CZĘŚĆ II
Przez ostatnie pięć lat próbowałam o nim zapomnieć.
Wyjechałam z Montrealu aż do Vancouver, bo bałam się, że natrafię na niego
gdzieś na ulicy. Nawet chciałam ułożyć sobie nowe życie na nowo. I udało mi się to. Tylko
czasami, gdy siedziałam samotnie w fotelu, przypominałam sobie o blondynku z
liceum. Uśmiechałam się do siebie, gdy wracały do mnie te wszystkie
wspomnienia, nasze wspólne odpały. I tylko zakończenie tej historii zawsze
przywoływało na moją twarz smutek. Nieszczęśliwa miłość. Tak, miłość. Teraz już
wiem, że to miłość. Ale obiecałam sobie, że już nigdy więcej. Nigdy tam nie
wrócę. Nigdy nie wrócę do przeszłości. Nie wrócę do Montrealu, nie wrócę do
niego. Nigdy.
Było już dobrze po dziesiątej, kiedy dotarłam do domu.
Ostrożnie zamknęłam drzwi na zamek, rzuciłam torebkę na podłogę i od razu opadłam
bez sił na kanapę. Zamknęłam oczy. Moje plany na noc to spanie, spanie i tylko
spanie. Szczerze mówiąc miałam już serdecznie dość tego trybu życia. Nudne
powtarzające się dni zaczynały mnie dobijać. Chciałam jakiegoś urozmaicenia, a
podświadomie znowu pragnęłam miłości. Tak naprawdę nie miałam dla kogo żyć.
Czułam się niepotrzebna, nikt się o mnie nie martwił. Oprócz mojej mamy. No i
chłopaków. Przez pierwszy rok mojej nieobecności każdy próbował na przeróżne
sposoby dowiedzieć się od mojej mamy, gdzie się zapodziałam. Nie powiedziała
nikomu, tak jak mi obiecała.
Dlatego, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi, byłam nie tyle
wściekła, co zaskoczona. Trochę bałam się podchodzić do drzwi, zresztą mi się
nie chciało, dlatego nie ruszyłam się z miejsca. Jednak ten ktoś niestety nie
zamierzał się poddać. Pięć minut później także uparcie dzwonił, a że nie należę
do osób cierpliwych, cudem zebrałam resztki sił i wstałam, by otworzyć te
cholerne drzwi.
Omal nie narobiłam w gacie, kiedy ujrzałam, kto stoi w
progu. Zamarłam. Gapiłam się i gapiłam, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
Dopiero po kilku sekundach otrząsnęłam się z pierwszego szoku.
-P... Pierre? – zapytałam zdumiona – Co ty... Jak wy
tu... Skąd... – do głowy nasuwało mi się tyle pytań, że nie miałam pojęcia, która
zadać.
-Cześć, Kate – przywitał się ze mną ponuro Pierre –
Przepraszam, że o tej porze zawracamy ci głowę, ale obiecuję, że nie zajmiemy
ci więcej niż pięć minut. Możemy porozmawiać?
-Znaczy... – zawahałam się przez chwilę. Przez pięć lat
próbowałam wyrzucić ich z pamięci. Teraz nagle się zjawiają. No właśnie, mam
pozwolić, by jeszcze raz zniszczyli moje życie? Lub... Lub urozmaicili... –
Dobra, właźcie – cofnęłam się, otwierając szerzej drzwi. Oni wślizgnęli się
powolnym krokiem. Dopiero w blasku światła ujrzałam ich twarze. Przez ułamek
sekundy pomyślałam, że musiałam się pomylić, że to nie mogą być oni. Ostatnimi
czasy wiele czytałam o simple plan w gazetach. Widziałam ich zdjęcia. Ale osoby,
które pukały do moich drzwi, w ogóle nie przypominali tych młodzieńców z
brukowców. Ich zwykle uśmiechnięte i rozpromienione twarze przykrył ponury
smutek. Czerwone rumieńce zasłonił szarawy odcień skóry. Dodatkowo wszystko
podkreślały ogromne sińce pod oczami, czyniąc te twarze jeszcze bardziej
żałosnymi. Ogólnie rzecz biorąc przypominali mi trupy, które po pięciu latach
wydostały się z grobu. No i było ich czworo.
-Gdzie jest Dave? – zapytałam nieprzytomnie,
zastanawiając się, dlaczego blondyna tu nie ma. Usłyszałam, jak Chuck cicho
przeklina pod nosem.
-Chcieliśmy zapytać ciebie o to samo – jęknął.
-A naprawdę miałeś nadzieję, że może tu być? – prychnął
cicho Seb – Przecież to oczywiste...
-O czym wy mówicie? – zapytałam trochę już zdenerwowana,
wskazując im stół i cztery krzesła. Ja sama odwróciłam się i z szafki
wyciągnęłam cztery przezroczyste szklanki. Ruszyłam w ich stronę, zgarniając
przy okazji butelkę wody – Przepraszam, nie jestem przygotowana na przyjęcia
gości. Mam tylko wodę – przerwałam ciszę, która zapadła na chwilę w moim
pokoju.
-Nie szkodzi! – odparli chórem, od razu rzucając się na
przezroczysty płyn. Roześmiałam się cicho. Nic się nie zmienili – Może coś
zjecie? – zapytałam, nie bardzo wiedząc, co mam powiedzieć. Dopiero po chwili
zdałam sobie sprawę z tego, że właściwie nie mam nic w lodówce.
-Nie, Kate, nie kłopocz się – powiedział Seb, wlewając
sobie wodę do szklanki – My za chwilę stąd wychodzimy, nie chcemy zawracać ci
głowy.
-Taaak, musimy wracać do Montrealu – dodał Pierre,
spuszczając głowę.
-O tej porze? – zerknęłam na zegarek. Dopiero po chwili
przypomniałam sobie, że jakiś czas temu stanął, a ja wciąż nie kupiłam do niego
baterii – Żartujecie chyba...
-Niestety nie – brunet posmutniał – Słuchaj, Kate,
zapytam wprost: Miałaś ostatnio jakiekolwiek wieści od Dave’a?
Wyczułam na sobie pełen nadziei wzrok czterech osób. Ale
chyba zauważyli moje zdumienie, bo w ciągu ułamka sekundy ta ich nadzieja
zgasła jak zapałka.
-Wiadomości? Przez ostatnie pięć lat – żadnych. Ale
dlaczego się pytacie?
Znowu odpowiedziało mi milczenie, ale tym razem Pierre
zaczął grzebać w kieszeni w poszukiwaniu czegoś. Chłopaki wyraźnie na niego
czekali, a ja domyśliłam się, że rozmawiam ze ścianą. I już chciałam im to
wygarnąć, kiedy Bouvier zaczął rozwijać jakąś kartkę. Położył ją na stole,
dając mi do zrozumienia, że mogę podejść i przeczytać. Na kartce napisano
wyraźnie tylko jedno zdanie: „Poszedłem szukać szczęścia gdzieś indziej.” Wytrzeszczyłam
oczy i otworzyłam usta, ale za chwilę z powrotem je zamknęłam, nie bardzo
wiedząc, co mam o tym wszystkim myśleć. Jakoś nie pasowała mi taka wiadomość do
Davida. Moja głowa nie mogła przyjąć do wiadomości, że on odszedł i nikomu nic
nie powiedział.
-I co o tym sądzisz? – Pierre utkwił we mnie wzrok, tak
jak i cała reszta. Wzruszyłam beznadziejnie ramionami. Właściwie nie wiedziałam,
co o tym wszystkim myśleć.
-nie mam pojęcia. Ale w głowie mi się to nie mieści...
-No właśnie! – wybuchł Chuck, waląc pięścią w stół – On
nie mógłby nam czegoś takiego zrobić! No nie mógłby!
-Chuck, już to przerabialiśmy – odezwał się Jeff – Przecież
wiesz, że ostatnio miał kupę problemów...
-No i co z tego? Przecież miał nas, pomagaliśmy mu!
Chłopaki, to jest Dave, on by nam powiedział, jakby chciał wyjechać, a nie
zostawiał przygłupie kartki!
-Pierre i Chuck myślą, że to porwanie – wyjaśnił mi Seb –
Właściwie są tego pewni. Tylko policja nie chce przyjąć zgłoszenia, bo uważają,
że skoro napisał kartkę, że odchodzi, to po prostu odszedł i nie ma sensu go
szukać. Dlatego zaczęliśmy to robić na własną rękę. Ale tak naprawdę to nie ma
żadnego sensu, bo właściwie on mógłby być wszędzie, w jakichś piwnicach,
fabrykach, no wszędzie! A my nie mamy żadnej poszlaki, nic. Dlatego tu
jesteśmy. Chcieliśmy zapytać, czy on... Czy on czasem nie mówił tobie... Bo
wiesz, byłaś jedyną osobą, której on ufał bardziej niż nam – otworzyłam jeszcze
szerzej oczy ze zdumienia, co nie uszło jego uwadze – Zaskoczona? Kate, on
naprawdę się w tobie zakochał. Dobra, może na początku rzeczywiście chodziło o
ten przygłupi zakład...
-Seb – przerwałam mu stanowczo – Przez pięć lat
próbowałam się pozbyć tych wspomnień z głowy. Proszę cię, nie wracajmy do tego.
-Okej, jak chcesz... – wymamrotał niechętnie błękitnooki
– To mówił coś tobie?
-Nie mam pojęcia – złapałam się za głowę usiłując sobie
cokolwiek przypomnieć, o czym on mógłby nie powiedzieć chłopakom – Nie
pamiętam...
-No tak – Jeff szybko wstał od stołu, wyraźnie bez jakiejkolwiek
nadziei – Powinniśmy się spodziewać, że nie będziesz nic pamiętała... Chodźcie,
chłopaki, na nas już pora. Dzięki, Kate, za chęci...
-Ale chyba nie zamierzacie teraz wracać do Montrealu?!
-Zamierzamy – odparł ponuro Chuck, również wstając – Nie
mamy innego wyjścia. Musimy.
-Chłopaki – wrzasnęłam oszołomiona – Spójrzcie na siebie!
Jak wy wyglądacie! Ledwo stoicie na nogach! Nie możecie, w takim stanie nigdzie
jechać, jeszcze spowodujecie jakiś wypadek! Nie, ja nie mogę was puścić! Kiedy
wy ostatni raz spaliście?! – czekałam na odpowiedź, ale tak jak myślałam, nie
doczekałam się jej – no właśnie! Koniecznie musicie odpocząć. A i tak pewnie
nie wiecie, co robić w sprawie Dave’a, więc zostańcie tutaj choć na jedną noc!
Oni spojrzeli po sobie, jakimś cudem porozumiewając się
spojrzeniami. Wiedziałam, że moja propozycja jest dla nich naprawdę kusząca,
ale z drugiej strony widziałam też ich upór i determinację. Chyba bali się, że
będą mi przeszkadzać. W końcu Seb wzruszył ramionami burknął:
-A róbcie, co chcecie...
Najwyraźniej jakoś musieli dogadać się niewerbalnie, bo
Jeff i Chuck zgodnie pokiwali głowami, odwracając się w stronę wciąż niepewnego
Bouviera. Długo na siebie patrzyli, czego kompletnie nie rozumiałam. W końcu
jednak i brunet uległ, choć bardzo niechętnie.
-Ale Kate... my naprawdę nie chcemy przeszkadzać. Jeśli
to dla ciebie problem...
-Przecież mi nie przeszkadzacie! – huknęłam – Tylko może
być mały problem ze spaniem. Mam tylko jedną kanapę i łóżko. Ja mogę się
przespać na podłodze, mam jeden materac. Dobra, coś się wymyśli. Łazienka jest
po prawej stronie, myślę, że cztery ręczniki tam będą. Nie wstydźcie się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz