czwartek, 8 listopada 2012

CZĘŚĆ IV PART VI


I każdy kolejny dzień tak wyglądał. Najpierw się wzajemnie kłóciliśmy, a potem godziliśmy. Zdawałem sobie sprawę z tego, że moje życie upada. Walczyłem o nie, próbowałem coś zrobić, ale właściwie to wszystko było na nic. Kate słabła, widziałem to. Wątpiła w to, że nam się uda.  Lub przestała wierzyć. Czułem, że coraz rzadziej godzi się na przeprosiny, a czasem najchętniej wyrzuciłaby mnie ze swojego życia. Jej miłość schowała się gdzieś głęboko, ale ja wierzyłem, że jeszcze uda mi się ją wybudzić. Robiłem, co mogłem i co tylko przychodziło mi do głowy. Kwiaty, śniadanie do łóżka, jakieś nieśmiałe pieszczoty... Nic nie działało. Każdy romantyczny wieczór kończył się krzykiem i łzami. Każde kwiaty lądowały w śmietniku, to samo było ze śniadaniem. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że już właściwie w ogóle nie widuję się z Kate w ciągu dnia, bo jak nie siedzę w studiu, to idę do dzieci. Nie chciałem, żeby zauważyły, że między mamą a mną dzieje się coś złego. Mimo to Chris to wyczuł. Pytał mnie, o co chodzi, dlaczego nie jest tak jak dawniej. Nie umiałem odpowiedzieć na te pytania. Musiałem podstępnie zjeżdżać na inny temat. Ale dostrzegałem w jego oczach niezadowolenie, że boję się kontynuować przy nim ten temat. Bo bałem się. Nie chciałem dodatkowo martwić tego chłopaka czy nakładać na niego kolejne smutki. Nie chciałem niszczyć jego dzieciństwa, bo sam miałem spartaczone. Kiedyś zapytał się mnie, dlaczego kwiaty usychają. Odparłem, że brakuje im wody, co było dosyć oczywiste. I zdałem sobie sprawę z tego, że podobnie jest z naszym związkiem. Zapomnieliśmy go podlać i uschnął. Ale czy już naprawdę nie ma żadnego sposobu? Czy nie możemy go jeszcze podlać?
-Za kilka dni wyjeżdżam – oznajmiłem, wkraczając do studia. Chuck i Pierre od razu sparzyli mnie wzrokiem.
-No chyba sobie jaja robisz! – wrzasnęli w tym samym momencie – Mamy kupę roboty, jesteśmy tuż przed premierą i tobie nagle wakacji się zachciewa?!
-Muszę pojechać! – wytłumaczyłem – Muszę ratować swoje małżeństwo...
-Gówno nas obchodzi twój związek! Mamy trudny okres, a ty jak zwykle marudzisz! Zostajesz tutaj i bierzesz te cholerne plakaty...
-Pojadę tak czy inaczej – odparłem, siadając na kanapie.
-Wtedy już nie wrócisz do zespołu! – warknął Pierre z przymrużonymi oczyma. Zapewne już zastanawiał się, co wybiorę. Otworzyłem usta, żeby powtórzyć, że i tak pojadę, ale...  coś kazało mi się ugryźć w język. A jeśli zaryzykuję i nasz związek się rozpadnie? Wtedy nie będę miał nic. A wiedziałem, że Pierre nie żartuje, od dawna nie żartował. Nie przyjmie mnie z powrotem do Simple Plan, choćby mieli szukać nowego basisty przez sześć kolejnych lat.
-Zastanowię się – wysyczałem zjadliwie. Jego wyraźnie ucieszyła ta odpowiedź. Pokiwał głową z zadowoleniem, spojrzał na wyświetlacz swojego BlackBarry i zapytał znowu trochę wkurzony:
-No gdzie ten cholerny Seb?! Jak zwykle się spóźnia...
Chciałem prychnąć, że to on zwykle nie stawia się na czas, ale usłyszeliśmy trzask drzwi i ujrzeliśmy błękitnookiego. Oczywiście od razu dostał ochrzan od Pierre’a i Chuck’a, ale nie przejął się tym zbytnio. Żaden z nas nie zwracał uwagi na to, co mówił drugi. Właściwie to my nawet siebie nawzajem nie słuchaliśmy. Tak naprawdę przyłaziliśmy tu tylko po to, żeby odwalić swoją robotę.
-Dobra – zniecierpliwiony Pierre zerknął na zegarek - Jesteśmy pięć minut po czasie, ale to żadna niespodzianka – burknął kąśliwie brunet, wyciągając z kieszeni swojego BlackBarry – Na szczęście ustawiłem kamerkę... No usiądźcie na tej cholernej kanapie, jesteśmy zespołem, tak?  - gderał, przyłożywszy telefon do ucha – Dobra, jedziemy z tym czatem... Tak, teraz! Gówno mnie to obchodzi, robimy teraz, później nie mogę! Tak... – Pierre podszedł do laptopa i coś ponaciskał – I co, widać nas? Tak? Na pewno? Zamknij się! – Bouvier wepchnął się pomiędzy mnie a Jeff’a, z czego żaden z nas nie mógł być zadowolony. Uśmiechnął się szeroko, pokazując światu swoje śnieżnobiałe zęby – CZEŚĆ LUDZIEEEE! – wrzasnął do monitora, machając. Ja przez moment także machałem, a potem wróciłem do grzebania na swoim twitterze. Siedzący obok Chuck także wydawał się być niezainteresowany chatem. Jedynie Seb i Pierre czytali, co piszą ludzie, bo Jeff’owi zadzwonił telefon i musiał odebrać.
-Dobra, za chwilę ogłoszę wam duuuużego newsa! – krzyknął kilka minut później podniecony Pierre. Uniosłem głowę do góry i spojrzałem na niego z ciekawością. Duży news? O czym on gada? Przecież premiera płyty jest znana, pierwszego teledysku też. Więc do jasnej cholery, o co mu chodzi? I dlaczego on nie powiedział nam o tym wcześniej, że chce powiedzieć o czymś ważnym podczas chatu?
-Otóż pragnę poinformować was wszystkich, drodzy fani Simple Plan, że za mniej więcej pół roku w sklepach znajdzie się moja solowa płyta! – wrzasnął, podskakując z radości i rozkładając ramiona. Seb ledwo zdołał uniknąć mocnego ciosu w czoło. Gapiłem się zaszokowany na Pierre’a. On solo? On bez zespołu? Bez Simple Plan? On nas zdradził? Spojrzałem na Chuck’a, chcąc zapytać, czy on wiedział coś o planie kumpla. Nie zapytałem, bo po jego minie poznałem, że tak jak ja nie miał zielonego pojęcia, o czym mówi Bouvier. „O co mu chodzi?” – wyczytałem z ust Seb’a i wzruszyłem ramionami. Sam chciałbym poznać odpowiedź na to pytanie.
-Solowa kariera? – zapytał wściekły Jeff, zgrabnie ukrywając swój gniew, powróciwszy na kanapę – Pierre, gratulacje! – poklepał bruneta po plecach – Szkoda tylko, że zapomniałeś o tym powiedzieć kolegom z zespołu! I szkoda, że przez ten swój zasrany projekt zaniedbałeś Simple Plan!
-Zaniedbałem Simple Plan? – powtórzył jak echo Pierre, odwracając się w moją stronę z przymrużonymi oczyma – O czym ty bredzisz?
-Pierre! – prychnąłem – Na pewno chcesz, żebyśmy zaczęli wszystko wymieniać? Lista szybko by się nie skończyła...
Brunet zarumienił się i wymamrotał, żebyśmy się pohamowali i stwierdził, że to nie ma żadnego znaczenia.
-Nie ma znaczenia?! – wybuchnął Seb, który dotąd trzymał język za zębami – Nie ma znaczenia mówisz? To może przyznasz się, ile my czekaliśmy z nagrywaniem wokali? Nagrywaliśmy je ponad miesiąc, o ile nie dwa, tymczasem ile powinno nam to zająć?
Pierre wybąkał coś pod nosem, spuszczając głowę. Chyba w końcu do niego dotarło, że źle postępował. I nie chodziło nam o żadną głupią płytę. Nie. Chodziło nam o to, że o niczym nam nie powiedział, nie był z nami szczery. Oszukał nas.
-Ile, bo nie usłyszałem? – znęcał się nad nim Jeff.
-Ze dwa tygodnie.
-Tak, ze dwa tygodnie, góra miesiąc. A może przyznasz się kolego, dlaczego zajęło nam to trochę więcej czasu?
Bouvier milczał, a ja, widząc, że nie jest skory do mówienia, zacząłem mu pomagać, zadając retoryczne pytania.
-Kto ciągle olewał spotkania? Kto je w ostatniej chwili odwoływał? Kto się wiecznie spóźniał? Kogo zawsze brakowało?
-Wy też nie jesteście święci! – wybuchnął brunet, chyba chwytając się tonącej brzytwy – Dzisiaj Seb się spóźnił!
-Idioto, to była jednorazowa sytuacja!  - wrzasnął łysy – Zresztą skąd ty możesz to wiedzieć, przecież ciebie ciągle nie ma!
-Jesteście zazdrośni! – prychnął Pierre, krzyżując ręce na piersiach – Jesteście zazdrośni, bo zacząłem nagrywać bez was!
-Zazdrośni?! – parsknęliśmy wszyscy trzej – Zazdrośni?! Niby o co?! O tę twoją płytę!?
-Nie potraficie pogodzić się z tym, że zrobiłem dalszy krok bez was, że wy nie braliście w tym udziału!
-Do niego nic nie dociera – jęknął błękitnooki, chowając twarz w dłonie – chodzi nam tylko o to, że o niczym nam nie powiedziałeś! Jesteśmy zespołem, więc chyba powinniśmy się informować o takich rzeczach!
-Już nie jesteśmy zespołem – burknął Jeff, wstając – A przynajmniej ja nie jestem w tym zespole. Mam dość tego wszystkiego. Tworzenie muzyki w waszym towarzystwie już dawno przestało sprawiać mi przyjemność. Odchodzę – oznajmił i ruszył w stronę drzwi.
-I bardzo dobrze! – warknął czerwony ze złości Pierre – Nie potrzebujemy ciebie w Simple Plan!
Ta odpowiedź wkurzyła mnie tak bardzo, że aż sam się zerwałem. Wtedy nie myślałem o konsekwencjach. Wtedy myślałem o tym, w jaki sposób Pierre nas traktuje. Ostatnie dni przemknęły mi przed oczami. Żaden się nie wyróżniał. Pierre przez cały czas był krnąbrny i niemiły, zresztą nie tylko on. Atmosfera w studiu robiła się nieciekawa. Jeff miał rację, to już nie sprawiało przyjemności.
-Ja też odchodzę – oznajmiłem głośno i wyraźnie – To co robisz, Pierre, jest głupie. Głupie, słyszysz?! – wyruszyłem w stronę Jeff’a, który właśnie wychodził. Czułem, że zrobiłem dobrze, ale serce rwało mi się na części. Jedna kazała mi zostać, druga odejść. Posłuchałem drugiej.
-Bezsensu – usłyszałem Seb’a – To jest bezsensu.
Z ciekawością obróciłem głowę. Zdezorientowany Pierre patrzył, jak błękitnooki się do mnie zbliża, a Chuck, jedyny, który w ogóle się nie odzywał, tylko wzruszył ramionami i wstał zaraz po Seb’ie. |Uśmiechnąłem się lekko, sam nie wiem, dlaczego. Chyba właśnie dlatego, że Bouvier w końcu dostał coś, na co zasłużył, w końcu mu się oberwało. Już mnie wkurzało to, że wszystko uchodziło mu płazem.
-Chłopaki – usłyszałem jego przestraszony głos – Chłopaki, dajcie spokój. To nie jest śmieszne.
-Pierre, my nie żartujemy – powiedziałem – To koniec. 

1 komentarz:

  1. O nie!!! Teraz to już Pierre przesadził!
    Jak on mógł mieć pretensje do Davida, że chce jechać z rodzinką na wakacje,jak sam odstawia takie coś 0.0
    I bardzo dobrze że Bouvier dostał nauczkę. Szkoda tylko, że Simple Plan się rozpada...

    uffff.. jak to dobrze, ze to tylko opowiadanie :D ^^

    OdpowiedzUsuń