilę czegoś szukał a potem z wyraźną rezygnacją zamknął ją, nie znajdując tego czegoś. Dopiero po chwili zauważyłam, że sięga po mleko w kartonie. Powąchał je i skrzywił się z niesmakiem.
-Chciałem dać ci mleko, no ale chyba sobie podaruję. Nie chcę cię zatruć.
-Obejdzie się bez – wymamrotałam, upijając łyk ze swego kubka. Pierre nadal mieszał w swojej szklance, mimo że kawa już dawno zdążyła się rozpuścić.
-Kate, ja już dłużej tego nie wytrzymam – jęknął w pewnym momencie – Nie wytrzymam. Nie ma go tylko przez kilka dni, a ja już nie mogę. Brakuje mi jakiejś cząstki mojego życia, Jakiejś, cholera – prychnął – Brakuje mi cząstki mojego serca, jednej z czterech. Musimy go odnaleźć, Kate. Musimy, bo inaczej zwariuję nie tylko ja, ale i cały zespół. My potrzebujemy basisty, potrzebujemy Dave’a!
-Przecież go znajdziemy – poklepałam bruneta po plecach, usiłując jakoś go pocieszyć, ale to chyba w ogóle nie pomogło.
-A jeśli nie? – zapytał wątpliwie – A jeśli go nie znajdziemy? Albo... Albo znajdziemy go za późno?
-Przestań, Pie! – warknęłam – Nie pozwalam nawet tobie tak myśleć! Wszystko skończy się szczęśliwie! Pie, musimy w to wierzyć! Jeśli zniknie nadzieja, to równie dobrze i poszukiwania Dave’a nie będą miały sensu. A tego chyba żadne z nas by nie chciało.
-Ale...
-Skończmy ten temat, Pie. Lepiej powiedz mi, co u was słychać, bo nawet nie mieliśmy czasu, żeby spokojnie porozmawiać.
Brunet przez moment miał taką minę, jakby chciał kontynuować rozmowę o Dave’ie, ale wzruszył ramionami i dał sobie spokój. Potem zaczął opowiadać o nagrywaniu pierwszej płyty i wtedy trochę się rozchmurzył.
W trakcie naszej rozmowy zjawili się Chuck, Jeff i Seb. Pierre nie zwracał na to uwagi, mówił dalej. Zatopił się w innym świecie, w świecie wspomnień. To musiało mu pomagać. I nie tylko jemu, ale także reszcie Simple Plan. Wszyscy potrzebowali powrotu do przeszłości, by ponownie uwierzyć we własne siły i wyczuć tę chęć do działania.
Z prawie dwugodzinnym opóźnieniem dotarliśmy pod ten blok. Wszyscy wiedzieliśmy, do czego zostaliśmy wyznaczeni. Chuck i Jeff mieli wypytać rodziców Dave’a o przeszłość, Seb przeszukać strych i dach, a ja z Pierre’em piwnicę. Na miejsce dojechaliśmy na motorach, ja jechałam z Seb’em. Ze strachem rozglądałam się po ubogiej okolicy. Wtedy, pięć lat temu, tego strachu nie było. Wtedy czułam się bezpiecznie. Teraz, mimo obecności przyjaciół, to coś leżało mi na sercu. Starałam się czujnie obserwować twarze ludzi, których mijaliśmy. Każda wydawała mi się podejrzana, zwłaszcza na tle tych brudnych zaniedbanych ścian.
-Chłopaki... – głos Pierre’a drżał, nie wiadomo, czy ze strachu czy z podniecenia – Chłopaki, czy wy też macie wrażenie, że znacie tamtych? – prawie niedostrzegalnie wskazał głową na jakichś ludzi, siedzących na ławkach przy blokach. Seb zeskoczył z motoru i wyciągnął dłoń w moją stronę. Chwyciłam ją i także zeskoczyłam, zerkając ukradkiem na tamtych.
-Ja ich nie znam – błękitnooki zdjął kask ze swojej głowy i pomógł mi pozbyć się mojego.
-A ja na pewno ich gdzieś widziałem – upierał się brunet.
-Wydaje ci się – powiedział Chuck, idąc w kierunku drzwi bloku. Ruszyliśmy za nim, wiedząc, że nie mamy zbyt wiele czasu. Smród alkoholu przyprawił mnie o mdłości. Zakręciło mi się w głowie, ale zdołałam utrzymać równowagę. Wiedziałam, że muszę się przyzwyczaić, bo nasza wizyta w tym bloku szybko się nie skończy.
-Dobra, bierzemy się do roboty – Seb zatarł dłonie – wszyscy wszystko wiedzą? Wszyscy wszystko mają? – nikt się nie odezwał, co błękitnooki uznał za odpowiedź potwierdzającą – To idziemy.
Seb, Chuck i Jeff zaczęli wspinać się po schodach, a ja z Pierre’em zeszliśmy na dół. Oboje milczeliśmy, nasłuchując uważnie. W końcu nie potrzebowaliśmy towarzystwa osób trzecich. Także czujnie się rozglądaliśmy. Szliśmy brudnymi korytarzami, mijając jakieś drzwi. Nie wiedzieliśmy, które prowadzą do piwnicy, więc kontynuowaliśmy wędrówkę, oczekując, że gdy ujrzymy te właściwe, to od razu domyślimy się, że to te. W końcu dotarliśmy do najstarszych i najbardziej zaniedbanych drzwi, które dotąd widzieliśmy. Jakiś kilkuletni dzieciak chciał zapewne popisać się nowo nabytą umiejętnością pisania literek i krzywo napisał czarnym flamastrem wyraz: piwnica. Pie oparł dłoń o klamkę i spojrzał na mnie. Zdecydowanie pokiwałam głową. Brunet nacisnął na klamkę. Drzwi zaskrzypiały, co przyprawiło mnie o dreszcze. W środku nie widzieliśmy nic oprócz ciemności.
-Czekaj, zapalimy światło – wymamrotałam, rozglądając się za włącznikiem. Jednak Bouvier zatrzymał mnie dłonią, a ze swojego plecaka, którego wcześniej nie zauważyłam, wyszperał latarkę 
-tak będzie bezpieczniej – wyjaśnił, zapalając ją i z ciekawością zaglądając do środka – Chcesz iść pierwsza? – zapytał, odwracając głowę w moją stronę. Zaprzeczyłam żwawo, a on wzruszył ramionami – Więc uważaj pod nogi.