CZĘŚĆ IV
Bardzo powolnym krokiem wspinałem się schodami na górę.
Wiedziałem, że zastanę ją tutaj, w jej mieszkaniu. Spodziewałem się, że wróci
do matki, nie zostanie w moim apartamencie. Brudne ściany wprost zachęcały mnie
do tego, bym zwymiotował. Skrzywiłem się. Nie podobały mi się te warunki, w
których miałoby się wychowywać moje dziecko.
Zastanawiałem się, jak mnie przyjmie. Bez krzyku na pewno
się nie obejdzie. W końcu zniszczyłem jej najpiękniejszy dzień w życiu. A teraz
wracam jak gdyby nigdy nic i pragnę, by przyjęła mnie z powrotem. Jak to głupio wygląda. Szczerze
mówiąc zrozumiałbym, gdyby mnie stąd wykopała. Właściwie to nie jestem jej do
niczego potrzebny. I być może w ogóle nie powinienem się tu zjawiać. Ale
musiałem. Musiałem z nią porozmawiać, musiałem ją zobaczyć. Przez dwa miesiące
to wszystko dokładnie analizowałem i doszedłem do wniosku, że powinienem być
przy niej.
Przez chwilę się zawahałem, ale jednak zdecydowanie
zapukałem. W napięciu czekałem, aż ktoś mi otworzy. A nie otwierał nikt.
Zapukałem po raz drugi i nacisnąłem na klamkę. Drzwi były zamknięte.
Zmarszczyłem czoło. Wychodziła z domu w ósmym miesiącu ciąży? Wzruszyłem
ramionami, zastanawiając się, co dalej robić. Postanowiłem sprawdzić jednak
moje mieszkanie, chociaż nie miałem większych nadziei, że ją tam spotkam. Już miałem
wyruszać, kiedy nagle usłyszałem czyiś słaby krzyk. Moje ciało pokryły
dreszcze, mimo że nie wiedziałem, czy mi się przekrzyczało, czy rzeczywiście
ktoś wrzeszczał. Przyłożyłem ucho do szpary w drzwiach , mając złe przeczucia.
Serce mocno mi tłukło. Ponownie to usłyszałem. I tym razem to na pewno nie była
moja wyobraźnia. Nerwowo wyszarpałem scyzoryk z kieszeni, który właściwie
zawsze miałem przy sobie. Grzebałem nim w zamku, aż w końcu ustąpił.
-Kate!? – krzyknąłem, rozglądając się za dziewczyną.
-Pomocy... – słabe wołanie dobiegło z salonu. Biegiem
rzuciłem się w tamtą stronę. Kate leżała w kałuży krwi. Zasłoniłem sobie usta
dłonią, by nie krzyknąć. Ten widok mnie sparaliżował, nie potrafiłem się
ruszyć.
-Pomóż mi, a nie tak stoisz... – warknęła ona nieco
głośniej, przez moment pomyślałem, że już wraca do sił. Ale to było złudzenie –
Ja rodzę, nie widzisz...?
Chyba dopiero to otrzeźwiło mój umysł. Spanikowany
zacząłem biegać w tę i z powrotem w poszukiwaniu jej komórki, by zadzwonić po
karetkę, zapominając, że przecież mam w kieszeni swoją.
-David... Uspokój się... Karetka nie zdąży... Musisz...
Musisz przyjąć poród!
Zastygłem w bezruchu, odwracając się w jej stronę. Nie,
nie wyglądała jakby żartowała. Krzyczała coś o jakiejś ciepłej wodzie i innych
gównach, ale ja w sumie w ogóle jej nie słuchałem. Po prostu stałem przerażony,
przeklinając siebie w duchu, że wcześniej nie odważyłem się złożyć jej wizyty.
Być może dobrze, że zdecydowałem się na odwiedziny dzisiaj. Gdyby została sama,
mogłaby stać jej się krzywda. A tak będę nad nią czuwał. Ale... Poród?
-Kate, zwariowałaś?! – przerwałem jej monolog – Ja z
biologii ledwo na dwóję wyciągnąłem! Nie mam pojęcia o porodach...
-AAAAA!!!! – wrzasnęła głośno dziewczyna. Domyśliłem się,
że siła skurczów musi być już naprawdę mocna. Właściwie to ona zmuszała się, by
do mnie mówić – Nie mamy czasu... Uwierz mi, też wolałabym, żeby robił to ktoś
bardziej doświadczony... Musisz... Musisz przyjąć ten poród! Nie mamy
wyjścia... Chyba że chcesz, żeby dziecko... – jej kolejne zdanie uciekło we
wrzasku spowodowanym kolejnym skurczem. Ale nie musiała kończyć. Dobrze
wiedziałem, co chciała powiedzieć – David... Wszystko będzie dobrze... Tylko
słuchaj mnie... I skup się do jasnej cholery!
Pokiwałem nerwowo głowo, chociaż ona nadal mnie nie
przekonała, że to najlepsze wyjście z tej całej sytuacji. Pierwsze co zrobiłem,
to delikatnie przeniosłem ją na łóżko, choć głośno protestowała. Potem
pospiesznie przygotowałem wszystko, co miałem przygotować. Nie miałem czasu na
strach, nie miałem czasu, by myśleć o czymkolwiek innym. Chciałem już , by było
po wszystkim, by to dziecko w końcu ujrzało światło dzienne. Cały spocony
ciągle darłem się „PRZYJ!!”, by choć trochę ulżyć jej w bólu. Przez jakiś czas
trzymałem ją za dłoń, potem, gdy pojawiła się główka, musiałem pilnować, by
dziecku się nic nie stało. Wszystko wydarzyło się szybko, a jednocześnie to
były najdłuższe minuty w moim życiu. Jeszcze nigdy się tak nie zmęczyłem, nawet
gdy graliśmy z chłopakami kilka koncertów z rzędu.
Kate też nie czuła się najlepiej. Patrzyła na mnie
wzrokiem zwiastującym zbliżające się omdlenie. Oddychała jak po jakimś
maratonie, jakby za chwilę miało zabraknąć jej tlenu. Na nic nie miała siły,
nawet na mówienie. Była blada jak trup, w ogóle nie orientowała się, co się
dzieje wokół. Martwiłem się, że może stać jej się krzywda, martwiłem się o
dziecko, bo miałem wrażenie, że ono też nie jest w najlepszym stanie. Musiałem
szybko zawieźć ich do lekarza.
-Kate... – wyszeptałem – Kate, dasz radę zejść na dół do
samochodu? – zapytałem. Ona patrzyła na mnie nieprzytomnie jakby nie dotarły do
niej moje słowa. Westchnąłem cicho. Wygląda na to, że sama sobie nie poradzi.
Spojrzałem na dziecko, wciąż płakało – Kate, wiem, że nie masz siły, ale musisz
go potrzymać – wyciągnąłem chłopca w jej stronę. Przez chwilę się nie
poruszała, patrząc na maleństwo. Potem, chyba samą siłą woli, wyciągnęła
dłonie, gotowa do przytrzymania malucha. Delikatnie jej go oddałem. Ona wygięła
wargi w lekkim uśmiechu. Nawet nie zauważyła, kiedy, szczelnie okryta przeze
mnie kocem, znalazła się w samochodzie. Pogoda oczywiście nam nie dopisywała.
Ciemne chmury gromadziły się nad Montrealem, zapowiadając nieciekawą sytuację.
Wciąż zerkałem z niepokojem na siedzącą obok mnie Kate. Zdawała się być z każdą
kolejną minutą coraz słabsza. Dziecko wydzierało się niespokojnie jakby
wyczuwało zagrożenie. A ja usiłowałem jak najszybciej dotrzeć do tego
cholernego szpitala. Sam miałem takie głupie wrażenie, że bardziej się od niego
oddalam niż zbliżam.
W końcu jednak udało nam się tam dojechać. Wziąłem Kate
na ręce, ona wciąż ściskała dziecko swymi słabiutkimi rękoma. Nie zważając na
nic ruszyłem w stronę szpitala, sam omal nie mdlejąc.
-Śnieg... – usłyszałem cichy szept Kate – David...
Popatrz... Śnieg pada...
Z ciekawością spojrzałem w niebo, nie zwalniając jednak
tempa. Rzeczywiście białe płatki wirowały po świecie, zatrzymując się na
napotkanych przeszkodach. Dopiero teraz zauważyłem, jak zimno jest na dworze. A
Kate przykryłem zaledwie kocem...
-Pierwszy... W tym roku... – wyszeptała po raz drugi
dziewczyna. Zapewne chciała coś jeszcze dodać, ale uciszyłem ją. Nie mogłem
pozwolić na to, by zemdlała.
O kurcze :O
OdpowiedzUsuńDavid odebrał poród xD Szaleństwo ^^
No to teraz, żeby nic Kate i dziecku nie było ;)
Part wręcz genialny, cudowny, wspaniały, itd... <3