Wciąż jeszcze nie miałam odwagi, by wyjść z pokoju, by w
ogóle opuścić łóżko. Nie poszłam do szkoły, chociaż wiedziałam, że teraz jest
najgorętszy okres, walka o oceny. Ja się bałam, że chociaż dzisiaj nie mieliśmy
historii, to spotkam go lub on mnie wyhaczy. Nie wyobrażałam sobie dalszej
nauki w tym liceum. Nawet posunęłam się do tego, że zaczęłam myśleć, by zrobić
sobie krzywdę i trafić do szpitala na ostatni miesiąc szkoły. Tylko że zawsze
pojawiałby się ten sam problem: mogłabym spotkać gdziekolwiek, nawet na ulicy.
A wówczas nie miałby kto mnie uratować.
Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co się wczoraj wydarzyło.
Miałam wrażenie, że to koszmar, który tylko mi się przyśnił. A raczej
próbowałam sobie to wmówić. To ciągle do mnie wracało. A raczej ciągle
siedziało w mojej głowie. Próbowałam nawet zagłuszać to muzyką, ale nic z tego.
Taka ironia losu – im bardziej chciałam to wyrzucić, tym bardziej to do mnie
wracało. Czy tak musi być zawsze z tymi nieszczęśliwymi wspomnieniami? Dlaczego
łzy nie mogą w końcu się zatrzymać? Dlaczego właśnie mnie to spotyka? Dlaczego
ja muszę być jedyną spośród tego miliona?
-Kochanie – usłyszałam ciche pukanie i zmartwiony głos
mojej mamy. Biedaczka nie mogła zrozumieć, co się dzieje, dlaczego siedzę sama
w pokoju i nie chcę nikogo wpuścić do środka. Naprawdę się o mnie martwiła, a
ja... Ja nie potrafiłam odpowiedzieć na te wszystkie pytania, które zadawała.
Chciałam wszystko jej wytłumaczyć, ale żal serce mi ściskał, gdy ją słyszałam,
jednak jeszcze nie umiałam. Zresztą pewnie i tak bym się nie odezwała ani
słowem. Ona na pewno zaczęłaby się martwić. A i tak ma zbyt wiele zmartwień na
głowie – Skarbie, koledzy do ciebie przyszli. Może wpuścisz ich do środka?
Uniosłam głowę znad poduszki i spojrzałam na drzwi. Koledzy?
Jedyny chłopak, z którym rozmawiałam, to Dave. To musiał być on. I kto jeszcze?
Pewnie ktoś z jego paczki. Lub co gorsza cała paczka. Wzruszyłam ramionami i
ponownie schowałam twarz w poduszkę. Właściwie to co mnie to obchodziło.
-Kate, wpuścisz nas? – zapytał przez drzwi Dave. I to on
sprawił, że niewiele myśląc nad tym, co robię, ruszyłam w stronę drzwi. Nie
wiem, dlaczego akurat jemu otworzyłam. Znowu złamałam swoją zasadę zaufania.
Przekręciłam klucz w zamku. Zastanawiałam się, jak długo jeszcze będę
przekraczać granice. Już dawno powinnam przestać.
-Po co tu przyszliście? – zapytałam, a raczej burknęłam
niemiło, widząc w progu Dave’a i Seb’a.
-Porozmawiać – odparł błękitnooki – Wpuścisz nas, czy
wolisz, żebyśmy rozmawiali na korytarzu? – przez chwilę milczałam, patrząc na
nich, a potem cofnęłam się i szerzej otworzyłam drzwi. Oni weszli na luzie,
rozglądając się z ciekawością. Właściwie, to mój pokój nie był jakoś
szczególnie interesujący czy wyróżniający się. Kremowy dywan dźwigał na swoich
barkach jasnobrązową szafę i tego samego koloru komodę. Dokładnie naprzeciwko
znajdowały się trzy puchate fotele, właściwie nie wiem, po kiego grzyba.
Jeszcze nikt inny nie odwiedził mnie w domu. Zwykle jeśli chciałam się z kimś
spotkać, to załatwiałam to na mieście. Naprzeciwko drzwi znajdowało się moje
łóżko, niewielkie, ale bardzo wygodne. Tuż obok zdołałam jeszcze wcisnąć szafkę
nocną, na której stał budzik, książka i kilka płyt. Ściany ozdabiało lustro
oraz przeróżne abstrakcyjne dzieła. Uwielbiałam abstrakcję, pobudzała mózg.
-Po co tu przyszliście? – zapytałam po raz drugi,
rozwalając się na swoim łóżku, podkulając nogi i oplatując kolana swoimi
rękoma.
-Martwiłem się – odpowiedział Dave, siadając nie w
fotelu, ale koło mnie – Dlaczego nie przyszłaś do szkoły?
-N o zgadnij! – prychnęłam, spoglądając znacząco na
Seb’a, który już na samym początku naszej rozmowy się pogubił, wyraźnie nie
wiedząc, o co chodzi. Chciałam, by Dave domyślił się, że nie chcę o tym głośno
mówić. On jednak kontynuował rozmowę, nie zwracając uwagi na przyjaciela.
-I co, jak długo zamierzasz się tu ukrywać? Do końca życia?
Ten problem sam się nie rozwiąże. Ty musisz sama z tym walczyć, sama musisz to
pokonać. Bo to coś wytworzyło się w twojej głowie.
-Pewnie – warknęłam – Tobie to tak łatwo mówić! I co może
teraz mam sobie spokojnie wyjść na spacerek i podziwiać słoneczko? Albo
najlepiej na dyskotekę!
-To jest akurat niegłupi pomysł! Widzę, że łapiesz, o co
chodzi! – ucieszył się blondyn.
-To była ironia!
-Halo! – pomachał nam łapą przed oczami zniecierpliwiony błękitnooki,
przypominając o swojej obecności – Czy ktoś mi może wyjaśnić, o co tu chodzi?!
– wkurzony przenosił wzrok z mojej twarzy na twarz Dave’a i z powrotem. Blondyn
wzruszył ramionami. Z jego oczu wyczytałam zdanie: Rób co chcesz. Słowa, które
wypowiedziałam, same właściwie wyleciały mi z ust. Teraz sama nie wiem, czy
chciałam, by o tym wiedział. One po prostu same wyślizgnęły się spod kontroli
mojego mózgu.
-Prawie zostałam zgwałcona.
Nie widziałam wzroku Seb’a, ale byłam pewna, że od razu
rzucił spojrzenie David’owi, zawierające pytanie, czy to co mówię, to na pewno
prawda. Nie słyszałam, by zaprzeczał, być może nawet potwierdził, ale milcząc.
Później kątem oka zdołałam zaobserwować tylko, jak błękitnooki siada na
podłodze, nie za bardzo wiedząc, jak się ma zachować. Otwierał i zamykał usta
zaszokowany, wciąż na mnie patrząc.
-Co za gnój chciał to zrobić?! – to były pierwsze słowa,
które do mnie wypowiedział. W jego oczach dostrzegłam potworną złość. Złość, że
ktokolwiek odważył się zrobić coś takiego, takie świństwo – Trzeba go nauczyć
porządku! – brunet zacisnął pięści gotów do walki.
-Seb, to nie jest takie proste – wyszeptał Dave, również
zaciskając pięści – Jak ja nienawidzę bezsilności...
-Bezsilności?! Jakiej bezsilności?! Bierzemy Pierre’a,
Chucka i Jeffa i atakujemy! Gość nie ma najmniejszych szans, choćby nawet był
mistrzem świata w judo czy karate!
-Seb, my mówimy o naszym, historyku...
Błękitnooki uśmiechnął się lekko, a nie widząc na naszych
twarzach cienia uśmiechu, prawie natychmiast spoważniał. Jego entuzjazm i chęć
walki ulotniła się.
-Wy żartujecie, nie? - zapytał bezbarwnie.
Oboje z Dave’em westchnęliśmy cicho, co zapewne miało być
zaprzeczeniem. Seb wpatrywał się w nasze twarze z niemym wyrazem. Teraz już
kompletnie go sparaliżowało. Biedak znowu się pogubił, nie wiedział, co
powiedzieć.
- To dlatego on dzisiaj chciał z tobą porozmawiać na
osobności... A ty powiedziałeś nam, że pytał się o zeszyt!
-Musiałem skłamać, Kate nie życzyła sobie, bym
komukolwiek o tym mówił – blondyn wzruszył ramionami, a ja obdarzyłam go
wdzięcznym, a jednocześnie czujnym spojrzeniem.
-chciał z tobą porozmawiać? - powtórzyłam – O czym? Groził ci?
Dave spuścił głowę. Chyba nie chciał pokazywać mi swoich
oczu. Odniosłam wrażenie, że wolał, by ta rozmowa została jedynie między nim a
nauczycielem.
-On mi powiedział parę słów, ja mu parę... – wymamrotał
niewyraźnie.
-Dobra, nie chcesz, to nie mów – wzruszyłam ramionami.
Zdążyłam go poznać na tyle dobrze, że wiedziałam już, iż kiedyś nie wytrzyma i
zacznie o tym paplać jak najęty. Taki już jest.
-No to teraz już się nie dziwię, że nie zjawiłaś się w
szkole – błękitnooki przejechał dłonią po włosach – Jak ty zamierzasz kontynuować
naukę? Czy ty w ogóle komuś o tym powiedziałaś?
-Tylko wy o tym wiecie.
-Idę po twoją mamę – Seb zerwał się i nim zdążyłam
otworzyć usta, stał tuż obok drzwi.
-Zaczekaj! – krzyknęłam, zatrzymując go dosłownie w
ostatnim momencie – Nie rób tego!
-Kate, twoja mama jest pierwszą osobą, która powinna się
o tym dowiedzieć! Później musicie znaleźć dobrego adwokata i pójść z tym do
sądu! Macie wygraną w kieszeni!
-Co?! Nigdy! – wrzasnęłam przerażona.
-Jeśli on będzie wiedział, że jest bezkarny, nadal będzie
to robił! Być może znowu trafi na ciebie, a być może znajdzie sobie inną
niewinną dziewczynę! Chcesz, żeby to się powtórzyło!? Tylko że wtedy on może...
-Przestań, Seb! –
przerwał kumplowi Dave – Nie widzisz, jak ona to przeżywa, jak wygląda?!
Siedziałam ze spuszczoną głową, wsłuchując się w słowa
Seba. Najgorsze było to niemiłe uczucie, które mówiło, że on ma rację. I ja
zdawałam sobie z tego sprawę. Tylko... Tylko ja nadal nie umiałam o tym mówić.
To dla mnie zbyt wielki szok. Nie potrafiłabym zaufać obcym ludziom,
opowiedzieć im o tym, co mnie spotkało, opowiedzieć o tym, co mi się śni po
nocach, co przez cały czas mam przed oczami. Naprawdę nie chcę, by inni
cierpieli za mnie. Ale też wiem, że po prostu nie dam rady. Znowu łzy zaczęły
mi spływać po policzkach. Nie chciałam przy nich się rozklejać. Ale to było dla
mnie za trudne. Ukrywanie uczuć od zawsze sprawiało mi kłopot.
-Kate... Przepraszam... – Seb chwycił mnie za dłoń.
Usiadł obok i mocno mnie przytulił. Widziałam, że zrobiło mu się głupio – No
przepraszam... Nie pomyślałem...
-A... Ale... Ty masz rację! – wybuchłam – Ja... Powinnam
powiedzieć... Tylko... Nie umiem. Nie dam rady, no!
-To i tak nie miałoby większego sensu – wyszeptał
zamyślony Dave, wpatrując się w moje prześcieradło.
-Nie miałoby większego sensu?! – powtórzył jak echo Seb –
Zwariowałeś do reszty?! Ma sens! Ma ogromny sens! Jak Kate udałoby się
opowiedzieć o tym, co ją spotkało, to policja mogłaby już rozpocząć śledztwo...
-Seb, ty nic nie rozumiesz. My w ogóle nie mamy dowodów.
A jak myślisz, komu uwierzą? Dwójce nastolatków czy szanowanemu nauczycielowi z
wieloletnim stażem i stopniem magistra?
Błękitnooki zamyślił się na chwilę, zastanawiając się nad
odpowiedzią. Ja także, chociaż to było tylko pytanie retoryczne. Wszyscy
wiedzieliśmy, że dorośli traktują nas jak dzieciaki, chociaż mamy już po
dziewiętnaście lat. Nikt nam nie uwierzy, nikt nie stanie po naszej stronie. Nie
mamy żadnych szans na zwycięstwo.
-Ale przecież spróbować można.... Może jednak spróbują
coś zrobić... – próbował przekonać nas Seb, chociaż teraz już i w jego głosie
usłyszałam wątpliwości.
-Nie – odparłam, pociągając nosem – Nie chcę już więcej o
tym opowiadać. Nie chcę po raz kolejny tego przeżywać. Chcę tylko o tym
zapomnieć i wrócić do poprzedniego życia.
-Ale Kate, jeśli on będzie chciał znowu... – brunet
przerwał, wpatrując się we mnie z troską. Ja i Dave od razu domyśleliśmy się, o
co chodzi. Westchnęłam cicho.
-Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co mam robić – schowałam
twarz w dłoniach – Ja już nigdy nie wyjdę z domu.
-Wyjdziesz szybciej niż ci się wydaje – David zaczął
prostować ręce i nogi, po czym ze swoim starym luzackim uśmieszkiem zerwał się
z mojego łóżka – Ałłaaa... mój kark... – ja i Seb usłyszeliśmy, jak wszystkie
kości strzelają Dave’owi.
-O nie, Dave – zdążyłam już domyślić się, na czym polega
genialny plan blondyna. I nie podobało mi się to – Ja się stąd nie ruszam!
-Owszem, ruszysz się – odparł spokojnie blondyn,
zaglądając do mojej szafy i bezczelnie w niej grzebiąc. Wyciągnął jakieś luźne
dżinsy i koszulkę z uśmiechniętym bananem – Ty, Seb! – ryknął podniecony
wpatrując się w namalowany owoc – Jaka świetna bluzka! – przyłożył ją do swojej
klatki piersiowej i zaczął przyglądać się w lustrze – Musisz w niej pójść! –
rzucił ubrania w moją stronę. Nawet się nie poruszyłam.
-Na co czekasz? – zapytał Seb, nie dostrzegłszy żadnego
ruchu z mojej strony – A no tak... Dave, jesteśmy idiotami! Musimy przecież
wyjść. Ona nie przebierze się przy nas.
-No tak, to my zaczekamy na korytarzu, a ty zmień ciuchy
– brunet i blondyn swobodnie ruszyli w kierunku moich drzwi, coś tam mamrocząc
pod nosami.
-Zaczekajcie! – zawołałam za nimi. Zatrzymali się na znak,
że mnie słuchają – Ja nigdzie się nie wybieram...
-Tak, tak, oczywiście – oni w ogóle nie przejęli się
moimi słowami, tylko zaczęli iść dalej -Już to słyszeliśmy, Kate, zmień
płytę...
Drzwi zamknęły się za nimi. Westchnęłam cicho i nie
wiedzieć czemu, zaczęłam się przebierać. Nadal nie zamierzałam nigdzie
wychodzić, ale ubrać się w coś świeżego nie zaszkodzi. I tak musiałam piżamę do
prania oddać. Wciągnęłam na siebie Dave’ową koszulkę z bananem, zastanawiając
się, jak mogę ich spławić. Miałam naprawdę mnóstwo pomysłów, ale przeczuwałam,
że żaden nie zadziała. Mogę liczyć jedynie na swój upór.
-Dobra, możecie wejść – oznajmiłam bez większego
entuzjazmu, otwierając szeroko drzwi. Dave w ciągu ułamka sekundy znalazł się w
środku.
-Leży na tobie idealnie! – krzyknął zachwycony, biegając
wokół mnie – O matko, ona jest świetna! Gdybym ja taką miał, nie ściągałbym jej
nigdy! – zatarł ręce z zadowoleniem – No to co, lecimy!
-Ja nigdzie nie idę – powiedziałam głośno i wyraźnie,
siadając z powrotem na łóżko. Chłopaki z wyraźnym znudzeniem spojrzeli po
sobie.
-Znowu zaczyna... – jęknęli w tym samym momencie, a potem
Dave skierował na mnie swój wzrok.
-Nie chcesz iść? – zapytał, zbliżając się w moją stronę.
Zastanawiałam się, co teraz kombinuje, bo z jego oczu tym razem nie mogłam
wyczytać nic – Jeśli nie chcesz iść... To ja cię wezmę! – nim zdążyłam w
jakikolwiek sposób zareagować, on już mnie podnosił.
-Ty psycholu! – wrzasnęłam, płacząc ze złości, a
jednocześnie nie mogąc przestać się śmiać.
-Seb, z łaski swojej, otwórz nam drzwi – blondyn nawet
nie zwrócił na moje krzyki najmniejszej uwagi. Szedł w kierunku drzwi. Przez
cały czas wrzeszczałam, że ma mnie puścić. Raz tylko w odpowiedzi wystawił mi
język. Prychnęłam cicho. I tak wiedziałam, że przy wyjściu i tak będzie musiał
z powrotem postawić mnie na nogi. Jednak oni i wtedy sobie poradzili. Dave
spojrzał błagalnie na swojego przyjaciela, a ten pisnął cicho.
-Ostatni raz! – krzyknął. Blondyn uśmiechnął się i
podniósł jedną nogę do góry. Seb wcisnął mu jednego buta na stopę i zawiązał. To
samo zrobili z drugą nogą, chociaż Dave cały czas się kołysał, nie mogąc
utrzymać równowagi. Ale jakoś dali sobie radę.
-dobra, teraz Kate.
-Dajcie spokój, przecież mogę sama...
-I nam zwiejesz? Nie. Które to twoje buty?
-Nie ucie...
-te czerwone trampki? Ta, na pewno te.
Seb chwycił jednego mojego buta i wcisnął go na stopę.
Miał z tym nie lada problem, bo ja nie mogłam przestać się śmiać. W końcu
jednak i tego udało mu się dokonać.
-No i po problemie! – ucieszył się Dave, patrząc, jak
brunet zawiązuje sobie buty. Potem błękitnooki wyprostował się i otworzył
drzwi, a blondyn, ze mną na rękach wyszedł. Moim oczom ukazały się dwa wielkie
lśniące motory. Chłopaki ruszyli w ich kierunku, a ja gapiłam się onieśmielona.
Nie mogli nie zauważyć mojego milczenia.
-co jest, Kate? – zapytał dumny z siebie Seb – Mowę ci
odebrało?
-To wasze? – zdołałam wydusić z siebie rozanielona – I my
będziemy nimi jechać?
-Teraz już z nami pójdziesz? – Dave uwolnił mnie, a sam
chwycił dwa kaski. Jeden podał mi, a jeden sam założył.
-Najpierw do Pierre’a? - zapytał błękitnooki, zapalając z
głośnym hukiem motor. Blondyn potwierdził to, kiwając głową. Sam zaczął
uruchamiać maszynę.
-Wsiadasz czy jednak zostajesz? – zapytał, chyba dobrze
znając odpowiedź. Bo gdyby nie znał, nie dawałby mi najmniejszego wyboru.
-też pytanie – prychnęłam, zasiadając za nim i obejmując
go w talii. Szczerze mówiąc trochę się bałam, chyba wciąż jeszcze nie miałam
do niego zaufania, ale... ale to było
moje marzenie od dziecka. Motor to nieodłączna część filmu romantycznego.
Przytuliłam się do jego pleców. Z każdą sekundą coraz bardziej
przyspieszaliśmy. Zamknęłam oczy. Czułam, jak wiatr próbuje nas zatrzymać. To
było naprawdę dziwne uczucie. Powietrze jakby rozcinało się tworząc nam drogę.
Trochę zmarzłam, ale to się w ogóle nie liczyło. To szczegół. A jazda motorem
jest zbyt piękna, by zwracać uwagę na szczegóły.
Nawet nie zauważyłam, kiedy się zatrzymaliśmy. Wciąż w
głowie miałam ten przyjemny szum, wciąż jeszcze nie otwierałam oczu, bo nie
chciałam, by ta magia się rozpłynęła.
-Pierwszy raz na motorze? – dotarło do mnie jego pytanie.
Uniosłam powieki do góry. Jego uśmiech prawie w zupełności wynagradzał
zniszczenie tej cudownej chwili.
-tak – potwierdziłam z równie szerokim uśmiechem –
cholera, to było niesamowite! – wrzasnęłam z entuzjazmem. On odwrócił głowę w
stronę domu, w którego czeluściach przed chwilą zniknął Seb. Czyli to musiał
być dom rodziców Pierre’a. Podobał mi się. Sprawiał wrażenie małego, ale ja
wiedziałam, że w środku na wszystko znajdzie się miejsce. Dwupiętrowy, świetnie
prezentował się od zewnątrz. Plus jeszcze bardzo zadbany ogródek. Pewnie jego
mama interesowała się ogrodnictwem, bo tak piękne otoczenie w Montrealu to
rzadkość.
-Pamiętam swoją pierwszą jazdę na motorze – zadumał się
blondyn – Była naprawdę niesamowita. A przynajmniej niesamowicie się
zaczynała...
-Zaczynała? – powtórzyłam z ciekawością.
-Zaczynała, bo skończyła się fatalnie – blondyn wyraźnie
posmutniał. 2 jego oczach ujrzałam ból. Ból, jakiego jeszcze nigdy nie
dostrzegłam na jego twarzy. To wspomnienie wywoływało na jego twarzy naprawdę
ogromne cierpienie. Czekałam cierpliwie. Wiedziałam, że potrzebuje czasu, by
wszystko poukładać sobie w głowie.
-On... On był taki mały... – piwne oczy Dave’a zaszkliły
się od łez. Zadrżałam – Kurde, jakbym tylko mógł cofnąć czas – zacisnął
bezsilnie pięści – Wszystko by się potoczyło inaczej. Jak ja mogłem to zrobić,
jak mogłem nie widzieć? – westchnął cicho. Słuchając jego zażaleń także i ja
zaczynałam się rozklejać. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku, żadnego
odgłosu. Nie wiedziałam, co mogę powiedzieć. On żałował, ale... co mu daje ten
żal? Czasu nie cofnie nigdy...
-I miał taką śliczną, mieniącą się w słońcu skórkę...
I... I taki przepiękny kształt...
-Dave... Dave, o czym ty gadasz? – zapytałam, gubiąc się
w tym wszystkim i podejrzewając blondyna o postradanie zmysłów.
-No jak to o czym!? O biednym bananku, którego
rozjechałem na środku drogi!
Wybuchłam ogromnym śmiechem, czując jednocześnie niesamowitą
ulgę. On mówił o bananie. On mówił tylko o bananie.
-No co?! – warknął – Jeśli człowiekowi pośmiertnie należy
się szacunek, to bananowi tym bardziej!
-No tak, oczywiście, że tak... – naprawdę próbowałam
zachować powagę, ale w żaden sposób m i to nie wychodziło. A Dave wciąż patrzył
na mnie tym swoim potępiającym wzrokiem wołającym: Zero szacunku dla bananów to
wstyd i hańba!
Nagle usłyszeliśmy warkot silnika. Od razu odwróciliśmy
głowy w stronę domu Pierre’a. Brunet wyjechał przez bramę, prosto na nas.
-Znowu będzie się popisywał! – jęknął Dave. Bouvier nie
zatrzymał się, wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej przyspieszył. Ale blondyn w
ogóle się nie przestraszył. Tylko coś go wyraźnie denerwowało. Pierre dopiero
jakiś metr od nas ostro zakręcił z piskiem opon.
-Cześć, Dave, cześć, Kate! – wrzasnął wesoło, machając
nam dłonią. Odmachałam mu i kątem oka zauważyłam, że Seb także wsiada na motor
– To gdzie teraz?! Do Jeff’a chyba najbliżej!
-To do Jeffa! – odparł Seb, uruchamiając swoją maszynę.
David także usiadł i zapalił silnik. Ponownie ruszyliśmy i ponownie pojawiło
się to uczucie. Później pojechaliśmy jeszcze do Chucka, który wkurzał się, że
jak zwykle jest ostatni.
-Jakieś dalsze plany? – Pierre przeleciał wzrokiem po
twarzach kumpli, nie omijając także mojej. Nikt się nie odezwał – Aha, czyli
tak jak myślałem. Znowu przez pół godziny będziemy zastanawiać się, gdzie
jechać...
-Mam ochotę na banana... – odezwał się nieśmiało Dave.
-O nie! – jęknęli wszyscy oprócz mnie.
-Pamiętasz, jak ostatnio ochroniarz nas wyganiał?!
-No to przecież pójdziemy do innego! Chłopaki, no błagam
was! – usłyszeliśmy głośne burczenie w brzuchu – No widzicie, ja natychmiast
potrzebuję reanimacji!
-Niech tobie Kate zrobi... – poraziłam wzrokiem Jeffa,
wiedząc, co chłopak miał na myśli. Nie dokończył zdania – Ojejku...
żartowałem...
-Bo zaraz ty będziesz potrzebował reanimacji! –
warknęłam.
-Jeff, lepiej się zamknij, bo nikt z tutaj obecnych nie
będzie chciał robić usta- usta – oznajmił Pierre i żeby uciąć tę głupią
sprzeczkę, dopowiedział – Dobra, jedźmy, bo zaraz Dave nam wykituje!
***
-Po co bierzemy wózek? – zapytałam, patrząc, jak chłopaki
zaczynają grzebać sobie nawzajem w kieszeniach spodni, w poszukiwaniu jakiejś
monety. To też wydawało mi się dziwne, ale przyzwyczaiłam się do ich dziwnych pomysłów
–Idziemy tylko po banany!
-Kate, ty nie potrafisz wyobrazić sobie, ile Dave może
pochłonąć bananów! – roześmiał się Seb, wyciągając z kieszeni Chucka jakąś
monetę – Zawsze tak robimy – powiedział, widząc moją pytającą minę – Taki Chuck
mógłby na przykład ukryć fakt, że ma drobniaki i nie byłoby zabawy.
-Mam! – krzyknął Pierre, podskakując z radości z
pieniądzem w dłoni. Zatrzymaliśmy się w dopiero ósmym sklepie, jaki
napotkaliśmy po drodze. W poprzednich siedmiu Dave’owi coś się nie podobało. A
to nie dowozili świeżych, a to traktowali je, jakby były zwykłymi owocami, itp.
Ten określił mianem „sklepu zgniecionych bananów”, ale Chucka już szlag trafił
i wrzasnął, że nie ma już sił na jeżdżenie i albo pójdziemy tutaj, albo nici z naszych
zakupów. Więc blondyn, z ogromną niechęcią, ale zgodził się na wejście do tego
supermarketu.
-Kate, wsiadaj! – Pierre wskazał na wózek zachęcająco.
Roześmiałam się, myśląc, że on nie mówi na poważnie. Ale brunet wciąż się na
mnie patrzył.
-Serio? – zapytałam.
-A czy ja kiedyś nie mówiłem serio? – wyszczerzył się
szeroko, ukazując rząd śnieżnobiałych idealnie równych zębów.
-Mam wymieniać? Lista szybko by się nie skończyła! –
zachichotałam, ale postanowiłam jednak wskoczyć do wózka.
-Ej! Robimy wyścigi?! – zawołał z entuzjazmem Dave,
wyciągając z kieszeni Pierre’a kolejną monetę. Jeff podrapał się po głowie.
-Ostatnio jak zrobiliśmy sobie wyścigi, to policja za
nami ganiała...
-No właśnie! Tym razem nie możemy dać się złapać! –
wrzasnął Chuck, zabierając blondynowi monetę i wpychając ją do wózka – Seb,
wskakuj, będziesz sterował!
Błękitnooki nawet przez chwilę się nie zawahał – wskoczył
jak jakaś małpa i z entuzjazmem wrzasnął:
-Jedziemy! – a potem trochę ciszej dopowiedział – A kto
prowadzi?
-Ja! – perkusista Simple Plan pierwszy wleciał do sklepu
wraz z prawie płaczącym Sebem.
-Cholera! – krzyknął Pierre, biegnąc zaraz za nim. Po
chwili przypomniał sobie o mnie i wrócił – Widzisz Kate?! Jak zwykle oszukują!
Ale i tak będziemy pierwsi!
Ludzie dziwnie się
na nas patrzyli, ale nic nie powiedzieli. Tylko pokazywali nas sobie palcami.
Ale chyba nikt z naszego grona się tym specjalnie nie przejął. Pierre dalej
usiłował dogonić Chucka. Ja kierowałam go, ciągle wrzeszcząc i kurczawo
trzymając się wózka. Emocje sięgały zenitu. Brakowało nam naprawdę niewiele, a
odległość zmniejszała się z każdą sekundą. Słyszałam zadowolone sapanie bruneta
nad swoim uchem. Widziałam, jak Chuck odwraca się i patrzy na nas ze strachem w
oczach. Coś nerwowo mówił do Seba. Ten widok dodawał Pierre’owi dodatkowej
energii. Uśmiechnęłam się do bruneta zawistnie. Niewiele brakowało nam do
zwycięstwa. Wjechaliśmy w dział zabawek. Wtedy Chuck zatrzymał się. Seb
wyskoczył z wózka i razem pobiegli ku małym samochodzikom. Wybuchłam głośnym
śmiechem i sama w biegu wyskoczyłam z wózka. Ledwo zdołałam utrzymać równowagę.
Jeśli myślą, że pokonają nas w taki sposób...
To stanowczo się mylą! Szybko wzięłam pierwszy lepszy samochodzik i
poleciałam za nimi. Pierre jechał koło mnie z ogromnym bananem na twarzy i
chęcią zwycięstwa w oczach. Ja sama miałam niemałą radochę. Chuck i Seb starali
się uciec, ale najwyraźniej my lepiej znaliśmy się na dziecięcych
samochodzikach. Już miałam ich przed oczami. Znowu się zatrzymali.
-Co jest, poddają się?! –zapytałam Bouviera, który tylko
wzruszył ramionami.
-Wątpię! Pewnie znowu coś kombinują!
Chwilę później zobaczyliśmy, co on i znowu wymyślili.
Deskorolki. Widziałam, jak zbliżają się w naszą stronę. Przełknęłam głośno
ślinę. Oni minęli nas z uśmieszkami na twarzach i wrzaskiem:
-I co teraz, frajerzy?!
-Cholera! – mój partner szybko wyskoczył z samochodzika i
chwycił pierwszą lepszą deskę – Wiesz, co to jest? – zapytał nerwowo, wskazując
na trzymany przedmiot.
-No przecież nie jestem idiotką! – zabrałam mu ją i
położyłam na ziemi. Moje umiejętności korzystania z tego przedmiotu można było
określić mianem minimalne. A jeszcze kilka lat temu nie mogłam uwolnić się od
tego sprzętu. Odbiłam się nogą od podłogi. Nie dam im się pokonać w tak łatwy
sposób. Pierre wyprzedził mnie. Nietrudno było zauważyć, że on nadal szkoli się
w jeździe na desce. Poruszał się o niebo sprawniej niż ja. Zresztą tak jak Seb
i Chuck. Ale nie zamierzałam się poddać. Miałam swój honor.
Nie wiem, jak długo trwał ten pościg, ale ani ja, ani
Pierre nie zatrzymaliśmy się ani razu. Przy końcu Chuck i Seb byli już jakiś
metr przed nami. Jednak gdy tylko zobaczyli ogromne łoże, skoczyli na nie, a z
ich gardeł wydobyło się głośne i pełne
ulgi AAAAA!!! Ja i Pierre śmierdzący od potu skoczyliśmy na nich. Wszyscy razem
wybuchliśmy głośnym, śmiechem.
-Nareszcie! – przerażeni osłupieliśmy w jednej chwili.
Nad nami stał równie zmęczony jak my, ale wyszczerzony ochroniarz - Ktoś będzie musiał naprawić wszystkie
szkody, nie uważacie?
Przełknęłam głośno ślinę i spojrzałam na chłopaków. Nie
ujrzałam na ich twarzach ani krzty strachu. W sumie to ja też się nie bałam.
Właściwie to czego?
-teraz! – gdy tylko usłyszałam głos Seb’a intuicyjnie
zerwałam się i zmusiłam wszystkie swoje mięśnie do jak największego wysiłku.
Już nie patrzyłam na to, co robią chłopaki. Sama zaczęłam biec do działu ze
słodyczami. Bardzo często skręcałam, błądziłam po całym sklepie, nie
zostawiając po sobie żadnych śladów. Usiłowałam ich zgubić i chyba mi się to
udało. Schowałam się w toalecie. Tu mnie nie powinien nikt znaleźć.
Postanowiłam trochę tu posiedzieć i wyjść dopiero, gdy wszystko się uspokoi.
Spojrzałam w lustro. Moją twarz ozdabiał szeroki uśmiech. Dawno już tak
ogromnego nie widziałam. Zresztą dawno już nie miałam takiej zabawy, dawno się
tak nie uśmiałam. I być może właśnie tego było mi trzeba.
Po kilku minutach usłyszałam trochę przytłumione, ale
głośne krzyki Pierre’a, Chuck’a i Seb’a. Z ich bardzo głośnej rozmowy
zrozumiałam tylko tyle, że właśnie mnie szukają. Zaryzykowałam i delikatnie
otworzyłam drzwi. Akurat otwierały się one na zewnątrz, więc całkiem niechcący
Pierre oberwał ode mnie w ramię.
-O! Tu się schowałaś! – zawołał Seb, nie zwracając uwagi
na jęczącego przyjaciela – Gdybyśmy cię zgubili, Dave by się wściekł.
-Droga wolna? – zapytałam, chcąc wreszcie uwolnić się od
odoru brudnych kibli.
-No właśnie nie bardzo! –wrzasnął Chuck, wpychając mnie z
powrotem do toalety. Sekundę później trójka chłopaków także znalazła się w
środku.
-Eeee... To jest toaleta dla kobiet – wymamrotałam
zaszokowana ich widokiem.
-On tu wejdzie, on nas znajdzie, on na pewno nas
widział... – panikował ciągle Pierre, w żaden sposób nie mogąc się uspokoić i
ustać w jednym miejscu.
-Oj tam, Kate, czepiasz się szczegółów – machnął dłonią lekceważąco
Chuck – A on to tak zawsze – oznajmił, dostrzegłszy, że przyglądam się
Bouvierowi – Nie zwracaj na to uwagi.
Nagle ktoś pociągnął za klamkę. Spojrzeliśmy po sobie z
przerażeniem i rzuciliśmy się w kierunku jedynych miejsc, w których mogliśmy się
schować – w stronę kabin. Kobieta, która weszła musiała poczuć się naprawdę
zgorszona, bo w końcu nie co dzień widuje się w toaletach młode osoby,
usiłujące dobić się do wolnych kabin.
-Przepraszam... To nie jest żeńska?- zapytała cicho, ale
my mimo wrzasków Pierre’a usłyszeliśmy ją. Zastygliśmy w bezruchu, dopiero po
kilku sekundach uświadamiając sobie, że ona w ogóle się odezwała.
-Tak, proszę pani, to żeńska – Seb odsunął się od
najbliższych drzwi – Proszę, tu jest wolne.
Kobieta, spoglądając nieufnie na błękitnookiego, ruszyła
w stronę oferowanej przez niego kabiny. Gdy tylko zniknęła za drzwiami,
wybuchliśmy gromkim śmiechem
-Wynośmy się stąd lepiej, bo jeszcze zawału wszyscy
dostaniemy przez ten strach – zaproponowałam, a chłopaki chętnie na to przystali.
Opuściliśmy toaletę ciesząc się wreszcie świeżym powietrzem. Trójka brunetów
zaczęła kłócić się o jakąś głupotę, nawet nie wiem, o co. Rozglądałam się za
Dave’em, bo miałam już serdecznie dość tego miejsca. Nagle znowu go ujrzałam.
-Cholera! – wrzasnęłam, przez moment nie poruszając się,
a potem umykając w bok pociągnąwszy Chucka za rękaw. Comeau uszczypnął Seb’a, a
Seb Pierre’a i cała trójka rzuciła się za mną biegiem. Próbowałam wreszcie
znaleźć kasy, by wydostać się stąd i zwiać.
-Szukajcie kas! – krzyknęłam do chłopaków, rozglądając
się naokoło. Ten ochroniarz nas gonił, ale my byliśmy o niebo zwinniejsi. No a
góra mięsa raczej nie pomagała mu w biegu.
-Czekajcie! – wrzasnął Pierre, zatrzymując się – Tam jest
plan sklepu!
-Bouvier, idioto! – Chuck walnął go w łeb – Nie mamy
czasu na gapienie się! Nie widzisz, że on nas goni?!
Zachichotałam cicho, ale nie mogłam teraz stracić
koncentracji. Minęły może ze dwie minuty tego morderczego biegu, nim w końcu
ujrzałam te cholerne kasy. Gorzej było z przejściem obok kolejki – nawet mrówka
by się tam nie przecisnęła. Nam zajęłoby to chyba kilka dni.
-I co teraz? - Zapytałam odwracając się do chłopaków. Seb
wzruszył ramionami, ale to on mnie wyprzedził i przeskoczył przez barierkę
jednej z zamkniętych kas. Chuck i Pierre ruszyli za nim, nawet na mnie nie
patrząc. Ponownie się odwróciłam. Trochę ich przybyło. Z jednego zrobiło się
sześciu. Przełknęłam głośno ślinę. Nie miałam wyjścia. Ruszyłam w stronę
barierki. Miała może z metr, nie więcej. Rozpędziłam się. Odbiłam się jedną
stopą od podłogi. Przez ułamek sekundy pomyślałam, że mi się nie uda. Ale na
szczęście dałam radę. Tylko jak lądowałam na ziemię, poślizgnęłam się i
upadłam. Ale zaraz potem zerwałam się i biegłam dalej. Nawet nie zauważyłam
rozdartych dżinsów. Ale to się teraz nie liczyło. Teraz musiałam dotrzeć do
chłopaków.
Oni siedzieli już na zapalonych maszynach i wypatrywali
mnie. Gdy tylko pojawiłam się na horyzoncie, wszyscy, oprócz Dave’a, odjechali.
Ja szybko wskoczyłam na motor, chwytając w biegu kask i wrzasnęłam głośno:
-Ruszamy!