sobota, 22 września 2012

CZĘŚĆ III PART X


Spojrzeliśmy po sobie i nagle, jakby nas poraziło prądem, rzuciliśmy się w stronę wyjścia. Przez chwilę biegliśmy przez lawinę sklepów, szukając drzwi, które prowadziły na parking. Tego dnia centrum handlowe świeciło pustkami, co tylko ułatwiło nam robotę. Ze znalezieniem Chuckowego samochodu też nie mieliśmy problemu – Comeau zaparkował na miejscu dla inwalidów, tłumacząc, że większość simple plan nie ma mózgów.
-Chuck, dawaj klucz! – krzyknął podniecony Pierre – Ja poprowadzę!
Perkusista naszego zespołu jęknął głośno, ale posłusznie rzucił mu swoje klucze. Bouvier zręcznie złapał je w locie i w biegu otworzył automatycznie drzwi. Szybko wepchnąłem się na przednie siedzenie, tuż obok wokalisty. Ledwo zdążyłem zamknąć drzwi, Bouvier już wykręcał.
-Kochani, lepiej zapnijcie pasy! – zarechotał – Nareszcie coś się dzieje!
Przełknąłem nerwowo ślinę. Zawsze z chłopakami zastanawialiśmy się, kto dał Pierre’owi prawo jazdy. Podejrzewaliśmy, że obiecał instruktorce w zamian randkę albo po prostu zapłacił. Bo to było niemożliwe, że brunetowi udało się zdać prawko za pierwszym razem. Po prostu niemożliwe. Nie za to, co on wyprawia na drogach. A jednak, mimo wszystko musiałem przyznać, że kierowcą był świetnym. Mimo ostrej i ryzykownej jazdy nigdy nie zrobił nikomu krzywdy ani nie spowodował żadnego wypadku czy stłuczki. Trochę go za to podziwiałem, bo zawsze umiał być na czas. No najczęściej.
Podczas drogi Pierre złamał chyba wszystkie możliwe przepisy, jakie tylko istniały. Chuck piszczał z tylnego siedzenia, ściśnięty między Seb’em a Jeff’em, a ja wciąż liczyłem w myślach czas, modląc się, byśmy zdążyli. Bouvier był tak bardzo skupiony na trasie, że żaden z nas nie umiał rozproszyć jego uwagi. To oczywiście zaliczałem do plusów jazdy z Bouvier’em. Wiedziałem, że on także się denerwuje. Jemu także zależało na tym, bym zdążył na umówioną porę do Kate. Bo w końcu to nie byle jakie spotkanie. Kate zaprosiła mnie do domu na kolację z jej mamą. Nerwowo przełknąłem ślinę. Zamorduje mnie, jeśli się spóźnię.
W rekordowym czasie godziny i dziesięciu minut dotarliśmy do Repentigny. Szybko wyskoczyłem z samochodu i rzuciłem się w stronę jubilera. W biegu wytłumaczyłem ekspedientce, o co mi chodzi. Kobieta schowała się za półkami i wróciła minutę później z 20 różnymi pierścionkami. Od razu zauważyłem ten właściwy. Z satysfakcją i swego rodzaju dumą patrzyłem, jak dziewczyna delikatnie chowa go do malutkiego pudełka. Zapłaciłem i schowałem pudełeczko do kieszeni, po czym z powrotem rzuciłem się w stronę samochodu. Pierre oczywiście był przygotowany. Gdy tylko zamknąłem drzwi, ruszył z piskiem opon.
-I co, masz go? – zapytał podniecony Seb, drżąc niemal z przejęcia.
-Mam – odparłem z szerokim uśmiechem, pokazując im pudełko. Zaciekawiony Pierre zerknął, ale tylko na chwilę, bo przecież musiał pilnować drogi. Za to Jeff, Seb i Chuck wrzasnęli z radością, poprzybijali sobie piątki, a potem nachylili się, wyraźnie zaciekawieni i podnieceni.
-Będzie zachwycona! – krzyknął Comeau, podając mi pierścionek, który schowałem do pudełka, a potem do kieszeni. Westchnąłem cicho.
-Jeśli tylko zdążę na czas... – spojrzałem z nadzieją na Pierre’a, który nawet tego nie zauważył.
-Na pewno zdążysz! Ty to zawsze masz takie czarne myśli... jak włosy!
***
-Mamy równo dwadzieścia minut! – rządził czasem Seb, gdy już wjeżdżaliśmy na parking do mojego apartamentowca – Plan jest taki, Jeff i Pierre jadą po kwiaty, mają być dwa bukiety, dla Kate i dla jej mamy. Ja z Chuckiem pomożemy przygotowywać się Dave’owi. Jasne?
-Jak słońce! – wrzasnął wesoło łysy, a perkusista simple plan jęknął cicho. Cholernie bał się o swój samochód, a teraz miał zaufać Pierre’owi, że ten go nie zniszczy. Ja też miałbym z tym problem.
-to do zobaczenia! – błękitnooki, wielkoczoły i ja wyskoczyliśmy z auta i biegiem rzuciliśmy się w stronę wejścia. Wpakowaliśmy się do windy i razem nacisnęliśmy na ostatnią cyfrę. Wszyscy drżeliśmy ze zdenerwowania, chociaż tylko ja miałem dzisiaj tak ważne spotkanie. Wypadliśmy z windy jakby brakowało nam tlenu.
-Klucze, David! – wrzasnął Seb z takim przejęciem, jakby tu chodziło o nasze życie. Moi sąsiedzi akurat stali na klatce schodowej i z kimś rozmawiali. Musieli mieć z nas wielki ubaw. Zresztą ze mnie oni zawsze mieli ubaw. Wyszarpałem z kieszeni klucz. Dopiero za drugim razem trafiłem do dziurki.
-Pod prysznic! – rozkazał Chuck – Już!
-Nie zdążę...
-Zdążysz! – zawołał Seb – Marsz pod prysznic!
Wzruszyłem ramionami i wskoczyłem do łazienki. Nie miałem teraz czasu na kłótnie, a wiedziałem, że oni nie odpuszczą. Modliłem się, by tylko ona nie obraziła się za to, że przybędę spóźniony. Bo to jest fizycznie niemożliwe, żebym zdążył na czas. Ubrałem szlafrok, starając się nie myśleć o przyszłości, po czym wyleciałem z łazienki.
-Przygotowaliśmy ci ciuchy, leżą na kanapie. Ubieraj się, my idziemy pogrzebać w łazience – krzyknął Seb, ciągnąc za sobą Chuck’a.
-Zaglądaliście do mojej szafy z bielizną?!  - wrzasnąłem załamany, widząc na niewysokiej kupce bokserki. Wyobraziłem sobie swoich przyjaciół zastanawiających się, jakie gacie mi dać. Naszła mnie ochota na wymioty.
-Nie narzekaj! – warknęli obaj. Westchnąłem cicho i włożyłem na siebie ciuchy. W sumie to chłopaki świetnie wybrali. Czarne rurki, biała koszula i czarny krawat, zestaw nie do pobicia. Na kolację z mamą Kate wręcz idealnie. No i ja sam czułem się w tym dobrze.
Z zamyślenia wyrwał mnie warkot suszarki. Przerażony rzuciłem się w stronę łazienki, w której rządzili moi kumple. Zupełnie o nich zapomniałem, a jeśli o nich się zapomina, to często jest z tego kupa nieszczęść, już nie raz tego doświadczyłem.
-No jesteś! – zniecierpliwiony Seb postawił mnie przed lustrem  - Ogol się trochę, bo wyglądasz jak jakiś wsiok – burknął, chwytając perfumy i wychlapując przynajmniej połowę na moją szyję. Chuck tymczasem usiłował wysuszyć moje włosy, co nawiasem mówiąc wychodziło mu całkiem nieźle.
-Dobra, chyba nie jest tak źle, jak było – zastanawiał się Lefebvre przyglądając mi się, gdy ubierałem buty – Masz pierścionek? – zapytał jeszcze na wszelki wypadek. Zanurzyłem dłoń w kieszeni spodni i opuszkami palców wyczułem miękki materiał pudełka. Potwierdziłem to ruchem głowy – To świetnie, idziemy.
Jeszcze w biegu narzuciłem na siebie cienką kurtkę. Wraz z Seb’em rzuciliśmy się w stronę schodów. Chuck został gdzieś z tyłu, ale nie zwracaliśmy na niego uwagi. Teraz liczył się czas. Bałem się spojrzeć na zegarek. Miałem wrażenie, że moje spóźnienie jest ogromne. W dodatku zapomniałem o swojej komórce, a teraz już nie miałem czasu, żeby po nią wracać.
Pierre już czekał z zapalonym silnikiem. Wyraźnie się niecierpliwił. Popędziłem w jego stronę.
-Dave! – usłyszałem jeszcze błękitnookiego – Zaczekaj moment!
-Co? – obróciłem głowę.
-Nic, tylko... – Lefebvre kopnął mnie w tyłek. Jęknąłem głośno, czując, że nie będę mógł spokojnie wysiedzieć na tej kolacji – Powodzenia – dodał mój kumpel z uśmiechem. Zaraz potem z budynku wyleciał Chuck. Rzucił coś, a były to klucze od mojego mieszkania. Zupełnie nie miałem głowy do tego, by pamiętać o jego zamknięciu.
-Mogą ci się przydać – zachichotał, a ja uśmiechnąłem się i wskoczyłem do wozu. Jeszcze raz sprawdziłem, czy w kieszeni mam pierścionek. Był. Odetchnąłem z ulgą, choć tak naprawdę tej ulgi w ogóle nie poczułem. Wręcz przeciwnie, strach dopiero teraz zaczął rozgałęziać się po moim ciele. Nie mogłem opanować nerwowego drżenia rąk. Bałem się odrzucenia, bałem się tego, że przez moje spóźnienie ona w ogóle nie będzie chciała ze mną gadać.
-David, słuchasz mnie w ogóle?! – głos Jeff’a jakimś cudem przebił się do mojej głowy.
-Nie – odparłem, nawet nie przemyślając swojej odpowiedzi.
-Więc cholera, lepiej zacznij! – warknął łysy – Róże są dla Kate, bo róże to wielka miłość w mowie kwiatów czy coś takiego... A te drugie dasz jej mamie, nie pamiętam, jak one się nazywały, chyba jakoś na s... albo na m...
-Jeff – przerwałem mu nerwowo – Jeff, ja chyba tam nie pójdę. To nie ma sensu.
Pierre zahamował gwałtownie, omal nie powodując groźnego wypadku. Z kamienną twarzą obrócił się w moją stronę i przez moment wpatrywał się w moje przerażone oczy.
-Czy ty sobie jaja robisz?! – wrzasnął niespodziewanie, że aż podskoczyłem w fotelu – My za ciebie nadstawiamy karku, robimy wszystko, żebyś zdążył, pomagamy ci, a ty... Nawet mnie nie denerwuj, tylko bierz te kwiaty i pędź do Kate. A jak dzisiejszej nocy się jej nie oświadczysz, to ci łeb ukręcimy. No na co czekasz?! Już i tak jesteś spóźniony!
Miałem do wyboru albo siedzenie w aucie z wściekłym Pierre’em, albo kolację z prawdopodobnie również niezadowoloną Kate. Marzyłem o tym, by uniknąć obu tych sytuacji. W końcu jednak z dwojga złego wybrałem to drugie rozwiązanie. Wiedziałem, że Pierre i Jeff są zdolni do tego, by odprowadzić mnie pod same drzwi, bo kiedyś już tak zrobiliśmy, jak Seb nie umiał sobie poradzić z nerwami przedrandkowymi. Tego wolałbym jednak uniknąć. Niepewnie odebrałem od Jeff’a kwiaty i wyszedłem z samochodu. Wdrapując się schodami na górę, modliłem się, by stał się cud, by one zapomniały, by po prostu nie było ich w domu. Ale to niestety nie mogło się wydarzyć. Poczułem jak kwiaty wyślizgują się z moich przepoconych dłoni. Ścisnąłem je mocniej. Rozejrzałem się wokół, przełykając ślinę. Miałem przygłupie wrażenie, że ktoś mnie obserwuje i nieźle bawi się moim kosztem. Właściwie po co ja to robię?, pytałem się siebie, po co ja tam idę? Popełniłem błąd. Wiedziałem, że to się nie może udać. Więc dlaczego wciąż jeszcze nie uciekłem? Dlaczego wciąż uparcie szedłem? Coś w głębi serca kazało mi dojść do jej mieszkania, coś mówiło mi, że historia naszego związku jeszcze się nie kończy.

1 komentarz:

  1. Kurcze, kocham to opowiadanie ;D
    Ten part jest poprostu zaje*isty <3
    Kate musi sie zgodzić ^^

    OdpowiedzUsuń