poniedziałek, 7 maja 2012

CZĘŚĆ I PART III


Gdy tylko zadzwonił mój budzik, od razu zerwałam się na dwie nogi. Trwało to o wiele krócej niż zwykłego dnia. Ciekawiło mnie, co się dzisiaj wydarzy, jak zareaguje Dave na mój widok. W nocy przyszła mi do głowy pewna naprawdę głupia myśl, która nie dawała mi spokoju. Chciałam jak najszybciej to zamknąć. Prędko pochłonęłam jakieś śniadanie, ubrałam się, załatwiłam poranną toaletę i ruszyłam w stronę szkoły.
Dzień był zimny i ciemny. Szarawe chmury posuwały się leniwie po niebie, jakby i one nie chciały zmuszać ludzi do wyciągania parasoli. Westchnęłam cicho i czując, jak po moim policzku spływa kropla deszczu, pognałam do widocznego już z daleka budynku szkoły.
Przeskoczyłam przez próg przemoknięta do suchej nitki. Oczywiście na mój widok większość szkoły zaczęła chichotać lub przynajmniej pootwierała oczy ze zdumienia. Ale tak właśnie wygląda szkoła. Zbiorowisko ludzi czerpiąca radość z czyjegoś nieszczęścia. Dlaczego oni nie potrafią wczuć się w rolę nieszczęśnika? To naprawdę nie jest takie trudne. A w każdej chwili mogą zamienić się miejscami. Czemu oni wszyscy w ogóle nie mają wyobraźni?
Gdzieś kątem oka wyhaczyłam  Desrosiersa i jego świtę. Śmiali się z czegoś. W pewnym momencie Seb wskazał na mnie palcem i wrzasnął:
-Dave twoja dziewczyna idzie! Przepraszam, nie dziewczyna, topielica! – i wybuchnął głośnym śmiechem, a wraz z nim parsknęli Bouvier, Stinco i Comeau. Blondyn zarumienił się lekko i odparł atakiem za atak, ale nie zdołałam już usłyszeć, o czym mówi. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam dalej.
Przez cały dzień David odezwał się do mnie tylko raz, a mianowicie podczas przerwy, krótkim cześć. I szczerze mówiąc odetchnęłam z ulgą. Wczoraj to wszystko przemyślałam i doszłam do wniosku, że jego zachowanie może oznaczać po prostu, że się zakochał. Jeszcze tego by mi brakowało, żebym musiała łamać biedakowi serce. Ale na szczęście moje przeczucia okazały się fałszywe.. On chyba wczoraj rzeczywiście chciał po prostu się przejść. W ciągu ośmiu godzin zdążyłam go trochę poobserwować.  Zachowywał się normalnie, tak jak każdego dnia. I tylko kilka razy zauważyłam, jak czegoś gorączkowo szuka swoim wzrokiem.
-Kate! – usłyszałam, jak ktoś woła mnie po imieniu. Odwróciłam się i ujrzałam swojego nauczyciela od historii z szerokim uśmiechem na twarzy. Zarumieniłam się lekko, patrząc, jak usiłuje się przepchać przez tłum licealistów – Kate, przyjdź po lekcjach do mojej klasy. Dam ci materiały na ten konkurs... Bo zamierzasz wziąć w nim udział, prawda? – spojrzał na mnie znacząco, jakby z góry znał odpowiedź.
-Oczywiście, że tak – potwierdziłam. Zadowolony historyk pokiwał głową i otworzył usta, by się odezwać, ale nie zdążył – z daleka usłyszeliśmy krzyk Bouviera:
-Dzień dobry, panie profesorze! Możemy porozmawiać o moim referacie?!
-O nie... – jęknął nauczyciel, łapiąc się za głowę – Po co ja mu zadawałem ten cholerny referat... Wiesz, lata za mną od rana i opowiada mi o żon... O, Bouvier, cóż za niespodzianka! Wiesz, ja mam dyżur i nie mam czasu...
-Nie szkodzi! – uśmiechnął się brunet – Postoję z panem!
Historyk odszedł z nieszczęsną miną, a za nim skakał podniecony i ciągle trajkocący Pierre. Zachichotałam cicho. Taki już on miał charakter. Uwielbiał dokopywać każdemu, kto jemu dokopał. A już zwłaszcza grać im na nerwach. Po prostu cały Bouvier. Gada więcej niż robi. Zapewne z tym referatem będzie podobnie. Teraz ciągle będzie coś gadał na ten temat, aż historyk powie, że może sobie odpuścić. Zawsze tak jest.
Mimo wszystko po ośmiu planowych lekcjach ruszyłam w stronę klasy od historii. Pierre i jego paczka znaleźli się tam przede mną. Brunet znowu nadawał o tych żonach. I tak jak myślałam po kilku minutach historyk dał za wygraną. Zadowoleni chłopaki grupą ruszyli w stronę drzwi wyjściowych, nawet mnie nie zauważywszy. I bardzo dobrze. Jakby mieli znowu wołać na mnie „dziewczyna Dave’a”, to nie skakałbym z radości.
-Dzień dobry – przywitałam się, wchodząc do klasy. On uniósł głowę do góry i na mój widok się uśmiechnął.
-Usiądź, Kate, tylko skończę z tymi papierami –uniósł dwie kartki do góry – za dużo tej biurokracji!
Pokiwałam głową i usiadłam. Czekałam może z pięć minut. W końcu on odrzucił głowę do tyłu i westchnął cicho. Rozluźnił krawat i rozpiął dwa pierwsze guziki od koszuli. Potem sobie o mnie przypomniał. Wziął ze swojego biurka plik kartek, po czym identycznie jak wczoraj usiadł na ławce, przy której ja siedziałam. Poczułam się trochę nieswojo.
-Tutaj masz tyle, ile udało mi się wygrzebać na temat II wojny światowej. Myślę, że jeszcze będziemy się spotykać po lekcjach, byś wzbogaciła swą wiedzę. Tylko... Nie wiem, czy sobie poradzisz... – zauważyła, że podczas tej krótkiej wypowiedzi, on przysuwał się do mnie. A ja czułam się coraz bardziej nieswojo. Uznałam, że pozwala sobie na zbyt wiele. Zerwałam się i odeszłam na bezpieczną odległość.
-Dam radę – odparłam zdecydowanie.
-No tak... – on ześlizgnął – Ale wiesz, ten konkurs jest dla naszej szkoły bardzo ważny... – zaczął powoli do mnie podchodzić – wiesz, ta presja...  – znowu wyczułam, że przekroczył moją granicę sfery intymności. Cofnęłam się o krok. Wtedy znowu zadałam sobie to pytanie: Co on właściwie wyprawia? – Taka delikatna kruszynka jak ty może nie poradzić sobie z takim ciężarem... -  on powoli wyciągnął dłoń, co kazało mi odskoczyć na dwa metry. Wtedy uśmiechnął się paskudnie, co w moim sercu zapoczątkowało rozgałęzianie się strachu – Boisz się mnie? Przecież nie zrobię ci nic złego... – wyczułam swoimi plecami ścianę, co kazało mi trzymać się na baczności. On z każdą kolejną chwilą był coraz bliżej. Moje ciało oplotły dreszcze. Już wiedziałam, co on chciał zrobić.
-Proszę się odsunąć! – wrzasnęłam nerwowo. On tylko jeszcze szerzej się uśmiechnął. Nie, nie zatrzymał się. Podszedł do mnie na tyle blisko, że czułam na swoim policzku jego ohydny oddech i przyspieszone bicie serca. Przełknęłam głośno ślinę. Drzwi były dokładnie naprzeciwko. Gdybym szybko pobiegła...
Ale on jakby wyczytał cały plan z moich myśli. Zagrodził mi rękoma jedyną drogę ucieczki. Uśmiechnął się jeszcze bardziej paskudnie, pokazując swoje żółte zęby. Chciałam krzyknąć, ale coś zablokowało mi gardło. Strach. Bałam się.  Cholernie się bałam. Zaczęłam się z nim szarpać, ale to była tylko strata sił. Nie miałam żadnych szans. On chwycił mnie za nadgarstki tak mocno, że aż jęknęłam z bólu. Jak się później okazało to był dopiero początek mojego cierpienia. On powoli zbliżał swoją twarz do mojej. Znowu czułam ten jego oddech na swoim policzku. Zamknęłam oczy, pragnąc, by czas się zatrzymał. Łzy zgromadziły się pod moimi powiekami. Jego usta miały w sobie coś tak gorzkiego i chemicznego, że od razu miałam ochotę zwymiotować. Próbowałam odsunąć go od siebie, bezskutecznie. Był zwyczajnie za silny. Jego dłonie wędrowały po moim ciele. Drżałam. Jego język przedostał się do mojej buzi i połączył z moim. Modliłam się o koniec, modliłam się, by ktoś wszedł, by ktoś zauważył. Modliłam się, bo tylko to mi pozostało. Ślepa nadzieja. Wiara w... niemożliwe.
Straciłam to wszystko, gdy on zaczął się mocować z guzikiem od mojej bluzki. Poczułam się jak szmata, jak gówno na środku czystego parku. Czułam się jak sprzedana. Nie, już się nie wyrywałam. Nie miałam na to sił. Na co je wytraciłam? Chyba na walkę z własnymi myślami. I na wytwarzanie łez, bo z każdą sekundą traciłam ich coraz więcej. 

1 komentarz:

  1. Mam nadzieję, że ktoś wybawi Cię z opresji :-). MC

    OdpowiedzUsuń