Zanim zdążyliśmy chociażby zmrużyć powieki, dwa tygodnie
już minęły i trzeba było wracać do domu. Ale czułem, że spełniłem wzorowo swój
obowiązek, że zrobiłem wszystko, co mogłem zrobić. Oboje nie zmarnowaliśmy tego
czasu. Na pierwszy rzut oka dało się dostrzec, że zmieniliśmy się. Każdego dnia
coraz bardziej przypominaliśmy sobie, na czym polega miłość i kochanie.
Zapomnieliśmy o swoim wieku i zachowywaliśmy się jak dwójka nastolatków. To
było najlepsze w tym całym wyjeździe. Wróciliśmy do czasów, w których
pieprzyliśmy cały świat. Ludzie gapili się na nas jakby nie mieli ciekawszych
zajęć do roboty. Olewaliśmy ich niewygodne spojrzenia. Olewaliśmy wszystkich i
wszystko.
Którejś nocy pobiegłem do hotelu po gitarę i zagrałem
Kate chyba z pięćdziesiąt piosenek, nie tylko o miłości. A że to było w parku,
to zaraz pojawił się niewielki tłum słuchaczy. Ktoś rzucił mi pod nogi monetę. Spojrzałem
na nią, ale nie podniosłem jej. Zagrałem „Crazy”. Mam nadzieję, że ten ktoś
zrozumiał, co miałem na myśli. Wszystkiego nie da się kupić za pieniądze. Na
szczęście. A może dla niektórych niestety. Powoli tłum zaczynał się tu
zadomawiać i rozluźniać się. Niektórzy krzyczeli, że chcą bis, gdzieś w tle
usłyszałem pytanie o nagranie solowej płyty. W odpowiedzi zagrałem „Thank you”.
Wątpiłem, by tym razem ktoś zrozumiał, o co mi chodzi. Nigdy nie nagrałbym
solowej płyty. Nigdy nie zniżyłbym się do poziomu Pierre’a. Zwłaszcza gdy
zobaczyłem, jak ogromną przyjemność daję ludziom swoją grą. A jak myślałem o
solowej płycie, na myśl przychodził mi brunet i jego egoizm oraz chęć kasy. A
ja już nie chciałem tego robić dla kasy, chciałbym czerpać z tego radość. W
końcu głos odmówił mi posłuszeństwa. Miałem spuchnięte palce od gitary.
Przeprosiłem wszystkich i podziękowałem za słuchanie. Chwyciłem Kate za rękę i
ruszyliśmy, a tłum rozstąpił się, chcąc nas przepuścić. Dostrzegłem dumę na jej
twarzy. Tak jak kiedyś.
Następnego dnia mniej więcej o tej samej godzinie
wyszliśmy na spacer. Zdziwiłem się, gdy przy ławce, na której ostatnio
siedziała moja żona, kręciło się mnóstwo ludzi. Niektórzy zerkali na mnie nieco
zawiedzeni, że nie mam w dłoni akustyka.
-Zagraj – powiedziała cicho Kate – Oni na ciebie czekają.
Więc znowu większość nocy spędziłem w tłumie słuchających
mojej gry i śpiewu. I tak już było codziennie. Nie powiem, podobało mi się to.
Nie rozpoznawał mnie nikt, a przynajmniej nikt nie powiedział mi prosto w oczy,
że jestem Davidem Desrosiersem. Ludzie traktowali mnie jak zwykłego człowieka.
Ostatnią noc zaliczyłem do najgorszych. Musiałem im wszystkim wtedy oświadczyć,
że więcej tu nie wrócę. Wiele osób prosiło o autograf. Nie dawałem. Nie
chciałem być gwiazdą. Ale długo jeszcze z nimi rozmawiałem. Ci ludzie w
większości przychodzili sami, rzadziej w parach. Tutaj oni wszyscy nie byli
samotni, oni byli jedną wielką rodziną, łączyli się. To się czuło. Czuło się
swego rodzaju siłę i więź. Wiedziałem, że w Montrealu coś takiego nigdy by się
nie wydarzyło. Tam brakuje tego czegoś. Jedności.
Wiele przeróżnych przygód przeżyliśmy w Grecji. Myślałem,
że nasz związek dzięki temu się odnowi. Ona także. Miłość wciąż nam
towarzyszyła. Wszędzie chodziliśmy we dwoje, ściskając swoje dłonie. Naprawdę
byliśmy szczęśliwi. Czuliśmy się jak w snach, marzeniach, bajce. Każda bajka
musi się skończyć.
Wraz z powrotem do Montrealu wróciła z nami brudna szara
rzeczywistość. Przez pierwszy tydzień jeszcze jakoś się trzymaliśmy, podczas
drugiego coś zaczęło się psuć. Kłótnie robiły się coraz ostrzejsze, coraz
częściej nasze głowy zastępował wrzask. Znowu chowaliśmy się u dzieci, żeby
siebie uniknąć. Któregoś dnia
przypadkiem zobaczyłem płaczącą Nicole. Domyśliłem się, że nas słyszała i
zwyczajnie miała dość, tak jak ja. Zauważyłem wtedy, że one też cierpią. Nie
chciałem sprawiać im bólu, bo teraz tylko oni mi pozostali.
-Koniec – burknąłem, wpadając do kuchni. Z ręki Kate
wyślizgnęła się ogromna drewniana łyżka i upadła na podłogę. Chciała zapewne
znowu na mnie warknąć, ale nie zdążyła – Koniec- powtórzyłem – Myślałem, że coś
da się zrobić, starałem się, ale to wszystko na nic. To nie ma sensu, Kate.
Nasz związek nie ma sensu. Ciągle się kłócimy. Musimy się rozstać chociażby dla
dobra dzieci. Tego już nie ma.
Ona przez chwilę się nie odzywała, zapewne analizując
moje słowa. Potem głośno westchnęła i oznajmiła:
-Też o tym myślałam. Nie możemy ich ranić swoimi
krzykami. Dawno przestaliśmy do siebie pasować.
-Zostań tutaj, ja się wyprowadzę. Na razie wezmę
najpotrzebniejsze rzeczy, przy okazji spakuję resztę.
-A... Co z dziećmi?
Przełknąłem cicho ślinę. Wiedziałem, że ona nigdy mi ich
nie odda, a z drugiej strony nie chciałem, żeby traktować je jak zwierzęta na
targu. Pragnąłem ich dobra. Zacisnąłem mocniej pięści. Tak naprawdę nie miałem
innego wyjścia. W końcu od początku Kate je wychowywała, ja ciągle byłem w
trasach.
-Chyba... Chyba muszą tu zostać – wydusiłem z siebie –
Ich miejsce jest przy matce. Co nie oznacza, że nie będę ich odwiedzał. Jakoś
się z tobą skontaktuję.
-Zgadzam się – odparła ona pozbawiona jakiejkolwiek barwy
głosu – Sądzę, że tak powinniśmy zrobić.
Pobiegłem schodami na górę i wpadłem do naszej wspólnej
sypialni. Zadzwoniłem szybko do jednego z kumpli z pytaniem, czy nadal chce
wynająć mieszkanie. Na szczęście chciał i po pytaniu o Kate, na które nie
odpowiedziałem, zgodził się mi je udostępnić. Z ciężkim sercem wyciągnąłem
jedną z walizek i zacząłem pakować wszystko, co przyszło mi do głowy.
Powtarzałem sobie, że to dla dzieci, ale wcale mi to nie pomagało. Wiedziałem,
że nic tu po mnie, że jeśli tu zostanę, koszmar znowu się zacznie. Był już
wieczór, kiedy wszedłem do pokoju dziewczynek, wycałowałem je i jąkając się,
powiedziałem, że tatuś musi się wyprowadzić. One chyba nie zrozumiały, o czym
ja mówię. Dopiero gdy to powtórzyłem, Jane zapytała mnie, kiedy wrócę. Nie
mogłem odpowiedzieć jej na to pytanie. Nie mogłem dłużej się z nimi żegnać, bo
wiedziałem, że się rozkleję. Wstałem, po raz ostatni je przytuliłem i z wielką
niechęcią odszedłem. Zapukałem cicho do pokoju Chrisa. Położyłem dłoń na klamce
ale nie nacisnąłem jej. Coś mnie powstrzymywało, coś mi mówiło, że powinienem
najpierw przemyśleć to, przemyśleć, jak przeprowadzić tę rozmowę. Ale mimo
wszystko chciałem to mieć za sobą. Wszedłem do jego pokoju. Chris nad czymś
intensywnie myślał, dotykając strun swojej gitary. Rozpromienił się na mój
widok.
-Już prawie umiem zagrać „Save you”! – pochwalił się, podskakując
na łóżku i powracając do swojego dobrego nastroju.
-To wspaniale! – krzyknąłem z udawanym entuzjazmem,
siadając obok niego – Zagrasz mi?
-Ale... – zawahał się, ale pokiwał głową, zgadzając się.
Chwycił gryf gitary i zaczął grać wstęp. Wciąż jeszcze trochę niepewnie czuł
się w tej piosence, kilka razy się pomylił, ale ja nie zwracałem na to uwagi.
Wpatrywałem się w kolorowy świat za szybą, wsłuchując się w słowa. Myślałem o
tym, co się stanie, gdy opuszczę ten dom. Myślałem o tym, co się stanie z talentem
mojego syna. Zmarnuje się? Miałem szczerą nadzieję, że nie. Miałem nadzieję, że
nie porzuci gry tylko dlatego, że przestałem go wspierać.
-Chris... – wyszeptałem, zerkając niepewnie na chłopca –
Chris, obiecaj mi, że nigdy się tego nie pozbędziesz – pogłaskałem
pieszczotliwie swojego akustyka – I niezależnie od okoliczności zawsze będziesz
na nim grał.
-Ale tato, dlaczego teraz mam...
-Obiecaj, Chris, proszę cię!
-Obiecuję – oznajmił mój syn, zaskoczony moim uporem.
Wyczuł, że coś się święci. Zabrałem mu z rąk gitarę, odłożyłem ją na bok i
bardzo mocno przytuliłem mojego syna. Moje oczy zaszkliły się od łez. Jego małe
serduszko biło niemal z prędkością światła.
-Tato, co się dzieje? – zapytał zdenerwowany. Wypuściłem
go ze swoich objęć i otarłem łzy z oczu. Wiedziałem, że to będzie trudne, ale
nie aż tak bardzo.
-Odchodzę... – wydusiłem z siebie jakimś cudem – Chris...
Muszę się wyprowadzić.
Nie musiałem patrzeć na jego twarz, żeby zrozumieć, jak
bardzo go to zabolało. W ogóle nie chciałem spojrzeć w jego oczy. Bałem się
ujrzeć zaskoczenie i strach w jego źrenicach. Wlepiłem wzrok w plakat Linkin
Parku.
-Chris... – próbowałem się tłumaczyć – Chris, ja robię to
dla ciebie... Dla ciebie i twoich sióstr... Już nie chcę... Żebyście
wysłuchiwali naszych kłótni... Jesteś mądrym chłopakiem i wiesz, że udawanie
kochającej się rodziny nie ma żadnego sensu.
-To nie moglibyście z powrotem się pokochać? – zapytał z
nadzieją, wpatrując się we mnie.
-To nie takie proste – westchnąłem , spuszczając głowę.
-N o ale miłość jest wieczna, tak? Więc powinniście... –
zamilkł, patrząc na mnie błagalnie – No spójrz na mnie! Powiedz, że niedługo
wrócisz i nie będziecie się kłócić i że będziemy normalną rodziną... No spójrz
na mnie!
Odwróciłem głowę w jego stronę. Oddychał ciężko.
Rozumiałem jego furię. Rozumiałem to, że się denerwował. Ale nie mogłem mu nic
obiecywać. Wraz z Kate wiedzieliśmy, że już nigdy się nie zejdziemy, że jeśli
tyle razy nam się nie udało, to kolejny też się nie uda. Po prostu nie byliśmy
dla siebie stworzeni.
-też kiedyś myślałem, że jest wieczna – wyszeptałem,
wstając. Na pożegnanie poklepałem go po plecach. Potem odwróciłem się i
wyszedłem z pokoju, usiłując posklejać kawałki mojego serca. Wziąłem swoje
walizki i powoli zszedłem na dół. Chciałem, żeby mój jeden krok trwał co
najmniej wieczność, ale to nie było możliwe. Co gorsza wciąż miałem wrażenie,
że przyspieszał i zanim zdążyłem chociażby kiwnąć palcem, stałem już przy
drzwiach. Westchnąłem ze smutkiem. Właśnie opuszczałem najcenniejszy fragment
mojego życia.
-David – usłyszałem za sobą cichy głos Kate – Powodzenia.
Powodzenia w lepszym życiu.
Oh... A zapowiadało się tak pięknie :(
OdpowiedzUsuńKurcze, szkoda mi takiej zgranej rodzinki. Biedne dzieci :( To musi być straszne widzieć swojego tate raz na jakiś czas...
W ogóle taki smutny ten part :( Ale kiedyś na pewno wszystko się ułoży :D