poniedziałek, 2 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART V


Udało mi się zamknąć oczy dopiero o świcie, co i tak było cudem, zważając na okoliczności. A i tak przespałam tylko ze 4 godziny, nie dłużej. Kiedy wstałam, oni jeszcze spali. Przegryzłam coś na sucho, ubrałam jakieś stare ciuchy, które jeszcze na mnie pasowały i po napisaniu krótkiej kartki o tym, gdzie zaginęłam, wyszłam z domu w stronę mieszkania Pierre’a.
-Kate? – zaskoczony i równie niewyspany jak ja brunet pojawił się w drzwiach dopiero, gdy zadzwoniłam po raz trzeci – Co ty tu robisz?
-Przepraszam, nie mogłam już wytrzymać w domu. Mogę wejść?
-Pewnie – Bouvier cofnął się i gestem zaprosił mnie do środka. Weszłam zaciekawiona, rozglądając się po jego mieszkaniu. Domyśliłam się, ze rządził tu sam. Chyba nikt inny nie wytrzymałby długo w takim bałaganie. Nawet ja, kiedy bywałam młodsza.
-Przepraszam, Kate, teraz nie mam głowy do sprzątania. Wierz mi lub nie, ale zwykle jest tu o wiele czyściej  - tłumaczył się brunet, jakby odpowiadając na moje myśli – Wejdź do kuchni. Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty?
-Kawy, jeśli mogłabym poprosić – usiadłam przy nieco poplamionym stole. Pierre włączył czajnik, z samej góry naczyń przeznaczonych zapewne do zmywania wyciągnął dwa kubki i dwie łyżeczki i popłukał je. Następnie z zapełnionego różnymi przyprawami i pozostałościami po wyrobach z paczki blatu wyczarował skądś kawę i położył na stole wraz z naczyniami i sztućcami.
-Może coś zjesz? – zapytał półprzytomnie – Właśnie miałem zrobić sobie śniadanie...
-Nie, dzięki – odparłam, wsypując jedną łyżeczkę kawy do kubka i mieszając, Bóg wie, po co. Brunet wzruszył ramionami, wziął jakąś wysuszoną kromkę chleba i nałożył na nią plaster sera żółtego. Chciał ugryźć tę jakże bogatą kanapkę, ale zdążyłam w porę oprzytomnieć.
-Pierre, ten ser jest spleśniały  - powiedziałam, wskazując palcem na jego śniadanie. Brunet spojrzał na nie, wyrzucił ser do kosza, a z lodówki wyciągnął następny plaster. Obejrzał go dokładnie i po raz drugi położył na chleb.
-Nie powinieneś jeść sera, jeśli choć jeden plaster był spleśniały – pouczyłam go, jednak on tylko wzruszył ramionami i nie zważając na moje słowa, ugryzł kanapkę. Potem przypomniał sobie o naszych kawach i ruszył w stronę czajnika.
-Ile godzin przespałeś? – zapytałam, patrząc, jak woda wypełnia wnętrze mojego kubka, barwiąc się na czerń.
-Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedział Bouvier, tym razem wlewając wodę do swojej szklanki – Może ze dwie godziny... A ty?
-Coś koło czterech. Pierre, nie obudziłam cię, prawda? – przestraszyłam się.
-Nie, spokojnie. Nie spałem już. Co prawda próbowałem zasnąć, ale wątpię, by coś z tego wyszło – brunet zajrzał do lodówki. Przez chwilę czegoś szukał a potem z wyraźną rezygnacją zamknął ją, nie znajdując tego czegoś. Dopiero po chwili zauważyłam, że sięga po mleko w kartonie. Powąchał je i skrzywił się z niesmakiem.
-Chciałem dać ci mleko, no ale chyba sobie podaruję. Nie chcę cię zatruć.
-Obejdzie się bez – wymamrotałam, upijając łyk ze swego kubka. Pierre nadal mieszał w swojej szklance, mimo że kawa już dawno zdążyła się rozpuścić.
-Kate, ja już dłużej tego nie wytrzymam – jęknął w pewnym momencie – Nie wytrzymam. Nie ma go tylko przez kilka dni, a ja już nie mogę. Brakuje mi jakiejś cząstki mojego życia, Jakiejś, cholera – prychnął – Brakuje mi cząstki mojego serca, jednej z czterech. Musimy go odnaleźć, Kate. Musimy, bo inaczej zwariuję nie tylko ja, ale i cały zespół. My potrzebujemy basisty, potrzebujemy Dave’a!
-Przecież go znajdziemy – poklepałam bruneta po plecach, usiłując jakoś go pocieszyć, ale to chyba w ogóle nie pomogło.
-A jeśli nie? – zapytał wątpliwie – A jeśli go nie znajdziemy? Albo... Albo znajdziemy go za późno?
-Przestań, Pie! – warknęłam – Nie pozwalam nawet tobie tak myśleć! Wszystko skończy się szczęśliwie! Pie, musimy w to wierzyć! Jeśli zniknie nadzieja, to równie dobrze i poszukiwania Dave’a nie będą miały sensu. A tego chyba żadne z nas by nie chciało.
-Ale...
-Skończmy ten temat, Pie. Lepiej powiedz mi, co u was słychać, bo nawet nie mieliśmy czasu, żeby spokojnie porozmawiać.
Brunet przez moment miał taką minę, jakby chciał kontynuować rozmowę o Dave’ie, ale wzruszył ramionami i dał sobie spokój. Potem zaczął opowiadać o nagrywaniu pierwszej płyty i wtedy trochę się rozchmurzył.
W trakcie naszej rozmowy zjawili się Chuck, Jeff i Seb. Pierre nie zwracał na to uwagi, mówił dalej. Zatopił się w innym świecie, w świecie wspomnień. To musiało mu pomagać. I nie tylko jemu, ale także reszcie Simple Plan. Wszyscy potrzebowali powrotu do przeszłości, by ponownie uwierzyć we własne siły i wyczuć tę chęć do działania.
Z prawie dwugodzinnym opóźnieniem dotarliśmy pod ten blok. Wszyscy wiedzieliśmy, do czego zostaliśmy wyznaczeni. Chuck i Jeff mieli wypytać rodziców Dave’a o przeszłość, Seb przeszukać strych i dach, a ja z Pierre’em piwnicę. Na miejsce dojechaliśmy na motorach, ja jechałam z Seb’em. Ze strachem rozglądałam się po ubogiej okolicy. Wtedy, pięć lat temu, tego strachu nie było. Wtedy czułam się bezpiecznie. Teraz, mimo obecności przyjaciół, to coś leżało mi na sercu. Starałam się czujnie obserwować twarze ludzi, których mijaliśmy. Każda wydawała mi się podejrzana, zwłaszcza na tle tych brudnych zaniedbanych ścian.
-Chłopaki... – głos Pierre’a drżał, nie wiadomo, czy ze strachu czy z podniecenia – Chłopaki, czy wy też macie wrażenie, że znacie tamtych? – prawie niedostrzegalnie wskazał głową na jakichś ludzi, siedzących na ławkach przy blokach. Seb zeskoczył z motoru i wyciągnął dłoń w moją stronę. Chwyciłam ją i także zeskoczyłam, zerkając ukradkiem na tamtych.
-Ja ich nie znam – błękitnooki zdjął kask ze swojej głowy i pomógł mi pozbyć się mojego.
-A ja na pewno ich gdzieś widziałem – upierał się brunet.
-Wydaje ci się – powiedział Chuck, idąc w kierunku drzwi bloku. Ruszyliśmy za nim, wiedząc, że nie mamy zbyt wiele czasu. Smród alkoholu przyprawił mnie o mdłości. Zakręciło mi się w głowie, ale zdołałam utrzymać równowagę. Wiedziałam, że muszę się przyzwyczaić, bo nasza wizyta w tym bloku szybko się nie skończy.
-Dobra, bierzemy się do roboty – Seb zatarł dłonie – wszyscy wszystko wiedzą? Wszyscy wszystko mają? – nikt się nie odezwał, co błękitnooki uznał za odpowiedź potwierdzającą – To idziemy.
Seb, Chuck i Jeff zaczęli wspinać się po schodach, a ja z Pierre’em zeszliśmy na dół. Oboje milczeliśmy, nasłuchując uważnie. W końcu nie potrzebowaliśmy towarzystwa osób trzecich. Także czujnie się rozglądaliśmy. Szliśmy brudnymi korytarzami, mijając jakieś drzwi. Nie wiedzieliśmy, które prowadzą do piwnicy, więc kontynuowaliśmy wędrówkę, oczekując, że gdy ujrzymy te właściwe, to od razu domyślimy się, że to te. W końcu dotarliśmy do najstarszych i najbardziej zaniedbanych drzwi, które dotąd widzieliśmy. Jakiś kilkuletni dzieciak chciał zapewne popisać się nowo nabytą umiejętnością pisania literek i krzywo napisał czarnym flamastrem wyraz: piwnica. Pie oparł dłoń o klamkę i spojrzał na mnie. Zdecydowanie pokiwałam głową. Brunet nacisnął na klamkę. Drzwi zaskrzypiały, co przyprawiło mnie o dreszcze. W środku nie widzieliśmy nic oprócz ciemności.
-Czekaj, zapalimy światło – wymamrotałam, rozglądając się za włącznikiem. Jednak Bouvier zatrzymał mnie dłonią, a ze swojego plecaka, którego wcześniej nie zauważyłam, wyszperał latarkę 
-tak będzie bezpieczniej – wyjaśnił, zapalając ją i z ciekawością zaglądając do środka – Chcesz iść pierwsza? – zapytał, odwracając głowę w moją stronę. Zaprzeczyłam żwawo, a on wzruszył ramionami – Więc uważaj pod nogi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz