niedziela, 24 czerwca 2012

CZĘŚĆ II PART III


Przepięknym czarnym BMW kierował Pierre. Pędził przez ulice Kanady, nie zważając na inne samochody. Myślami wyraźnie był gdzieś indziej. Tak jak Chuck, Jeff i ja. Tylko Seb, siedzący tuż obok Pierre’a wciąż jeszcze myślał o teraźniejszości i chyba jedynie dzięki niemu i jego czujnej obserwacji przeżyliśmy. Znowu jechaliśmy w tej cholernej ciszy. Nie tak wyobrażałam sobie naszego pierwszego od wielu lat spotkania. Od tej strony nigdy nie zdołałam ich poznać. Tak naprawdę nie dostrzegałam wielkości ich przyjaźni.
-Pie, hamuj! – kolejny wrzask Seb’a obudził nas z odrętwienia. Bouvier dosłownie w ostatniej chwili nacisnął hamulec, a my wszyscy polecieliśmy do przodu. Tuż za nami rozległy się piski opon.
-Debil! – warknął Pierre, wciąż trzymając ręce na kierownicy i aż kipiąc ze złości.
-To on miał pierwszeństwo – burknął Seb pod nosem, ale brunet nie usłyszał tego. Był zbyt zajęty ponownym uruchamianiem maszyny. Z każdą kolejną sekundą coraz bardziej się denerwował, kręcąc kluczykiem w stacyjce. W końcu dał sobie spokój, wyczerpując resztki cierpliwości.
-Cholerny samochód – warknął.
-Pie, spokojnie. Chcesz, żebym ja poprowadził? – zapytał błękitnooki, odpinając już pasy.
-Nie! – krzyknął brunet uparcie, próbując raz jeszcze, tym razem z pozytywnym skutkiem. Zrezygnowany Seb z powrotem zapiął pasy, wzdychając ciężko. Chyba nawet on już miał dość szybkiej jazdy Bouviera.
-Może jednak.. – spróbował raz jeszcze, ale przerwało mu warczenie:
-Umiem prowadzić swój własny samochód! Wbrew twojemu myśleniu!
-Nie to miałem na myśli – zaczął tłumaczyć się błękitnooki, ale brunet i tym razem mu przerwał:
-Wiem, co miałeś na myśli! Nie próbuj teraz wmawiać mi czegoś innego! Ale skoro dostałem prawko, to znaczy, że chyba na nie zasługuję, co? Chyba że wielki Seb sądzi inaczej! – prychnął – A że Seb jest bogiem, to wszyscy muszą się do niego dostosowywać! Przykro mi, stary, świat taki nie jest! Nikt nie będzie za tobą latał, rozumiesz?
Zapadła głęboka cisza. Ja, Chuck i Jeff nie odzywaliśmy się, nie chcieliśmy powiedzieć czegoś głupiego, by nie wywołać niepotrzebnej kłótni. Seb zapewne próbował przełknąć gorzkie słowa Bouviera. Wszyscy wiedzieliśmy, że błękitnooki nie odpowie krzykiem. On nie krzyczał nigdy.
-Pie – wyszeptał w końcu – Nie wyżywaj się na mnie za tę sytuację z Dave’em. Przecież to nie moja wina.
I znowu przez kilka minut jechaliśmy w tej dobijającej ciszy. Myślałam, że Bouvier się obraził, że lada chwila wybuchnie, bo zrobił się czerwony na twarzy.
-Seb – odezwał się zaskakująco cicho. Ledwo go zdołałam usłyszeć – Seb, przepraszam cię. Masz rację.
Zauważyłam, jak błękitnooki wzdycha z ulgą. Chyba także spodziewał się wrzasku.
-Musisz trochę nad sobą panować. Wszyscy musimy nad sobą panować. Nie możemy dać się zwariować. Znajdziemy go całego i zdrowego, zobaczycie. Nie możemy się kłócić, bo to nas do niczego nie doprowadzi.
Wszyscy w tym samym momencie pokiwaliśmy głowami jakby chcąc pokazać Sebowi, że się z nim zgadzamy. Niestety chyba nikt z nas nie wierzył, że nam się uda. Z każdą godziną atmosfera robiła się coraz bardziej napięta, sami nie wiedzieliśmy, dlaczego. Najgorzej przeżywał to Pierre. Co jakiś czas wydzierał się na nas, a że tylko Seb był na tyle cierpliwy, by dać mu się wykrzyczeć, to my zaraz odwdzięczaliśmy się tym samym. A błękitnooki próbował nas uspokoić, powtarzając w kółko, że Dave’owi nasze kłótnie nie pomogą. I miał rację. Tylko co z tego?
Kiedy wreszcie dotarliśmy do Montrealu, wszyscy chórem stwierdziliśmy, że nie ma co marnować czasu na głupoty i od razu pojechaliśmy do studia. Przerzucaliśmy papiery w poszukiwaniu tego jednego artykułu. Przetrząsnęliśmy całe studio, centymetr po centymetrze i guzik znaleźliśmy.
-Cholera – złapał się za głowę Pierre, upadając na kanapę – Musiałem ją wyrzucić... dlaczego nie powiedzieliście mi, że mam ja zostawić?! – warknął w naszą stronę.
-A skąd mieliśmy wiedzieć, że jeszcze się przyda? – odparł chłodno Chuck. Bouvier otworzył usta, by coś odpowiedzieć, ale na szczęście Seb zdążył to zauważyć i pierwszy się odezwał:
-Więc jaki jest plan? Musimy działać bez tej gazety. Wiemy, że w dzieciństwie miał jakiś kontakt z byłymi więźniami. Proponuje rozmowę z jego rodzicami i przeszukanie tego bloku.
-Wątpię, by rozmowa z jego rodzicami coś dała – wymamrotałam – Oni chyba nie będą wiele wiedzieć na temat jego dzieciństwa. Ich raczej interesowała tylko kasa i wykarmienie dzieciaków.
-Spróbować możemy, być może coś zobaczyli, cos usłyszeli...Nie możemy z góry zakładać, że o niczym nie wiedzą – oznajmił Chuck, a Jeff zgodził się z nim, kiwając głową.
-Myślę, że Ja, Pierre i Kate weźmiemy się za przeszukiwanie bloku i węszenie, a Jeff i Chuck będą gadać. Ale to nie dzisiaj. Spotkamy się jutro o dziesiątej u Pierre’a...
-Dlaczego nie dzisiaj?! – warknął buntowniczo Chuck, waląc pięścią w jakąś szafkę, która omal się nie rozpadła. Bouvier poparł go głośnym: No Właśnie!
-Już wam tłumaczę – odparł cierpliwie Seb, wzdychając ciężko – Dlatego że my, a zwłaszcza wy, za chwilę pomdlejecie z przemęczenia, a to może być bardzo delikatna operacja. Zresztą rodzice Dave’a pewnie już dawno śpią. Po prostu sądzę, że lepiej byłoby to odłożyć i wykonać dokładniej. Ktoś ma coś jeszcze przeciwko?
-Nie mamy czasu – wysyczał Pierre, ale chyba nawet on uznał ten argument za słaby.
-Ale swoim pośpiechem możemy zaszkodzić Dave’owi, nie dociera to do ciebie?! – warknął Seb. Dopiero po chwili zdołał się uspokoić i odetchnąć trzy razy. Wpatrywaliśmy się w niego zdumieni. Rzadko zdarzało się, by on tracił cierpliwość. Nawet chłopaki śmiali się kiedyś, że złość w starciu z Sebem odejdzie ze spuszczoną głową. Teraz zmieniły się czasy.
-Kate, jeśli nie masz się gdzie podziać, mam wolny pokój – zaproponował mi Jeff, całkiem zmieniając temat
-Dzięki, Jeff. Moja mama by mi nie wybaczyła, gdybym nie wróciła do domu, nawet o tej godzinie. Zresztą należy jej się to, nie widziałyśmy się przez pięć lat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz