wtorek, 29 maja 2012

CZĘŚĆ I PART XII


Dopiero późnym wieczorem dotarło do mnie, jak bardzo chamsko się zachowałam. Jak jakaś idiotka. Skończona idiotka. Przecież on właściwie nic złego nie zrobił. A ja od razu musiałam naskoczyć na niego z wrzaskiem. Co on musiał sobie o mnie pomyśleć? Pewnie teraz straciłam przyjaciół. Wcale się nie dziwię. Sama nie lubię wrzasku. Ze mną czasami tak jest, tracę nad sobą panowanie, tracę kontrolę i nie panuję nad złością. A potem żałuję. Tak jak teraz.
-Kate! Nie słyszysz, że ktoś dzwoni?! Otwórz te drzwi! – wrzask mojej mamy rozległ się na cały dom. Z niechęcią wstałam i ruszyłam ku drzwiom. Właściwie mogłam się go tu spodziewać. Bo któżby inny zjawiał się w moim domu tuż przed 21 jak nie on?
Zauważyłam go przez okno. Wyraźnie się denerwował i nie wiedział, co robić z rękoma. Ja sama panikowałam, przez moment nawet myślałam o tym, by nie otwierać drzwi. Jednak szybko odrzuciłam tę myśl. Nie wiedziałam, czy mam udawać obrażoną czy raczej normalną. Dosłownie w ciągu sekundy podjęłam decyzję. Postanowiłam schować swój honor i dumę do kieszeni. Postanowiłam ratować naszą przyjaźń.
-Cześć Kate – odezwał się nieśmiało blondyn, rumieniąc się, gdy tylko zobaczył, że to ja otworzyłam drzwi. Uśmiechnęłam  się. Wyglądał słodko.
-Cześć, Dave – przywitałam się spokojnie. Na chwilę zapadła głęboka cisza. Oboje słyszeliśmy szum włączonego telewizora. Zapewne moja mama coś oglądała. Wyszłam na werandę i zamknęłam za sobą drzwi.  
-Kate, ja... przyszedłem tutaj, żeby cię przeprosić – przemógł się wreszcie Desrosiers, wyciągając zza pleców bukiet śnieżnobiałych lilii. Teraz to ja się zarumieniłam. W ogóle nie spodziewałam się, że coś takiego może przyjść mu do głowy – Przepraszam cię, Kate, powinienem panować nad emocjami. Ale kurcze, no, tak się cieszyłem... No w każdym bądź razie przepraszam i proszę szanowną damę o przebaczenie – blondyn przyklęknął przede mną na kolana i wyciągnął bukiet z kwiatami w moim kierunku. Sama nie wiem, dlaczego to mnie tak bardzo rozbawiło. Zresztą on zawsze umiał mnie rozbawić, nawet tylko swoim milczeniem.
-Dave, przestań się wygłupiać! – zachichotałam – To ja powinnam cię przepraszać, za to, że tak wybuchłam – przyjęłam od blondyna bukiet i powąchałam go. Pachniał wręcz niebiańsko.
-Piękne kwiaty!
-Prosto z ogródka sąsiadki mojej babki! – pochwalił się blondyn – trochę na mnie wrzeszczała i groziła, że zgłosi to na policję. Jakby nie wiedziała, że ja policji się nie boję...
Zachichotałam cicho. No tak, po Dave’ie mogłam się czegoś takiego spodziewać.
 – Wejdź. Pogadamy – otworzyłam szeroko drzwi i zaprosiłam go gestem do środka. Nie musiałam go jakoś szczególnie zachęcać – już po kilku sekundach siedział przy stole, patrząc, jak napełniam wysoką szklankę wodą i wsadzam do niej kwiaty.
-Musimy coś sobie wyjaśnić – obróciłam się na pięcie, by nie odczuł, że traktuję go jak powietrze. On patrzył na mnie swoimi piwnymi oczyma. Ale nie mogłam dać się nabrać na to jego spojrzenie, dla naszego wspólnego dobra – Dave, jesteśmy przyjaciółmi. Bardzo dobrymi, ale tylko przyjaciółmi. Nie chcę, byś sądził, że między nami może być coś więcej. Zrozum, Dave, z tego nie będzie nic. Nie mogę pozwolić, byś miał jakąkolwiek nadzieję. Jesteśmy przyjaciółmi i pragnę, by wszystko między nami było jasne. Nie lubię krętactwa ani nic z tych rzeczy. Zależy mi na szczerości, dlatego teraz o to cię proszę. O szczerość. Nie chcę, byśmy mieli przed sobą jakiekolwiek tajemnice. Wiesz, o co mi chodzi, prawda?
Blondyn trochę z żalem pokiwał głową. Odetchnęłam z ulgą. On otworzył usta jakby chciał mi o czymś powiedzieć, ale po chwili zrezygnował i zamknął buzię. Przez ułamek sekundy trwała cisza. Potem on jednak postanowił się przemóc.
-Kate, pójdziesz ze mną na bal maturalny? – zapytał na jednym tchu – Oczywiście nie jako para tylko jako przyjaciele – wytłumaczył od razu. Spojrzał na mnie z nadzieją w oczach. Westchnęłam ciężko.
-Dobrze wiesz, że nie interesują mnie takie rzeczy i nie lubię łazić na jakieś bale.
-Kate, bardzo mi zależy na tym, żebyś tam ze mną poszła. Czy ty kiedykolwiek byłaś na jakiejkolwiek dyskotece? - Zamilkł na moment, czekając na odpowiedź. Nie doczekał się jej – No właśnie, więc musisz pójść i przekonać się, jak tam jest naprawdę.
-Nie, Dave – odparłam uparcie – Nie pójdę na żaden...
-No proszę cię – blondyn chwycił mnie za dłoń. Poczułam jak przyjemne ciepło rozchodzi się po całym moim ciele. Chciałam ponownie odmówić, ale coś kazało mi zaczekać, coś kazało mi dalej milczeć. Być może on miał rację. Nigdy nie byłam na żadnej z imprez, a historie znałam tylko z opowieści koleżanek. Być może warto byłoby się choć raz wybrać, chociażby ze zwykłej ciekawości.
-No okej. Pójdę z tobą na ten bal. Ale robię to tylko ze względu na ciebie! No i trochę z ciekawości... 

piątek, 25 maja 2012

CZĘŚĆ I PART XI


Wszystko skończyło się tak, jak miało się skończyć. Nauczyciel został bezzwłocznie wyrzucony z pracy. David będzie mógł jeszcze raz zaliczać z historii, chłopaki znowu zaczęli świrować na przerwach, a ja w końcu przestałam bać się szkoły. Wszystko zaczęło układać się jak bajka. A do szczęścia brakowało nam tylko jednego...
Wyjaśniło się to tydzień później. Siedziałam z chłopakami na placu zabaw. Pierre usiłował wdrapać się na szczyt dziecięcych drabinek, co szło mu naprawdę ślamazarnie. Jeff zjeżdżał na niewielkiej zjeżdżalni, która miała nie więcej niż dwa metry. Zdenerwowany Chuck rozmawiał z jakimś dzieckiem, które omal się nie rozpłakało, a Seb biegał od jednego do drugiego, Bóg jeden wie, po co. I chyba tylko ja wciąż z niepokojem czekałam na wyrok.
Gdy ujrzałam biegnącego w moją stronę Dave’a z szerokim bananem na twarzy, poczułam naprawdę ogromną ulgę. Rzuciłam się w jego kierunku, pytając nerwowo o wynik, by się upewnić. Ale to nie było potrzebne.
-Zdałem! – wrzeszczał blondyn, skacząc wokół mnie – Udało mi się! Zdałem! Zdałem aż na tróję!  - jeszcze szerzej się uśmiechnęłam, wpatrując się w jego radość. Cieszyłam się, widząc go szczęśliwego i pełnego wiary we własne możliwości oraz pełnego nadziei. Cieszyłam się, widząc Dave’a, którego poznałam.
-To świetnie! – krzyknęłam, przybijając z nim piątkę. Rzuciliśmy się sobie w ramiona.
Wszystko zaczęło się nagle, tak nagle, że chyba nawet sam Dave nie wiedział, co robi. Ja chciałam mu tylko pogratulować. A blondyn musiał zrozumieć to inaczej. Spoważniał nagle, co mnie trochę zaskoczyło. Zaczął zbliżać swoją twarz do mojej. Czy już wtedy wiedziałam, o co może mu chodzić? Tak, chyba podświadomie czułam, że wiem, co chce zrobić. Ale próbowałam się oszukać, że jednak do tego nie dojdzie. Mimo wszystko ja tego nie przerwałam, gdy poczułam na swoich ustach smak jego warg. Milion różnych myśli przeleciało przez moją głowę, świat wewnętrzny jakby rozpłynął się. Przyjemne ciepło przez moment nas oplotło. Przez krótka chwilę liczyliśmy się tylko my. Ja i on.
Właściwie wszystko trwało zaledwie ułamek sekundy, ale ta chwila była dla mnie tak bardzo magiczna, że zapamiętałam ją do końca życia.  Chyba nawet podświadomie chciałam, by to trwało dłużej. Nagle dotarło do mnie, że to nie może się tak skończyć, że on nie może mnie tak całować. Przez moją głowę z prędkością światła przebiegły te trudne pytania: co ja do jasnej cholery wyprawiam i dlaczego jeszcze tego nie przerwałam?
Odskoczyłam od niego jak poparzona.
-Co ty robisz?! – zapytałam nerwowo, nie patrząc mu w oczy. Blondyn wyraźnie się przestraszył, wyczułam to w jego głosie.
-Ja... Ja myślałem... Że ty... Że ci się podoba... – tłumaczył się gęsto biedak, ale dla mnie nie miało to żadnego znaczenia.
-To lepiej więcej już nie myśl – warknęłam chłodno. David westchnął cicho ze smutkiem.
-Przepraszam – wyszeptał, spuszczając głowę.
-Twoje przeprosiny są dla mnie niewiele warte – rzuciłam wściekła. David milczał, wyraźnie nie wiedział, co powiedzieć. Albo nie odezwał się, bo zauważył, że zbliżają się chłopaki.
-Wszystko widzieliśmy! – wyszczerzył się Pierre, niemal podskakując z radości – Wszyściuteńko! Nawet nie zaprzeczajcie. My o wszystkim wiemy!
-Zamknij się! – przerwałam mu tę głupią paplaninę. Brunet spojrzał na mnie zdumiony i zdruzgotany. Reszta także milczała zaskoczona moim wybuchowym temperamentem. Ale ja byłam tak wściekła, że nawet nie zwracałam na to uwagi. Obróciłam się na pięcie i ruszyłam ku bramie wyjściowej z parku.
-Zaczekaj, Kate! – Dave  usiłował zatrzymać mnie przez położenie dłoni na moim ramieniu. Nawet się nie odwracając, ponownie warknęłam:
-Zostaw mnie!
Blondyn chyba nie chciał ode mnie jeszcze bardziej oberwać, bo rzeczywiście posłuchał mojego rozkazu. Mogłam w spokoju odejść, usiłując ostudzić nerwy i poukładać w głowie myśli.

wtorek, 22 maja 2012

CZĘŚĆ I PART X


-Nie.... Nie, tego już za wiele... – Pierre zaczął niebezpiecznie zbliżać się w stronę klasy, wkurzony – Najpierw Kate, teraz Dave. Nie, ten gość już przesadził. Trzeba nauczyć go porządku – brunet podwinął rękawy i zacisnął pięści – Zamorduję gnoja – wysyczał.
Nikt nie brał słów Pierre’a na poważnie. Wszyscy byli zbyt zajęci sobą i swoimi myślami, by zwracać uwagę jeszcze na niego. Jednak z Pierre’em tak było, że jak już wbił sobie coś do głowy, to trzymał się już tego. Najgorsze jest to, że nawet Seb, który zauważył, że Bouvier zniknął w czeluściach klasy, nie zdążył już powstrzymać go przed zadaniem ciosu nauczycielowi. My wszyscy, wbiegłszy tuż za błękitnookim, widzieliśmy, jak jego zaciśnięta pięść ląduje na policzku historyka. W brunecie wrzała tak ogromna złość, że nawet sam Seb nie mógł dać mu rady. Na szczęście Jeff i Chuck szybko się ogarnęli i pomogli błękitnookiemu. Ja i Dave staliśmy wciąż zaszokowani tym, co widzieliśmy. Pierre chyba jeszcze nigdy się tak nie wkurzył. A przynajmniej ja nie zauważyłam, by kiedyś tak agresywnie reagował.
-Wie pan co? – zapytał wpieniony, próbując wyszarpać się z objęć kumpli i wpatrując się spod brwi w podnoszącego się na nogi nauczyciela – Jest pan największą świnią, jak zdą... – reszta słów została zagłuszona przez dłoń jak zawsze roztropnego błękitnookiego.
Historyk zaśmiał się cicho i powoli podszedł do Pierre’a. Seb, Jeff i Chuck nie mogli się ruszyć, nawet cofnąć, bo brunet cały czas się wiercił. Ale trzymali go na tyle mocno, że nie dał rady im się wyswobodzić, chociaż z całej piątki to on był najsilniejszy.
-Bouvier... Jaki ty jesteś przygłupi... – mówiąc to uważnie wycelował w bruneta pięścią. I zanim ktokolwiek zdążył chociażby kiwnąć palcem, David już leciał w jego stronę. Jeff jęknął cicho i rzucił się w stronę kumpla.
-A tobie Desrosiers co, nie dostało się ostatnio? Za mało?! Jeszcze chcesz?! – roześmiał się szyderczo.
-Nikt nie będzie na moich oczach krzywdził moich przyjaciół! – warknął Dave – Ze mną może pan robić, co chce, ale nie z moimi przyjaciółmi!
-Wiecie co? – zapytał on z szyderstwem w głosie – Zniszczę was. Zniszczę was wszystkich! Całą waszą piątkę! To co dotąd pokazałem to tylko namiastka mojej siły. Zobaczycie, jeszcze będziecie błagać mnie o łaskę! A ty, Kate... Nie myśl, że twoje szczęście będzie trwać wiecznie. W końcu i ciebie dostanę! – powiedział powoli się do mnie zbliżając. Cofnęłam się o krok, nie ukrywając strachu. Jeff, Seb i Chuck, niewiele myśląc nad tym, co robią, puścili Pierre’a i Dave’a, którzy w mig zjawili się przy mnie.
-Ch... chodźmy stąd, chłopaki – delikatnie położyłam dłonie na ich ramionach. Nie chciałam, by zaczęli się bić, nie chciałam, by komukolwiek stała się krzywda. Oni spojrzeli po sobie, wzruszając ramionami i niezbyt chętnie ruszyli za mną. Seb, Jeff i Chuck najwyraźniej także stwierdzili, że nic tu po nich.
-Idziemy do dyrektora – stwierdził Comeau – Być może i on nic w tej sprawie nie zrobi, ale ja nie widzę innego wyjścia. Musimy chociaż spróbować. Tak dalej na pewno nie może być.
-I co dalej, Chuck? Nam też zaczął grozić, a widziałeś na własne oczy, co się stało z Dave’em. I powiem ci więcej, on nie ma zwyczaju rzucania słów na wiatr.
-Więc mamy siedzieć i patrzeć, jak nasz oczernia? Nic z tym nie zrobimy? Chłopaki!
Zamilkliśmy, Chuck po prawdzie miał sporo racji. Nic nierobienie nie ma żadnego sensu, bo on może nas zniszczyć. A ja... Cóż... Muszę... Muszę o wszystkim komuś opowiedzieć. Ten jeden raz muszę się przemóc.
-Kate, wszystko zależy od ciebie. Jeśli... Jeśli dasz radę... Możesz nam pomóc. Nie chcemy naciskać, wiemy, że to ból... – usłyszałam z ust któregoś z chłopaków. Westchnęłam cicho. No właśnie, czy ja dam radę? Przecież muszę. Muszę, bo to przeze mnie Dave tyle cierpiał. Muszę, bo przeze mnie chłopaki mogą oberwać. A ja już nie chce krzywdzić. Nie chcę sprawiać im problemów.
-Dam radę – odparłam pewnie, zrywając się – I chcę. Chcę, żebyśmy wszyscy mieli święty spokój.
-Nie wiem, czy to wciąż jest możliwe – wyszeptał Seb.
***
Wraz z Dave’em siedziałam na korytarzu przed gabinetem dyrektora. Było już po wszystkim, choć ja wciąż to przeżywałam. Ręce mi drżały, a w oczach miałam łzy. Dave przytulał mnie do swojej piersi i powtarzał, że już po wszystkim, że teraz będziemy bezpieczni. Nie wiedziałam, czy mówił prawdę. Tego nikt jeszcze nie wiedział.
Ale odważyłam się. Opowiedziałam o wszystkim, ze szczegółami. Przy dyrektorze. Przy chłopakach. Już wtedy się rozklejałam, choć przyrzekałam sobie, że nie będę płakać. Dopiero gdy skończyłam o tym mówić, poprosiłam, by kontynuowano beze mnie. Dyrektor pokiwał głową, zgadzając się, bym opuściła jego gabinet. Poprosił jednak Seb’a, by wyszedł ze mną. Siedziałam z błękitnookim, łkając i usiłując powstrzymać spływające łzy. Dopiero po jakimś czasie przypomniałam sobie o dyktafonie. Wyszarpałam go z kieszeni,  błękitnooki spojrzał ciekawie, ale nie pytał o nic.
-S... Seb – wychlipałam – Seb... Weź to... weź i wróć tam... – wcisnęłam mu urządzonko do dłoni. On spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony. Bez zbędnych pytań włączył to i wsłuchiwał się w dźwięki wydobywające się z dyktafonu. Poklepał mnie po plecach i wstał. Wciąż milcząc, zapukał do gabinetu dyrektora. Chwilę później znowu zostałam sama. I znowu ten obraz zaczął kształtować się w mojej głowie. Koszmar powracał.
Wtedy poczułam, jak ktoś mnie przytula. Otworzyłam nieufnie oczy i ujrzałam Dave’a. Blondyn nawet się do mnie nie odezwał. Nie musiał nic mówić. Wiedziałam. I wtedy się rozkleiłam. A on znowu wiedział, czego ja potrzebuję. Wiedział, jak zareagować. Właściwie to on wiedział o mnie wszystko. Zdawał sobie sprawę z tego, że potrzebuję spokoju. Spokoju i bliskości.
-Kate! – nagle usłyszeliśmy  tak bardzo dobrze mi znany głos. Moja mama. Moja przewrażliwiona mama jak zwykle się o mnie martwi. Teraz już wiem, dlaczego. Ona po prostu nie chciała, bym to przeżywała. A i tak nie zdołałam tego uniknąć – Kate, kochanie... dlaczego mi nic nie powiedziałaś?! – brutalnie odkleiła mnie od piersi Dave’a  i przyciągnęła do swojej. Kątem oka zauważyłam, jak Dave odsuwa się od nas. Chyba chciał nam zapewnić chwilę prywatności.
-Przepraszam, mamuś, ja... Nie chciałam, byś się tym martwiła... – wyszeptałam, znowu czując, jak łzy napływają mi do oczu. Zaufałam właściwie obcemu człowiekowi, a nie potrafiłam zaufać własnej matce.
-skarbie, przecież wiesz, że mi możesz powiedzieć wszystko... Pragnę tylko twojego dobra, pamiętaj... takie piekło, a ja nic nie zauważyłam... Co ze mnie za matka...
-Przestań się obwiniać, to nie twoja wina... – wydukałam szeptem. 

poniedziałek, 21 maja 2012

CZĘŚĆ I PART IX


Kiedy blondyn wreszcie stamtąd wyszedł, wszyscy zerwali się jak na rozkaz. Dave przeleciał smutnym wzrokiem po naszych twarzach i spuścił głowę. Przez kilka sekund nikt się nie odzywał, najwyraźniej bojąc się dostać odpowiedź na swoje pytanie.
-I... I jak? Jak ci... poszło? – przemógł się w końcu Chuck. Wszyscy na moment wstrzymaliśmy oddechy, wpatrując się w przyjaciela. On tylko usiadł, westchnął cicho i schował twarz w dłoniach. Od razu wyczuliśmy, że coś jest nie tak.
-David, co się dzieje?! – warknął zdenerwowany Seb, nie potrafiąc już dłużej wytrzymać w tej niepewności.
-No jak to co się dzieje – wydusił z siebie blondyn – Nie widać po moim nastroju?
-Powiedz wprost: tak czy nie?
On przez chwilę milczał, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią. A tak naprawdę po prostu próbował uspokoić swoje uczucia, burzące się w jego głowie.
-Nie – odparł cicho, ale z opanowaniem – Nie zdałem.
Znowu zapadła cisza, a my spojrzeliśmy po sobie, przestraszeni nie na żarty, właściwie to nie wiedząc, co powiedzieć. I tylko debil Pierre wybuchł głośnym śmiechem. Nawet Dave trochę zdumiony i zirytowany, uniósł głowę do góry.
-ty żartujesz, prawda? – zapytał roześmiany, wskazując palcem na blondyna – Naprawdę mógłbyś sobie podarować...
-Pierre, ja nie żartuję! – odparł blondyn trochę rozdrażniony zachowaniem kumpla – Ja naprawdę zawaliłem ten rok szkolny z historii. Nie podejdę do matury...
Pierre zbladł lekko, wpatrując się w swojego przyjaciela szeroko otwartymi oczyma i zwyczajnie mu nie dowierzając. Do jego głowy tak jak i do naszych, nie chciała wkraść się ta myśl, że on nie zdał. Po prostu nie mogła.
-Ale zaczekaj... Jak... Przecież ty wszystko umiałeś! – usiadłam obok niego na ławce i spojrzałam w jego piwne oczyska. Smutek, który ujrzałam w jego źrenicach, sprawił, że omal nie rozpadłam się z żalu.
-Najwyraźniej nie wszystko – podsumował blondyn.
-David, nie mąć mi jeszcze bardziej w głowie! Powiedz lepiej, co się stało, sekunda po sekundzie!
-Proste. Zadał mi pięć pytań, odpowiedziałem na cztery. Miałem osiemdziesiąt procent, czyli według naszego historyka za mało, bym zasługiwał na dwóję, bo to były „bardzo łatwe pytania” – zacytował – I na sam koniec dodał, że oblałem. A że przez jakąś minutę stałem i gapiłem się na niego, to trochę się wkurzył i wywalił mnie stamtąd.
-Zaczekaj... Miałeś osiemdziesiąt procent?! – powtórzył zdumiony Pierre – Przecież... Rany... Ja sam nie wiem, czy bym odpowiedział chociaż na te dwadzieścia... Czekajcie, dwadzieścia procent z 5... – brunet zaczął drapać się po głowie, mamrocząc coś pod nosem, ale nikt nawet nie zwracał na niego uwagi.
-Nie martw się, Dave – poklepałam go po plecach ze współczuciem. Właściwie to nie wiedziałam, jak się mam zachować. W końcu to przeze mnie to wszystko.
-Ja się nie martwię, Kate. Naprawdę się nie martwię – blondyn uśmiechnął się, a raczej próbował się uśmiechnąć, bo chyba nie za bardzo mu to wychodziło. Wiedziałam, że on tylko próbuje grać chojraka, ale w jego sercu króluje rozpacz – Chłopaki, teraz pewnie będę mógł rzadziej się z wami spotykać. Nawet nie wiem, jak zareagują moi rodzice. To będzie piekło... – ponownie schował twarz w dłoniach.
-Dave – Jeff dosłownie pojawił się znikąd. Nawet nie zauważyłam, kiedy zniknął. Ale musiał zniknąć, bo w jego dłoniach pojawiła się niewielka reklamówka z bananami – Trzymaj – na siłę wsadził mu do ręki owoc. Desrosiers wciąż ze spuszczoną głową zaczął delikatnie obierać go ze skórki, jakby chciał uświetnić tę chwilę. Wpatrywaliśmy się w niego, póki nie ugryzł banana i nie stwierdził, że nawet on w takich sytuacjach smakuje inaczej.
-Przecież to nie może się tak skończyć... – jęknęłam – Dave, przecież ty nie możesz nie zdać przez to, że uratowałeś mi życie! Przecież nie możesz nie podejść do matury tylko dlatego, że jesteś szlachetnym człowiekiem! On nie może cię w taki sposób traktować!
-Więc co zamierzasz zrobić, Kate? – zapytał spokojnie Seb, gasząc moje ogromne chęci – Zrozum, my nie możemy nic. Jesteśmy tylko zwykłymi uczniakami, a on to jednak szanowany nauczyciel. Nawet jakbyśmy powiedzieli prawdę, to prawdopodobnie każdy by tylko prychnął i wszyscy zgodnie by odparli, że Dave jest leniwy i się nie uczył, a ty specjalnie wszystko wymyśliłaś.
Kątem oka widziałam, jak Chuck, Jeff i Pierre rzucają sobie pytające spojrzenia, zastanawiając się nad tym, o czym my właściwie gadamy. To oznaczało, że ani Seb, ani Dave nie puścili pary z ust. Byłam im za to wdzięczna, bo to wspomnienie wciąż mnie bolało i wolałabym, by jak najmniej osób o tym wiedziało. Ale zdawałam sobie sprawę z tego, że teraz jestem im dłużna wyjaśnienia tego wszystkiego.
-Pierre, Chuck, Jeff, wy tego nie wiecie, ale... On próbował mnie zgwałcić – wyszeptałam, wskazując głową na drzwi. Nie chciałam nic więcej na ten temat mówić, a chłopaki nie ciągnęli mnie za język. Zapewne dlatego, że dla nich to była kolejna szokująca wiadomość dzisiejszego dnia – A David... David go powstrzymał – dopowiedziałam jeszcze – Dlatego teraz się mści.
-Cholera... – wstrząśnięty Bouvier usiadł, gapiąc się to na mnie, to na blondyna – Cholera – powtórzył ponownie – Ale to... cholera – najwyraźniej inne słowo nie mogło mu przejść przez gardło.
-David, on ci wtedy groził, prawda? – zapytał Chuck, przykucając przed blondynem i z niepokojem na niego zerkając – Wtedy gdy zabrał cię do klasy na rozmowę o zeszycie.
Desrosiers ugryzł banana, ale wszyscy domyślili się, że on chce po prostu uniknąć odpowiedzi na to pytanie. Tym razem mu się nie udało. Chłopaki nie dali mu tak łatwo spokoju.
-Tak, groził mi – potwierdził w końcu wszystkich przypuszczenia po pięciu minutach milczenia – Groził mi, że jeśli nie odczepię się od Kate, on usadzi mnie w maturalnej klasie. I jak widać udało mu się to bez większego problemu. Cholera, po co ja jeszcze pyskowałem... – mamrotał chyba bardziej do ściany niż do któregokolwiek z nas. Spojrzeliśmy po sobie zaciekawieni, a potem znowu utkwiliśmy wzrok w blondynie.
-I co mu powiedziałeś?
-Prawdę – odparł blondyn zaciskając pięści – Powiedziałem mu prosto w oczy, że jest gwałcicielem i inne takie...
-To jakaś komedia – wyszeptał zaszokowany Chuck – Powiedzcie, że to „Mamy cię”.
-Niestety Chuck. To jest życie – wychrypiałam.
-Nie.... Nie, tego już za wiele... – Pierre zaczął niebezpiecznie zbliżać się w stronę klasy, wkurzony – Najpierw Kate, teraz Dave. Nie, ten gość już przesadził. Trzeba nauczyć go porządku – brunet podwinął rękawy i zacisnął pięści – Zamorduję gnoja – wysyczał.

piątek, 18 maja 2012

CZĘŚĆ I PART VIII


Znowu obudziłam się na książkach, opowiadających o II wojnie światowej. Teraz próbowałam każdą wolną chwilę poświęcić nauce. Zawsze zasypiałam na biurku, a budził mnie poranny rozgardiasz życia codziennego. Nienawidziłam tego w sobie. Nigdy nie umiałam zerwać nocy, bo zawsze mimowolnie zamykałam oczy.
Szybko załatwiłam poranną toaletę, by zdążyć przed przyjściem chłopaków. Akurat wciągałam na siebie koszulkę, gdy usłyszałam krzyk mojej mamy. Chwyciłam plecak i wybiegłam z pokoju.  
-Cześć, chłopaki! – krzyknęłam, widząc całą piątkę w komplecie – Jak samopoczucie, Dave? – zapytałam wesoło, próbując zarazić go swoim optymizmem. Nie podziałało. Jeszcze niżej spuścił głowę, co sprawiło, że wyglądał jeszcze bardziej żałośnie.
-Świetnie – burknął na odczepnego. Rzuciłam chłopakom znaczące spojrzenie, a oni wzruszyli ramionami, Westchnęłam cicho, zawiązując trampki. W takim razie to ja też niewiele zdziałam.
Siedzenie z ponurym Dave’em nie należało do przyjemności. A zwłaszcza, jeśli depresja nie dawała mu spokoju przez kilka dni. Wszyscy byliśmy już zmęczeni, chłopaki też. Ale wiedzieliśmy, że on teraz potrzebuje wsparcia i nie mogliśmy go zostawić. Każdy z nas modlił się o to, by Desrosiers wrócił do Desrosiersa, by to wszystko wreszcie się skończyło.
-Zakończenie I wojny światowej? – zapytałam, gdy kilka godzin później siedzieliśmy całą piątką przed salą od historii.
-Tysiąc... tysiąc... 1945.
-II wojna światowa, Dave. Mi chodzi o pierwszą.
-Cholera! – jęknął blondyn, chwytając się za głowę.
-Skup się! Przecież to wiesz!
-Nie wiem, nie wiem, nic nie umiem...
-Przestań panikować! – warknął Pierre, który miał już dość jego dezaprobacji – To po co siedziałeś przez cały czas przy tych podręcznikach?! Desrosiers, umiesz to i nawet nie próbuj wmawiać mi, że jest inaczej! Głowa do góry, uśmiech na twarzy i...
-Bouvier, jeśli Desrosiers nic nie umie, to te twoje rady i tak mu nie pomogą – wszyscy jak na rozkaz obróciliśmy się na piętach. Na końcu korytarza dostojnym krokiem zbliżał się nasz historyk z bardzo podejrzanym uśmieszkiem na twarzy. Pierre zarumienił się ze złości, ale nikt mu nic nie odpowiedział.
-Właź do klasy – nauczyciel otworzył drzwi i spojrzał znacząco na blondyna. Ten przełknął głośno ślinę i na drżących nogach ruszył ku wejściu. Zanim jeszcze zniknął w czeluściach historycznej klasy, wziął głęboki wdech. Czułam się, jakbym widziała ostatni spacer skazanego na śmierć. A przecież on tylko miał poprawić ocenę. Tyle że to było coś więcej niż zwykła poprawa oceny. I dla Dave’a, i dla mnie.
-Myślicie, że mu się uda? – zapytałam cicho.
-Musi mu się udać – Pierre zacisnął pięści.
-Musi! – wrzasnął Chuck z wiarą i entuzjazmem, unosząc pięść do góry, za co został skarcony przez Seb’a.
-Musi – wyszeptałam mniej pewnie, wlepiając wzrok w podłogę i jeszcze mocniej zaciskając kciuki.

Przez jakieś 15 minut w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy. Chłopaki zwykle roześmiani i rozchichotani, teraz siedzieli skupieni jedynie na swoich dłoniach. Ja akurat nie chciałam mówić na głos o swoich myślach. Miałam dziwnie złe przeczucia i to niemiłe wrażenie, że on jeszcze będzie miał ochotę pognębić Dave’a. Zapewne dostanie jeszcze jakiś cholerny referat do napisania. Ale to nawet ja mogę mu zrobić. Co wcale nie oznacza, że gnębienie się skończy. 

czwartek, 17 maja 2012

CZĘŚĆ I PART VII


-Kate, chciałbym z tobą porozmawiać – usłyszałam nad swoim uchem głos, który natychmiast rozpoznałam. Głos mojego nauczyciela od historii.
-Proszę mówić tutaj – odparłam pewnie. Przy chłopakach się go w ogóle nie bałam. Kątem oka zauważyłam, jak Seb nas obserwuje. Historyk przez chwilę na mnie patrzył, jakby chciał zmusić mnie do zmiany decyzji. Nie uległam. Już dawno przestałam słuchać jego poleceń. Przynajmniej tych niedotyczących szkoły. A on nie mógł nic na to poradzić. Więc tylko wzruszył obojętnie ramionami.
-Jestem gotowy, by pomóc ci w przygotowaniach do konkursu – oznajmił, a ja jęknęłam w duchu. Konkurs... Zupełnie wyleciało mi to z głowy. Zapomniałam, że on miał mi pomagać. Naprawdę zależało mi na wygranej, a bez jego pomocy to jest prawie niemożliwe. Nie wiedziałam, co robić. Właściwie to nie chciałam pogodzić się ze swoją decyzją. Ale przecież, gdybym została z nim sam na sam. Mógłby... Mógłby zechcieć dokończyć...
-Ja... Nie jestem zainteresowana – odparłam trochę z nieukrywanym żalem w głosie.
-Jak to?! – zapytał zaskoczony historyk - Dziewczyno, ty wiesz, z czego rezygnujesz? Masz naprawdę ogromną szansę na zwycięstwo! Chcesz ją w tak głupi sposób zaprzepaścić?!
-Nie chcę. Będę się uczyć indywidualnie.
-Indywidualnie? – prychnął z wyraźną pogardą – A ile ty chcesz osiągnąć w taki sposób?! Beze mnie nie dasz sobie rady! Mogę ci pomóc...
-Niech pan najpierw powie, za jaką cenę – wysyczałam tak, by nikt tego nie usłyszał. On rozejrzał się nerwowo, a ja poczułam, jak gotuje się we mnie złość. Czy on naprawdę myśli, że jest niezastąpiony? Jeśli tak to się myli. Bez niego przygotuje się jeszcze lepiej niż z nim. I pokażę, że on nie jest mi do niczego potrzebny.
-Dzieciątko, nie zapędzasz się czasem? – wyszeptał niemal bezgłośnie – Zobacz, do czego doprowadziłem Desrosiersa, ciebie na razie oszczędzam, więc lepiej, złotko, nie podskakuj.
-Ja się nie boję.
-Żebyś się nie przejechała na tej pewności – wysyczał przez zaciśnięte zęby, po czym odwrócił się i odszedł dumnym krokiem. Zamknęłam na chwilę oczy i odetchnęłam głęboko trzy razy. Jakoś wciąż nie mogłam poukładać sobie tego wszystkiego w głowie. Wciąż nie docierało do mnie to, że on śmiał jeszcze do mnie podejść i namawiać mnie do spotkań z nim. Nagle poczułam, jak ktoś poklepuje mnie po ramieniu. Odwróciłam się i napotkałam błękitne oczy Seb’a. Uśmiechnął się do mnie, nie odzywając się, jednak ja wiedziałam, co chce powiedzieć. Że on nie da mnie skrzywdzić. Ani on, ani żaden z chłopaków.
***
-No to po raz ostatni – żegnałam w progu David’a – Kiedy wybuchła II wojna światowa?
-1 września 1939 roku – odparł wykończony już blondyn. Wiedziałam, że jest już zmęczony tym słuchaniem i ciągłym kuciem moich wykładów. Przez ostatnie dni zjawiał się u mnie codziennie i po kilka godzin słuchał z pilną uwagą mojego zrzędzenia. No i jeśliby wierzyć mu na słowo, a ja akurat mu wierzę, to jeszcze dodatkowo uczył się w domu. Naprawdę zależało mu na tym, by zdać.
-Gdzie?
-Westerplatte, 4.00. Hitler atakuje Polskę, bo ta nie przystała na jego warunki. Trzeciego września wojnę III Rzeszy wypowiada Anglia...
-Wielka Brytania – poprawiłam.
-... i Francja, ale jest to tak zwana zimna wojna, czyli wojna tylko na papierze. Polakom nie pomógł nikt, a mimo to walczyli przez cały wrzesień. Kiedy zaczynali przegrywać, polski rząd postanowił uciec do swoich sprzymierzeńców, Rumunów, którzy jednak przeszli na stronę Hitlera. Porwali prezydenta i premiera...
-Świetnie – przerwałam mu – Myślę, że coś z mojego przynudzania o Europie zapamiętasz.
-Wątpię – posmutniał blondyn. Każdego wieczoru tak mówił, a mi za każdym razem robiło się go żal. Nie poznawałam w nim Davida, który kilka dni temu próbował zastrzelić mnie bananem.
-Dave, trochę wiary we własne możliwości! – poklepałam Desrosiersa po plecach, by dodać mu otuchy. Ale chyba mi się nie udało.
-Jakby to miało coś mi dać...
-Może coś dać, może dużo dać. Dlatego musisz pamiętać: ty umiesz tę historię, a on nie ma prawa postawić ci jedynki. Dave, walcz o swoje.
-Kate, ty nic nie rozumiesz. On może ot tak zostawić mnie w tej klasie, jeśli tylko się zająknę. On mnie nienawidzi, a prawda jest taka, że ja gówno mogę mu zrobić. Za to on zniszczy mi życie.
-Nie uda mu się, Dave – spojrzałam prosto w jego piwne oczyska. Brakowało w nich błysku, tego czegoś, co z blondyna czyniło właśnie jego. Desrosiersa. - No rozchmurz się już! Masz już dzisiaj nic nie powtarzać, połóż się wcześniej spać...
-Wiem, Kate. Dzięki za wszystko. Za to, że mi pomagałaś i... i za wsparcie. Szczególnie za wsparcie – blondyn niespodziewanie rzucił się na mnie, chcąc się przytulić. Przez moment zachwiałam się, ale zdołałam utrzymać równowagę. Nie powiem, zaskoczyło mnie to, ale mile. Niepewnie objęłam go rękoma, uśmiechając się do siebie. Wtedy już wiedziałam, na czym polega przyjaźń. Wtedy wiedziałam, że my na zawsze zostaliśmy przyjaciółmi.
-Nie ma za co, Dave – wybąkałam, czując się trochę niezręcznie, ale naprawdę przyjemnie.
-Jest za co, Katie! Przesiedziałaś ze mną kilka dobrych godzin, nawet więcej niż kilka. A wiem, że to dla ciebie była męczarnia.
-Przestań! – fuknęłam – Żadna męczarnia!
-Ale dla mnie to zrobiłaś. Dziękuję. Nieważnie, czy zdam, czy nie, zawsze będę o tym pamiętał. Naprawdę nie wiem, jak ja ci się odwdzięczę.
-Proszę cię, David – wyszeptałam zarumieniona, spuszczając wzrok. Nie lubiłam, gdy ktoś mnie chwalił. Czułam się wtedy bardzo niezręcznie – W porównaniu z tym, co ty dla mnie zrobiłeś...
-Daj spokój, Kate – blondyn odsunął się ode mnie – Zapomnij o przeszłości, skup się na teraźniejszości i przyszłości. Dobra, nie będę dłużej zawracał ci głowy. To do zobaczenia jutro – blondyn otworzył drzwi i wyszedł, znikając wśród osłony ciemności.
-Cześć – odparłam, stojąc w progu i odprowadzając go wzrokiem. Jeszcze przez jakiś czas wpatrywałam się w czerń, myśląc intensywnie. Myśląc o nim. Wiedziałam, że mu się uda. Musiał zdać. Przecież tyle poświęciliśmy czasu, by się przygotować. On nie mógł przegrać tej walki. Nie z nim.
Poczułam jak zimno napiera na mnie z trzech różnych stron. Zadrżałam. Gęsia skóra pokryła moje ciało, od stóp do głów, w ciągu ułamka sekundy. Postanowiłam schować się w domu, wiedząc, że on już odszedł i przypominając sobie o feralnym konkursie, w którym musiałam wziąć udział.
Wtedy go nie dostrzegłam. A on wciąż stał przed moim domem, wpatrując się we mnie i zastanawiając się, co do jasnej cholery dzieje się w jego głowie i w jego sercu. 

środa, 16 maja 2012

CZĘŚĆ I PART VI


Planowałam dzisiejszy dzień poświęcić na zdobycie lewego zwolnienia z zajęć do końca roku. Znowu udawałam przed mamą złe samopoczucie. Biedaczka już sama nie wiedziała, co ma robić. Zapewne pomyślała, że wczoraj za długo balowałam z chłopakami. W sumie to ma prawo tak sądzić, wróciłam do domu dopiero koło dziewiątej, roześmiana i rozchichotana. Znowu pozwoliła mi nie pójść do szkoły, pod warunkiem, że to ostatni raz i jutro już pójdę.
Taaa... Tyle że Dave i jego paczka musieli popsuć mój genialny, misternie układany przez całą noc plan dnia. Przyszli po mnie punktualnie o 8.00. Musieli się domyślić, że dzisiaj znowu nie będę miała odwagi wyjść z domu. Ponownie poprosili moją mamę o zaprowadzenie siebie do mojego pokoju i palnęli mi kazanie, wrzeszcząc jeden przez drugiego o zaletach szkoły i innych głupotach. Na koniec Seb oznajmił, że jeśli dobrowolnie nie pójdę, to będą zmuszeni zrobić to samo, co wczoraj. A jednak nie chciałam, by Dave przez całą drogę niósł mnie na rękach. Zrezygnowana westchnęłam i kazałam im zaczekać na zewnątrz, by się przygotować do wyjścia.
Na szczęście dzisiaj mieliśmy dopiero na dziewiątą, więc do szkoły dotarliśmy równo z dzwonkiem. Ciągle łaziłam z chłopakami, bo zwyczajnie bałam się odstąpić ich na krok. Jego także dzisiaj widziałam, wysyłał mi zawistne spojrzenia, na które starałam się nie reagować. Ale nie podszedł. Najwyraźniej przestraszył się piątki chłopaków z liceum. Ale najgorsze dopiero było przed nami. Ósma godzina lekcyjna – historia.
Z ogromnym strachem w głębi serca usiadłam w ostatniej ławce. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Mojej koleżanki jeszcze nie było, zjawiła się jak zwykle minutę po dzwonku z najnowszymi plotkami. Ględziła i ględziła, a ja nawet przez sekundę nie pomyślałam o tym, by jej słuchać. Moje myśli uciekały gdzieś daleko, a właściwie do tego poprzedniego wieczoru. Wróciłam dopiero, gdy usłyszałam, że drzwi klasy się otwierają. Przełknęłam głośno ślinę. Chłopaki siedzieli daleko ode mnie, ale i tak wiedziałam, że nie dadzą zrobić mi krzywdy.
Dzisiejszego dnia wpatrywał się w dziennik o wiele dłużej niż zwykle. Zapewne zastanawiał się, komu ma wystawić proponowane zagrożenie, bo już niedługo trzeba było wystawiać oceny.
-Cabot, jesteś zagrożona, masz siedem pał z rzędu. McDill, ty też się lepiej pilnuj. Jeszcze jedna lufa i będziesz workiem treningowym dla swojego ojca. Desrosiers... – mężczyzna spojrzał zza dziennika na blondyna z szyderczym uśmiechem – Do odpowiedzi.
Wszyscy zamilkli i skierowali przestraszone oczy ku nauczycielowi. Zaskoczony blondyn otworzył szeroko buzię. Przecież na historii nigdy nie chodziło się do odpowiedzi. On nigdy nie pytał. Czasami tylko kartkówki robił, ale wszystkie zapowiedziane. Nigdy nie było sytuacji, w której uczeń nie wiedział, że może zostać zapytany i dlatego się nie przygotował.
-Desrosiers, głuchy jesteś?! Do odpowiedzi!
-Ja... Ja... – jąkał się blondyn – Ja jestem nieprzygotowany – wydusił.
Historyk znowu się szyderczo uśmiechnął i z podejrzaną satysfakcją w oczach zapisał coś w dzienniku.
-W takim razie zeszyt poproszę – oznajmił, prostując się w fotelu.
Dave przełknął cicho ślinę, chwycił swój zeszyt i ruszył ku biurkowi nauczyciela. Ten wyrwał mu trzydziestodwukartkowca , rzucając zawistne spojrzenie blondynowi, którego chyba i tak nikt oprócz mnie nie zauważył. Skomentował już okładkę, mamrocząc o jakichś dziwnych niekształtnych stworach. Następnie skrytykował wszystko, co tylko dostrzegło jego czujne oko. Niechlujne pismo, skreślenia, rysunki na ostatniej stronie, pomazane marginesy, brak podkreślonych tematów i zapisanych dat, a nawet liczył kleksy. Najdłużej jednak mówił o jednej nieuzupełnionej notatce, o której Dave najwyraźniej zapomniał.
-Oj Desrosiers, Desrosiers... – wzdychał ciężko historyk – Takiego zeszytu jeszcze w swojej karierze nie widziałem – w to kłamstwo chyba nikt z klasy nie uwierzył – Masz mi dostarczyć na nowo przepisany zeszyt do następnej lekcji. Jeśli zobaczę jakąkolwiek niedoskonałość, siedzisz w trzeciej klasie kolejny rok. A tak możesz jeszcze wyślizgnąć się z zagrożenia...
-Zagrożenia!? – zerwał się Pierre, wrzeszcząc na całą klasę – Jakiego zagrożenia?! Dave spokojnie zasługuje na tróję! Pan naprawdę chce mu wystawić zagrożenie?!
Cała klasa zaszumiała, stawiając się za brunetem. Nauczyciel powoli odwrócił głowę w stronę zbulwersowanego bruneta, częstując go chłodnym spojrzeniem. Ale ten w ogóle się go nie przestraszył.
-Bouvier, chyba to ja uczę w tej szkole historii i ja wiem, na jaką ocenę zasługują moi uczniowie. Ty się lepiej nie odzywaj, bo jak sprawdzę twój zeszyt, dwója może się nie utrzymać. Więc radzę ci trzymać język za zębami. Ktoś jeszcze chce coś powiedzieć? – rozejrzał się po klasie, która momentalnie ucichła – Nikt? To świetnie. A ty Desrosiers, co tak stoisz? Wracaj do ławki.  Zapiszcie sobie temat dzisiejszej lekcji...
Blondyn smutny, a jednocześnie wściekły, ruszył w stronę swojego miejsca. Nie odezwał się ani słowem, wiedział, że to mogłoby tylko zadziałać na jego niekorzyść. Usiadł w ławce i spuścił głowę. Nagle poczułam niemiłe ukłucie w sercu. Moje sumienie się odezwało. Poczucie winy. To wszystko przeze mnie. To przeze mnie on teraz przeżywa ten dramat z historią. To przez to, że on wtedy zjawił się w klasie i ratował mnie.
Ale to był dopiero początek koszmaru. Blondyna teraz już nie tylko pilnował historyk, ale także inni nauczyciele. Przyczepiali się do jakiś szczegółów, na które normalnie nie zwróciliby uwagi. On naprawdę musiał opowiedzieć im stek bzdur, bo całe grono pedagogiczne spoglądało na blondyna chłodno, choć przed całą tą sytuacją z gwałtem zdecydowana większość lubiła tego nierozgarniętego i trochę fajtłapowatego blondyna latającego jak mucha po korytarzu i przemykało oko na jego swego rodzaju dowcipy. Na szczęście miał przyjaciół, którzy podnosili go na duchu. Ja od razu zaoferowałam się z pomocą, bo po tej feralnej lekcji David miał zostać w klasie i dowiedzieć się, co ma zrobić na dwóję. Wyszedł dosłownie załamany.
-Kazał mi wykuć cały podręcznik! – jęknął, chowając twarz w dłoniach.
-Nie martw się... Dasz radę... – pocieszał go Pierre, klepiąc ze współczuciem przyjaciela po plecach.
-Przecież ci pomogę – odezwałam się nieśmiało, spoglądając na blondyna.
-To nic nie da. Zawalę cały rok. I kolejny też, bo on wciąż będzie tu uczył. Nigdy nie skończę tego liceum... – ględził bez przerwy – A moi rodzice?! Zamordują mnie! Nie będę miał perkusji, basu... Ja tego nie przeżyję...
-Dave! – warknął Seb, zrywając się, podchodząc do blondyna i zwyczajnie go policzkując. Otworzyłam usta ze zdziwienia, ale zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, błękitnooki wrzasnął – Przestań, debilu! Nic jeszcze nie jest stracone! My w ciebie wierzymy! Kate ci pomoże i dasz sobie radę! Tylko musisz ruszyć dupę i wziąć książkę do ręki! Kilka dni popracujecie i wszystko ładnie przerobicie! Rozumiesz?!
-Ale...
-Nie ma żadnego ale! Masz zdać choćbyś miał umrzeć z przemęczenia! Dasz radę, my to wiemy! My, twoi przyjaciele!
-Dzięki... – wymamrotał Dave, wciąż jednak nie wierzył, że to może mieć szczęśliwy koniec. Spojrzeliśmy po sobie i westchnęliśmy cicho. Wiedzieliśmy, że teraz nawet ogromny banan nie dałby rady pocieszyć blondyna.
-Kate, chciałbym z tobą porozmawiać – usłyszałam nad swoim uchem głos, który natychmiast rozpoznałam. Głos mojego nauczyciela od historii.

niedziela, 13 maja 2012

CZĘŚĆ I PART V


Wciąż jeszcze nie miałam odwagi, by wyjść z pokoju, by w ogóle opuścić łóżko. Nie poszłam do szkoły, chociaż wiedziałam, że teraz jest najgorętszy okres, walka o oceny. Ja się bałam, że chociaż dzisiaj nie mieliśmy historii, to spotkam go lub on mnie wyhaczy. Nie wyobrażałam sobie dalszej nauki w tym liceum. Nawet posunęłam się do tego, że zaczęłam myśleć, by zrobić sobie krzywdę i trafić do szpitala na ostatni miesiąc szkoły. Tylko że zawsze pojawiałby się ten sam problem: mogłabym spotkać gdziekolwiek, nawet na ulicy. A wówczas nie miałby kto mnie uratować.
Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co się wczoraj wydarzyło. Miałam wrażenie, że to koszmar, który tylko mi się przyśnił. A raczej próbowałam sobie to wmówić. To ciągle do mnie wracało. A raczej ciągle siedziało w mojej głowie. Próbowałam nawet zagłuszać to muzyką, ale nic z tego. Taka ironia losu – im bardziej chciałam to wyrzucić, tym bardziej to do mnie wracało. Czy tak musi być zawsze z tymi nieszczęśliwymi wspomnieniami? Dlaczego łzy nie mogą w końcu się zatrzymać? Dlaczego właśnie mnie to spotyka? Dlaczego ja muszę być jedyną spośród tego miliona?
-Kochanie – usłyszałam ciche pukanie i zmartwiony głos mojej mamy. Biedaczka nie mogła zrozumieć, co się dzieje, dlaczego siedzę sama w pokoju i nie chcę nikogo wpuścić do środka. Naprawdę się o mnie martwiła, a ja... Ja nie potrafiłam odpowiedzieć na te wszystkie pytania, które zadawała. Chciałam wszystko jej wytłumaczyć, ale żal serce mi ściskał, gdy ją słyszałam, jednak jeszcze nie umiałam. Zresztą pewnie i tak bym się nie odezwała ani słowem. Ona na pewno zaczęłaby się martwić. A i tak ma zbyt wiele zmartwień na głowie – Skarbie, koledzy do ciebie przyszli. Może wpuścisz ich do środka?
Uniosłam głowę znad poduszki i spojrzałam na drzwi. Koledzy? Jedyny chłopak, z którym rozmawiałam, to Dave. To musiał być on. I kto jeszcze? Pewnie ktoś z jego paczki. Lub co gorsza cała paczka. Wzruszyłam ramionami i ponownie schowałam twarz w poduszkę. Właściwie to co mnie to obchodziło.
-Kate, wpuścisz nas? – zapytał przez drzwi Dave. I to on sprawił, że niewiele myśląc nad tym, co robię, ruszyłam w stronę drzwi. Nie wiem, dlaczego akurat jemu otworzyłam. Znowu złamałam swoją zasadę zaufania. Przekręciłam klucz w zamku. Zastanawiałam się, jak długo jeszcze będę przekraczać granice. Już dawno powinnam przestać.
-Po co tu przyszliście? – zapytałam, a raczej burknęłam niemiło, widząc w progu Dave’a i Seb’a.
-Porozmawiać – odparł błękitnooki – Wpuścisz nas, czy wolisz, żebyśmy rozmawiali na korytarzu? – przez chwilę milczałam, patrząc na nich, a potem cofnęłam się i szerzej otworzyłam drzwi. Oni weszli na luzie, rozglądając się z ciekawością. Właściwie, to mój pokój nie był jakoś szczególnie interesujący czy wyróżniający się. Kremowy dywan dźwigał na swoich barkach jasnobrązową szafę i tego samego koloru komodę. Dokładnie naprzeciwko znajdowały się trzy puchate fotele, właściwie nie wiem, po kiego grzyba. Jeszcze nikt inny nie odwiedził mnie w domu. Zwykle jeśli chciałam się z kimś spotkać, to załatwiałam to na mieście. Naprzeciwko drzwi znajdowało się moje łóżko, niewielkie, ale bardzo wygodne. Tuż obok zdołałam jeszcze wcisnąć szafkę nocną, na której stał budzik, książka i kilka płyt. Ściany ozdabiało lustro oraz przeróżne abstrakcyjne dzieła. Uwielbiałam abstrakcję, pobudzała mózg.
-Po co tu przyszliście? – zapytałam po raz drugi, rozwalając się na swoim łóżku, podkulając nogi i oplatując kolana swoimi rękoma.
-Martwiłem się – odpowiedział Dave, siadając nie w fotelu, ale koło mnie – Dlaczego nie przyszłaś do szkoły?
-N o zgadnij! – prychnęłam, spoglądając znacząco na Seb’a, który już na samym początku naszej rozmowy się pogubił, wyraźnie nie wiedząc, o co chodzi. Chciałam, by Dave domyślił się, że nie chcę o tym głośno mówić. On jednak kontynuował rozmowę, nie zwracając uwagi na przyjaciela.
-I co, jak długo zamierzasz się tu ukrywać? Do końca życia? Ten problem sam się nie rozwiąże. Ty musisz sama z tym walczyć, sama musisz to pokonać. Bo to coś wytworzyło się w twojej głowie.
-Pewnie – warknęłam – Tobie to tak łatwo mówić! I co może teraz mam sobie spokojnie wyjść na spacerek i podziwiać słoneczko? Albo najlepiej na dyskotekę!
-To jest akurat niegłupi pomysł! Widzę, że łapiesz, o co chodzi! – ucieszył się blondyn.
-To była ironia!
-Halo! – pomachał nam łapą przed oczami zniecierpliwiony błękitnooki, przypominając o swojej obecności – Czy ktoś mi może wyjaśnić, o co tu chodzi?! – wkurzony przenosił wzrok z mojej twarzy na twarz Dave’a i z powrotem. Blondyn wzruszył ramionami. Z jego oczu wyczytałam zdanie: Rób co chcesz. Słowa, które wypowiedziałam, same właściwie wyleciały mi z ust. Teraz sama nie wiem, czy chciałam, by o tym wiedział. One po prostu same wyślizgnęły się spod kontroli mojego mózgu.
-Prawie zostałam zgwałcona.
Nie widziałam wzroku Seb’a, ale byłam pewna, że od razu rzucił spojrzenie David’owi, zawierające pytanie, czy to co mówię, to na pewno prawda. Nie słyszałam, by zaprzeczał, być może nawet potwierdził, ale milcząc. Później kątem oka zdołałam zaobserwować tylko, jak błękitnooki siada na podłodze, nie za bardzo wiedząc, jak się ma zachować. Otwierał i zamykał usta zaszokowany, wciąż na mnie patrząc.
-Co za gnój chciał to zrobić?! – to były pierwsze słowa, które do mnie wypowiedział. W jego oczach dostrzegłam potworną złość. Złość, że ktokolwiek odważył się zrobić coś takiego, takie świństwo – Trzeba go nauczyć porządku! – brunet zacisnął pięści gotów do walki.
-Seb, to nie jest takie proste – wyszeptał Dave, również zaciskając pięści – Jak ja nienawidzę bezsilności...
-Bezsilności?! Jakiej bezsilności?! Bierzemy Pierre’a, Chucka i Jeffa i atakujemy! Gość nie ma najmniejszych szans, choćby nawet był mistrzem świata w judo czy karate!
-Seb, my mówimy o naszym, historyku...
Błękitnooki uśmiechnął się lekko, a nie widząc na naszych twarzach cienia uśmiechu, prawie natychmiast spoważniał. Jego entuzjazm i chęć walki ulotniła się.
-Wy żartujecie, nie?  - zapytał bezbarwnie.
Oboje z Dave’em westchnęliśmy cicho, co zapewne miało być zaprzeczeniem. Seb wpatrywał się w nasze twarze z niemym wyrazem. Teraz już kompletnie go sparaliżowało. Biedak znowu się pogubił, nie wiedział, co powiedzieć.
- To dlatego on dzisiaj chciał z tobą porozmawiać na osobności... A ty powiedziałeś nam, że pytał się o zeszyt!
-Musiałem skłamać, Kate nie życzyła sobie, bym komukolwiek o tym mówił – blondyn wzruszył ramionami, a ja obdarzyłam go wdzięcznym, a jednocześnie czujnym spojrzeniem.
-chciał z tobą porozmawiać?  - powtórzyłam – O czym? Groził ci?
Dave spuścił głowę. Chyba nie chciał pokazywać mi swoich oczu. Odniosłam wrażenie, że wolał, by ta rozmowa została jedynie między nim a nauczycielem.
-On mi powiedział parę słów, ja mu parę... – wymamrotał niewyraźnie.
-Dobra, nie chcesz, to nie mów – wzruszyłam ramionami. Zdążyłam go poznać na tyle dobrze, że wiedziałam już, iż kiedyś nie wytrzyma i zacznie o tym paplać jak najęty. Taki już jest.
-No to teraz już się nie dziwię, że nie zjawiłaś się w szkole – błękitnooki przejechał dłonią po włosach – Jak ty zamierzasz kontynuować naukę? Czy ty w ogóle komuś o tym powiedziałaś?
-Tylko wy o tym wiecie.
-Idę po twoją mamę – Seb zerwał się i nim zdążyłam otworzyć usta, stał tuż obok drzwi.
-Zaczekaj! – krzyknęłam, zatrzymując go dosłownie w ostatnim momencie – Nie rób tego!
-Kate, twoja mama jest pierwszą osobą, która powinna się o tym dowiedzieć! Później musicie znaleźć dobrego adwokata i pójść z tym do sądu! Macie wygraną w kieszeni!
-Co?! Nigdy! – wrzasnęłam przerażona.
-Jeśli on będzie wiedział, że jest bezkarny, nadal będzie to robił! Być może znowu trafi na ciebie, a być może znajdzie sobie inną niewinną dziewczynę! Chcesz, żeby to się powtórzyło!? Tylko że wtedy on może...
-Przestań,  Seb! – przerwał kumplowi Dave – Nie widzisz, jak ona to przeżywa, jak wygląda?!
Siedziałam ze spuszczoną głową, wsłuchując się w słowa Seba. Najgorsze było to niemiłe uczucie, które mówiło, że on ma rację. I ja zdawałam sobie z tego sprawę. Tylko... Tylko ja nadal nie umiałam o tym mówić. To dla mnie zbyt wielki szok. Nie potrafiłabym zaufać obcym ludziom, opowiedzieć im o tym, co mnie spotkało, opowiedzieć o tym, co mi się śni po nocach, co przez cały czas mam przed oczami. Naprawdę nie chcę, by inni cierpieli za mnie. Ale też wiem, że po prostu nie dam rady. Znowu łzy zaczęły mi spływać po policzkach. Nie chciałam przy nich się rozklejać. Ale to było dla mnie za trudne. Ukrywanie uczuć od zawsze sprawiało mi kłopot.
-Kate... Przepraszam... – Seb chwycił mnie za dłoń. Usiadł obok i mocno mnie przytulił. Widziałam, że zrobiło mu się głupio – No przepraszam... Nie pomyślałem...
-A... Ale... Ty masz rację! – wybuchłam – Ja... Powinnam powiedzieć... Tylko... Nie umiem. Nie dam rady, no!
-To i tak nie miałoby większego sensu – wyszeptał zamyślony Dave, wpatrując się w moje prześcieradło.
-Nie miałoby większego sensu?! – powtórzył jak echo Seb – Zwariowałeś do reszty?! Ma sens! Ma ogromny sens! Jak Kate udałoby się opowiedzieć o tym, co ją spotkało, to policja mogłaby już rozpocząć śledztwo...
-Seb, ty nic nie rozumiesz. My w ogóle nie mamy dowodów. A jak myślisz, komu uwierzą? Dwójce nastolatków czy szanowanemu nauczycielowi z wieloletnim stażem i stopniem magistra?
Błękitnooki zamyślił się na chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią. Ja także, chociaż to było tylko pytanie retoryczne. Wszyscy wiedzieliśmy, że dorośli traktują nas jak dzieciaki, chociaż mamy już po dziewiętnaście lat. Nikt nam nie uwierzy, nikt nie stanie po naszej stronie. Nie mamy żadnych szans na zwycięstwo.
-Ale przecież spróbować można.... Może jednak spróbują coś zrobić... – próbował przekonać nas Seb, chociaż teraz już i w jego głosie usłyszałam wątpliwości.
-Nie – odparłam, pociągając nosem – Nie chcę już więcej o tym opowiadać. Nie chcę po raz kolejny tego przeżywać. Chcę tylko o tym zapomnieć i wrócić do poprzedniego życia.
-Ale Kate, jeśli on będzie chciał znowu... – brunet przerwał, wpatrując się we mnie z troską. Ja i Dave od razu domyśleliśmy się, o co chodzi. Westchnęłam cicho.
-Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co mam robić – schowałam twarz w dłoniach – Ja już nigdy nie wyjdę z domu.
-Wyjdziesz szybciej niż ci się wydaje – David zaczął prostować ręce i nogi, po czym ze swoim starym luzackim uśmieszkiem zerwał się z mojego łóżka – Ałłaaa... mój kark... – ja i Seb usłyszeliśmy, jak wszystkie kości strzelają Dave’owi.
-O nie, Dave – zdążyłam już domyślić się, na czym polega genialny plan blondyna. I nie podobało mi się to – Ja się stąd nie ruszam!
-Owszem, ruszysz się – odparł spokojnie blondyn, zaglądając do mojej szafy i bezczelnie w niej grzebiąc. Wyciągnął jakieś luźne dżinsy i koszulkę z uśmiechniętym bananem – Ty, Seb! – ryknął podniecony wpatrując się w namalowany owoc – Jaka świetna bluzka! – przyłożył ją do swojej klatki piersiowej i zaczął przyglądać się w lustrze – Musisz w niej pójść! – rzucił ubrania w moją stronę. Nawet się nie poruszyłam.
-Na co czekasz? – zapytał Seb, nie dostrzegłszy żadnego ruchu z mojej strony – A no tak... Dave, jesteśmy idiotami! Musimy przecież wyjść. Ona nie przebierze się przy nas.
-No tak, to my zaczekamy na korytarzu, a ty zmień ciuchy – brunet i blondyn swobodnie ruszyli w kierunku moich drzwi, coś tam mamrocząc pod nosami.
-Zaczekajcie! – zawołałam za nimi. Zatrzymali się na znak, że mnie słuchają – Ja nigdzie się nie wybieram...
-Tak, tak, oczywiście – oni w ogóle nie przejęli się moimi słowami, tylko zaczęli iść dalej -Już to słyszeliśmy, Kate, zmień płytę...
Drzwi zamknęły się za nimi. Westchnęłam cicho i nie wiedzieć czemu, zaczęłam się przebierać. Nadal nie zamierzałam nigdzie wychodzić, ale ubrać się w coś świeżego nie zaszkodzi. I tak musiałam piżamę do prania oddać. Wciągnęłam na siebie Dave’ową koszulkę z bananem, zastanawiając się, jak mogę ich spławić. Miałam naprawdę mnóstwo pomysłów, ale przeczuwałam, że żaden nie zadziała. Mogę liczyć jedynie na swój upór.
-Dobra, możecie wejść – oznajmiłam bez większego entuzjazmu, otwierając szeroko drzwi. Dave w ciągu ułamka sekundy znalazł się w środku.
-Leży na tobie idealnie! – krzyknął zachwycony, biegając wokół mnie – O matko, ona jest świetna! Gdybym ja taką miał, nie ściągałbym jej nigdy! – zatarł ręce z zadowoleniem – No to co, lecimy!
-Ja nigdzie nie idę – powiedziałam głośno i wyraźnie, siadając z powrotem na łóżko. Chłopaki z wyraźnym znudzeniem spojrzeli po sobie.
-Znowu zaczyna... – jęknęli w tym samym momencie, a potem Dave skierował na mnie swój wzrok.
-Nie chcesz iść? – zapytał, zbliżając się w moją stronę. Zastanawiałam się, co teraz kombinuje, bo z jego oczu tym razem nie mogłam wyczytać nic – Jeśli nie chcesz iść... To ja cię wezmę! – nim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować, on już mnie podnosił.
-Ty psycholu! – wrzasnęłam, płacząc ze złości, a jednocześnie nie mogąc przestać się śmiać.
-Seb, z łaski swojej, otwórz nam drzwi – blondyn nawet nie zwrócił na moje krzyki najmniejszej uwagi. Szedł w kierunku drzwi. Przez cały czas wrzeszczałam, że ma mnie puścić. Raz tylko w odpowiedzi wystawił mi język. Prychnęłam cicho. I tak wiedziałam, że przy wyjściu i tak będzie musiał z powrotem postawić mnie na nogi. Jednak oni i wtedy sobie poradzili. Dave spojrzał błagalnie na swojego przyjaciela, a ten pisnął cicho.
-Ostatni raz! – krzyknął. Blondyn uśmiechnął się i podniósł jedną nogę do góry. Seb wcisnął mu jednego buta na stopę i zawiązał. To samo zrobili z drugą nogą, chociaż Dave cały czas się kołysał, nie mogąc utrzymać równowagi. Ale jakoś dali sobie radę.
-dobra, teraz Kate.
-Dajcie spokój, przecież mogę sama...
-I nam zwiejesz? Nie. Które to twoje buty?
-Nie ucie...
-te czerwone trampki? Ta, na pewno te.
Seb chwycił jednego mojego buta i wcisnął go na stopę. Miał z tym nie lada problem, bo ja nie mogłam przestać się śmiać. W końcu jednak i tego udało mu się dokonać.
-No i po problemie! – ucieszył się Dave, patrząc, jak brunet zawiązuje sobie buty. Potem błękitnooki wyprostował się i otworzył drzwi, a blondyn, ze mną na rękach wyszedł. Moim oczom ukazały się dwa wielkie lśniące motory. Chłopaki ruszyli w ich kierunku, a ja gapiłam się onieśmielona. Nie mogli nie zauważyć mojego milczenia.  
-co jest, Kate? – zapytał dumny z siebie Seb – Mowę ci odebrało?
-To wasze? – zdołałam wydusić z siebie rozanielona – I my będziemy nimi jechać?
-Teraz już z nami pójdziesz? – Dave uwolnił mnie, a sam chwycił dwa kaski. Jeden podał mi, a jeden sam założył.
-Najpierw do Pierre’a? - zapytał błękitnooki, zapalając z głośnym hukiem motor. Blondyn potwierdził to, kiwając głową. Sam zaczął uruchamiać maszynę.
-Wsiadasz czy jednak zostajesz? – zapytał, chyba dobrze znając odpowiedź. Bo gdyby nie znał, nie dawałby mi najmniejszego wyboru.
-też pytanie – prychnęłam, zasiadając za nim i obejmując go w talii. Szczerze mówiąc trochę się bałam, chyba wciąż jeszcze nie miałam do  niego zaufania, ale... ale to było moje marzenie od dziecka. Motor to nieodłączna część filmu romantycznego. Przytuliłam się do jego pleców. Z każdą sekundą coraz bardziej przyspieszaliśmy. Zamknęłam oczy. Czułam, jak wiatr próbuje nas zatrzymać. To było naprawdę dziwne uczucie. Powietrze jakby rozcinało się tworząc nam drogę. Trochę zmarzłam, ale to się w ogóle nie liczyło. To szczegół. A jazda motorem jest zbyt piękna, by zwracać uwagę na szczegóły.
Nawet nie zauważyłam, kiedy się zatrzymaliśmy. Wciąż w głowie miałam ten przyjemny szum, wciąż jeszcze nie otwierałam oczu, bo nie chciałam, by ta magia się rozpłynęła.
-Pierwszy raz na motorze? – dotarło do mnie jego pytanie. Uniosłam powieki do góry. Jego uśmiech prawie w zupełności wynagradzał zniszczenie tej cudownej chwili.
-tak – potwierdziłam z równie szerokim uśmiechem – cholera, to było niesamowite! – wrzasnęłam z entuzjazmem. On odwrócił głowę w stronę domu, w którego czeluściach przed chwilą zniknął Seb. Czyli to musiał być dom rodziców Pierre’a. Podobał mi się. Sprawiał wrażenie małego, ale ja wiedziałam, że w środku na wszystko znajdzie się miejsce. Dwupiętrowy, świetnie prezentował się od zewnątrz. Plus jeszcze bardzo zadbany ogródek. Pewnie jego mama interesowała się ogrodnictwem, bo tak piękne otoczenie w Montrealu to rzadkość.
-Pamiętam swoją pierwszą jazdę na motorze – zadumał się blondyn – Była naprawdę niesamowita. A przynajmniej niesamowicie się zaczynała...
-Zaczynała? – powtórzyłam z ciekawością.
-Zaczynała, bo skończyła się fatalnie – blondyn wyraźnie posmutniał. 2 jego oczach ujrzałam ból. Ból, jakiego jeszcze nigdy nie dostrzegłam na jego twarzy. To wspomnienie wywoływało na jego twarzy naprawdę ogromne cierpienie. Czekałam cierpliwie. Wiedziałam, że potrzebuje czasu, by wszystko poukładać sobie w głowie.
-On... On był taki mały... – piwne oczy Dave’a zaszkliły się od łez. Zadrżałam – Kurde, jakbym tylko mógł cofnąć czas – zacisnął bezsilnie pięści – Wszystko by się potoczyło inaczej. Jak ja mogłem to zrobić, jak mogłem nie widzieć? – westchnął cicho. Słuchając jego zażaleń także i ja zaczynałam się rozklejać. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku, żadnego odgłosu. Nie wiedziałam, co mogę powiedzieć. On żałował, ale... co mu daje ten żal? Czasu nie cofnie nigdy...
-I miał taką śliczną, mieniącą się w słońcu skórkę... I... I taki przepiękny kształt...
-Dave... Dave, o czym ty gadasz? – zapytałam, gubiąc się w tym wszystkim i podejrzewając blondyna o postradanie zmysłów.
-No jak to o czym!? O biednym bananku, którego rozjechałem na środku drogi!
Wybuchłam ogromnym śmiechem, czując jednocześnie niesamowitą ulgę. On mówił o bananie. On mówił tylko o bananie.
-No co?! – warknął – Jeśli człowiekowi pośmiertnie należy się szacunek, to bananowi tym bardziej!
-No tak, oczywiście, że tak... – naprawdę próbowałam zachować powagę, ale w żaden sposób m i to nie wychodziło. A Dave wciąż patrzył na mnie tym swoim potępiającym wzrokiem wołającym: Zero szacunku dla bananów to wstyd i hańba!
Nagle usłyszeliśmy warkot silnika. Od razu odwróciliśmy głowy w stronę domu Pierre’a. Brunet wyjechał przez bramę, prosto na nas.
-Znowu będzie się popisywał! – jęknął Dave. Bouvier nie zatrzymał się, wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej przyspieszył. Ale blondyn w ogóle się nie przestraszył. Tylko coś go wyraźnie denerwowało. Pierre dopiero jakiś metr od nas ostro zakręcił z piskiem opon.
-Cześć, Dave, cześć, Kate! – wrzasnął wesoło, machając nam dłonią. Odmachałam mu i kątem oka zauważyłam, że Seb także wsiada na motor – To gdzie teraz?! Do Jeff’a chyba najbliżej!
-To do Jeffa! – odparł Seb, uruchamiając swoją maszynę. David także usiadł i zapalił silnik. Ponownie ruszyliśmy i ponownie pojawiło się to uczucie. Później pojechaliśmy jeszcze do Chucka, który wkurzał się, że jak zwykle jest ostatni.
-Jakieś dalsze plany? – Pierre przeleciał wzrokiem po twarzach kumpli, nie omijając także mojej. Nikt się nie odezwał – Aha, czyli tak jak myślałem. Znowu przez pół godziny będziemy zastanawiać się, gdzie jechać...
-Mam ochotę na banana... – odezwał się nieśmiało Dave.
-O nie! – jęknęli wszyscy oprócz mnie.
-Pamiętasz, jak ostatnio ochroniarz nas wyganiał?!
-No to przecież pójdziemy do innego! Chłopaki, no błagam was! – usłyszeliśmy głośne burczenie w brzuchu – No widzicie, ja natychmiast potrzebuję reanimacji!
-Niech tobie Kate zrobi... – poraziłam wzrokiem Jeffa, wiedząc, co chłopak miał na myśli. Nie dokończył zdania – Ojejku... żartowałem...
-Bo zaraz ty będziesz potrzebował reanimacji! – warknęłam.
-Jeff, lepiej się zamknij, bo nikt z tutaj obecnych nie będzie chciał robić usta- usta – oznajmił Pierre i żeby uciąć tę głupią sprzeczkę, dopowiedział – Dobra, jedźmy, bo zaraz Dave nam wykituje!
***
-Po co bierzemy wózek? – zapytałam, patrząc, jak chłopaki zaczynają grzebać sobie nawzajem w kieszeniach spodni, w poszukiwaniu jakiejś monety. To też wydawało mi się dziwne, ale przyzwyczaiłam się do ich dziwnych pomysłów –Idziemy tylko po banany!
-Kate, ty nie potrafisz wyobrazić sobie, ile Dave może pochłonąć bananów! – roześmiał się Seb, wyciągając z kieszeni Chucka jakąś monetę – Zawsze tak robimy – powiedział, widząc moją pytającą minę – Taki Chuck mógłby na przykład ukryć fakt, że ma drobniaki i nie byłoby zabawy.
-Mam! – krzyknął Pierre, podskakując z radości z pieniądzem w dłoni. Zatrzymaliśmy się w dopiero ósmym sklepie, jaki napotkaliśmy po drodze. W poprzednich siedmiu Dave’owi coś się nie podobało. A to nie dowozili świeżych, a to traktowali je, jakby były zwykłymi owocami, itp. Ten określił mianem „sklepu zgniecionych bananów”, ale Chucka już szlag trafił i wrzasnął, że nie ma już sił na jeżdżenie i albo pójdziemy tutaj, albo nici z naszych zakupów. Więc blondyn, z ogromną niechęcią, ale zgodził się na wejście do tego supermarketu.
-Kate, wsiadaj! – Pierre wskazał na wózek zachęcająco. Roześmiałam się, myśląc, że on nie mówi na poważnie. Ale brunet wciąż się na mnie patrzył.
-Serio? – zapytałam.
-A czy ja kiedyś nie mówiłem serio? – wyszczerzył się szeroko, ukazując rząd śnieżnobiałych idealnie równych zębów.
-Mam wymieniać? Lista szybko by się nie skończyła! – zachichotałam, ale postanowiłam jednak wskoczyć do wózka.
-Ej! Robimy wyścigi?! – zawołał z entuzjazmem Dave, wyciągając z kieszeni Pierre’a kolejną monetę. Jeff podrapał się po głowie.
-Ostatnio jak zrobiliśmy sobie wyścigi, to policja za nami ganiała...
-No właśnie! Tym razem nie możemy dać się złapać! – wrzasnął Chuck, zabierając blondynowi monetę i wpychając ją do wózka – Seb, wskakuj, będziesz sterował!
Błękitnooki nawet przez chwilę się nie zawahał – wskoczył jak jakaś małpa i z entuzjazmem wrzasnął:
-Jedziemy! – a potem trochę ciszej dopowiedział – A kto prowadzi?
-Ja! – perkusista Simple Plan pierwszy wleciał do sklepu wraz z prawie płaczącym Sebem.
-Cholera! – krzyknął Pierre, biegnąc zaraz za nim. Po chwili przypomniał sobie o mnie i wrócił – Widzisz Kate?! Jak zwykle oszukują! Ale i tak będziemy pierwsi!
 Ludzie dziwnie się na nas patrzyli, ale nic nie powiedzieli. Tylko pokazywali nas sobie palcami. Ale chyba nikt z naszego grona się tym specjalnie nie przejął. Pierre dalej usiłował dogonić Chucka. Ja kierowałam go, ciągle wrzeszcząc i kurczawo trzymając się wózka. Emocje sięgały zenitu. Brakowało nam naprawdę niewiele, a odległość zmniejszała się z każdą sekundą. Słyszałam zadowolone sapanie bruneta nad swoim uchem. Widziałam, jak Chuck odwraca się i patrzy na nas ze strachem w oczach. Coś nerwowo mówił do Seba. Ten widok dodawał Pierre’owi dodatkowej energii. Uśmiechnęłam się do bruneta zawistnie. Niewiele brakowało nam do zwycięstwa. Wjechaliśmy w dział zabawek. Wtedy Chuck zatrzymał się. Seb wyskoczył z wózka i razem pobiegli ku małym samochodzikom. Wybuchłam głośnym śmiechem i sama w biegu wyskoczyłam z wózka. Ledwo zdołałam utrzymać równowagę. Jeśli myślą, że pokonają nas w taki sposób...  To stanowczo się mylą! Szybko wzięłam pierwszy lepszy samochodzik i poleciałam za nimi. Pierre jechał koło mnie z ogromnym bananem na twarzy i chęcią zwycięstwa w oczach. Ja sama miałam niemałą radochę. Chuck i Seb starali się uciec, ale najwyraźniej my lepiej znaliśmy się na dziecięcych samochodzikach. Już miałam ich przed oczami. Znowu się zatrzymali.
-Co jest, poddają się?! –zapytałam Bouviera, który tylko wzruszył ramionami.
-Wątpię! Pewnie znowu coś kombinują!  
Chwilę później zobaczyliśmy, co on i znowu wymyślili. Deskorolki. Widziałam, jak zbliżają się w naszą stronę. Przełknęłam głośno ślinę. Oni minęli nas z uśmieszkami na twarzach i wrzaskiem:
-I co teraz, frajerzy?!
-Cholera! – mój partner szybko wyskoczył z samochodzika i chwycił pierwszą lepszą deskę – Wiesz, co to jest? – zapytał nerwowo, wskazując na trzymany przedmiot.
-No przecież nie jestem idiotką! – zabrałam mu ją i położyłam na ziemi. Moje umiejętności korzystania z tego przedmiotu można było określić mianem minimalne. A jeszcze kilka lat temu nie mogłam uwolnić się od tego sprzętu. Odbiłam się nogą od podłogi. Nie dam im się pokonać w tak łatwy sposób. Pierre wyprzedził mnie. Nietrudno było zauważyć, że on nadal szkoli się w jeździe na desce. Poruszał się o niebo sprawniej niż ja. Zresztą tak jak Seb i Chuck. Ale nie zamierzałam się poddać. Miałam swój honor.
Nie wiem, jak długo trwał ten pościg, ale ani ja, ani Pierre nie zatrzymaliśmy się ani razu. Przy końcu Chuck i Seb byli już jakiś metr przed nami. Jednak gdy tylko zobaczyli ogromne łoże, skoczyli na nie, a z ich gardeł wydobyło się głośne  i pełne ulgi AAAAA!!! Ja i Pierre śmierdzący od potu skoczyliśmy na nich. Wszyscy razem wybuchliśmy głośnym, śmiechem.
-Nareszcie! – przerażeni osłupieliśmy w jednej chwili. Nad nami stał równie zmęczony jak my, ale wyszczerzony ochroniarz  - Ktoś będzie musiał naprawić wszystkie szkody, nie uważacie?
Przełknęłam głośno ślinę i spojrzałam na chłopaków. Nie ujrzałam na ich twarzach ani krzty strachu. W sumie to ja też się nie bałam. Właściwie to czego?
-teraz! – gdy tylko usłyszałam głos Seb’a intuicyjnie zerwałam się i zmusiłam wszystkie swoje mięśnie do jak największego wysiłku. Już nie patrzyłam na to, co robią chłopaki. Sama zaczęłam biec do działu ze słodyczami. Bardzo często skręcałam, błądziłam po całym sklepie, nie zostawiając po sobie żadnych śladów. Usiłowałam ich zgubić i chyba mi się to udało. Schowałam się w toalecie. Tu mnie nie powinien nikt znaleźć. Postanowiłam trochę tu posiedzieć i wyjść dopiero, gdy wszystko się uspokoi. Spojrzałam w lustro. Moją twarz ozdabiał szeroki uśmiech. Dawno już tak ogromnego nie widziałam. Zresztą dawno już nie miałam takiej zabawy, dawno się tak nie uśmiałam. I być może właśnie tego było mi trzeba.
Po kilku minutach usłyszałam trochę przytłumione, ale głośne krzyki Pierre’a, Chuck’a i Seb’a. Z ich bardzo głośnej rozmowy zrozumiałam tylko tyle, że właśnie mnie szukają. Zaryzykowałam i delikatnie otworzyłam drzwi. Akurat otwierały się one na zewnątrz, więc całkiem niechcący Pierre oberwał ode mnie w ramię.
-O! Tu się schowałaś! – zawołał Seb, nie zwracając uwagi na jęczącego przyjaciela – Gdybyśmy cię zgubili, Dave by się wściekł.
-Droga wolna? – zapytałam, chcąc wreszcie uwolnić się od odoru brudnych kibli.
-No właśnie nie bardzo! –wrzasnął Chuck, wpychając mnie z powrotem do toalety. Sekundę później trójka chłopaków także znalazła się w środku.
-Eeee... To jest toaleta dla kobiet – wymamrotałam zaszokowana ich widokiem.
-On tu wejdzie, on nas znajdzie, on na pewno nas widział... – panikował ciągle Pierre, w żaden sposób nie mogąc się uspokoić i ustać w jednym miejscu.
-Oj tam, Kate, czepiasz się szczegółów – machnął dłonią lekceważąco Chuck – A on to tak zawsze – oznajmił, dostrzegłszy, że przyglądam się Bouvierowi – Nie zwracaj na to uwagi.
Nagle ktoś pociągnął za klamkę. Spojrzeliśmy po sobie z przerażeniem i rzuciliśmy się w kierunku jedynych miejsc, w których mogliśmy się schować – w stronę kabin. Kobieta, która weszła musiała poczuć się naprawdę zgorszona, bo w końcu nie co dzień widuje się w toaletach młode osoby, usiłujące dobić się do wolnych kabin.
-Przepraszam... To nie jest żeńska?- zapytała cicho, ale my mimo wrzasków Pierre’a usłyszeliśmy ją. Zastygliśmy w bezruchu, dopiero po kilku sekundach uświadamiając sobie, że ona w ogóle się odezwała.
-Tak, proszę pani, to żeńska – Seb odsunął się od najbliższych drzwi – Proszę, tu jest wolne.
Kobieta, spoglądając nieufnie na błękitnookiego, ruszyła w stronę oferowanej przez niego kabiny. Gdy tylko zniknęła za drzwiami, wybuchliśmy gromkim śmiechem
-Wynośmy się stąd lepiej, bo jeszcze zawału wszyscy dostaniemy przez ten strach – zaproponowałam, a chłopaki chętnie na to przystali. Opuściliśmy toaletę ciesząc się wreszcie świeżym powietrzem. Trójka brunetów zaczęła kłócić się o jakąś głupotę, nawet nie wiem, o co. Rozglądałam się za Dave’em, bo miałam już serdecznie dość tego miejsca. Nagle znowu go ujrzałam.
-Cholera! – wrzasnęłam, przez moment nie poruszając się, a potem umykając w bok pociągnąwszy Chucka za rękaw. Comeau uszczypnął Seb’a, a Seb Pierre’a i cała trójka rzuciła się za mną biegiem. Próbowałam wreszcie znaleźć kasy, by wydostać się stąd i zwiać.
-Szukajcie kas! – krzyknęłam do chłopaków, rozglądając się naokoło. Ten ochroniarz nas gonił, ale my byliśmy o niebo zwinniejsi. No a góra mięsa raczej nie pomagała mu w biegu.
-Czekajcie! – wrzasnął Pierre, zatrzymując się – Tam jest plan sklepu!
-Bouvier, idioto! – Chuck walnął go w łeb – Nie mamy czasu na gapienie się! Nie widzisz, że on nas goni?!
Zachichotałam cicho, ale nie mogłam teraz stracić koncentracji. Minęły może ze dwie minuty tego morderczego biegu, nim w końcu ujrzałam te cholerne kasy. Gorzej było z przejściem obok kolejki – nawet mrówka by się tam nie przecisnęła. Nam zajęłoby to chyba kilka dni.
-I co teraz? - Zapytałam odwracając się do chłopaków. Seb wzruszył ramionami, ale to on mnie wyprzedził i przeskoczył przez barierkę jednej z zamkniętych kas. Chuck i Pierre ruszyli za nim, nawet na mnie nie patrząc. Ponownie się odwróciłam. Trochę ich przybyło. Z jednego zrobiło się sześciu. Przełknęłam głośno ślinę. Nie miałam wyjścia. Ruszyłam w stronę barierki. Miała może z metr, nie więcej. Rozpędziłam się. Odbiłam się jedną stopą od podłogi. Przez ułamek sekundy pomyślałam, że mi się nie uda. Ale na szczęście dałam radę. Tylko jak lądowałam na ziemię, poślizgnęłam się i upadłam. Ale zaraz potem zerwałam się i biegłam dalej. Nawet nie zauważyłam rozdartych dżinsów. Ale to się teraz nie liczyło. Teraz musiałam dotrzeć do chłopaków.
Oni siedzieli już na zapalonych maszynach i wypatrywali mnie. Gdy tylko pojawiłam się na horyzoncie, wszyscy, oprócz Dave’a, odjechali. Ja szybko wskoczyłam na motor, chwytając w biegu kask i wrzasnęłam głośno:
-Ruszamy!

piątek, 11 maja 2012

CZĘŚĆ I PART IV


Być może tak naprawdę nie trwało to długo, ale dla mnie była to wieczność. W końcu jednak ktoś się zjawił. On nie zauważył niespodziewanego gościa, dopóki nie oberwał w policzek. Upadł na podłogę, a ja zasłoniłam sobie usta dłoniami, by nie wybuchnąć płaczem. Ten ktoś nie tracił czasu. Nim nauczyciel zdołał chociażby kiwnąć palcem, on już pozbawiał go przytomności. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że to Dave. Blondyn, widząc, że historyk już się nie porusza, szybko znalazł się przy mnie, chwycił moją drżącą dłoń i krzyknął:
-Szybciej Kate, musimy stąd wiać!
Dopiero wtedy ta blokada gdzieś zniknęła. Mogłam wreszcie się ruszyć. Ale nie poświęciłam zbyt wiele czasu na radość z tego powodu. Zaczęłam pędzić za David’em. Zdawałam sobie sprawę z ogromnego niebezpieczeństwa, jakie na siebie ściągnęliśmy. Mój strach wzrósł kilkakrotnie, o ile to w ogóle możliwe. Serce waliło mi niczym młot. Nie mogłam uspokoić natłoku napływających myśli, wszystko mi się ze sobą zlewało. Nie mogłam się na niczym skupić. Teraz tylko pragnęłam biec dalej, byle jak najdalej od tej klasy, od tego miejsca, od tego nauczyciela. Potknęłam się. Nie zdołałam złapać równowagi i upadłam.
-Kate! – usłyszałam przerażony głos Davida. Uniosłam głowę do góry. Dopiero wtedy dotarło do mnie wszystko, co się wydarzyło. I zdałam sobie sprawę z tego, że tego już nigdy nie pozbędę się ze swojej głowy, że w mojej psychice na zawsze pozostanie bolesny ślad.
-Nic ci się nie stało? – blondyn wyraźnie przestraszony przykucnął przede mną. Spojrzałam przez przypadek w jego brązowe oczy i wybuchłam głośnym niepohamowanym płaczem. On nawet się nie odezwał. Pomógł mi wstać i delikatnie objął mnie swoim ramieniem. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową, zaskakując nawet siebie. Powoli gdzieś mnie prowadził, nawet sama nie wiedziałam, gdzie. Mówił do mnie ze spokojem i opanowaniem. Ufałam mu. Ufałam mu całkowicie. A być może nie powinnam. Przecież jest dla mnie zupełnie obcy. Ale coś w głębi serca mówiło mi, że akurat on należy do sprawiedliwych.
Zresztą teraz nawet nie byłam w stanie o tym myśleć. Liczyło się dla mnie jedynie to, że ktoś przy mnie był, że komuś mogłam się wyżalić.
-Boję się... – wyszlochałam – Boję się, że on się tu zaraz zjawi... Że znowu będzie chciał... – przełknęłam głośno ślinę i pociągnęłam nosem. Usiedliśmy gdzieś na jakiejś ławce. Bałam się unieść głowę i rozejrzeć się. Bałam się odkleić głowę od jego bluzy.
-No już spokojnie... Jestem przy tobie... Nie dam zrobić tobie krzywdy... – szeptał przez cały czas, wciąż przytulając mnie. Słyszałam jego nierówny oddech. Pewnie jeszcze nie odpoczął po poprzednim biegu. Ja zresztą też byłam zmęczona, ale jakoś o tym nie myślałam,  w ogóle tego nie czułam. I tak duszę miałam zajętą czymś innym.
Ciągle to do mnie wracało. Wciąż miałam to przed oczami, to jak do mnie podchodził, jak się zbliżał. Pragnęłam zapomnieć, pragnęłam, by to zniknęło. Ale się nie dało. I dobrze o tym wiedziałam. Czułam się okropnie. Nie potrafiłam poradzić sobie z tym wszystkim. Na szczęście wraz ze mną był Dave. Pomagał mi. Pomagał mi jak nikt inny. Tylko... Skąd on wiedział? Skąd on w ogóle tam się wziął? Spadł mi jak z nieba...
-David... David, ty nikomu nie powiesz, prawda? – pociągnęłam nosem i spojrzałam na niego z nadzieją. On patrzył na mnie trochę jakby z troską – Nikomu, Dave, proszę cię...
-Kate, przecież nie możemy milczeć... On chciał cię zgwałcić... Musisz... Komukolwiek...
-David... Błagam cię... Ja... Nie zniosę takiej hańby... Oni wszyscy będą mnie pokazywać palcami...Wszyscy będą się gapić... – po raz drugi na niego spojrzałam, tym razem z rozpaczą – Błagam cię, chcę, żeby to zostało między nami...
-No... – blondyn przez chwilę się zawahał, na pewno niezbyt przekonany moimi argumentami, ale najwyraźniej przekonałam go swoim wyrazem twarzy – Jeśli tak bardzo chcesz... Proszę bardzo, nikomu nie powiem.
-Dzięki – odparłam z ulgą – Dzięki za wszystko... Uratowałeś mnie, siedzisz tu ze mną... Dzięki...
On tylko westchnął cicho, a ja, wciąż jeszcze łkając, jeszcze bardziej wtuliłam się w jego klatę. Wyczułam, że jego serce jeszcze mocniej zaczęło bić. Wiedziałam, że on mnie nie skrzywdzi, ani nie da mnie skrzywdzić, chociaż właściwie prawie się nie znamy. Wiec dlaczego ja mu ufam? Znowu popełniam ten sam błąd. Za wcześnie go polubiłam, zbyt wcześnie się przed nim otwieram. Co jeśli to się powtórzy? Co jeśli on wykorzysta to przeciwko mnie? Być może znowu się zawiodę. Ale coś mi mówiło, że on taki nie jest, że jego nie muszę się bać. 

poniedziałek, 7 maja 2012

CZĘŚĆ I PART III


Gdy tylko zadzwonił mój budzik, od razu zerwałam się na dwie nogi. Trwało to o wiele krócej niż zwykłego dnia. Ciekawiło mnie, co się dzisiaj wydarzy, jak zareaguje Dave na mój widok. W nocy przyszła mi do głowy pewna naprawdę głupia myśl, która nie dawała mi spokoju. Chciałam jak najszybciej to zamknąć. Prędko pochłonęłam jakieś śniadanie, ubrałam się, załatwiłam poranną toaletę i ruszyłam w stronę szkoły.
Dzień był zimny i ciemny. Szarawe chmury posuwały się leniwie po niebie, jakby i one nie chciały zmuszać ludzi do wyciągania parasoli. Westchnęłam cicho i czując, jak po moim policzku spływa kropla deszczu, pognałam do widocznego już z daleka budynku szkoły.
Przeskoczyłam przez próg przemoknięta do suchej nitki. Oczywiście na mój widok większość szkoły zaczęła chichotać lub przynajmniej pootwierała oczy ze zdumienia. Ale tak właśnie wygląda szkoła. Zbiorowisko ludzi czerpiąca radość z czyjegoś nieszczęścia. Dlaczego oni nie potrafią wczuć się w rolę nieszczęśnika? To naprawdę nie jest takie trudne. A w każdej chwili mogą zamienić się miejscami. Czemu oni wszyscy w ogóle nie mają wyobraźni?
Gdzieś kątem oka wyhaczyłam  Desrosiersa i jego świtę. Śmiali się z czegoś. W pewnym momencie Seb wskazał na mnie palcem i wrzasnął:
-Dave twoja dziewczyna idzie! Przepraszam, nie dziewczyna, topielica! – i wybuchnął głośnym śmiechem, a wraz z nim parsknęli Bouvier, Stinco i Comeau. Blondyn zarumienił się lekko i odparł atakiem za atak, ale nie zdołałam już usłyszeć, o czym mówi. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam dalej.
Przez cały dzień David odezwał się do mnie tylko raz, a mianowicie podczas przerwy, krótkim cześć. I szczerze mówiąc odetchnęłam z ulgą. Wczoraj to wszystko przemyślałam i doszłam do wniosku, że jego zachowanie może oznaczać po prostu, że się zakochał. Jeszcze tego by mi brakowało, żebym musiała łamać biedakowi serce. Ale na szczęście moje przeczucia okazały się fałszywe.. On chyba wczoraj rzeczywiście chciał po prostu się przejść. W ciągu ośmiu godzin zdążyłam go trochę poobserwować.  Zachowywał się normalnie, tak jak każdego dnia. I tylko kilka razy zauważyłam, jak czegoś gorączkowo szuka swoim wzrokiem.
-Kate! – usłyszałam, jak ktoś woła mnie po imieniu. Odwróciłam się i ujrzałam swojego nauczyciela od historii z szerokim uśmiechem na twarzy. Zarumieniłam się lekko, patrząc, jak usiłuje się przepchać przez tłum licealistów – Kate, przyjdź po lekcjach do mojej klasy. Dam ci materiały na ten konkurs... Bo zamierzasz wziąć w nim udział, prawda? – spojrzał na mnie znacząco, jakby z góry znał odpowiedź.
-Oczywiście, że tak – potwierdziłam. Zadowolony historyk pokiwał głową i otworzył usta, by się odezwać, ale nie zdążył – z daleka usłyszeliśmy krzyk Bouviera:
-Dzień dobry, panie profesorze! Możemy porozmawiać o moim referacie?!
-O nie... – jęknął nauczyciel, łapiąc się za głowę – Po co ja mu zadawałem ten cholerny referat... Wiesz, lata za mną od rana i opowiada mi o żon... O, Bouvier, cóż za niespodzianka! Wiesz, ja mam dyżur i nie mam czasu...
-Nie szkodzi! – uśmiechnął się brunet – Postoję z panem!
Historyk odszedł z nieszczęsną miną, a za nim skakał podniecony i ciągle trajkocący Pierre. Zachichotałam cicho. Taki już on miał charakter. Uwielbiał dokopywać każdemu, kto jemu dokopał. A już zwłaszcza grać im na nerwach. Po prostu cały Bouvier. Gada więcej niż robi. Zapewne z tym referatem będzie podobnie. Teraz ciągle będzie coś gadał na ten temat, aż historyk powie, że może sobie odpuścić. Zawsze tak jest.
Mimo wszystko po ośmiu planowych lekcjach ruszyłam w stronę klasy od historii. Pierre i jego paczka znaleźli się tam przede mną. Brunet znowu nadawał o tych żonach. I tak jak myślałam po kilku minutach historyk dał za wygraną. Zadowoleni chłopaki grupą ruszyli w stronę drzwi wyjściowych, nawet mnie nie zauważywszy. I bardzo dobrze. Jakby mieli znowu wołać na mnie „dziewczyna Dave’a”, to nie skakałbym z radości.
-Dzień dobry – przywitałam się, wchodząc do klasy. On uniósł głowę do góry i na mój widok się uśmiechnął.
-Usiądź, Kate, tylko skończę z tymi papierami –uniósł dwie kartki do góry – za dużo tej biurokracji!
Pokiwałam głową i usiadłam. Czekałam może z pięć minut. W końcu on odrzucił głowę do tyłu i westchnął cicho. Rozluźnił krawat i rozpiął dwa pierwsze guziki od koszuli. Potem sobie o mnie przypomniał. Wziął ze swojego biurka plik kartek, po czym identycznie jak wczoraj usiadł na ławce, przy której ja siedziałam. Poczułam się trochę nieswojo.
-Tutaj masz tyle, ile udało mi się wygrzebać na temat II wojny światowej. Myślę, że jeszcze będziemy się spotykać po lekcjach, byś wzbogaciła swą wiedzę. Tylko... Nie wiem, czy sobie poradzisz... – zauważyła, że podczas tej krótkiej wypowiedzi, on przysuwał się do mnie. A ja czułam się coraz bardziej nieswojo. Uznałam, że pozwala sobie na zbyt wiele. Zerwałam się i odeszłam na bezpieczną odległość.
-Dam radę – odparłam zdecydowanie.
-No tak... – on ześlizgnął – Ale wiesz, ten konkurs jest dla naszej szkoły bardzo ważny... – zaczął powoli do mnie podchodzić – wiesz, ta presja...  – znowu wyczułam, że przekroczył moją granicę sfery intymności. Cofnęłam się o krok. Wtedy znowu zadałam sobie to pytanie: Co on właściwie wyprawia? – Taka delikatna kruszynka jak ty może nie poradzić sobie z takim ciężarem... -  on powoli wyciągnął dłoń, co kazało mi odskoczyć na dwa metry. Wtedy uśmiechnął się paskudnie, co w moim sercu zapoczątkowało rozgałęzianie się strachu – Boisz się mnie? Przecież nie zrobię ci nic złego... – wyczułam swoimi plecami ścianę, co kazało mi trzymać się na baczności. On z każdą kolejną chwilą był coraz bliżej. Moje ciało oplotły dreszcze. Już wiedziałam, co on chciał zrobić.
-Proszę się odsunąć! – wrzasnęłam nerwowo. On tylko jeszcze szerzej się uśmiechnął. Nie, nie zatrzymał się. Podszedł do mnie na tyle blisko, że czułam na swoim policzku jego ohydny oddech i przyspieszone bicie serca. Przełknęłam głośno ślinę. Drzwi były dokładnie naprzeciwko. Gdybym szybko pobiegła...
Ale on jakby wyczytał cały plan z moich myśli. Zagrodził mi rękoma jedyną drogę ucieczki. Uśmiechnął się jeszcze bardziej paskudnie, pokazując swoje żółte zęby. Chciałam krzyknąć, ale coś zablokowało mi gardło. Strach. Bałam się.  Cholernie się bałam. Zaczęłam się z nim szarpać, ale to była tylko strata sił. Nie miałam żadnych szans. On chwycił mnie za nadgarstki tak mocno, że aż jęknęłam z bólu. Jak się później okazało to był dopiero początek mojego cierpienia. On powoli zbliżał swoją twarz do mojej. Znowu czułam ten jego oddech na swoim policzku. Zamknęłam oczy, pragnąc, by czas się zatrzymał. Łzy zgromadziły się pod moimi powiekami. Jego usta miały w sobie coś tak gorzkiego i chemicznego, że od razu miałam ochotę zwymiotować. Próbowałam odsunąć go od siebie, bezskutecznie. Był zwyczajnie za silny. Jego dłonie wędrowały po moim ciele. Drżałam. Jego język przedostał się do mojej buzi i połączył z moim. Modliłam się o koniec, modliłam się, by ktoś wszedł, by ktoś zauważył. Modliłam się, bo tylko to mi pozostało. Ślepa nadzieja. Wiara w... niemożliwe.
Straciłam to wszystko, gdy on zaczął się mocować z guzikiem od mojej bluzki. Poczułam się jak szmata, jak gówno na środku czystego parku. Czułam się jak sprzedana. Nie, już się nie wyrywałam. Nie miałam na to sił. Na co je wytraciłam? Chyba na walkę z własnymi myślami. I na wytwarzanie łez, bo z każdą sekundą traciłam ich coraz więcej. 

czwartek, 3 maja 2012

CZĘŚĆ I PART II


-Kate, zostaniesz jeszcze na chwilę? Chciałbym jeszcze z tobą porozmawiać – zapytał historyk po zakończonym już kółku. Wszyscy, czyli pozostałe trzy osoby pakowały już zeszyty do plecaków i powoli zamykali je, rozmawiając wesoło między sobą o planach na to popołudnie. 
Zdziwiona z powrotem usiadłam na krzesełku, zastanawiając się, czego on jeszcze może ode mnie chcieć. Pożegnałam się z koleżankami i jednym kolegą, machając im dłonią i zazdroszcząc im w duchu. On jeszcze z kimś tam rozmawiał na temat zaległego sprawdzianu, ale szybko go spławił. Chwilę później w pustej już Sali zostaliśmy tylko my.
-Chodzi o konkurs – historyk zaczął powoli się do mnie zbliżać. Rozluźnił sobie krawat i z zadziwiającą energią usiadł obok mnie na ławce – Historia II wojny światowej. Myślę, że miałabyś duże szanse na zwycięstwo... – odsunęłam się delikatnie, nie chcąc, by on źle to odczytał. Po prostu nie lubiłam bliskiego kontaktu z ludźmi. Przełknęłam cicho ślinę, wsłuchując się w to, co on dalej mówi – Ale musiałabyś się ostro przygotowywać... – zauważyłam, że on coraz bardziej się do mnie zbliża. Znowu się odsunęłam. On chyba jednak nie zwrócił na to uwagi. Ześlizgnął się ze stolika i przykucnął przede mną – Jesteś gotowa? Przetrwasz to? – oparł swoją łapę o moją łydkę. Spojrzałam na nią z niechęcią, zaczynając zastanawiać się nad tym, czy jego prawdziwy powód nie dotyczy czasem czegoś innego.
-Panie psorze! – oboje jak na rozkaz odwróciliśmy głowy i zobaczyliśmy wbiegającego i spoconego Pierre’a – Panie psorze, dobrze, że pana zastałem, muszę z panem porozmawiać o... – nagle zastygł w bezruchu, zauważając mnie – to ja może nie będę przeszkadzał, zaczekam na zewn...
-Już i tak przeszkodziłeś – wymamrotał trochę zdenerwowany historyk, odsuwając się ode mnie, ale brunet tego nie dosłyszał – Nie, Bouvier, gadaj o co chodzi, i spadaj stąd..
-To ja już pójdę – szybko ześlizgnęłam się ze stolika. Nauczyciel otworzył usta, jakby chciał mnie zatrzymać, ale zapewne pomyślał, że wyglądałoby to dziwnie, wiec odparł tylko, że mam przemyśleć sprawę tego konkursu. Czując się trochę nieswojo, pokiwałam grzecznie głową i minęłam nadającego o referacie Pierre’a i historyka z kwaśną miną. Ciągle atakowały mnie niepokojące myśli i to samo pytanie: dlaczego on się tak zachowuje?
-Cześć, Kate! – usłyszałam, zamykając drzwi od klasy. Odwróciłam się z ciekawością i ujrzałam Davida. Mając już swego rodzaju doświadczenie przebywania z nim w jednym pomieszczeniu, zaczęłam ostrożnie się rozglądać – Nie, możesz czuć się bezpieczna – zachichotał, próbując mnie uspokoić, co mu się nie udało – Jeszcze nie zdążyłem nic ciekawego wymyślić.
Spoglądając na niego nieufnie, a jednocześnie z politowaniem ruszyłam w stronę drzwi frontowych. Czułam na sobie jego wzrok, ale nie bardzo wiedziałam, co on oznacza. Zapewne znowu wymyślił jakiś świetny dowcip ze mną w roli głównej.  Nie, nie. Tym razem nie dam się tak łatwo nabrać.
-Zaczekaj! – jego głos zaatakował moje uszy. Zatrzymałam się, przewracając oczami.
-Czego chcesz? – zapytałam wprost. Chciałam już się znaleźć w domu, ale on jakby chciał mi w tym przeszkodzić. Dobiegł do mnie, oparł się o ścianę i skrzyżował ramiona na piersiach, przyglądając mi się ciekawie. Wkurzał mnie ten jego arogancki styl i milczenie. Zachowywał się tak jakby myślał o nowym żarcie. Ponownie przewróciłam oczami i wyszłam ze szkoły.
-No zaczekaj na mnie! – blondyn dobiegł do mnie i najzwyczajniej w świecie szedł obok mnie, gwiżdżąc sobie pod nosem. Rzuciłam w jego stronę pytające spojrzenie, którego w sumie nawet nie zauważył.
-A ty czasem nie musisz czekać na swojego kumpla? – zapytałam. On tylko wzruszył ramionami. Cały czas pędził za moim chodem.
-Kobieto, zwolnij trochę! Jeszcze dostaniesz mandat za zbyt szybkie poruszanie się po chodniku! Albo... Albo ślimaki zorganizują strajk!
-Ślimaki? – powtórzyłam głupio.
-No ślimaki! Bo jak szybko...
-dobra, dobra – machnęła dłonią, ucinając temat. Nie podobała mi się kontynuacja rozmowy o ślimakach – Jeśli nie nadążasz, możesz zwolnić - wzruszyłam lekceważąco ramionami.
On tylko prychnął cicho i schował ręce do kieszeni. Z powrotem zaczął gwizdać. Tempa nie zmienił. Najwyraźniej nie chciał wyjść w moich oczach na słabeusza. Ale niestety już za późno. I tak nim jest.
-Właściwie to gdzie ty idziesz? – zapytałam zmęczona jego towarzystwem, mając nadzieję, że zaraz gdzieś skręci.
-Szczerze? – uśmiechnął się szeroko, spoglądając na mnie – Nie mam zielonego pojęcia. A ty?
-No zgadnij! – prychnęłam z ironią – Na pewno nie idę w szkolnych ubraniach i torbą pełną książek do domu...
-W takim razie idę z tobą do domu! – blondyn podskoczył i klasnął trzy razy w dłonie. Spiorunowałam go wzrokiem, a on dziwnie się skulił, jakby przygaszony. Wkurzał mnie. Wkurzało mnie to jego zachowanie. Wkurzało mnie to, że zachowywał się jak zwykły bachor, że próbował się przede mną popisywać. Nienawidziłam czegoś takiego. Ceniłam w ludziach naturalność i to, że umieją się przyznać do swojej prawdziwej twarzy.
-Czego ty ode mnie chcesz? – warknęłam, przeczuwając, że mi zaraz nerwy puszczą – Odczep się wreszcie...
-Raaany, jakie wy jesteście męczące, wszędzie doszukujecie się drugiego dna... – westchnął zmęczony blondyn, drapiąc się po głowie – Chcę tylko odprowadzić koleżankę do domu. To już przestępstwo?
-Nie, ale znając ciebie, to do zbrodni nie daleko – wymamrotałam – po co ty chcesz mnie odprowadzać? Równie dobrze mógłbyś iść grać w kosza...
-Ale nie poszedłem – odparł, ucinając krótko – A tak na marginesie nie lubię grać w kosza. Wolę deskę. Kosz jest taki... płytki. Nie patrz tak na mnie!
Dave odprowadził mnie pod sam dom. Tak, to naprawdę bardzo miło z jego strony, ale... dlaczego? Dlaczego on szedł wraz ze mną? Po co? Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że chciał się tylko przejść.  On na pewno nie ruszyłby za mną z własnej nieprzymuszonej woli. O co tu chodzi? W co on mnie wplątał?