wtorek, 31 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART XII


Powoli zaczynało świtać, a my nadal szliśmy bez chwili odpoczynku. Rzadko się do siebie odzywaliśmy, bo jakoś nie miałam odwagi go denerwować. On skupiał się bardziej na drodze niż na mnie. Sam dźwigał Dave’a na swoich rękach, choć ja już kilkakrotnie proponowałam mu pomoc. Wciąż twierdził, że jeszcze jestem zbyt słaba, a musimy pędzić. Mawiał często, że zna ten las jak łóżko mojej mamy, co w ogóle mnie nie bawiło. Ale rzeczywiście, patrząc na niego i jego ruchy, mogłam z łatwością stwierdzić, że te drzewa nie są mu obce.
-Nie prowadzi tutaj żadna normalna droga? – zapytałam, przedzierając się przez gąszcza wysokich pokrzyw.
-Nie – odparł, nawet nie odwracając głowy w moją stronę – I to właśnie jest w tym wszystkim najlepsze. Żeby się tu przedostać, trzeba przejść dobry kawał drogi. Chyba nikt nie wie o tamtym domu. Nikt nigdy nie sprawdził, czy ktoś zamieszkuje to miejsce. Po prostu nikomu nie chciało się tu wchodzić i nikt nie miał w tym żadnego interesu.
Zamilkł, odchylając jakąś gałąź, by zrobić sobie przejście. Zauważyłam, jak nadgarstkiem wyciera sobie pot z twarzy. On także musiał być zmęczony tą podróżą. I musiał być zmęczony obawą o własne życie. Podziwiałam go. Podziwiałam go za to, że odważył się zrobić coś takiego dla całkiem obcej osoby. Bo właściwie jestem dla niego obca. W ogóle mnie nie zna. Ale robi to dla mojej matki. Opowiadał mi, jak za mną płakała w domu. On nie wiedział, kto mnie porwał, ale odkrył to w jakiś sposób, o którym powiedział tylko tyle, że lepiej, bym o nim nie wiedziała. Cholernie mnie to ciekawiło. Nie wiedziałam, czy mogę mu wierzyć, ale czy miałam inne wyjście?
Nie wiem, jak długo szliśmy, ale siły opuściły mnie o wiele szybciej niż podczas pierwszej wędrówki do lasu, pewnie dlatego, że mój organizm już został wcześniej przez nich bardzo wyniszczony. Ledwo trzymałam się na nogach, ale nie chciałam narzekać. W końcu i tak powinnam być mu wdzięczna za to, że mnie prowadzi i jeszcze do tego niesie Dave’a. Postój mieliśmy tylko jeden, tak jakoś po południu. Ani ja, ani Alex nie mogliśmy już iść dalej. On zatrzymał się kilkanaście metrów przede mną, na straży. Ja napoiłam Dave’a, a potem sama coś zjadłam, obserwując z niepokojem pierś czarnowłosego. Unosiła się i opadała coraz głębiej jakby potrzebowała więcej powietrza do oddychania. Błagałam go w myślach, by wytrzymał jeszcze trochę.
Nasz odpoczynek nie trwał długo. Po kilku minutach Alex znów pojawił się obok mnie i zanim zdążyłam się obejrzeć, już brał Dave’a na plecy. Nie sprzeciwiałam się, zwłaszcza, gdy usłyszałam, że on ma wrażenie, że jesteśmy obserwowani. Więc ruszyliśmy w kolejną część naszej drogi. Ta okazała się być jeszcze bardziej męcząca niż poprzednia. Nie wypoczęłam do końca, a o kolejnej przerwie nie było mowy. I ja to rozumiałam, w końcu dobrze wiedziałam, że nie powinniśmy się zatrzymywać. W dodatku nie chcieliśmy marnować sił, więc w ogóle się do siebie nie zatrzymywaliśmy, co znacznie utrudniało nam wędrówkę.
W pewnym momencie usłyszałam za sobą podejrzany szum. Odwróciłam się żwawo i przeleciałam wzrokiem po drzewach. Wydawało mi się, że ktoś nas widział, że ktoś nas śledzi. Zatrzymałam się.
-Alex... – wymamrotałam ze strachem w głosie. On w ciągu sekundy znalazł się obok mnie, trochę wkurzony, że spowalniam nasz marsz.
-Co?
-Tam chyba ktoś był – wyszeptałam, nie mając odwagi wskazać palcem tego miejsca. On czujnie się rozejrzał, po czym przekazał mi Dave’a i kazał biec cały czas prosto. Więc rzuciłam się biegiem, choć wcale nie miałam na to sił. Nie mam pojęcia, skąd je wzięłam. Chyba strach mi ich dodał. Pędziłam między drzewami, uważając, by nie skrzywdzić ciała Dave’a. Modliłam się, bym teraz nie zemdlała. Przez jakiś czas słyszałam jego kroki, cały czas biegł za mną. Potem już przestałam się na tym skupiać. Serce podeszło mi do gardła. Czułam, jak pot spływa mi po twarzy jeszcze bardziej obficie niż            dotychczas. Było mi zimno, choć teoretycznie powinnam się rozgrzać. Miałam wrażenie, że płuca rozrywają mi się na kilka części. Wciąż wmawiałam sobie, że to już końcówka, że jeszcze tylko kilka metrów. Ale wciąż biegłam. I wciąż chciałam się zatrzymać. Ale zdawałam sobie sprawę z tego, że nie mogę. Nagle usłyszałam za sobą strzał. Mechanicznie już odwróciłam się i zastygłam w bezruchu. Nie dostrzegłam nic, co właściwie nie było dla mnie żadną niespodzianką. Niewiele myśląc rzuciłam się w wir dalszej ucieczki. Miałam złe przeczucia. Od jakiegoś czasu Alex za mną nie biegł. Poczułam, jak pod moimi powiekami gromadzą się łzy. Jeśli on... Jeśli on chciał ich zatrzymać... Jeśli ten strzał był wymierzony właśnie w niego... Przełknęłam głośno ślinę i wyrzuciłam z siebie te niedorzeczne myśli. On nie mógł poświęcić dla mnie swojego życia. Być może te strzały miały być ostrzeżeniem. Może miały nas tylko przestraszyć...
Wiedziałam, że to wszystko kłamstwa, że próbuję sobie coś wmówić, ale nadzieja jednak miała te minimalne wymiary. Jednak miała. Nie zniknęła, a chyba powinna. Bo rozczarowanie zawsze boli, nawet gdy nadzieja jest niewielka. Ja to wszystko znałam z własnego życia, zawsze wpadałam w pułapkę. I wmawiałam sobie nieprawdę.  
Nawet nie wiedziałam, gdzie ja właściwie mam dotrzeć. Alex powiedział tylko, że mam biec. Nie powiedział, gdzie, nie powiedział, jak długo. Powoli zaczynałam się martwić, że nigdy się stąd nie wydostanę. Znowu strach zaczął zwiększać swą objętość. Znajdował się dosłownie wszędzie – w szumie liści, w wietrze, w zwierzętach, w trawie... Czułam na sobie czyiś wzrok, czułam, że ktoś mnie obserwuje. Miałam jednak nadzieję, że to tylko wytwory mojej wyobraźni. Wreszcie, kilkadziesiąt metrów dalej, ujrzałam czyjąś sylwetkę. Na początku przestraszyłam się, że to któryś z nich. Schowałam się za drzewem, zamykając oczy i modląc się w duchu, by mnie nie zauważył. Wciąż byłam w lesie, wciąż nie znalazłam żadnej drogi ani nic. Musiał mnie zobaczyć, tyle zrozumiałam z jego krzyków. Kiedy uniosłam powieki do góry, dwójka już biegła w moją stronę. Znowu musiałam uciekać. Brakowało mi już sił, wiedziałam, że długo nie wytrzymam, ale mimo wszystko biegłam. Nie mogłam dać im się złapać. Po prostu nie mogłam.

1 komentarz:

  1. To opowiadanie naprawde jest Megaaa i przekonuje się o tym coraz bardziej z każdym odcinkiem. Cały czas trzyma w napięciu, a takie właśnie opowiadania uwielbiam... :D

    OdpowiedzUsuń