Ślub nadchodził coraz większymi krokami, a wciąż wszystko
nie było dopięte na ostatni guzik. Całymi dniami latałem między domem a
studiem, wysłuchując raz jęków chłopaków o nowej płycie, a raz poleceń Kate co
do próby i innych takich niedokończonych spraw. W ogóle nie miałem czasu nawet
na myślenie. I chyba właśnie dopiero tydzień przed tym ważnym wydarzeniem
uświadomiłem sobie, że ja wcale nie chcę tego ślubu. Nawet chciałem powiedzieć
Kate o moich wątpliwościach, ale kiedy patrzyłem na jej szeroki uśmiech, gdy
mówiła o tych wszystkich kwiatach i dekoracjach... Nie umiałem. Nie mogłem
sprawić, by ona była smutna.
Nie pisnąłem słowem na ten temat aż do mojego wieczoru
kawalerskiego. Wiedziałem, że Pierre, Seb, Jeff i Chuck coś kombinują, nie
pytając mnie nawet o zdanie. Tego dnia zakazywali mi używać słów ślub,
małżeństwo, żona i innych tego typu. Potem zaciągnęli mnie do jakiegoś klubu ze
słabą muzyką i kupą alkoholu. Od razu postanowiłem, że nie wypiję ani kropli.
Przecież jutro cholernie ważny dzień, nie wezmę ślubu skacowany.
-Daveeee... – wybąkał pijany już Pierre – Dave, to twój
ostatni wieczór wolności... – próbował wlać mi końcówkę wódki z butelki do
gardła. Nie udało mu się – przezroczysty płyn ześlizgnął się po moim policzku
aż na koszulkę.
-Dzięki, Pierre – odparłem i wstałem – Idę na chwilę na
dwór pooddychać świeżym powietrzem – Powoli ruszyłem w stronę wyjścia. Po
drodze minąłem kilka striptizerek, którym bardzo zależało na tym, żebym z nimi
zatańczył. Machnąłem tylko ręką, wiedząc, że to kolejny z genialnych pomysłów
moich przyjaciół. Odetchnąłem z ulgą, gdy wreszcie wydostałem się z tego
cholernego hałasu i piekielnego zaduchu. Zimno od razu przykryło mnie swoim
płaszczem. Usiadłem na jakiejś zniszczonej ławce i pomyślałem o tym, co mnie
jutro czeka. Chyba wciąż jeszcze nie docierało do mnie, że mam zostać mężem
Kate. Przełknąłem ślinę. To wszystko dzieje się tak szybko, stanowczo za
szybko...
-Co jest, Dave? - głos Jeff’a wydobył się właściwie z
ciemności. Łysy dopiero później ukazał się moim oczom. Był chyba jako jedyny
oprócz mnie wciąż trzymający się na nogach – Chyba powinieneś się bawić?
-Pewnie tak – westchnąłem, spuszczając głowę – Jeff,
ja... Nie chcę tego ślubu – wybąkałem. Stinco usiadł obok, nie wyglądał na
zaskoczonego. Opowiedziałem mu o swoich wątpliwościach i o tym, że nie jestem
jeszcze gotowy. On tylko kiwał ze zrozumieniem głową.
-Dave, to normalne, że wciąż się wahasz – odezwał się
łagodnie, gdy skończyłem mówić – Zawsze tak jest. Ale to tylko stres. Przecież
kochasz Kate, tak? Chcesz z nią spędzić resztę życia, tak? – przerwał, a nie
słysząc z moich ust żadnego słowa, uznał to za potwierdzenie – Więc to
właściwie bez różnicy, czy będziecie żyć ze sobą w ślubie czy na kocią łapę.
Tyle tylko, że po ślubie łączą was dodatkowo papiery. No i ślub to
najszczęśliwszy dzień w życiu. Popatrz na Kate, tylko o tym wspomnisz, a już
gada jak nakręcona – zachichotał cicho. No tak, kto jak kto, ale ja w ciągu
ostatnich kilku dni trochę zdążyłem się nasłuchać na ten temat – Więc przestań się
tym wszystkim przejmować, to stres tak na ciebie działa. Nie daj mu się
pokonać, a wszystko się dobrze skończy. Mówię ci, jak w końcu powiesz to
najważniejsze „tak”, wszystko szybko minie. A teraz idź się bawić, bo przecież
to twój ostatni wieczór wolności.
Postanowiłem pójść za radą przyjaciela i na ten jeden
wieczór wyrzucić wszystkie myśli z głowy. Wziąłem jednego drinka, żeby się
wyluzować, obiecując sobie, że więcej nie wypiję. Potem był jeszcze jeden i
kolejny, i kolejny, a każdy z nich nazywał się ten ostatni. Potem już nawet
fatalna muzyka mi nie przeszkadzała. Właściwie nic już mi nie przeszkadzało.
Marzyłem, by ten wieczór trwał i trwał, by wszystkie smutki i zmartwienia
odpłynęły. Ostatnie wspomnienie, które pozostało w mojej głowie, to nasze
przejście przez Montreal i śpiewanie, a raczej wydzieranie się w rytm jakiejś
francuskiej piosenki o zbereźnym tekście. Potem film mi się urwał.
***
Przez moment nie bardzo wiedziałem, co się ze mną dzieje
i gdzie jestem. Oszałamiał mnie potężny ból głowy. Dopiero po chwili
uświadomiłem sobie, że leżę w willi Seb’a. Próbowałem się podnieść i usiąść,
ale coś mi przeszkadzało. Zauważyłem, że leży na mnie Pierre. Jęknąłem cicho,
zamykając oczy. Brunet był całkiem nagi. Poczułem, że zwymiotuję. Zsunąłem jego
głowę ze swojej piersi. Przekląłem w duchu. Ja tez nie miałem nic na sobie. Co
tutaj się do cholery działo? Łeb pękał mi z bólu, gdy szukałem swoich ciuchów.
Ledwo to wytrzymywałem. Postanowiłem zejść na dół do kuchni. Omal nie skręciłem
sobie nogi, poślizgnąwszy się na kartach do gry. Mijałem ostrożnie szczątki
butelek po wódce, starając się nie pokaleczyć. Na dole bałagan był jeszcze
większy. Impreza musiała być naprawdę ostra. W całej chacie śmierdziało czymś
podejrzanym. Znowu poczułem, że zwymiotuję. Przeskoczyłem przez nieprzytomnego
Chuck’a, który mamrotał coś pod nosem. Gdyby nie mój potężny ból głowy, nie
mógłbym się powstrzymać przed zatrzymaniem się i podsłuchaniem.
Na początku nie zauważyłem Jeff’a, który spokojnie
siedział przy stole i popijał kawę. Od razu rzuciłem się na jakieś tabletki,
chociaż nawet nie wiedziałem, czy to to, czego akurat szukałem.
-Masz – w moją stronę poturlała się butelka z
przezroczystym płynem. Chwyciłem ją z wdzięcznością i nerwowo próbowałem
odkręcić zakrętkę. Napój wyślizgnął mi się z dłoni i upadł na podłogę.
Usłyszałem cichy chichot i dopiero wtedy zauważyłem kumpla.
-Bardzo śmieszne – burknąłem obrażony, podnosząc butelkę
i ponownie usiłując ją otworzyć.
-Kac?
-Jeszcze jaki – jęknąłem, a potem przechyliłem otwartą
już wodę tak, by jej zawartość wylądowała w moim gardle. Piłem i piłem, nie
zwracając uwagi na słowa Jeff’a. Dopiero gdy moja komórka znalazła się pod moją
ręką, postanowiłem sprawdzić, czy ktoś czasem nie próbował się ze mną połączyć.
-Dziesięć nieodebranych połączeń od Kate?! – wyplułem
wszystko co miałem w buzi z powrotem do butelki – Cholera, ona mnie
zamorduje...
-Dzięki, że mnie słuchałeś – prychnął łysy z wyraźną
niechęcią. Spojrzałem na niego pytająco, a raczej błagająco, by jeszcze raz mi
o wszystkim opowiedział. On westchnął cicho.
-Pozwoliłem sobie odebrać jeden telefon od Kate i
powiedzieć jej, że jesteś cały i zdrowy. Swoją drogą ona już się szykowała. Cholera, normalnie nie mogę z
tych dziewczyn. Ja nie wiem, one ciągle by się tylko malowały...
Gapiłem się na niego, tak naprawdę nie za bardzo wiedząc,
o czym on mówi. Szykuje się? Czy ja o czymś nie zapomniałem?
-David! – kumpel znowu pomachał mi dłonią przed nosem –
David, tu jestem! – zachichotał cicho – Cholera, co będzie po dzisiejszym weselu,
jak ty już teraz nie kontaktujesz...
-Weselu? – powtórzyłem zdezorientowany –
Dzisiejszym? Cholera! – jęknąłem,
patrząc na zegarek – Ślub! Zupełnie zapomniałem!
-Zapomniałeś o własnym ślubie?! – Jeff wybuchnął głośnym
śmiechem – No to trzeba nazywać się Davidem Desrosiersem...
Westchnąłem cicho, dalej popijając małymi łyczkami wodę z
mojej butelki. Uspokoiłem się nieco, widząc, że do uroczystości jeszcze kupa
czasu. Mimo wszystko moich nerwów w ogóle to nie ukoiło. Przełknąłem głośno ślinę
pomieszaną z wodą. To stres. To tylko stres.
uuuu Ślub na kacu xD
OdpowiedzUsuńhahaha Niech zgadnę, pewnie grali w rozbieranego pokera :D
Już nie moge doczekać się ślubu... Mam nadzieję, Że David sie nie rozmyśli.