Było ich czworo. Wszyscy wyglądali jak kukiełki, nie jak
ludzie. Kolczyków na twarzy mieli więcej niż ja włosów na głowie. Wydawało mi
się, że miejsce ich oczu zajmują dwa zimne kamienie, przeszywające
pomieszczenie swym zimnym wzrokiem. Usta mieli wygięte w okropnym, obleśnym
uśmiechu, jakby już z daleka czuli zapach krwi. Pod skórzanymi kurtkami
skrywały się ogromne mięśnie. Zastanawiałam się, czy ich wielkość to dzięki
ciężkim ćwiczeniom czy raczej są napakowane sterydami. Każdy trzymał w dłoni
coś innego. Jeden nóż, drugi kij baseballowy, trzeci coś podejrzanego, równie
niebezpiecznego, czego nazwy nie znałam.
Nie mogłam nie zauważyć strachu na twarzy Dave’a. On
wiedział, że w końcu ktoś tu przyjdzie, ale chyba nie spodziewał się, że tak
szybko. Zauważyłam, jak ukradkiem zerka błagalnie w moją stronę. Nie umiałam
odczytać, o co prosił. Chyba nie o ratunek, bo raczej domyślił się, że nie mam
z nimi najmniejszych szans. Obserwowałam ich. Obserwowałam ich, jak głupkowato
się uśmiechają, jak podchodzą do Dave’a. Czarnowłosy już wiedział, co się
stanie. Zacisnął mocno zęby i zamknął oczy, jakby modląc się jeszcze o przerwę.
Ale z nieba nie wyskoczyły anioły. Niebo nawet się nie poruszyło. A on
cierpiał. Cierpiał, przyjmując pierwszy cios od tego kolesia z nożem. Nawet nie
próbował się bronić. Wiedział, że upór nie ma sensu, bo oni i tak go pokonają.
Zresztą nie miał sił. Ostatnie resztki zostawiał na krzyk. Najwyraźniej wrzask
pomagał mu ukoić ból. Ja sama siedziałam z zasłoniętymi ustami, hamując pisk
przez dłoń. Na początku próbowałam błagać ich, by przestali, ale do tych
bezuczuciowych głazów nic nie docierało. Ich tylko podsycał widok krwi. Im było
jej więcej, tym bardziej oni się podniecali. Ten zapach, ten smak wzbudzał w
nich jeszcze większą siłę. Dla nich to była zabawa. A Dave z każdą sekundą
wyglądał coraz gorzej. Po jakimś czasie zamknęłam oczy. Nie umiałam patrzeć.
Łzy same zaczęły spływać po moich policzkach. Słyszałam ich śmiech i jego coraz
cichsze jęki. Domyśliłam się, że powoli traci świadomość. W końcu ucichł. Ja
bałam się unieść powieki do góry, bałam się , że oni... że oni już to zrobili.
Już się go pozbyli. Ale wciąż słyszałam jak kręcą się wokół niego. To zmusiło
mnie do otwarcia oczu.
Leżał tak bardzo blady, że gdyby jego pierś nie unosiła
się lekko do góry, łapczywie pragnąc tlenu, to pomyślałabym, że to koniec.
Jednak oni nadal go dręczyli, choć Desrosiers nie mógł nawet kiwnąć palcem.
-Przestańcie... – wybąkałam, ale chyba zbyt cicho. Nawet
nie odwrócili się w moją stronę – Przestańcie! – warknęłam, zrywając się. Nagle
poczułam przypływ energii i mocy. Pragnęłam jakoś ich ukarać za Dave’a,
pragnęłam, by oni czuli to samo, co on. Niestety nawet jednego nie zdołałam
drasnąć. Ten z kijem baseballowym popchnął mnie prosto na ścianę i kopnął mnie
w brzuch tak bardzo mocno, że aż zwinęłam się z bólu. Przeklinałam siebie w
myślach. Jestem słaba.
Na szczęście mój atak o czymś im przypomniał, bo któryś
krzyknął, że nie mają czasu i wszyscy trzej zniknęli. I tylko ten jeden, co
mnie kopnął, zatrzymał się przy mnie na chwilę i powiedział:
-Z tobą, dziewczynko, też zrobimy porządek, jak będzie
trzeba. Ale się nie pchaj, bo przepychanki nie są kulturalne. Zresztą my cię
jeszcze nauczymy kulturki. O ile w ogóle tu przeżyjesz – zachichotał, prostując
się. Wciąż karmiąc swój wzrok widokiem mojej przerażonej twarzy, wyszedł,
zostawiając nas samych. Mnie i Dave’a.
Powoli, na czworakach, przedostałam się do niego. Nie
mogłam wytrzymać widoku jego ciała. Jeśli wcześniej nie przypominał Dave’a
Desrosiersa z przeszłości, to teraz nie przypominał nawet człowieka. Wyglądał
jeszcze gorzej niż przedstawiała go moja wyobraźnia.
Ściągnęłam bluzę i koszulkę, a potem z powrotem ubrałam
bluzę. Podarłam koszulkę na kilka części i zaczęłam tamować wciąż sączącą się z
ran krew. Wyobrażałam sobie, jak on musiał cierpieć, ale wiedziałam, że to nie
jest do wyobrażenia. To co on czuł, musiało być czymś większym niż ból. A
najgorsze dotarło do mnie dopiero po kilku minutach. Ja jestem następna w
kolejce. Jak tylko skończą z Dave’em, zaczną zabawę ze mną. Musiałam stąd
uciec. Musiałam stąd uciec razem z nim.
***
David obudził się kilka godzin później, ale był tak
bardzo słaby, że nie mógł nawet się poruszyć. Na rozmowę także nie miałam co
liczyć. Wprawdzie starał się mówić, ale ja nic nie rozumiałam. Więc latał tylko
wzrokiem po mojej twarzy, na siłę trzymając powieki w górze. Ja klęczałam w
rozkroku, z jego klatką piersiową między kolanami i wciąż wycierając jego twarz
z krwi. Z daleka mogło to wyglądać dwuznacznie, ale właściwie i tak nikt na nas
nie patrzył, a mi w tej pozycji było wygodniej. W jego oczach widziałam ogromną
wdzięczność. Ale przecież nie mogłam go tak zostawić. Żadnego człowieka nie
byłabym w stanie zostawić. Potem, trochę
z wahaniem, ale i z przekonaniem, że to dla jego dobra, ściągnęłam mu koszulkę.
Omal nie odskoczyłam, widząc, w jakim stanie jest jego klatka piersiowa.
-Uuuuu.... robi się ciekawie... – zrozumiałam z jego słabych
jęków. Chciałam go uderzyć, ale pomyślałam, że w obecnym stanie to naprawdę
może mu zaszkodzić.
-Wbrew twoim przygłupim fantazjom spodni nie ściągnę –
odpyskowałam, jeżdżąc właściwie już szmatką ze swojej koszulki po jego piersi.
Zasyczał cicho z bólu, a jego twarz ozdobił grymas – No przepraszam, musi
trochę boleć!
-Jak kobieta dotyka piersi mężczyzny, to nie powinno..
-Te, Desrosiers, ty nie bądź taki mądry! – prychnęłam
głośno – Bo zaraz tego pożałujesz! Trzeba było seksuologię studiować, a nie teraz
się przede mną chwalić swoją jakże bogatą wiedzą!
On tylko zachichotał cicho, co w jego przypadku było
błędem, bo znowu wszystko zaczęło go boleć. W jego oczach pojawiły się łzy, ale
on chyba nie chciał, bym to zauważyła. Cholerna męska duma.
Nie widziałam, kiedy z powrotem poszedł spać. Ja sama
ledwo kontaktowałam. Byłam zmęczona tą zabawą w pielęgniarkę. Ale musiałam
dokończyć to, co zaczęłam. Uparłam się, że to zrobię. I zrobiłam. A potem
padłam ze zmęczenia. Nim zdążyłam pomyśleć o tym, by odsunąć się od Dave’a,
moja głowa już leżała na jego piersi, a serce śpiewało mi kołysankę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz