sobota, 16 czerwca 2012

CZĘŚĆ II PART I


CZĘŚĆ II

Przez ostatnie pięć lat próbowałam o nim zapomnieć. Wyjechałam z Montrealu aż do Vancouver, bo bałam się, że natrafię na niego gdzieś na ulicy. Nawet chciałam ułożyć sobie nowe  życie na nowo. I udało mi się to. Tylko czasami, gdy siedziałam samotnie w fotelu, przypominałam sobie o blondynku z liceum. Uśmiechałam się do siebie, gdy wracały do mnie te wszystkie wspomnienia, nasze wspólne odpały. I tylko zakończenie tej historii zawsze przywoływało na moją twarz smutek. Nieszczęśliwa miłość. Tak, miłość. Teraz już wiem, że to miłość. Ale obiecałam sobie, że już nigdy więcej. Nigdy tam nie wrócę. Nigdy nie wrócę do przeszłości. Nie wrócę do Montrealu, nie wrócę do niego. Nigdy.
Było już dobrze po dziesiątej, kiedy dotarłam do domu. Ostrożnie zamknęłam drzwi na zamek, rzuciłam torebkę na podłogę i od razu opadłam bez sił na kanapę. Zamknęłam oczy. Moje plany na noc to spanie, spanie i tylko spanie. Szczerze mówiąc miałam już serdecznie dość tego trybu życia. Nudne powtarzające się dni zaczynały mnie dobijać. Chciałam jakiegoś urozmaicenia, a podświadomie znowu pragnęłam miłości. Tak naprawdę nie miałam dla kogo żyć. Czułam się niepotrzebna, nikt się o mnie nie martwił. Oprócz mojej mamy. No i chłopaków. Przez pierwszy rok mojej nieobecności każdy próbował na przeróżne sposoby dowiedzieć się od mojej mamy, gdzie się zapodziałam. Nie powiedziała nikomu, tak jak mi obiecała.
Dlatego, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi, byłam nie tyle wściekła, co zaskoczona. Trochę bałam się podchodzić do drzwi, zresztą mi się nie chciało, dlatego nie ruszyłam się z miejsca. Jednak ten ktoś niestety nie zamierzał się poddać. Pięć minut później także uparcie dzwonił, a że nie należę do osób cierpliwych, cudem zebrałam resztki sił i wstałam, by otworzyć te cholerne drzwi.
Omal nie narobiłam w gacie, kiedy ujrzałam, kto stoi w progu. Zamarłam. Gapiłam się i gapiłam, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Dopiero po kilku sekundach otrząsnęłam się z pierwszego szoku.
-P... Pierre? – zapytałam zdumiona – Co ty... Jak wy tu... Skąd... – do głowy nasuwało mi się tyle pytań, że nie miałam pojęcia, która zadać.
-Cześć, Kate – przywitał się ze mną ponuro Pierre – Przepraszam, że o tej porze zawracamy ci głowę, ale obiecuję, że nie zajmiemy ci więcej niż pięć minut. Możemy porozmawiać?
-Znaczy... – zawahałam się przez chwilę. Przez pięć lat próbowałam wyrzucić ich z pamięci. Teraz nagle się zjawiają. No właśnie, mam pozwolić, by jeszcze raz zniszczyli moje życie? Lub... Lub urozmaicili... – Dobra, właźcie – cofnęłam się, otwierając szerzej drzwi. Oni wślizgnęli się powolnym krokiem. Dopiero w blasku światła ujrzałam ich twarze. Przez ułamek sekundy pomyślałam, że musiałam się pomylić, że to nie mogą być oni. Ostatnimi czasy wiele czytałam o simple plan w gazetach. Widziałam ich zdjęcia. Ale osoby, które pukały do moich drzwi, w ogóle nie przypominali tych młodzieńców z brukowców. Ich zwykle uśmiechnięte i rozpromienione twarze przykrył ponury smutek. Czerwone rumieńce zasłonił szarawy odcień skóry. Dodatkowo wszystko podkreślały ogromne sińce pod oczami, czyniąc te twarze jeszcze bardziej żałosnymi. Ogólnie rzecz biorąc przypominali mi trupy, które po pięciu latach wydostały się z grobu. No i było ich czworo.
-Gdzie jest Dave? – zapytałam nieprzytomnie, zastanawiając się, dlaczego blondyna tu nie ma. Usłyszałam, jak Chuck cicho przeklina pod nosem.
-Chcieliśmy zapytać ciebie o to samo – jęknął.
-A naprawdę miałeś nadzieję, że może tu być? – prychnął cicho Seb – Przecież to oczywiste...
-O czym wy mówicie? – zapytałam trochę już zdenerwowana, wskazując im stół i cztery krzesła. Ja sama odwróciłam się i z szafki wyciągnęłam cztery przezroczyste szklanki. Ruszyłam w ich stronę, zgarniając przy okazji butelkę wody – Przepraszam, nie jestem przygotowana na przyjęcia gości. Mam tylko wodę – przerwałam ciszę, która zapadła na chwilę w moim pokoju.
-Nie szkodzi! – odparli chórem, od razu rzucając się na przezroczysty płyn. Roześmiałam się cicho. Nic się nie zmienili – Może coś zjecie? – zapytałam, nie bardzo wiedząc, co mam powiedzieć. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że właściwie nie mam nic w lodówce.
-Nie, Kate, nie kłopocz się – powiedział Seb, wlewając sobie wodę do szklanki – My za chwilę stąd wychodzimy, nie chcemy zawracać ci głowy.
-Taaak, musimy wracać do Montrealu – dodał Pierre, spuszczając głowę.
-O tej porze? – zerknęłam na zegarek. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że jakiś czas temu stanął, a ja wciąż nie kupiłam do niego baterii – Żartujecie chyba...
-Niestety nie – brunet posmutniał – Słuchaj, Kate, zapytam wprost: Miałaś ostatnio jakiekolwiek wieści od Dave’a?
Wyczułam na sobie pełen nadziei wzrok czterech osób. Ale chyba zauważyli moje zdumienie, bo w ciągu ułamka sekundy ta ich nadzieja zgasła jak zapałka.
-Wiadomości? Przez ostatnie pięć lat – żadnych. Ale dlaczego się pytacie?
Znowu odpowiedziało mi milczenie, ale tym razem Pierre zaczął grzebać w kieszeni w poszukiwaniu czegoś. Chłopaki wyraźnie na niego czekali, a ja domyśliłam się, że rozmawiam ze ścianą. I już chciałam im to wygarnąć, kiedy Bouvier zaczął rozwijać jakąś kartkę. Położył ją na stole, dając mi do zrozumienia, że mogę podejść i przeczytać. Na kartce napisano wyraźnie tylko jedno zdanie: „Poszedłem szukać szczęścia gdzieś indziej.” Wytrzeszczyłam oczy i otworzyłam usta, ale za chwilę z powrotem je zamknęłam, nie bardzo wiedząc, co mam o tym wszystkim myśleć. Jakoś nie pasowała mi taka wiadomość do Davida. Moja głowa nie mogła przyjąć do wiadomości, że on odszedł i nikomu nic nie powiedział.
-I co o tym sądzisz? – Pierre utkwił we mnie wzrok, tak jak i cała reszta. Wzruszyłam beznadziejnie ramionami. Właściwie nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć.
-nie mam pojęcia. Ale w głowie mi się to nie mieści...
-No właśnie! – wybuchł Chuck, waląc pięścią w stół – On nie mógłby nam czegoś takiego zrobić! No nie mógłby!
-Chuck, już to przerabialiśmy – odezwał się Jeff – Przecież wiesz, że ostatnio miał kupę problemów...
-No i co z tego? Przecież miał nas, pomagaliśmy mu! Chłopaki, to jest Dave, on by nam powiedział, jakby chciał wyjechać, a nie zostawiał przygłupie kartki!
-Pierre i Chuck myślą, że to porwanie – wyjaśnił mi Seb – Właściwie są tego pewni. Tylko policja nie chce przyjąć zgłoszenia, bo uważają, że skoro napisał kartkę, że odchodzi, to po prostu odszedł i nie ma sensu go szukać. Dlatego zaczęliśmy to robić na własną rękę. Ale tak naprawdę to nie ma żadnego sensu, bo właściwie on mógłby być wszędzie, w jakichś piwnicach, fabrykach, no wszędzie! A my nie mamy żadnej poszlaki, nic. Dlatego tu jesteśmy. Chcieliśmy zapytać, czy on... Czy on czasem nie mówił tobie... Bo wiesz, byłaś jedyną osobą, której on ufał bardziej niż nam – otworzyłam jeszcze szerzej oczy ze zdumienia, co nie uszło jego uwadze – Zaskoczona? Kate, on naprawdę się w tobie zakochał. Dobra, może na początku rzeczywiście chodziło o ten przygłupi zakład...
-Seb – przerwałam mu stanowczo – Przez pięć lat próbowałam się pozbyć tych wspomnień z głowy. Proszę cię, nie wracajmy do tego.
-Okej, jak chcesz... – wymamrotał niechętnie błękitnooki – To mówił coś tobie?
-Nie mam pojęcia – złapałam się za głowę usiłując sobie cokolwiek przypomnieć, o czym on mógłby nie powiedzieć chłopakom – Nie pamiętam...
-No tak – Jeff szybko wstał od stołu, wyraźnie bez jakiejkolwiek nadziei – Powinniśmy się spodziewać, że nie będziesz nic pamiętała... Chodźcie, chłopaki, na nas już pora. Dzięki, Kate, za chęci...
-Ale chyba nie zamierzacie teraz wracać do Montrealu?!
-Zamierzamy – odparł ponuro Chuck, również wstając – Nie mamy innego wyjścia. Musimy.
-Chłopaki – wrzasnęłam oszołomiona – Spójrzcie na siebie! Jak wy wyglądacie! Ledwo stoicie na nogach! Nie możecie, w takim stanie nigdzie jechać, jeszcze spowodujecie jakiś wypadek! Nie, ja nie mogę was puścić! Kiedy wy ostatni raz spaliście?! – czekałam na odpowiedź, ale tak jak myślałam, nie doczekałam się jej – no właśnie! Koniecznie musicie odpocząć. A i tak pewnie nie wiecie, co robić w sprawie Dave’a, więc zostańcie tutaj choć na jedną noc!
Oni spojrzeli po sobie, jakimś cudem porozumiewając się spojrzeniami. Wiedziałam, że moja propozycja jest dla nich naprawdę kusząca, ale z drugiej strony widziałam też ich upór i determinację. Chyba bali się, że będą mi przeszkadzać. W końcu Seb wzruszył ramionami  burknął:
-A róbcie, co chcecie...
Najwyraźniej jakoś musieli dogadać się niewerbalnie, bo Jeff i Chuck zgodnie pokiwali głowami, odwracając się w stronę wciąż niepewnego Bouviera. Długo na siebie patrzyli, czego kompletnie nie rozumiałam. W końcu jednak i brunet uległ, choć bardzo niechętnie.
-Ale Kate... my naprawdę nie chcemy przeszkadzać. Jeśli to dla ciebie problem...
-Przecież mi nie przeszkadzacie! – huknęłam – Tylko może być mały problem ze spaniem. Mam tylko jedną kanapę i łóżko. Ja mogę się przespać na podłodze, mam jeden materac. Dobra, coś się wymyśli. Łazienka jest po prawej stronie, myślę, że cztery ręczniki tam będą. Nie wstydźcie się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz