Udało mi się zamknąć oczy dopiero o świcie, co i tak było
cudem, zważając na okoliczności. A i tak przespałam tylko ze 4 godziny, nie
dłużej. Kiedy wstałam, oni jeszcze spali. Przegryzłam coś na sucho, ubrałam
jakieś stare ciuchy, które jeszcze na mnie pasowały i po napisaniu krótkiej
kartki o tym, gdzie zaginęłam, wyszłam z domu w stronę mieszkania Pierre’a.
-Kate? – zaskoczony i równie niewyspany jak ja brunet
pojawił się w drzwiach dopiero, gdy zadzwoniłam po raz trzeci – Co ty tu
robisz?
-Przepraszam, nie mogłam już wytrzymać w domu. Mogę
wejść?
-Pewnie – Bouvier cofnął się i gestem zaprosił mnie do
środka. Weszłam zaciekawiona, rozglądając się po jego mieszkaniu. Domyśliłam
się, ze rządził tu sam. Chyba nikt inny nie wytrzymałby długo w takim
bałaganie. Nawet ja, kiedy bywałam młodsza.
-Przepraszam, Kate, teraz nie mam głowy do sprzątania.
Wierz mi lub nie, ale zwykle jest tu o wiele czyściej - tłumaczył się brunet, jakby odpowiadając na
moje myśli – Wejdź do kuchni. Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty?
-Kawy, jeśli mogłabym poprosić – usiadłam przy nieco
poplamionym stole. Pierre włączył czajnik, z samej góry naczyń przeznaczonych
zapewne do zmywania wyciągnął dwa kubki i dwie łyżeczki i popłukał je.
Następnie z zapełnionego różnymi przyprawami i pozostałościami po wyrobach z
paczki blatu wyczarował skądś kawę i położył na stole wraz z naczyniami i
sztućcami.
-Może coś zjesz? – zapytał półprzytomnie – Właśnie miałem
zrobić sobie śniadanie...
-Nie, dzięki – odparłam, wsypując jedną łyżeczkę kawy do
kubka i mieszając, Bóg wie, po co. Brunet wzruszył ramionami, wziął jakąś
wysuszoną kromkę chleba i nałożył na nią plaster sera żółtego. Chciał ugryźć tę
jakże bogatą kanapkę, ale zdążyłam w porę oprzytomnieć.
-Pierre, ten ser jest spleśniały - powiedziałam, wskazując palcem na jego śniadanie.
Brunet spojrzał na nie, wyrzucił ser do kosza, a z lodówki wyciągnął następny
plaster. Obejrzał go dokładnie i po raz drugi położył na chleb.
-Nie powinieneś jeść sera, jeśli choć jeden plaster był
spleśniały – pouczyłam go, jednak on tylko wzruszył ramionami i nie zważając na
moje słowa, ugryzł kanapkę. Potem przypomniał sobie o naszych kawach i ruszył w
stronę czajnika.
-Ile godzin przespałeś? – zapytałam, patrząc, jak woda
wypełnia wnętrze mojego kubka, barwiąc się na czerń.
-Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedział Bouvier, tym
razem wlewając wodę do swojej szklanki – Może ze dwie godziny... A ty?
-Coś koło czterech. Pierre, nie obudziłam cię, prawda? –
przestraszyłam się.
-Nie, spokojnie. Nie spałem już. Co prawda próbowałem
zasnąć, ale wątpię, by coś z tego wyszło – brunet zajrzał do lodówki. Przez
chwilę czegoś szukał a potem z wyraźną rezygnacją zamknął ją, nie znajdując
tego czegoś. Dopiero po chwili zauważyłam, że sięga po mleko w kartonie.
Powąchał je i skrzywił się z niesmakiem.
-Chciałem dać ci mleko, no ale chyba sobie podaruję. Nie
chcę cię zatruć.
-Obejdzie się bez – wymamrotałam, upijając łyk ze swego
kubka. Pierre nadal mieszał w swojej szklance, mimo że kawa już dawno zdążyła
się rozpuścić.
-Kate, ja już dłużej tego nie wytrzymam – jęknął w pewnym
momencie – Nie wytrzymam. Nie ma go tylko przez kilka dni, a ja już nie mogę.
Brakuje mi jakiejś cząstki mojego życia, Jakiejś, cholera – prychnął – Brakuje
mi cząstki mojego serca, jednej z czterech. Musimy go odnaleźć, Kate. Musimy,
bo inaczej zwariuję nie tylko ja, ale i cały zespół. My potrzebujemy basisty,
potrzebujemy Dave’a!
-Przecież go znajdziemy – poklepałam bruneta po plecach,
usiłując jakoś go pocieszyć, ale to chyba w ogóle nie pomogło.
-A jeśli nie? – zapytał wątpliwie – A jeśli go nie
znajdziemy? Albo... Albo znajdziemy go za późno?
-Przestań, Pie! – warknęłam – Nie pozwalam nawet tobie
tak myśleć! Wszystko skończy się szczęśliwie! Pie, musimy w to wierzyć! Jeśli
zniknie nadzieja, to równie dobrze i poszukiwania Dave’a nie będą miały sensu.
A tego chyba żadne z nas by nie chciało.
-Ale...
-Skończmy ten temat, Pie. Lepiej powiedz mi, co u was
słychać, bo nawet nie mieliśmy czasu, żeby spokojnie porozmawiać.
Brunet przez moment miał taką minę, jakby chciał
kontynuować rozmowę o Dave’ie, ale wzruszył ramionami i dał sobie spokój. Potem
zaczął opowiadać o nagrywaniu pierwszej płyty i wtedy trochę się rozchmurzył.
W trakcie naszej rozmowy zjawili się Chuck, Jeff i Seb.
Pierre nie zwracał na to uwagi, mówił dalej. Zatopił się w innym świecie, w
świecie wspomnień. To musiało mu pomagać. I nie tylko jemu, ale także reszcie
Simple Plan. Wszyscy potrzebowali powrotu do przeszłości, by ponownie uwierzyć
we własne siły i wyczuć tę chęć do działania.
Z prawie dwugodzinnym opóźnieniem dotarliśmy pod ten
blok. Wszyscy wiedzieliśmy, do czego zostaliśmy wyznaczeni. Chuck i Jeff mieli
wypytać rodziców Dave’a o przeszłość, Seb przeszukać strych i dach, a ja z
Pierre’em piwnicę. Na miejsce dojechaliśmy na motorach, ja jechałam z Seb’em.
Ze strachem rozglądałam się po ubogiej okolicy. Wtedy, pięć lat temu, tego
strachu nie było. Wtedy czułam się bezpiecznie. Teraz, mimo obecności
przyjaciół, to coś leżało mi na sercu. Starałam się czujnie obserwować twarze
ludzi, których mijaliśmy. Każda wydawała mi się podejrzana, zwłaszcza na tle
tych brudnych zaniedbanych ścian.
-Chłopaki... – głos Pierre’a drżał, nie wiadomo, czy ze strachu
czy z podniecenia – Chłopaki, czy wy też macie wrażenie, że znacie tamtych? –
prawie niedostrzegalnie wskazał głową na jakichś ludzi, siedzących na ławkach
przy blokach. Seb zeskoczył z motoru i wyciągnął dłoń w moją stronę. Chwyciłam
ją i także zeskoczyłam, zerkając ukradkiem na tamtych.
-Ja ich nie znam – błękitnooki zdjął kask ze swojej głowy
i pomógł mi pozbyć się mojego.
-A ja na pewno ich gdzieś widziałem – upierał się brunet.
-Wydaje ci się – powiedział Chuck, idąc w kierunku drzwi
bloku. Ruszyliśmy za nim, wiedząc, że nie mamy zbyt wiele czasu. Smród alkoholu
przyprawił mnie o mdłości. Zakręciło mi się w głowie, ale zdołałam utrzymać
równowagę. Wiedziałam, że muszę się przyzwyczaić, bo nasza wizyta w tym bloku
szybko się nie skończy.
-Dobra, bierzemy się do roboty – Seb zatarł dłonie –
wszyscy wszystko wiedzą? Wszyscy wszystko mają? – nikt się nie odezwał, co
błękitnooki uznał za odpowiedź potwierdzającą – To idziemy.
Seb, Chuck i Jeff zaczęli wspinać się po schodach, a ja z
Pierre’em zeszliśmy na dół. Oboje milczeliśmy, nasłuchując uważnie. W końcu nie
potrzebowaliśmy towarzystwa osób trzecich. Także czujnie się rozglądaliśmy.
Szliśmy brudnymi korytarzami, mijając jakieś drzwi. Nie wiedzieliśmy, które
prowadzą do piwnicy, więc kontynuowaliśmy wędrówkę, oczekując, że gdy ujrzymy
te właściwe, to od razu domyślimy się, że to te. W końcu dotarliśmy do
najstarszych i najbardziej zaniedbanych drzwi, które dotąd widzieliśmy. Jakiś
kilkuletni dzieciak chciał zapewne popisać się nowo nabytą umiejętnością
pisania literek i krzywo napisał czarnym flamastrem wyraz: piwnica. Pie oparł dłoń
o klamkę i spojrzał na mnie. Zdecydowanie pokiwałam głową. Brunet nacisnął na
klamkę. Drzwi zaskrzypiały, co przyprawiło mnie o dreszcze. W środku nie
widzieliśmy nic oprócz ciemności.
-Czekaj, zapalimy światło – wymamrotałam, rozglądając się
za włącznikiem. Jednak Bouvier zatrzymał mnie dłonią, a ze swojego plecaka,
którego wcześniej nie zauważyłam, wyszperał latarkę
-tak będzie bezpieczniej – wyjaśnił, zapalając ją i z
ciekawością zaglądając do środka – Chcesz iść pierwsza? – zapytał, odwracając
głowę w moją stronę. Zaprzeczyłam żwawo, a on wzruszył ramionami – Więc uważaj
pod nogi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz