Kiedy wreszcie uniosłam powieki do góry, ujrzałam jego
piwne oczy. Dopiero chwilę później zorientowałam się, że leżę na jego ciele.
Zerwałam się z cichym piskiem. On nadal wpatrywał się we mnie jakby zobaczył
jakieś niesamowite dzieło sztuki. Sama nie wiem, dlaczego, ale bardzo mnie to
wkurzyło.
-No i co się tak gapisz?! – warknęłam zdenerwowana,
machając bezsensownie rękoma.
-Bo... Nieważne – uciął krótko, odrywając ode mnie wzrok
– Lepiej opowiedz mi...
-Czekaj, czekaj! – przymrużyłam oczy – Nie zmieniaj
tematu!
-Myślałem, że już z nim skończyliśmy. A przyglądałem ci
się, bo... jesteś brudna na policzku!
-Kłamiesz! – odparłam prawie natychmiast, dotykając
jednak dłonią prawego policzka – Dave, wybacz, ale nie umiesz zmyślać.
-Wiem – on próbował się uśmiechnąć, ale w żaden sposób
nie przypominało to uśmiechu. Mimo to jego mina podziałała na mnie jak słońce,
które wyszło po kilku dniach skrywania się za chmurami. Usiadłam obok niego, a
on próbował wrócić do pozycji siedzącej, co wymagało trochę czasu, bólu i
cierpliwości. Nie odzywałam się, patrząc, jak biedak się męczy i syczy. Kiedy i
on w końcu usiadł, poczułam coś dziwnego. Jakby... więź. Więź przeszłości,
która znowu chciała połączyć nas supłem. Ale ja bałam się nią pokierować. Bałam
się, że uda jej się uwolnić spod mojej kontroli.
-Wiesz co, Kate? – usłyszałam jego zmęczony głos – Nic
się nie zmieniłaś. Nic a nic.
-To dobrze czy źle? – zapytałam, odwracając się w jego
stronę.
-Dobrze, oczywiście, że dobrze. W takiej tobie się
zakochałem.
Poczułam, jak powoli robię się czerwona. Spuściłam głowę,
nie za bardzo wiedząc, co mam na to odpowiedzieć. Milczałam. Usiłowałam
odgadnąć, co miał na myśli, wypowiadając to zdanie, ale nie chciałam się pytać.
A właściwie to bałam się odpowiedzi.
-David... – odważyłam się w końcu odezwać – David, czy ty
sądzisz... Sądzisz, że moglibyśmy... Moglibyśmy spróbować...
-Nie – czarnowłosy oszczędził mi kłopotów z układaniem
poprawnych zdań – Sądzę, że nasza miłość nie miałaby żadnego sensu.
Poczułam, jak ktoś niewidzialny wbija mi nóż w sam środek
serca. Nie spodziewałam się od niego tak bezpośredniej i tak mocno kaleczącej moją
duszę odpowiedzi. Nie ma sensu? Jak miłość może nie mieć sensu?
-Przepraszam, Kate, że powiedziałem to tak prosto z
mostu. Ale nie chcę, byś czuła się oszukiwana. Ja sam wolę gorzką prawdę niż
fałszywe kłamstwo. Słuchaj, ja wiem, jak to będzie wyglądało. Ty naprawdę się
we mnie zakochasz, a ja tutaj zdechnę i ty będziesz cierpiała. Nie chcę tego,
rozumiesz? Wolę, żebyś ty znalazła sobie porządnego faceta, który o ciebie
zadba niż żebyś ciągle ryczała z powodu mojej śmierci. Dlatego na początku
chciałem się z tobą pokłócić. Wtedy wszystko byłoby proste.
Wpatrywałam się tępo w niego, usiłując to wszystko
przełknąć i strawić. Udało mi się wypluć tylko jedno zdanie:
-Dlaczego z góry obstawiasz, że umrzesz?
-Bo ich znam – odpowiedział prawie natychmiast – Ja stąd
nie ucieknę, a oni mnie wykończą.
Spuściłam głowę. On rzeczywiście miał rację. Tak czy
inaczej śmierć na niego czyha. Ale przecież nie można tracić nadziei. A on
stracił już dawno, jak zapałka, która gaśnie pod wpływem wiatru. Zdążył się już
pogodzić z nadchodzącym losem. Ale ja przecież wrócę. Wrócę, jeśli zdołam stąd
uciec i znaleźć jakąś pomoc.
-David – wyszeptałam, chwytając jego dłoń. Zadrżał, ale
ja nie zwróciłam na to uwagi – A co jeśli ci powiem, że mam to gdzieś? Co jeśli
powiem ci, że nie liczy się przyszłość a teraźniejszość? Co jeśli... Jeśli
powiem ci, że już jest za późno? Że już się w tobie zakochałam?
On otworzył szeroko usta, ale po chwili je zamknął. Teraz
już przypominał mi tamtego Davida z przeszłości. Wreszcie po tylu dniach
poszukiwań, zdołałam go odnaleźć. Jego oczy miały w sobie ten sam błysk, tę
dziwną wiarę... I choć był w ogromnym szoku, ja odczytałam z jego twarzy, że on
czuje do mnie to samo co przed laty. Serce mocno mi waliło. Słyszałam jego
krzyk. Ono także pragnęło miłości. Miłości, którą zatraciłam kilka lat temu.
Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam się do niego zbliżać. W jednej chwili
przestał przeszkadzać mi okropny zapach krwi i brudu. Jego mina wciąż wyrażała
niepewność, ale on także na to czekał. Przez pięć lat czekał na mnie, czekał aż
się zjawię i to zrobię. Gdy nasze usta się połączyły, cały świat się
rozproszył, zniknął. Poczuliśmy się wolni. Zrozumieliśmy, że do normalnego
życia potrzebujemy tylko siebie. Moje serce zrobiło się lekkie jakby
przygotowywało się do wypełnienia. Wtopiłam dłonie w jego włosy. On delikatnie
objął mnie w pasie jakby bał się, że znowu zniknę, tak jak ostatnim razem.
Ciepło, które ogarnęło moją duszę, było czymś więcej niż tylko ciepłem. Czymś,
co mówiło mi, że on tu jest i nie zniknie. Jego dłonie błądziły po moich
plecach, pozostawiając ślady w postaci dreszczy. Marzyłam o tym, by jego wargi
nigdy nie oddzieliły się od moich ust. Miliardy uczuć przepłynęły przez moją
głowę, ale to wszystko się teraz nie liczyło. To jedno, najważniejsze, można
było wyczuć bez problemu. W uszach wciąż dźwięczała mi miła melodyjka. I jego
głos. Cudowna barwa jego głosu. Czyściutka jak woda destylowana. Jego język
błądził po moim podniebieniu, pragnąc jeszcze więcej. Zapomniał o bólu,
zapomniał o swoich ranach. Moja siła wewnętrzna je wyleczyła. Moje pocałunki je
pokonały. Chciałam jeszcze więcej, chciałam przejść jeszcze dalej. I właśnie tu
wszystko się skończyło.
Przez moment nie mogłam dojść do siebie. Zastanawiałam
się, co mogło się wydarzyć. Powróciła rzeczywistość. Cztery puste ściany,
śmierdzący pot i uczucie wymiotów. Tylko Dave wciąż był ten sam. Ale
przestraszony. Cholernie przestraszony.
-Dlaczego... – nie pozwolił mi dokończyć pytania. Przyłożył
palec wskazujący do ust, a potem odezwał się:
-Musisz stąd uciekać. Musisz zakochać się w kimś innym.
Musisz o mnie zapomnieć, rozumiesz? Ten pocałunek nie znaczył dla nas obu...
-Powiedziałeś, że wolisz gorzką prawdę – wysyczałam przez
zaciśnięte zęby – A teraz próbujesz wmówić sobie kłamstwo!
-Dobrze wiesz, że robię to dla naszego dobra, szczególnie
twojego!
-Próbujesz wyrzucić miłość ze swojego serca. Tego nie da
się zrobić, nie domyśliłeś się przez ostatnie pięć lat? Twój wysiłek jest
daremny!
-Gówno mnie to obchodzi. Musisz stąd uciec i ułożyć sobie
życie na nowo. Zauważyłem, że oni w ogóle nie zwracają na ciebie uwagi. Jak się
mną zajmują, tracą kontakt ze światem. Myślę, że bez problemów poradzisz sobie
z kradzieżą kluczy i otwarciem drzwi. Musisz mi obiecać, że tak zrobisz i
uciekniesz stąd jak najdalej, najlepiej na inny kontynent. Będą cię szukać, ale
jeśli odpowiednio zatuszujesz wszystkie ślady...
-Dave...
-Obiecaj!
-Da...
-Obiecaj!
-ale...
-Obiecaj!
-dobrze... Obiecuję.
-I pod żadnym pozorem masz po mnie nie wracać! Nie masz
na to czasu. Oni na pewno nie spoczną, będą szukać cię do zakichanej śmierci.
Możesz ich się nie pozbyć. Musisz pilnie śledzić ich ruchy, oni mogą za tobą
chodzić. Chociaż szczerze to wątpię w to.
-David, ja nawet nie wiem, gdzie my jesteśmy!
-Ja też nie mam bladego pojęcia, ale modlę się, by to
jeszcze był Montreal. Mimo wszystko musisz stąd zwiać. To nie jest miejsce dla
ciebie i ciebie nie powinno tu być.
Po pewnym czasie już przestałam go słuchać. Gadał w kółko
o tym samym. Trochę miałam już tego wszystkiego dość, choć wiedziałam, że mówi
to dla mojego bezpieczeństwa. Zastanawiałam się nad zmianą jego zachowania.
Wcześniej chyba mniej obchodziła go ta ucieczka. Po tym pocałunku wszystko się
zmieniło. Chciał, bym jak najszybciej stąd zwiała i o tym wszystkim zapomniała.
Ale przecież pamięci tak szybko nie wyczyszczę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz