Dopiero po półgodzinie koczowania pod jej salą pomyślałem
o tym, by skontaktować się z jej mamą i resztą Simple plan. Bez zbędnych
wyjaśnień powiedziałem Pierre’owi, że Kate urodziła i nie jest z nią najlepiej.
Brunet wydawał się być zaskoczony i zaszokowany zarówno tym, że dziecko jest
już na świecie, jak i tym, że ja go o tym informuję. Obiecał, że za chwilę ktoś
się zjawi.
Piętnaście minut później na korytarzu czekałem już nie
sam, a w towarzystwie Seb’a. Błękitnooki próbował mnie jakoś zagadać, ale w tym
momencie umiałem dogadać się tylko z własnymi myślami. Wlepiłem wzrok w
podłogę. Najgorsze to czekanie. Najgorsze , że wciąż nie wiesz, czy pójdziesz w
prawo, czy raczej w lewo. Najgorsze jest to, że wciąż nikt się nie zjawił, nikt
nie powiedział, co się dzieje.
-Dave! – Seb szarpnął mnie mocno za ramię, przywracając z
powrotem na ziemię – Dave, nie martw się. Przecież jest silną kobietą. Nic jej
nie będzie!
Spojrzałem na niego smutno, a potem z powrotem wlepiłem
wzrok w podłogę.
-Nie powinienem jej opuszczać – powiedziałem bardziej do
siebie niż do niego – Powinienem był tu zostać. Nigdy nie doszłoby do czegoś
takiego... Cholera, co mnie podkusiło... Seb, powiedz mi, dlaczego? Dlaczego to
wszystko tak się potoczyło?
Błękitnooki usiadł obok i objął mnie ramieniem, przez
jakiś czas po prostu milcząc. Słyszeliśmy czyjeś jęczenie i płacz niemowląt.
Zastanawiałem się, czy moje dziecko wciąż płacze wśród nich. Zacisnąłem pięści.
Niemoc jest okrutna.
-Dave, teraz to nieważne. Przeszłości nie zmienisz.
Zrobiłeś tak, bo uważałeś to za najlepsze rozwiązanie. Dobrze, ze teraz
zjawiłeś się na czas w domu...
Potem już nie słuchałem paplaniny kumpla, bo usłyszałem,
że ktoś zatrzaskuje drzwi. Z nadzieją uniosłem głowę do góry. Zmęczony lekarz
właśnie opuścił salę Kate. Zanim zdążył zrobić chociaż jeden krok, już stałem
przy nim.
-I co z nią? – zapytałem w napięciu, zaciskając pięści.
Obok mnie stanął również zdenerwowany Seb. Mężczyzna westchnął ciężko i otarł
sobie pot z czoła.
-Jest bardzo słaba. Straciła dużo sił przez ten poród.
Ale jej stan jest stabilny. Podłączyliśmy kilka kroplówek, na razie pewnie
będzie spała...
-Możemy wejść? – zapytałem, przerywając mu monolog. On
zerknął ukradkiem na drzwi, a potem na nas.
-No dobrze, proszę bardzo. Ale niech panowie nie przeszkadzają
pielęgniarkom w pracy.
Obaj spojrzeliśmy na siebie, a potem Seb bez wahania
dotknął klamki. Otworzył drzwi i wszedł do środka, rozglądając się uważnie.
Zostałem na korytarzu zastanawiając się, co mnie powstrzymuje przed
przekroczeniem progu tego pomieszczenia. Po chwili już wiedziałem. Złe
przeczucia. Koszmarnie złe.
-Seb, ja sprawdzę, co z dzieckiem – powiedziałem do
kumpla i ruszyłem zdecydowanie w stronę
Sali, w której leżały noworodki. Udałem, że nie widzę tabliczki z
napisem „tylko za pozwoleniem personelu”. Wszedłem. Wydawało mi się, że jest
ich tutaj miliony. Wrzask był tak głośny, że moje uszy omal nie popękały. Od
razu je rozpoznałem. Jako jedno z nielicznych leżało w inkubatorze. Do piersi i
brzuszka miał podłączone jakieś kable. Powoli do niego podszedłem. Wcześniej
nie byłem tutaj ani razu. Posądzałem go o to, że Kate nie najlepiej się czuje.
Nie chciałem go widzieć, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem jego
ojcem i nie mogę oderwać się od własnego dziecka. Spojrzałem na niego. Wrzeszczał,
a raczej usiłował wrzeszczeć, bo inkubator skutecznie mu to utrudniał. Zobaczyłem
te jego maleńkie paluszki, maleńkie stópki, maleńkie łapki, wszystko maleńkie.
I zrozumiałem, że on przecież nie zrobił tego świadomie, że on nie może być winny
złego samopoczucia Kate. Nagle poczułem silne uczucie przywiązania. Oparłem
dłonie o szybę. Chciałem go dotknąć, przytulić, pokazać, że nie jest sam. Miał
typowe ręce gitarzysty, stwierdziłem to na pierwszy rzut oka.
-Jest silny – żeński głos pielęgniarki sprawił, że aż
podskoczyłem. Spojrzałem na nią, a ona poklepała mnie po ramieniu – Ma dużą
szansę, by przeżyć. To silny chłopak.
-Ale ma też szansę, by nie przeżyć – zacisnąłem mocno
pięści. W moich oczach pojawiły się łzy. Marzyłem, żebyśmy stworzyli idealną
rodzinę. Nie tak to wszystko sobie wyobrażałem. Miałem się zjawić, a ona
cieszyć się... A tak... Nawet nie zdążyłem z nią o tym wszystkim porozmawiać –
Cholera – wysyczałem, ocierając łzy z oczu.
-Proszę myśleć optymistycznie i wierzyć. Wiara czyni
cuda, widziałam już takie w tym szpitalu – uśmiechnęła się kobieta, usiłując
przekazać mi trochę swojej pozytywnej energii.
-Ile razy dziennie to pani komuś powtarza? – zapytałem z
myślą, że na pewno każdemu. Ona jednak zaprzeczyła głową.
-Naprawdę niewielu. Wie pan, dlaczego? Bo naprawdę
niewielu noworodków otrzymuje taką szansę, by przeżyć. W większości przypadków
wiadomo, jak skończą. A ja akurat wolę powiedzieć prawdę niż robić komuś
nadzieję, bo wiem, czym jest rozczarowanie. Chociaż to naprawdę trudne
powiedzieć komuś prawdę prosto w oczy prawdę...
-Wyobrażam sobie – wyszeptałem, z powrotem wlepiając
wzrok w maleństwo. Pielęgniarka odeszła w celu uspokojenia innego dziecka. Ja
nadal wpatrywałem się w syna. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Czułem, że
coś nas łączy. Musiało tu chodzić o pokrewieństwo. Zamknąłem oczy. On musi
wyzdrowieć. Musi, nie ma innej opcji.
Oh, jaki wzruszający part :)
OdpowiedzUsuńDavid będzie dobrym ojcem <3 xD A małemu nic nie będzie, Kate też wyzdrowieje i stworzą przepiękną rodzinke ;)
A Sebuś, jak zawsze wszystkich wspiera <3