poniedziałek, 23 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART X


Znowu się zjawili, nawet nie czekaliśmy na nich tak długo. Dave przez cały czas wpatrywał się we mnie, jakby nakazując mi wzrokiem podejść i zabrać temu mięśniakowi klucze. Bałam się. Cholernie się bałam. Odwagę znalazłam dopiero, gdy byłam już pewna, że są zahipnotyzowani. Na palcach podeszłam do tego, który miał przywiązane do pasa klucze. Na szczęście szybko poradziłam sobie z węzłem i nie miałam większych problemów ze zdobyciem kluczy. Oni nawet nie zauważyli, że się poruszyłam. I dobrze. Nie potrzebowałam jeszcze dodatkowych problemów.
Drżącymi łapami próbowałam dobrać odpowiedni klucz do zamka. Udało mi się dopiero za czwartym razem. Otworzyłam drzwi, na szczęście nie zaskrzypiały. Po raz ostatni się odwróciłam. David miał zakrwawioną twarz, ale miałam wrażenie, że się uśmiecha. W głębi serca wyczułam, że w taki sposób życzy mi powodzenia. Wysłałam mu całusa na odwagę. Pewnie przekroczyłam próg drzwi i ostrożnie zamknęłam za sobą drzwi, chociaż gdybym nimi trzasnęła, to wątpię, by oni zwrócili na to uwagę. Ale wolałam uważać niż przypłacić głupotą za życie. Rozejrzałam się z niewielkim niepokojem. To miejsce niczego mi nie przypominało, nigdy tutaj nie byłam. Wydawało mi się, że długi wąski korytarz nie ma końca. Nie miałam pojęcia, co czeka mnie na jego końcu, ale musiałam nim ruszyć. Zacisnęłam pięści, przełknęłam ślinę i z bolącym sercem ruszyłam. Starałam się uważnie nasłuchiwać, by ktoś idący z naprzeciwka czasem mnie nie zaskoczył. Cholernie się bałam, ale teraz już nie miałam innego wyjścia. Kroczyłam popędzana przez strach, a każdy kolejny krok tworzył w moim sercu chyba uzasadnioną obawę. Wciąż zastanawiałam się nad tym, czy oni już zauważyli, że mnie tam nie ma, czy oni w ogóle to zauważą. Nic na to nie wskazywało, wciąż nie słyszałam za sobą kroków. Błądziłam beznadziejnie zastanawiając się, gdzie ja tak właściwie jestem i jak daleko jestem od wyjścia. Mijałam tysiące drzwi, ale do każdych bałam się zajrzeć. Czasami słyszałam jakieś rozmowy, ale na szczęście one szybko milkły.
Już powoli zaczynałam panikować, a nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Ale na szczęście jakoś zdołałam dojść do wyjścia. Słońce przez chwilę witało mnie swoimi promieniami, a potem schowało się za chmurami. Zadrżałam i szczelniej otuliłam się bluzą. Z przerażeniem się rozejrzałam. Byłam w jakimś lesie. Poczułam, jak niesamowite uczucie rozpiera się w moim ciele. Wolność. Wolność była tak cudowna, że niemal unosiłam się na wietrze z radości, która się we mnie zrodziła. Siła i energia wróciły do mnie w ciągu ułamka sekundy, zregenerowały się. Niewiele myśląc nad tym, co robię, rzuciłam się w wir biegu. Szukałam jakiejś drogi, ale żadnej nie widziałam. Wszędzie były jedynie drzewa. Czułam się jak dziecko w baśniowej krainie. Wszystko mnie cieszyło. Doceniałam przyrodę, doceniałam to wszystko, na co wcześniej nie zwracałam uwagi, szczegóły, na które nikt nie patrzył. Cieszyłam się każdym łykiem świeżego powietrza czy zapachem świeżości lasu.
Moja radość nie trwała jednak długo. Zdawałam sobie sprawę z tego, że jestem sama, w nieznanym sobie lesie, a oni już na pewno zaczęli mnie już szukać. Nie wiedziałam, gdzie byłam, nie wiedziałam, gdzie powinnam wyjść, by dojść do drogi, która zaprowadziłaby mnie do miasta. Właściwie to tułałam się tam, gdzie prowadziła mnie intuicja. I dodatkowo musiałam myśleć nad tym, jak ich zgubić. Po jakimś czasie byłam już tym wszystkim zmęczona. Żałowałam, że nie opanowałam skoków i radości. Przez to wszystko teraz nie miałam sił na bieganie, a do chodzenia musiałam się zmuszać. Odezwał się także głód. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi. Interesowałam się Dave’em i jego zdrowiem,  a nie własnym brzuchem. Pragnienie także mi dokuczało. A przecież w lesie nie znajdę sklepu. Zresztą nawet gdybym jakimś cudem znalazła, to i tak nie miałabym żadnych pieniędzy, by cokolwiek kupić. Kolejną cholerną trudnością była nadchodząca noc. Z każdą kolejną minutą robiło się coraz ciemniej, a moje oczy dostrzegały coraz mniej szczegółów. Potykałam się o wystające korzenie drzew, ślizgałam się na wilgotnym mchu i namoczonym przez deszcz liściach. Słyszałam podejrzane odgłosy, wiedziałam, że to dzikie zwierzęta. Przez cały czas bałam się, że zza krzaka wyskoczy na mnie jakiś dzik czy inne wygłodniałe zwierzę i mnie zaatakuje. A nogi chyba nie będą w stanie mi pomóc, zwłaszcza, że nie są w pełni sił. Domagały się odpoczynku, tak jak i reszta ciała. Ciągnęła mnie za sobą tylko ogromna siła woli i myśl, że oni są za mną, że już mnie gonią. Niestety mój organizm był przyzwyczajony do wygód, a nie do ekstremalnych przygód. Po kilku godzinach odmówił posłuszeństwa. Chcąc nie chcąc musiałam odpocząć. Zmęczenie samo zamykało mi oczy. Przysiadłam pod jakimś drzewem, przysięgając sobie, że zrobię tylko pięciominutową przerwę, nie więcej. Skończyło się na tym, że obudziłam się następnego dnia, pogryziona przez komary. Na szczęście tylko przez komary.
Cały koszmar trwał przez jakieś pięć dni. Zresztą sama nie wiem, jak długo, nie zwracałam uwagi na takie błahostki. Pragnęłam tylko odnaleźć jakąś drogę. A z każdą kolejną sekundą moja nadzieja gasła. Było coraz gorzej. Co prawda gdzieś udało mi się znaleźć jakiś strumień, więc trochę się napoiłam, za to z jedzeniem było gorzej. Nie mogłam też rozpalić żadnego ogniska, bo wiedziałam, że dym tylko by ich przyciągnął i sama bym wtopiła. Więc drżałam z zimna. Pokaleczyłam się tak bardzo, że aż krew mieszała mi się z potem. Skradałam się między drzewami, brudna i śmierdząca. Każdy mój krok sprawiał coraz większy ból. A jednak stawiałam kolejny. Nie poddawałam się. Nie mogłam. Dla Dave’a. Musiałam iść dalej, żeby go uratować i spełnić nasze marzenia.  Wierzyłam w to, że wszystko może ułożyć się inaczej, że wszystko może się zmienić. Dlatego wymuszałam te wszystkie ruchy. Dlatego wyciskałam z siebie ostatnie poty. Najważniejsza jest wiara we własne możliwości i upór. Ja powiedziałam sobie, że dam radę i ani razu w to nie zwątpiłam, choć nadzieja powoli mnie opuszczała.
Czy koszmar może mieć dwie strony? Jak najbardziej. Kiedy siedziałam wykończona pod jakimś drzewem i wypatrzyłam ludzką sylwetkę, ucieszyłam się tak bardzo, że nawet nie pomyślałam logicznie. Zerwałam się i zaczęłam machać, piszcząc głośno. Dopiero gdy ten ktoś podszedł bliżej, uśmiech zszedł mi z twarzy i uzmysłowiłam sobie, że jestem idiotką. Zaczęłam uciekać, co było bezsensu, bo przecież on miał zregenerowane siły w porównaniu do mnie. Złapał mnie w ciągu kilku sekund. Przewróciłam się, uderzając głową o jakiś kamień. Oczywiście on się tym nie przejął.
-No dziewczyno... Kawał drogi przeszłaś! – powiedział, wyciągając z jakiegoś pudełka brudną strzykawkę – Jeszcze kawałek, a na pewno dotarłabyś do miasta... Hahhaa, pieprzone szczęście...
Poczułam lekkie ukłucie w ramieniu. Całe moje ciało zdrętwiało. On ciągnął mnie za nogi, których i tak nie czułam. Ogromny ból głowy nie pozwalał mi skupić myśli. Potrafiłam myśleć tylko o nim. O nim i o tym, by wreszcie zniknął.

2 komentarze:

  1. Jedno z najlepszych opowiadań, jakie kiedykolwiek czytałam. Nie mogę doczekać się następnej notki.
    Pozdrawiam :)

    http://splan.blog.pl

    OdpowiedzUsuń