sobota, 6 października 2012

CZĘŚĆ III PART XIII


Ślub nadchodził coraz większymi krokami, a wciąż wszystko nie było dopięte na ostatni guzik. Całymi dniami latałem między domem a studiem, wysłuchując raz jęków chłopaków o nowej płycie, a raz poleceń Kate co do próby i innych takich niedokończonych spraw. W ogóle nie miałem czasu nawet na myślenie. I chyba właśnie dopiero tydzień przed tym ważnym wydarzeniem uświadomiłem sobie, że ja wcale nie chcę tego ślubu. Nawet chciałem powiedzieć Kate o moich wątpliwościach, ale kiedy patrzyłem na jej szeroki uśmiech, gdy mówiła o tych wszystkich kwiatach i dekoracjach... Nie umiałem. Nie mogłem sprawić, by ona była smutna.
Nie pisnąłem słowem na ten temat aż do mojego wieczoru kawalerskiego. Wiedziałem, że Pierre, Seb, Jeff i Chuck coś kombinują, nie pytając mnie nawet o zdanie. Tego dnia zakazywali mi używać słów ślub, małżeństwo, żona i innych tego typu. Potem zaciągnęli mnie do jakiegoś klubu ze słabą muzyką i kupą alkoholu. Od razu postanowiłem, że nie wypiję ani kropli. Przecież jutro cholernie ważny dzień, nie wezmę ślubu skacowany.
-Daveeee... – wybąkał pijany już Pierre – Dave, to twój ostatni wieczór wolności... – próbował wlać mi końcówkę wódki z butelki do gardła. Nie udało mu się – przezroczysty płyn ześlizgnął się po moim policzku aż na koszulkę.
-Dzięki, Pierre – odparłem i wstałem – Idę na chwilę na dwór pooddychać świeżym powietrzem – Powoli ruszyłem w stronę wyjścia. Po drodze minąłem kilka striptizerek, którym bardzo zależało na tym, żebym z nimi zatańczył. Machnąłem tylko ręką, wiedząc, że to kolejny z genialnych pomysłów moich przyjaciół. Odetchnąłem z ulgą, gdy wreszcie wydostałem się z tego cholernego hałasu i piekielnego zaduchu. Zimno od razu przykryło mnie swoim płaszczem. Usiadłem na jakiejś zniszczonej ławce i pomyślałem o tym, co mnie jutro czeka. Chyba wciąż jeszcze nie docierało do mnie, że mam zostać mężem Kate. Przełknąłem ślinę. To wszystko dzieje się tak szybko, stanowczo za szybko...
-Co jest, Dave? - głos Jeff’a wydobył się właściwie z ciemności. Łysy dopiero później ukazał się moim oczom. Był chyba jako jedyny oprócz mnie wciąż trzymający się na nogach – Chyba powinieneś się bawić?
-Pewnie tak – westchnąłem, spuszczając głowę – Jeff, ja... Nie chcę tego ślubu – wybąkałem. Stinco usiadł obok, nie wyglądał na zaskoczonego. Opowiedziałem mu o swoich wątpliwościach i o tym, że nie jestem jeszcze gotowy. On tylko kiwał ze zrozumieniem głową.
-Dave, to normalne, że wciąż się wahasz – odezwał się łagodnie, gdy skończyłem mówić – Zawsze tak jest. Ale to tylko stres. Przecież kochasz Kate, tak? Chcesz z nią spędzić resztę życia, tak? – przerwał, a nie słysząc z moich ust żadnego słowa, uznał to za potwierdzenie – Więc to właściwie bez różnicy, czy będziecie żyć ze sobą w ślubie czy na kocią łapę. Tyle tylko, że po ślubie łączą was dodatkowo papiery. No i ślub to najszczęśliwszy dzień w życiu. Popatrz na Kate, tylko o tym wspomnisz, a już gada jak nakręcona – zachichotał cicho. No tak, kto jak kto, ale ja w ciągu ostatnich kilku dni trochę zdążyłem się nasłuchać na ten temat – Więc przestań się tym wszystkim przejmować, to stres tak na ciebie działa. Nie daj mu się pokonać, a wszystko się dobrze skończy. Mówię ci, jak w końcu powiesz to najważniejsze „tak”, wszystko szybko minie. A teraz idź się bawić, bo przecież to twój ostatni wieczór wolności.
Postanowiłem pójść za radą przyjaciela i na ten jeden wieczór wyrzucić wszystkie myśli z głowy. Wziąłem jednego drinka, żeby się wyluzować, obiecując sobie, że więcej nie wypiję. Potem był jeszcze jeden i kolejny, i kolejny, a każdy z nich nazywał się ten ostatni. Potem już nawet fatalna muzyka mi nie przeszkadzała. Właściwie nic już mi nie przeszkadzało. Marzyłem, by ten wieczór trwał i trwał, by wszystkie smutki i zmartwienia odpłynęły. Ostatnie wspomnienie, które pozostało w mojej głowie, to nasze przejście przez Montreal i śpiewanie, a raczej wydzieranie się w rytm jakiejś francuskiej piosenki o zbereźnym tekście. Potem film mi się urwał.
***
Przez moment nie bardzo wiedziałem, co się ze mną dzieje i gdzie jestem. Oszałamiał mnie potężny ból głowy. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że leżę w willi Seb’a. Próbowałem się podnieść i usiąść, ale coś mi przeszkadzało. Zauważyłem, że leży na mnie Pierre. Jęknąłem cicho, zamykając oczy. Brunet był całkiem nagi. Poczułem, że zwymiotuję. Zsunąłem jego głowę ze swojej piersi. Przekląłem w duchu. Ja tez nie miałem nic na sobie. Co tutaj się do cholery działo? Łeb pękał mi z bólu, gdy szukałem swoich ciuchów. Ledwo to wytrzymywałem. Postanowiłem zejść na dół do kuchni. Omal nie skręciłem sobie nogi, poślizgnąwszy się na kartach do gry. Mijałem ostrożnie szczątki butelek po wódce, starając się nie pokaleczyć. Na dole bałagan był jeszcze większy. Impreza musiała być naprawdę ostra. W całej chacie śmierdziało czymś podejrzanym. Znowu poczułem, że zwymiotuję. Przeskoczyłem przez nieprzytomnego Chuck’a, który mamrotał coś pod nosem. Gdyby nie mój potężny ból głowy, nie mógłbym się powstrzymać przed zatrzymaniem się i podsłuchaniem.
Na początku nie zauważyłem Jeff’a, który spokojnie siedział przy stole i popijał kawę. Od razu rzuciłem się na jakieś tabletki, chociaż nawet nie wiedziałem, czy to to, czego akurat szukałem.
-Masz – w moją stronę poturlała się butelka z przezroczystym płynem. Chwyciłem ją z wdzięcznością i nerwowo próbowałem odkręcić zakrętkę. Napój wyślizgnął mi się z dłoni i upadł na podłogę. Usłyszałem cichy chichot i dopiero wtedy zauważyłem kumpla.
-Bardzo śmieszne – burknąłem obrażony, podnosząc butelkę i ponownie usiłując ją otworzyć.
-Kac?
-Jeszcze jaki – jęknąłem, a potem przechyliłem otwartą już wodę tak, by jej zawartość wylądowała w moim gardle. Piłem i piłem, nie zwracając uwagi na słowa Jeff’a. Dopiero gdy moja komórka znalazła się pod moją ręką, postanowiłem sprawdzić, czy ktoś czasem nie próbował się ze mną połączyć.
-Dziesięć nieodebranych połączeń od Kate?! – wyplułem wszystko co miałem w buzi z powrotem do butelki – Cholera, ona mnie zamorduje...
-Dzięki, że mnie słuchałeś – prychnął łysy z wyraźną niechęcią. Spojrzałem na niego pytająco, a raczej błagająco, by jeszcze raz mi o wszystkim opowiedział. On westchnął cicho.
-Pozwoliłem sobie odebrać jeden telefon od Kate i powiedzieć jej, że jesteś cały i zdrowy. Swoją drogą ona już  się szykowała. Cholera, normalnie nie mogę z tych dziewczyn. Ja nie wiem, one ciągle by się tylko malowały...
Gapiłem się na niego, tak naprawdę nie za bardzo wiedząc, o czym on mówi. Szykuje się? Czy ja o czymś nie zapomniałem?
-David! – kumpel znowu pomachał mi dłonią przed nosem – David, tu jestem! – zachichotał cicho – Cholera, co będzie po dzisiejszym weselu, jak ty już teraz nie kontaktujesz...
-Weselu? – powtórzyłem zdezorientowany – Dzisiejszym?  Cholera! – jęknąłem, patrząc na zegarek – Ślub! Zupełnie zapomniałem!
-Zapomniałeś o własnym ślubie?! – Jeff wybuchnął głośnym śmiechem – No to trzeba nazywać się Davidem Desrosiersem...
Westchnąłem cicho, dalej popijając małymi łyczkami wodę z mojej butelki. Uspokoiłem się nieco, widząc, że do uroczystości jeszcze kupa czasu. Mimo wszystko moich nerwów w ogóle to nie ukoiło. Przełknąłem głośno ślinę pomieszaną z wodą. To stres. To tylko stres. 

1 komentarz:

  1. uuuu Ślub na kacu xD
    hahaha Niech zgadnę, pewnie grali w rozbieranego pokera :D
    Już nie moge doczekać się ślubu... Mam nadzieję, Że David sie nie rozmyśli.

    OdpowiedzUsuń