środa, 24 października 2012

CZĘŚĆ IV PART II


Dopiero po półgodzinie koczowania pod jej salą pomyślałem o tym, by skontaktować się z jej mamą i resztą Simple plan. Bez zbędnych wyjaśnień powiedziałem Pierre’owi, że Kate urodziła i nie jest z nią najlepiej. Brunet wydawał się być zaskoczony i zaszokowany zarówno tym, że dziecko jest już na świecie, jak i tym, że ja go o tym informuję. Obiecał, że za chwilę ktoś się zjawi.
Piętnaście minut później na korytarzu czekałem już nie sam, a w towarzystwie Seb’a. Błękitnooki próbował mnie jakoś zagadać, ale w tym momencie umiałem dogadać się tylko z własnymi myślami. Wlepiłem wzrok w podłogę. Najgorsze to czekanie. Najgorsze , że wciąż nie wiesz, czy pójdziesz w prawo, czy raczej w lewo. Najgorsze jest to, że wciąż nikt się nie zjawił, nikt nie powiedział, co się dzieje.
-Dave! – Seb szarpnął mnie mocno za ramię, przywracając z powrotem na ziemię – Dave, nie martw się. Przecież jest silną kobietą. Nic jej nie będzie!
Spojrzałem na niego smutno, a potem z powrotem wlepiłem wzrok w podłogę.
-Nie powinienem jej opuszczać – powiedziałem bardziej do siebie niż do niego – Powinienem był tu zostać. Nigdy nie doszłoby do czegoś takiego... Cholera, co mnie podkusiło... Seb, powiedz mi, dlaczego? Dlaczego to wszystko tak się potoczyło?
Błękitnooki usiadł obok i objął mnie ramieniem, przez jakiś czas po prostu milcząc. Słyszeliśmy czyjeś jęczenie i płacz niemowląt. Zastanawiałem się, czy moje dziecko wciąż płacze wśród nich. Zacisnąłem pięści. Niemoc jest okrutna.
-Dave, teraz to nieważne. Przeszłości nie zmienisz. Zrobiłeś tak, bo uważałeś to za najlepsze rozwiązanie. Dobrze, ze teraz zjawiłeś się na czas w domu...
Potem już nie słuchałem paplaniny kumpla, bo usłyszałem, że ktoś zatrzaskuje drzwi. Z nadzieją uniosłem głowę do góry. Zmęczony lekarz właśnie opuścił salę Kate. Zanim zdążył zrobić chociaż jeden krok, już stałem przy nim.
-I co z nią? – zapytałem w napięciu, zaciskając pięści. Obok mnie stanął również zdenerwowany Seb. Mężczyzna westchnął ciężko i otarł sobie pot z czoła.
-Jest bardzo słaba. Straciła dużo sił przez ten poród. Ale jej stan jest stabilny. Podłączyliśmy kilka kroplówek, na razie pewnie będzie spała...
-Możemy wejść? – zapytałem, przerywając mu monolog. On zerknął ukradkiem na drzwi, a potem na nas.
-No dobrze, proszę bardzo. Ale niech panowie nie przeszkadzają pielęgniarkom w pracy.
Obaj spojrzeliśmy na siebie, a potem Seb bez wahania dotknął klamki. Otworzył drzwi i wszedł do środka, rozglądając się uważnie. Zostałem na korytarzu zastanawiając się, co mnie powstrzymuje przed przekroczeniem progu tego pomieszczenia. Po chwili już wiedziałem. Złe przeczucia. Koszmarnie złe.
-Seb, ja sprawdzę, co z dzieckiem – powiedziałem do kumpla i ruszyłem zdecydowanie w stronę  Sali, w której leżały noworodki. Udałem, że nie widzę tabliczki z napisem „tylko za pozwoleniem personelu”. Wszedłem. Wydawało mi się, że jest ich tutaj miliony. Wrzask był tak głośny, że moje uszy omal nie popękały. Od razu je rozpoznałem. Jako jedno z nielicznych leżało w inkubatorze. Do piersi i brzuszka miał podłączone jakieś kable. Powoli do niego podszedłem. Wcześniej nie byłem tutaj ani razu. Posądzałem go o to, że Kate nie najlepiej się czuje. Nie chciałem go widzieć, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem jego ojcem i nie mogę oderwać się od własnego dziecka. Spojrzałem na niego. Wrzeszczał, a raczej usiłował wrzeszczeć, bo inkubator skutecznie mu to utrudniał. Zobaczyłem te jego maleńkie paluszki, maleńkie stópki, maleńkie łapki, wszystko maleńkie. I zrozumiałem, że on przecież nie zrobił tego świadomie, że on nie może być winny złego samopoczucia Kate. Nagle poczułem silne uczucie przywiązania. Oparłem dłonie o szybę. Chciałem go dotknąć, przytulić, pokazać, że nie jest sam. Miał typowe ręce gitarzysty, stwierdziłem to na pierwszy rzut oka. 
-Jest silny – żeński głos pielęgniarki sprawił, że aż podskoczyłem. Spojrzałem na nią, a ona poklepała mnie po ramieniu – Ma dużą szansę, by przeżyć. To silny chłopak.
-Ale ma też szansę, by nie przeżyć – zacisnąłem mocno pięści. W moich oczach pojawiły się łzy. Marzyłem, żebyśmy stworzyli idealną rodzinę. Nie tak to wszystko sobie wyobrażałem. Miałem się zjawić, a ona cieszyć się... A tak... Nawet nie zdążyłem z nią o tym wszystkim porozmawiać – Cholera – wysyczałem, ocierając łzy z oczu.
-Proszę myśleć optymistycznie i wierzyć. Wiara czyni cuda, widziałam już takie w tym szpitalu – uśmiechnęła się kobieta, usiłując przekazać mi trochę swojej pozytywnej energii.
-Ile razy dziennie to pani komuś powtarza? – zapytałem z myślą, że na pewno każdemu. Ona jednak zaprzeczyła głową.
-Naprawdę niewielu. Wie pan, dlaczego? Bo naprawdę niewielu noworodków otrzymuje taką szansę, by przeżyć. W większości przypadków wiadomo, jak skończą. A ja akurat wolę powiedzieć prawdę niż robić komuś nadzieję, bo wiem, czym jest rozczarowanie. Chociaż to naprawdę trudne powiedzieć komuś prawdę prosto w oczy prawdę...
-Wyobrażam sobie – wyszeptałem, z powrotem wlepiając wzrok w maleństwo. Pielęgniarka odeszła w celu uspokojenia innego dziecka. Ja nadal wpatrywałem się w syna. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Czułem, że coś nas łączy. Musiało tu chodzić o pokrewieństwo. Zamknąłem oczy. On musi wyzdrowieć. Musi, nie ma innej opcji.

1 komentarz:

  1. Oh, jaki wzruszający part :)
    David będzie dobrym ojcem <3 xD A małemu nic nie będzie, Kate też wyzdrowieje i stworzą przepiękną rodzinke ;)

    A Sebuś, jak zawsze wszystkich wspiera <3

    OdpowiedzUsuń