Przez ułamek sekundy myślałam, że znalazłam się u siebie
w domu, w swoim ciepłym, miękkim łóżku. A najpiękniejsze w tym wszystkim było
to, że Dave także tu leżał. Niestety ten niecodzienny obraz nie mógł byś
prawdziwy. Rzeczywistość przydusiła wyobraźnię. Co prawda Dave tu był, ale
wyglądał gorzej niż źle, gorzej niż ostatnio, kiedy go widziałam, a wtedy
myślałam, że to jest niemożliwe. W moich oczach natychmiast pojawiły się łzy.
Nawet się nie poruszał. Nie wiedziałam, czy on w ogóle żyje, czy może uznali,
że ja jestem martwa i zrobili sobie trupiarnię. Chciałam do niego podejść,
sprawdzić, czy oddycha, ale oni znowu sparaliżowali mnie tym swoim zastrzykiem.
Więc leżałam, wpatrując się w sufit i czekając, aż ta trucizna przestanie
działać. Modliłam się w duchu, by już wtedy nie było za późno. Nie mogłam
skupić myśli na czymś innym przez ten cholerny ból głowy. I nawet oddychanie
sprawiało mi trudność, bo gdy tylko wciągałam powietrze, moje gardło
rozpoczynało bunt.
Oni czasami do mnie zaglądali, tym razem chyba się bali,
że zwieję. Dotykali moich ud, chcąc zapewne sprawdzić, czy już odzyskałam
czucie. W ogóle się nie odzywali, nie odpowiadali na moje pytania o Dave’a.
Wchodzili i wychodzili. Tyle było z ich wizyt. Desrosiers w ogóle przestał ich
interesować.
Kiedy wreszcie odzyskałam minimalne czucie w ciele tak,
by móc się poruszać, a trwało to wiecznie, zaczęłam powoli pełznąć ku niemu.
Wciąż głowa pękała mi z bólu, wciąż łzy spływały po mojej twarzy. A im bliżej
byłam jego ciała, tym one były bardziej obfite. Miałam koszmarnie złe
przeczucia. Po raz pierwszy w życiu nie mogłam pomyśleć pozytywnie, choć z
reguły należałam do optymistów. Powoli zaczynałam odczuwać ból w różnych
częściach ciała. Wczoraj też musiało mi się nieźle od nich oberwać. Starałam
się to wszystko ignorować, ale niestety, nie potrafiłam, to było silniejsze.
Mimo wszystko udało mi się dojść bezpiecznie do Dave’a. Od razu sprawdziłam,
czy puls jest wyczuwalny. Moje serce oblała nieziemska ulga. Jest. Bardzo
słaby, ale jest..
Wiedziałam, że nic właściwie nie mogłam zrobić. Tylko
czekać i wierzyć, że jeszcze uda mu się trochę pooddychać. Sama nie miałam
jakichkolwiek siły, by wykonać ruch. Pragnęłam, by wiedział, że czekam,
pragnęłam, by wiedział, że musi wrócić, tutaj, do rzeczywistości, bo ja nadal
tu jestem. Pragnęłam go pokochać. Otwarcie, bez żadnych przeszkód, bez żadnych
barier, ceregieli. Pragnęłam powiedzieć mu to na głos, od serca, prawdziwie i
szczerze.
Czekałam. Czekałam z nadzieją, błagając, by ten koszmar
wreszcie się skończył. Nie kończył się. Każda kolejna minuta była jak
zbliżający się morderca. Nie dostrzegało się jej, ale czuło się obecność.
Miałam już dość. Jego dłoń robiła się coraz zimniejsza, ale puls wciąż
wyczuwałam. Mnie samej siły nie chciały się regenerować. Wręcz przeciwnie, one
jakby odpływały. Miałam niemiłe wrażenie, że Dave chce mnie wziąć tam ze sobą, że
nie chce pójść tam sam. A ja wolałabym żyć. Żyć razem z nim.
Wtedy, gdy przeżywałam te wszystkie katusze, nie
nazwałabym tej wizyty cudem. Zjawili się w trójkę, gdy już nie miałam sił, by
otworzyć oczy. Ale usłyszałam ich rozmowy, ich wyraźne kroki, a oni wiedzieli,
że ja nadal żyję. Zbliżali się. Nagle poczułam ostry ból w udzie. Jęknęłam
głośno i automatycznie uniosłam powieki do góry. Na dwóch twarzach widziałam
zadowolone uśmiechy, co chyba oznaczało, że przeszłam przez test. I tylko ta
trzecia miała zupełnie inny wyraz. Malowało się na niej przerażenie. Tak,
przerażenie, dobrze widziałam. Skądś znałam tę osobę, ale nie miałam pojęcia,
skąd. Teraz wszystkie wydawały mi się takie same. Zresztą nie obchodziło mnie
to. On należał do ich grupy. Czyli był zły. I to się liczyło.
Nie spodziewałam się, że zjawi się tu po raz drugi. Na
początku trochę się przestraszyłam, że chce mi zrobić krzywdę. Ale kilka minut
później zdecydowałam się mu zaufać. Zwłaszcza, że w reklamówce miał jedzenie. I
mimo wahania mój brzuch żądał
napełnienia. Bałam się, że być może jest ono zatrute, ale z drugiej strony
musiałam coś zjeść. Właściwie to nie miałam innego wyjścia. Czekała mnie albo
śmierć z głodu albo zatrucie. Wybrałam to drugie. I na początku w ogóle nie
zwróciłam uwagi na to, że się zbliża, że w ogóle coś mówi. Zareagowałam
dopiero, gdy powiedział, że nie mamy
czasu.
-Nie mamy czasu na co? – zapytałam, wpychając kolejną
kromkę chleba do gardła. On tylko westchnął, chyba trochę wkurzony, że go nie
słuchałam.
-Na ucieczkę, Kate, na ucieczkę! Jeśli chcemy przeżyć, to
musimy stąd jak najszybciej zwiać! Jak oni zauważą, że ich okradłem... – Alex
przełknął głośno ślinę i zbladł – Pośpiesz się, Kate, nie ma czasu. Musisz
nabrać sił i idziemy...
-Ale jak... Gdzie... – zastygłam z kromką chleba w dłoni,
nie za bardzo wiedząc, co mam powiedzieć. W głowie miałam tyle pytań, że nie
potrafiłam się zdecydować, które zadać pierwsze.
-Nie mamy czasu na tłumaczenia! – pospieszał mnie,
rozglądając się nerwowo – Im wcześniej stąd wyjdziemy, tym lepiej dla nas.
-A... A Dave? – spojrzałam na nieprzytomnego
czarnowłosego. Czułam jego ledwo bijące bicie serca mimo kilkumetrowego odstępu
między nami.
-Co Dave? – zapytał zaskoczony, patrząc na mnie.
-No... co z nim zrobimy?
-Jak to co? Zostawimy go! Nie mamy innego wyjścia!
-Zostawimy? – zerwałam się – Chyba sobie żartujesz!
-Wierz mi lub nie, ale teraz nie mam nastroju do żartów.
Niby jak mielibyśmy go stąd zabrać? Zresztą, Kate, spójrz prawdzie w oczy. On
już jest trupem. Nawet jeśli jeszcze teraz żyje, to i tak nie wytrzyma zbyt
długo. Nie zapomnij, że ten las ma jednak parę hektarów...
Dalej już go nie słuchałam. Odwróciłam się i powoli przeczołgałam
się do czarnowłosego. Spojrzałam prosto w jego oczy. Miał je otwarte, co wcale
nie oznaczało, że był przytomny. Słowa Alexa mnie zabolały. Po raz pierwszy
zwątpiłam. Zwątpiłam w nasze wspólne życie, w nasz ślub, w nasze marzenia. Czy
to możliwe, by on miał rację? Czy to możliwe, by on...
-Nie – zaprzeczyłam, odwracając się z powrotem do
mężczyzny –Nie, on nadal walczy. Walczy i pokona ten ból. Tylko musi wiedzieć,
że ma kogoś, kto wierzy. Nie mogę go opuścić. Przepraszam, po prostu nie mogę.
Możesz uznać to za głupotę, ale jeśli on zostaje, to ja też.
Przez chwilę w pomieszczeniu rządziła cisza. Oboje
milczeliśmy. Najwyraźniej on zastanawiał się, co ma dalej robić. Postawiłam
przed nim wygórowany warunek, którego on nie mógł spełnić.
-Kate... Kochasz go? – wyszeptał bardzo cicho, ale ja to
usłyszałam.
-Kocham – odpowiedziałam z dumą prawie natychmiast –
Kocham go bardziej niż roślina kocha wodę. Kocham go i wciąż wierzę, że
wszystko się może ułożyć.
-Dobrze. Weźmiemy go. Weźmiemy go tylko dlatego, że...
Przypominasz mi swoją matkę i naszą miłość... – nic więcej nie powiedział, bo z
cichym piskiem rzuciłam się na jego szyję. Czułam się jakbym miała ojca.
Prawdziwego ojca, który mnie szanuje i rozumie moje decyzje.
-Dziękuję – wyszeptałam, przytulając się do niego.
-No już Kate... Naprawdę musimy się zbierać...
świetny part, tak jak wszystkie w tym opowiadaniu :) Czekam z niecierpliwościa na następny.
OdpowiedzUsuńU mnie pierwsza notka :) Zapraszam
http://splan.blog.pl