sobota, 20 października 2012

CZĘŚĆ IV PART I


CZĘŚĆ IV
Bardzo powolnym krokiem wspinałem się schodami na górę. Wiedziałem, że zastanę ją tutaj, w jej mieszkaniu. Spodziewałem się, że wróci do matki, nie zostanie w moim apartamencie. Brudne ściany wprost zachęcały mnie do tego, bym zwymiotował. Skrzywiłem się. Nie podobały mi się te warunki, w których miałoby się wychowywać moje dziecko.
Zastanawiałem się, jak mnie przyjmie. Bez krzyku na pewno się nie obejdzie. W końcu zniszczyłem jej najpiękniejszy dzień w życiu. A teraz wracam jak gdyby nigdy nic i pragnę, by przyjęła mnie  z powrotem. Jak to głupio wygląda. Szczerze mówiąc zrozumiałbym, gdyby mnie stąd wykopała. Właściwie to nie jestem jej do niczego potrzebny. I być może w ogóle nie powinienem się tu zjawiać. Ale musiałem. Musiałem z nią porozmawiać, musiałem ją zobaczyć. Przez dwa miesiące to wszystko dokładnie analizowałem i doszedłem do wniosku, że powinienem być przy niej.
Przez chwilę się zawahałem, ale jednak zdecydowanie zapukałem. W napięciu czekałem, aż ktoś mi otworzy. A nie otwierał nikt. Zapukałem po raz drugi i nacisnąłem na klamkę. Drzwi były zamknięte. Zmarszczyłem czoło. Wychodziła z domu w ósmym miesiącu ciąży? Wzruszyłem ramionami, zastanawiając się, co dalej robić. Postanowiłem sprawdzić jednak moje mieszkanie, chociaż nie miałem większych nadziei, że ją tam spotkam. Już miałem wyruszać, kiedy nagle usłyszałem czyiś słaby krzyk. Moje ciało pokryły dreszcze, mimo że nie wiedziałem, czy mi się przekrzyczało, czy rzeczywiście ktoś wrzeszczał. Przyłożyłem ucho do szpary w drzwiach , mając złe przeczucia. Serce mocno mi tłukło. Ponownie to usłyszałem. I tym razem to na pewno nie była moja wyobraźnia. Nerwowo wyszarpałem scyzoryk z kieszeni, który właściwie zawsze miałem przy sobie. Grzebałem nim w zamku, aż w końcu ustąpił.
-Kate!? – krzyknąłem, rozglądając się za dziewczyną.
-Pomocy... – słabe wołanie dobiegło z salonu. Biegiem rzuciłem się w tamtą stronę. Kate leżała w kałuży krwi. Zasłoniłem sobie usta dłonią, by nie krzyknąć. Ten widok mnie sparaliżował, nie potrafiłem się ruszyć.
-Pomóż mi, a nie tak stoisz... – warknęła ona nieco głośniej, przez moment pomyślałem, że już wraca do sił. Ale to było złudzenie – Ja rodzę, nie widzisz...?
Chyba dopiero to otrzeźwiło mój umysł. Spanikowany zacząłem biegać w tę i z powrotem w poszukiwaniu jej komórki, by zadzwonić po karetkę, zapominając, że przecież mam w kieszeni swoją.
-David... Uspokój się... Karetka nie zdąży... Musisz... Musisz przyjąć poród!
Zastygłem w bezruchu, odwracając się w jej stronę. Nie, nie wyglądała jakby żartowała. Krzyczała coś o jakiejś ciepłej wodzie i innych gównach, ale ja w sumie w ogóle jej nie słuchałem. Po prostu stałem przerażony, przeklinając siebie w duchu, że wcześniej nie odważyłem się złożyć jej wizyty. Być może dobrze, że zdecydowałem się na odwiedziny dzisiaj. Gdyby została sama, mogłaby stać jej się krzywda. A tak będę nad nią czuwał. Ale... Poród?
-Kate, zwariowałaś?! – przerwałem jej monolog – Ja z biologii ledwo na dwóję wyciągnąłem! Nie mam pojęcia o porodach...
-AAAAA!!!! – wrzasnęła głośno dziewczyna. Domyśliłem się, że siła skurczów musi być już naprawdę mocna. Właściwie to ona zmuszała się, by do mnie mówić – Nie mamy czasu... Uwierz mi, też wolałabym, żeby robił to ktoś bardziej doświadczony... Musisz... Musisz przyjąć ten poród! Nie mamy wyjścia... Chyba że chcesz, żeby dziecko... – jej kolejne zdanie uciekło we wrzasku spowodowanym kolejnym skurczem. Ale nie musiała kończyć. Dobrze wiedziałem, co chciała powiedzieć – David... Wszystko będzie dobrze... Tylko słuchaj mnie... I skup się do jasnej cholery!
Pokiwałem nerwowo głowo, chociaż ona nadal mnie nie przekonała, że to najlepsze wyjście z tej całej sytuacji. Pierwsze co zrobiłem, to delikatnie przeniosłem ją na łóżko, choć głośno protestowała. Potem pospiesznie przygotowałem wszystko, co miałem przygotować. Nie miałem czasu na strach, nie miałem czasu, by myśleć o czymkolwiek innym. Chciałem już , by było po wszystkim, by to dziecko w końcu ujrzało światło dzienne. Cały spocony ciągle darłem się „PRZYJ!!”, by choć trochę ulżyć jej w bólu. Przez jakiś czas trzymałem ją za dłoń, potem, gdy pojawiła się główka, musiałem pilnować, by dziecku się nic nie stało. Wszystko wydarzyło się szybko, a jednocześnie to były najdłuższe minuty w moim życiu. Jeszcze nigdy się tak nie zmęczyłem, nawet gdy graliśmy z chłopakami kilka koncertów z rzędu.
Kate też nie czuła się najlepiej. Patrzyła na mnie wzrokiem zwiastującym zbliżające się omdlenie. Oddychała jak po jakimś maratonie, jakby za chwilę miało zabraknąć jej tlenu. Na nic nie miała siły, nawet na mówienie. Była blada jak trup, w ogóle nie orientowała się, co się dzieje wokół. Martwiłem się, że może stać jej się krzywda, martwiłem się o dziecko, bo miałem wrażenie, że ono też nie jest w najlepszym stanie. Musiałem szybko zawieźć ich do lekarza.
-Kate... – wyszeptałem – Kate, dasz radę zejść na dół do samochodu? – zapytałem. Ona patrzyła na mnie nieprzytomnie jakby nie dotarły do niej moje słowa. Westchnąłem cicho. Wygląda na to, że sama sobie nie poradzi. Spojrzałem na dziecko, wciąż płakało – Kate, wiem, że nie masz siły, ale musisz go potrzymać – wyciągnąłem chłopca w jej stronę. Przez chwilę się nie poruszała, patrząc na maleństwo. Potem, chyba samą siłą woli, wyciągnęła dłonie, gotowa do przytrzymania malucha. Delikatnie jej go oddałem. Ona wygięła wargi w lekkim uśmiechu. Nawet nie zauważyła, kiedy, szczelnie okryta przeze mnie kocem, znalazła się w samochodzie. Pogoda oczywiście nam nie dopisywała. Ciemne chmury gromadziły się nad Montrealem, zapowiadając nieciekawą sytuację. Wciąż zerkałem z niepokojem na siedzącą obok mnie Kate. Zdawała się być z każdą kolejną minutą coraz słabsza. Dziecko wydzierało się niespokojnie jakby wyczuwało zagrożenie. A ja usiłowałem jak najszybciej dotrzeć do tego cholernego szpitala. Sam miałem takie głupie wrażenie, że bardziej się od niego oddalam niż zbliżam.
W końcu jednak udało nam się tam dojechać. Wziąłem Kate na ręce, ona wciąż ściskała dziecko swymi słabiutkimi rękoma. Nie zważając na nic ruszyłem w stronę szpitala, sam omal nie mdlejąc.
-Śnieg... – usłyszałem cichy szept Kate – David... Popatrz... Śnieg pada...
Z ciekawością spojrzałem w niebo, nie zwalniając jednak tempa. Rzeczywiście białe płatki wirowały po świecie, zatrzymując się na napotkanych przeszkodach. Dopiero teraz zauważyłem, jak zimno jest na dworze. A Kate przykryłem zaledwie kocem...
-Pierwszy... W tym roku... – wyszeptała po raz drugi dziewczyna. Zapewne chciała coś jeszcze dodać, ale uciszyłem ją. Nie mogłem pozwolić na to, by zemdlała.

1 komentarz:

  1. O kurcze :O
    David odebrał poród xD Szaleństwo ^^
    No to teraz, żeby nic Kate i dziecku nie było ;)
    Part wręcz genialny, cudowny, wspaniały, itd... <3

    OdpowiedzUsuń