Gdy tylko zadzwonił mój budzik, od razu zerwałam się na
dwie nogi. Trwało to o wiele krócej niż zwykłego dnia. Ciekawiło mnie, co się
dzisiaj wydarzy, jak zareaguje Dave na mój widok. W nocy przyszła mi do głowy
pewna naprawdę głupia myśl, która nie dawała mi spokoju. Chciałam jak
najszybciej to zamknąć. Prędko pochłonęłam jakieś śniadanie, ubrałam się,
załatwiłam poranną toaletę i ruszyłam w stronę szkoły.
Dzień był zimny i ciemny. Szarawe chmury posuwały się
leniwie po niebie, jakby i one nie chciały zmuszać ludzi do wyciągania
parasoli. Westchnęłam cicho i czując, jak po moim policzku spływa kropla
deszczu, pognałam do widocznego już z daleka budynku szkoły.
Przeskoczyłam przez próg przemoknięta do suchej nitki.
Oczywiście na mój widok większość szkoły zaczęła chichotać lub przynajmniej
pootwierała oczy ze zdumienia. Ale tak właśnie wygląda szkoła. Zbiorowisko
ludzi czerpiąca radość z czyjegoś nieszczęścia. Dlaczego oni nie potrafią wczuć
się w rolę nieszczęśnika? To naprawdę nie jest takie trudne. A w każdej chwili
mogą zamienić się miejscami. Czemu oni wszyscy w ogóle nie mają wyobraźni?
Gdzieś kątem oka wyhaczyłam Desrosiersa i jego świtę. Śmiali się z czegoś.
W pewnym momencie Seb wskazał na mnie palcem i wrzasnął:
-Dave twoja dziewczyna idzie! Przepraszam, nie
dziewczyna, topielica! – i wybuchnął głośnym śmiechem, a wraz z nim parsknęli
Bouvier, Stinco i Comeau. Blondyn zarumienił się lekko i odparł atakiem za atak,
ale nie zdołałam już usłyszeć, o czym mówi. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam
dalej.
Przez cały dzień David odezwał się do mnie tylko raz, a
mianowicie podczas przerwy, krótkim cześć. I szczerze mówiąc odetchnęłam z
ulgą. Wczoraj to wszystko przemyślałam i doszłam do wniosku, że jego zachowanie
może oznaczać po prostu, że się zakochał. Jeszcze tego by mi brakowało, żebym
musiała łamać biedakowi serce. Ale na szczęście moje przeczucia okazały się
fałszywe.. On chyba wczoraj rzeczywiście chciał po prostu się przejść. W ciągu
ośmiu godzin zdążyłam go trochę poobserwować.
Zachowywał się normalnie, tak jak każdego dnia. I tylko kilka razy
zauważyłam, jak czegoś gorączkowo szuka swoim wzrokiem.
-Kate! – usłyszałam, jak ktoś woła mnie po imieniu.
Odwróciłam się i ujrzałam swojego nauczyciela od historii z szerokim uśmiechem
na twarzy. Zarumieniłam się lekko, patrząc, jak usiłuje się przepchać przez
tłum licealistów – Kate, przyjdź po lekcjach do mojej klasy. Dam ci materiały
na ten konkurs... Bo zamierzasz wziąć w nim udział, prawda? – spojrzał na mnie
znacząco, jakby z góry znał odpowiedź.
-Oczywiście, że tak – potwierdziłam. Zadowolony historyk
pokiwał głową i otworzył usta, by się odezwać, ale nie zdążył – z daleka
usłyszeliśmy krzyk Bouviera:
-Dzień dobry, panie profesorze! Możemy porozmawiać o moim
referacie?!
-O nie... – jęknął nauczyciel, łapiąc się za głowę – Po
co ja mu zadawałem ten cholerny referat... Wiesz, lata za mną od rana i
opowiada mi o żon... O, Bouvier, cóż za niespodzianka! Wiesz, ja mam dyżur i
nie mam czasu...
-Nie szkodzi! – uśmiechnął się brunet – Postoję z panem!
Historyk odszedł z nieszczęsną miną, a za nim skakał
podniecony i ciągle trajkocący Pierre. Zachichotałam cicho. Taki już on miał
charakter. Uwielbiał dokopywać każdemu, kto jemu dokopał. A już zwłaszcza grać
im na nerwach. Po prostu cały Bouvier. Gada więcej niż robi. Zapewne z tym
referatem będzie podobnie. Teraz ciągle będzie coś gadał na ten temat, aż historyk
powie, że może sobie odpuścić. Zawsze tak jest.
Mimo wszystko po ośmiu planowych lekcjach ruszyłam w
stronę klasy od historii. Pierre i jego paczka znaleźli się tam przede mną.
Brunet znowu nadawał o tych żonach. I tak jak myślałam po kilku minutach
historyk dał za wygraną. Zadowoleni chłopaki grupą ruszyli w stronę drzwi
wyjściowych, nawet mnie nie zauważywszy. I bardzo dobrze. Jakby mieli znowu
wołać na mnie „dziewczyna Dave’a”, to nie skakałbym z radości.
-Dzień dobry – przywitałam się, wchodząc do klasy. On
uniósł głowę do góry i na mój widok się uśmiechnął.
-Usiądź, Kate, tylko skończę z tymi papierami –uniósł
dwie kartki do góry – za dużo tej biurokracji!
Pokiwałam głową i usiadłam. Czekałam może z pięć minut. W
końcu on odrzucił głowę do tyłu i westchnął cicho. Rozluźnił krawat i rozpiął
dwa pierwsze guziki od koszuli. Potem sobie o mnie przypomniał. Wziął ze
swojego biurka plik kartek, po czym identycznie jak wczoraj usiadł na ławce,
przy której ja siedziałam. Poczułam się trochę nieswojo.
-Tutaj masz tyle, ile udało mi się wygrzebać na temat II
wojny światowej. Myślę, że jeszcze będziemy się spotykać po lekcjach, byś
wzbogaciła swą wiedzę. Tylko... Nie wiem, czy sobie poradzisz... – zauważyła,
że podczas tej krótkiej wypowiedzi, on przysuwał się do mnie. A ja czułam się
coraz bardziej nieswojo. Uznałam, że pozwala sobie na zbyt wiele. Zerwałam się
i odeszłam na bezpieczną odległość.
-Dam radę – odparłam zdecydowanie.
-No tak... – on ześlizgnął – Ale wiesz, ten konkurs jest
dla naszej szkoły bardzo ważny... – zaczął powoli do mnie podchodzić – wiesz,
ta presja... – znowu wyczułam, że
przekroczył moją granicę sfery intymności. Cofnęłam się o krok. Wtedy znowu
zadałam sobie to pytanie: Co on właściwie wyprawia? – Taka delikatna kruszynka
jak ty może nie poradzić sobie z takim ciężarem... - on powoli wyciągnął dłoń, co kazało mi odskoczyć
na dwa metry. Wtedy uśmiechnął się paskudnie, co w moim sercu zapoczątkowało
rozgałęzianie się strachu – Boisz się mnie? Przecież nie zrobię ci nic złego...
– wyczułam swoimi plecami ścianę, co kazało mi trzymać się na baczności. On z
każdą kolejną chwilą był coraz bliżej. Moje ciało oplotły dreszcze. Już
wiedziałam, co on chciał zrobić.
-Proszę się odsunąć! – wrzasnęłam nerwowo. On tylko
jeszcze szerzej się uśmiechnął. Nie, nie zatrzymał się. Podszedł do mnie na
tyle blisko, że czułam na swoim policzku jego ohydny oddech i przyspieszone
bicie serca. Przełknęłam głośno ślinę. Drzwi były dokładnie naprzeciwko. Gdybym
szybko pobiegła...
Ale on jakby wyczytał cały plan z moich myśli. Zagrodził
mi rękoma jedyną drogę ucieczki. Uśmiechnął się jeszcze bardziej paskudnie,
pokazując swoje żółte zęby. Chciałam krzyknąć, ale coś zablokowało mi gardło.
Strach. Bałam się. Cholernie się bałam.
Zaczęłam się z nim szarpać, ale to była tylko strata sił. Nie miałam żadnych
szans. On chwycił mnie za nadgarstki tak mocno, że aż jęknęłam z bólu. Jak się
później okazało to był dopiero początek mojego cierpienia. On powoli zbliżał
swoją twarz do mojej. Znowu czułam ten jego oddech na swoim policzku. Zamknęłam
oczy, pragnąc, by czas się zatrzymał. Łzy zgromadziły się pod moimi powiekami.
Jego usta miały w sobie coś tak gorzkiego i chemicznego, że od razu miałam
ochotę zwymiotować. Próbowałam odsunąć go od siebie, bezskutecznie. Był
zwyczajnie za silny. Jego dłonie wędrowały po moim ciele. Drżałam. Jego język
przedostał się do mojej buzi i połączył z moim. Modliłam się o koniec, modliłam
się, by ktoś wszedł, by ktoś zauważył. Modliłam się, bo tylko to mi pozostało.
Ślepa nadzieja. Wiara w... niemożliwe.
Straciłam to wszystko, gdy on zaczął się mocować z guzikiem
od mojej bluzki. Poczułam się jak szmata, jak gówno na środku czystego parku.
Czułam się jak sprzedana. Nie, już się nie wyrywałam. Nie miałam na to sił. Na
co je wytraciłam? Chyba na walkę z własnymi myślami. I na wytwarzanie łez, bo z
każdą sekundą traciłam ich coraz więcej.
Mam nadzieję, że ktoś wybawi Cię z opresji :-). MC
OdpowiedzUsuń