środa, 11 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART VII


Otwarcie oczu wcale nie poprawiło mi samopoczucia. Głowa jeszcze bardziej pękała mi z bólu niż poprzednio. Przestałam myśleć o czymkolwiek innym. Nie zastanawiałam się, gdzie jestem, co ja tu robię. Teraz w ogóle mnie to nie obchodziło. Pragnęłam tylko, by ten cholerny ból zniknął. Nie zwracałam uwagi nawet na to, co widziałam, choć właściwie to niewiele widziałam.
Nagle ktoś położył mi coś zimnego na czoło. Przez cudowną chwilę przestałam czuć ból. Wtedy, przez ułamek sekundy widziałam tę osobę. Była pokiereszowana tak bardzo, że zastanawiałam się, czy ona w ogóle jeszcze żyje. Ale żył, bo widziałam jego ruchy. Zresztą ja nie miałam czasu nad tym myśleć. Łeb znowu zaczynał mi doskwierać.
-Ale masz kaca! – usłyszałam jego śmiech i w tym momencie cały obraz mi się wyostrzył – Za dużo alkoholu, Kate – ujrzałam jego twarz. Uśmiech trochę ją przyozdobił, ale i tak nie wyglądała najlepiej. Przez chwilę jeszcze się wahałam, ale to musiał być on. Poznałam po oczach, bo właśnie to nadal było w nim „Dave’owe”. Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam wydobyć głosu z gardła. Nie wiedziałam, dlaczego.
-Tobie też wstrzyknęli to coś paraliżującego? – zapytał, odsuwając dłoń od mojego czoła i pokracznie siadając na podłodze – No tak, to jeszcze przez parę godzin będzie działało.
On przez cały czas o czymś mi opowiadał, ale ja nawet nie próbowałam go słuchać. I  tak wiedziałam, że mój mózg nie byłby w stanie tego analizować. Wpatrywałam się w jego wychudzone, zakrwawione ciało. Z jednej strony cieszył się, że nie jest sam, ale z drugiej wyraźnie cierpiał. Spuchnięta warga, lima pod oczami i takie dziwne strupy na pół twarzy. Nawet jego głos stracił coś ze swojej barwy. Jakby... Jakby zmęczenie zdzierało z niego ostatnie resztki życia, jakie mu pozostały. To nie był Dave, to nie mógł być Dave.
Z czasem powoli zaczynałam odzyskiwać czucie. Na początku jeszcze miałam małe trudności z wypowiadaniem się, ale także i to zaczęło się prostować. Opowiedziałam mu o tym, jak znalazłam się w Montrealu. Zauważyłam w jego oczach łzy, choć próbował je ukryć. Musiał wzruszyć się postawą swoich przyjaciół.
-Kate, ja nie mogę pozwolić, żebyś tu została. Wpadłaś w niezłe bagno, którego i tak nie zrozumiesz. Musisz jakoś stąd uciec. Tylko jasna cholera, jak to zrobić, żeby oni nic nie zauważyli... – czarnowłosy rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby w tym chciał znaleźć odpowiedź – Po co ty w ogóle tu przyjeżdżałaś? Tam siedziałabyś bezpiecznie na tyłku... – mamrotał wyraźnie niezadowolony.
-No jak to po co? – wybuchłam – Dla ciebie! Myślisz, że ja mogłabym spokojnie wysiedzieć w domu z myślą, że ty możesz nie żyć?!
-O! Przypomniałaś sobie o mnie! Po pięciu latach! Naprawdę bardzo mi miło, że w końcu postanowiłaś mnie odwiedzić, tylko szkoda, że akurat teraz, bo jak widzisz, nie mogę postawić ci herbatki!
-Dlaczego na mnie krzyczysz? – zapytałam, czując łzy pod powiekami. Wtedy po raz pierwszy zaczęłam żałować, że wróciłam do Montrealu. Zrozumiałam, że on się zmienił. Zrozumiałam, jaki teraz jest naprawdę. Inny niż go zapamiętałam.
-Dlaczego? Już tobie tłumaczę! Uciekasz sobie ot tak z naszego balu, zostawiasz mnie na środku samego, bez słowa wyjaśnienia, a potem znikasz bez śladu! I zjawiasz się teraz, po pięciu latach! Czy ty w ogóle myślałaś o moich uczuciach?! Przez rok próbowałem zapomnieć, nie mogłem się podnieść! Powinnaś podziękować chłopakom za to, że ja w ogóle jeszcze żyję, bo tylko oni umieli do mnie dotrzeć!
-A myślisz, że ja czułam się inaczej? – warknęłam – Przez te wszystkie lata próbowałam wyrzucić wspomnienia z głowy! Ale oczywiście wszyscy mieli to gdzieś, bo myśleli, że jak wyjechała, to wszystko jej się układa! A to nieprawda! Ja cierpiałam jeszcze bardziej niż ty! Jakbyś ty się poczuł, jakbym ja założyła się o to, że przelecę cię w noc balu maturalnego?!
-Ja potraktowałbym to jak szczeniacką zabawę dwóch debilów! Bo na początku to była tylko zabawa! Ale ja naprawdę się w tobie zakochałem! Tylko nie potrafiłem ci tego powiedzieć głośno! I wiesz co? Ja nawet zdążyłem pogodzić się z tym, że już więcej cię nie spotkam! A ty się zjawiasz jak gdyby nigdy nic! Niszczysz barierę, którą usiłowałem przez lata wybudować!  I jakie masz plany? Co znowu uciekniesz?! Zostawisz mnie i sobie pojedziesz?!
-Przyjechałam specjalnie do ciebie z Vancouver. Chciałam odnaleźć ciebie i powiedzieć coś bardzo ważnego, ale widzę, że to nie ma żadnego sensu. Pod pewnymi względami w ogóle się nie zmieniłeś, Davidzie Desrosiersie! Nadal jesteś tym samym pieprzonym egoistą!
-Ja jestem egoistą – prychnął – Ja... to może poobserwuj siebie dla odmiany!
Zapadła głęboka cisza. Wpatrywałam się w czarnowłosego, usiłując zobaczyć w nim zadziornego blondyna sprzed pięciu lat. Nie znalazłam go. To nie był ten sam Dave. Zmienił się. Gdzieś po drodze zgubił kilka cech, które czyniły z niego Desrosiersa. Nie mogłam pojąć, co się z nim stało. Siedzi przede mną ze złością w oczach i zachowuje się jak mięśniak, który ma mało oleju w głowie. Szczerze mówiąc przyjechałam tutaj z nadzieją, że uda nam się zapomnieć o przeszłości, że spróbujemy zacząć od nowa. Ale najwyraźniej on już skreślił naszą przyjaźń i to uczucie, które nas wiązało.
Nagle przypomniałam sobie o tym porcelanowym serduszku, które znalazłam na swojej komodzie. I pomyślałam sobie o tym, jak wiele odwagi musiało to od niego wymagać, jak wielkim uczuciem musiał mnie darzyć. Przecież ono nie mogło ot tak zniknąć, rozpłynąć się. Jego serce nie mogło o tym zapomnieć. Musiała pozostać w głębi duszy choć niewielka cząstka tego wszystkiego. Tylko bardzo głęboko zakopana. Ale w końcu ktoś musi wziąć do rąk łopaty. A raczej wspomnienia.
-Dave – wyszeptałam. Zauważyłam, że niechętnie odwraca głowę w moją stronę – Dave, pamiętasz porcelanowe serduszko? – zapytałam. On wlepił wzrok w podłogę. Pamiętał, widziałam to po jego twarzy. Przez moment milczałam, a potem kontynuowałam – Dave, proszę cię, ono nie może pęknąć. Musi nadal bić.
-Co masz na myśli? – zapytał łagodnie i ostrożnie, co trochę mnie zaskoczyło.
-To, żebyśmy nie wracali do przeszłości i wspominali tylko te szczęśliwe czasy. Oboje popełnialiśmy błędy, ale czasu nie cofniemy. Teraz możemy walczyć tylko o to, by nasza przyjaźń jednak przetrwała, a nie zamieniła się w gówno. Zbyt wiele razem osiągnęliśmy, by teraz to wszystko zaprzepaścić..
Wyciągnęłam dłoń w jego stronę. Serce biło mi jak szalone, teraz wszystko zależało od niego. Widziałam, jak przełyka nerwowo ślinę. Walczył sam ze sobą. Chciał ją uścisnąć, ale coś go powstrzymywało. Nadal.  
-I’m sorry – zaczęłam śpiewać z nadzieją w głosie – I can’t be prefect... – dokończyliśmy razem na dwa głosy. To jedno zdanie przeważyło szalę. Teraz już bez wahania ścisnął moja dłoń. Uśmiechnęliśmy się do siebie, ale w jego uśmiechu czegoś mi zabrakło. Cofnęłam dłoń jak poparzona.
-ty tego nie chcesz – wyszeptałam – Ty nie chcesz naszej przyjaźni...
-Nie. Tak. Znaczy... to nie jest takie proste – westchnął, spuszczając głowę.
-Co nie jest takie proste? – zapytałam, zaciskając pięści.
-Nie możemy wrócić do przyjaźni. Po prostu nie możemy.
-Ale wytłumacz mi, dlaczego!
-Bo... bo ja nie chcę, żebyś cierpiała...
Czekałam na dalszy ciąg jego wypowiedzi, ale się nie doczekałam. Więc znowu pogoniłam go pytaniem.
-W jaki sposób miałabym cierpieć? David, do jasnej cholery, wytłumacz mi, o co w tym wszystkim chodzi!
-Nieważne – odparł wymijająco – Lepiej wymyślmy, jak ciebie stąd wydostać. Mamy mało czasu, trzeba to zrobić szybko i dokładnie, żebyś mogła spokojnie się oddalić od  tego miejsca...
-Żebyśmy mogli – poprawiłam go automatycznie, nadal zastanawiając się nad poprzednim tematem naszej rozmowy.
-Żebyś mogła.
-Żebyśmy mogli – powtórzyłam uparcie.
-Żebyś mogła, Kate. Ja stąd nie mogę uciec – powiedział niecierpliwie – Zaraz przyjdą, więc lepiej...
-Jak to nie możesz?! – zapytałam zdenerwowana. Dopiero teraz zrozumiałam, że on pragnie, bym tylko ja była bezpieczna. W ogóle nie myślał o sobie.
-Kate, to jest bardziej skomplikowane niż tobie się wydaje. Moja ucieczka jest zbędna.
-Dlaczego zbędna? – dopytywałam się dalej, teraz już wkurzona na niego, że odpowiada półsłówkami i niejasno.
-Bo oni i tak mnie znajdą. Nienawidzą mnie. To nie ma sensu. Zresztą o czym my mówimy! Ja nie dałbym rady przejść o własnych siłach nawet stu metrów.
-Ale... W takim razie co się z tobą stanie? – wpatrywałam się w niego kamiennym wzrokiem, a on wlepił wzrok w podłogę – Co się z tobą stanie?! – powtórzyłam nerwowo, domyślając się, jaka będzie odpowiedź.
-Przecież wiesz, więc po co głupio się pytasz?! – wrzasnął. Byłam tak bardzo zaskoczona jego wybuchem, że otwierałam i zamykałam ciągle usta, nie wiedząc, co powiedzieć – Przepraszam – odezwał się po krótkiej ciszy trochę spokojniejszy – Przepraszam, nie powinienem podnosić głosu.
-Nie szkodzi – odparłam trochę jednak obrażona – Więc... Masz jakiś plan? – zapytałam, specjalnie omijając poprzedni temat. Bo po opryskliwej odpowiedzi Dave’a już wiedziałam, jak by brzmiała odpowiedź. Zabiją go. On umrze. A ja muszę szybko się stąd uwolnić, póki on jest jeszcze w stanie cokolwiek robić.
-Problem polega na tym, że nie mam żadnego – odparł zamyślony czarnowłosy. Patrzyłam na niego, a on na mnie. Niestety nie oświeciło nas. Przynajmniej dopóki nie wtargnęli oni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz