czwartek, 26 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART XI


Przez ułamek sekundy myślałam, że znalazłam się u siebie w domu, w swoim ciepłym, miękkim łóżku. A najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że Dave także tu leżał. Niestety ten niecodzienny obraz nie mógł byś prawdziwy. Rzeczywistość przydusiła wyobraźnię. Co prawda Dave tu był, ale wyglądał gorzej niż źle, gorzej niż ostatnio, kiedy go widziałam, a wtedy myślałam, że to jest niemożliwe. W moich oczach natychmiast pojawiły się łzy. Nawet się nie poruszał. Nie wiedziałam, czy on w ogóle żyje, czy może uznali, że ja jestem martwa i zrobili sobie trupiarnię. Chciałam do niego podejść, sprawdzić, czy oddycha, ale oni znowu sparaliżowali mnie tym swoim zastrzykiem. Więc leżałam, wpatrując się w sufit i czekając, aż ta trucizna przestanie działać. Modliłam się w duchu, by już wtedy nie było za późno. Nie mogłam skupić myśli na czymś innym przez ten cholerny ból głowy. I nawet oddychanie sprawiało mi trudność, bo gdy tylko wciągałam powietrze, moje gardło rozpoczynało bunt.
Oni czasami do mnie zaglądali, tym razem chyba się bali, że zwieję. Dotykali moich ud, chcąc zapewne sprawdzić, czy już odzyskałam czucie. W ogóle się nie odzywali, nie odpowiadali na moje pytania o Dave’a. Wchodzili i wychodzili. Tyle było z ich wizyt. Desrosiers w ogóle przestał ich interesować.
Kiedy wreszcie odzyskałam minimalne czucie w ciele tak, by móc się poruszać, a trwało to wiecznie, zaczęłam powoli pełznąć ku niemu. Wciąż głowa pękała mi z bólu, wciąż łzy spływały po mojej twarzy. A im bliżej byłam jego ciała, tym one były bardziej obfite. Miałam koszmarnie złe przeczucia. Po raz pierwszy w życiu nie mogłam pomyśleć pozytywnie, choć z reguły należałam do optymistów. Powoli zaczynałam odczuwać ból w różnych częściach ciała. Wczoraj też musiało mi się nieźle od nich oberwać. Starałam się to wszystko ignorować, ale niestety, nie potrafiłam, to było silniejsze. Mimo wszystko udało mi się dojść bezpiecznie do Dave’a. Od razu sprawdziłam, czy puls jest wyczuwalny. Moje serce oblała nieziemska ulga. Jest. Bardzo słaby, ale jest..
Wiedziałam, że nic właściwie nie mogłam zrobić. Tylko czekać i wierzyć, że jeszcze uda mu się trochę pooddychać. Sama nie miałam jakichkolwiek siły, by wykonać ruch. Pragnęłam, by wiedział, że czekam, pragnęłam, by wiedział, że musi wrócić, tutaj, do rzeczywistości, bo ja nadal tu jestem. Pragnęłam go pokochać. Otwarcie, bez żadnych przeszkód, bez żadnych barier, ceregieli. Pragnęłam powiedzieć mu to na głos, od serca, prawdziwie i szczerze.
Czekałam. Czekałam z nadzieją, błagając, by ten koszmar wreszcie się skończył. Nie kończył się. Każda kolejna minuta była jak zbliżający się morderca. Nie dostrzegało się jej, ale czuło się obecność. Miałam już dość. Jego dłoń robiła się coraz zimniejsza, ale puls wciąż wyczuwałam. Mnie samej siły nie chciały się regenerować. Wręcz przeciwnie, one jakby odpływały. Miałam niemiłe wrażenie, że Dave chce mnie wziąć tam ze sobą, że nie chce pójść tam sam. A ja wolałabym żyć. Żyć razem z nim.
Wtedy, gdy przeżywałam te wszystkie katusze, nie nazwałabym tej wizyty cudem. Zjawili się w trójkę, gdy już nie miałam sił, by otworzyć oczy. Ale usłyszałam ich rozmowy, ich wyraźne kroki, a oni wiedzieli, że ja nadal żyję. Zbliżali się. Nagle poczułam ostry ból w udzie. Jęknęłam głośno i automatycznie uniosłam powieki do góry. Na dwóch twarzach widziałam zadowolone uśmiechy, co chyba oznaczało, że przeszłam przez test. I tylko ta trzecia miała zupełnie inny wyraz. Malowało się na niej przerażenie. Tak, przerażenie, dobrze widziałam. Skądś znałam tę osobę, ale nie miałam pojęcia, skąd. Teraz wszystkie wydawały mi się takie same. Zresztą nie obchodziło mnie to. On należał do ich grupy. Czyli był zły. I to się liczyło.
Nie spodziewałam się, że zjawi się tu po raz drugi. Na początku trochę się przestraszyłam, że chce mi zrobić krzywdę. Ale kilka minut później zdecydowałam się mu zaufać. Zwłaszcza, że w reklamówce miał jedzenie. I mimo wahania  mój brzuch żądał napełnienia. Bałam się, że być może jest ono zatrute, ale z drugiej strony musiałam coś zjeść. Właściwie to nie miałam innego wyjścia. Czekała mnie albo śmierć z głodu albo zatrucie. Wybrałam to drugie. I na początku w ogóle nie zwróciłam uwagi na to, że się zbliża, że w ogóle coś mówi. Zareagowałam dopiero, gdy powiedział, że  nie mamy czasu.
-Nie mamy czasu na co? – zapytałam, wpychając kolejną kromkę chleba do gardła. On tylko westchnął, chyba trochę wkurzony, że go nie słuchałam.
-Na ucieczkę, Kate, na ucieczkę! Jeśli chcemy przeżyć, to musimy stąd jak najszybciej zwiać! Jak oni zauważą, że ich okradłem... – Alex przełknął głośno ślinę i zbladł – Pośpiesz się, Kate, nie ma czasu. Musisz nabrać sił i idziemy...
-Ale jak... Gdzie... – zastygłam z kromką chleba w dłoni, nie za bardzo wiedząc, co mam powiedzieć. W głowie miałam tyle pytań, że nie potrafiłam się zdecydować, które zadać pierwsze.
-Nie mamy czasu na tłumaczenia! – pospieszał mnie, rozglądając się nerwowo – Im wcześniej stąd wyjdziemy, tym lepiej dla nas.
-A... A Dave? – spojrzałam na nieprzytomnego czarnowłosego. Czułam jego ledwo bijące bicie serca mimo kilkumetrowego odstępu między nami.
-Co Dave? – zapytał zaskoczony, patrząc na mnie.
-No... co z nim zrobimy?
-Jak to co? Zostawimy go! Nie mamy innego wyjścia!
-Zostawimy? – zerwałam się – Chyba sobie żartujesz!
-Wierz mi lub nie, ale teraz nie mam nastroju do żartów. Niby jak mielibyśmy go stąd zabrać? Zresztą, Kate, spójrz prawdzie w oczy. On już jest trupem. Nawet jeśli jeszcze teraz żyje, to i tak nie wytrzyma zbyt długo. Nie zapomnij, że ten las ma jednak parę hektarów...
Dalej już go nie słuchałam. Odwróciłam się i powoli przeczołgałam się do czarnowłosego. Spojrzałam prosto w jego oczy. Miał je otwarte, co wcale nie oznaczało, że był przytomny. Słowa Alexa mnie zabolały. Po raz pierwszy zwątpiłam. Zwątpiłam w nasze wspólne życie, w nasz ślub, w nasze marzenia. Czy to możliwe, by on miał rację? Czy to możliwe, by on...
-Nie – zaprzeczyłam, odwracając się z powrotem do mężczyzny –Nie, on nadal walczy. Walczy i pokona ten ból. Tylko musi wiedzieć, że ma kogoś, kto wierzy. Nie mogę go opuścić. Przepraszam, po prostu nie mogę. Możesz uznać to za głupotę, ale jeśli on zostaje, to ja też.
Przez chwilę w pomieszczeniu rządziła cisza. Oboje milczeliśmy. Najwyraźniej on zastanawiał się, co ma dalej robić. Postawiłam przed nim wygórowany warunek, którego on nie mógł spełnić.
-Kate... Kochasz go? – wyszeptał bardzo cicho, ale ja to usłyszałam.
-Kocham – odpowiedziałam z dumą prawie natychmiast – Kocham go bardziej niż roślina kocha wodę. Kocham go i wciąż wierzę, że wszystko się może ułożyć.
-Dobrze. Weźmiemy go. Weźmiemy go tylko dlatego, że... Przypominasz mi swoją matkę i naszą miłość... – nic więcej nie powiedział, bo z cichym piskiem rzuciłam się na jego szyję. Czułam się jakbym miała ojca. Prawdziwego ojca, który mnie szanuje i rozumie moje decyzje.
-Dziękuję – wyszeptałam, przytulając się do niego.
-No już Kate... Naprawdę musimy się zbierać...

1 komentarz:

  1. świetny part, tak jak wszystkie w tym opowiadaniu :) Czekam z niecierpliwościa na następny.

    U mnie pierwsza notka :) Zapraszam
    http://splan.blog.pl

    OdpowiedzUsuń