Maj się kończył, a wraz z majem i nasze egzaminy. Wszyscy
zdaliśmy bez problemu, chociaż Chuck miał niewielki problem z angielskim
ustnym, ale jakoś mu się udało prześlizgnąć. Ogromnymi krokami zbliżał się bal
pomaturalny, a Pierre, Chuck, Seb i Jeff wciąż nie mieli partnerek, a co za tym
idzie, większość dziewcząt naszej szkoły także. Wszystkie czekały na któregoś z
nich, a oni nie mogli się na żadną zdecydować.
-W końcu musicie jakąś zaprosić – oznajmiłam już zmęczona
tym wszystkim jakiś tydzień przed balem – Chyba że wolicie iść bez pary, to już
wasz wybór – wzruszyłam ramionami. Dla mnie akurat to nie był problem. I to nie
dlatego, że Dave mnie zaprosił. Po prostu dla mnie to nie miało żadnego
znaczenia, czy będę tam sama, czy z kimś.
-Nie no, przecież musimy mieć partnerki! – prychnął
Pierre – Tylko powiedz, którą wybrać. Ich jest tysiące, miliardy. MILIARDY! –
brunet złapał się za głowę – Widziałaś, jak one wszystkie za nami łażą, gapią
się i czekają, aż w końcu do nich podejdę?! To się robi naprawdę niefajne!
-więc zaproś w końcu którąś i będziesz miał spokój –
stwierdziłam obojętnie, zrywając niewielką stokrotkę i pozbywając się po kolei
jej płatków.
-tobie to tak łatwo mówić – burknął Seb – My nie chcemy
żadnej ranić.
-ale z drugiej strony nie chcemy też mieć takiej... No
wiesz... – Chuck zaczął udawać chód typowego plastika. Pierre dla żartu
podstawił mu nogę, a wielkoczoły upadł twarzą do piaskownicy. Wybuchliśmy
głośnym śmiechem.
-Na ciebie i tak żadna porządna nawet nie spojrzy! –
krzyknął Jeff – Chyba, że będzie po kilku piwach, a nawet więcej niż po kilku.
-Chłopaki, zamiast narzekać, to po prostu otwórzcie
szeroko oczy i szukajcie! – zachęciłam ich – Jak do poniedziałku sobie jakiejś
nie znajdziecie, to was wyśmieję! Teraz już nie macie czasu na wymyślanie. W
sobotę jest bal, pamiętajcie o tym. Swoją drogą, Dave, masz może mój zeszyt od
historii? Bo wydaje mi się, że tobie pożyczałam, a pilnie go potrzebuję.
Blondyn podrapał się po głowie, próbując sobie przypomnieć,
gdzie mógł zapodziać mój zeszyt
-A no tak! – krzyknął, klaszcząc w dłonie – Miałem ci go
przynieść do szkoły, ale zupełnie mi to wyleciało z głowy, bo pakowałem
wcześniej banany i brakowało mi jednego, zacząłem liczyć, okazało się, że
brakuje dwóch, myślałem, że je zjadłem, ale okazało się, że źle policzyłem, a
że zjadam banany jedynie w parach, bo w parach jest ich więcej...
-Okej, Dave, rozumiem – ucięłam jego monolog, śmiejąc się
z bananowej manii blondyna - Muszę go koniecznie dzisiaj mieć. Dałoby radę...?
-No jasne – Dave zerwał się - Możemy już teraz wpaść do
mnie, żeby później nie zapomnieć.
-Byłoby cudownie – odparłam również wstając. Pożegnaliśmy
się z chłopakami i w dwójkę ruszyliśmy w stronę mieszkania Desrosiersów, przez
cały czas obstawiając, jakie partnerki wybiorą sobie na bal nasi kumple.
Wyobrażając sobie mieszkanie Dave’a, oczyma wyobraźni
zawsze widziałam bogaty, świeżo pomalowany na beżowo dom w jednej z bogatszych
dzielnic Montrealu. Dlatego byłam lekko zaskoczona, gdy blondyn skoczył w
stronę drzwi jakiegoś obskurnego bloku i zaczął grzebać kluczem w dziurce.
Musiał zauważyć moje zdumienie, bo zachichotał cicho i odezwał się:
-Nie pasuję do tej okolicy, co?
Rozejrzałam się po raz drugi. Rzeczywiście wesoły i
wiecznie rozgadany Desrosiers nie mógł wychowywać się w takiej atmosferze,
wśród spojrzeń pijaków i żebraków, wśród biedoty. Nie mogłam uwierzyć, że on
stąd pochodzi. Rzeczywiście nigdy nie opowiadał mi o swoim miejscu
zamieszkania. W ogóle nie opowiadał mi o niczym poza muzyką. Wróciłam pamięcią
do naszych rozmów. Przypomniałam sobie, że blondyn niechętnie opowiadał o swoim
dorastaniu, gdy padało o to pytanie, sprytnie zmieniał temat. Dopiero teraz
zrozumiałam, że on po prostu nie chciał o tym mówić.
-Wiesz, kiedyś było naprawdę ciężko – westchnął Dave,
zamykając za sobą drzwi, które zatrzasnęły się z głośnym trzaskiem - Moi
rodzice nie zawsze mieli pracę, a jeśli mieli, to wyciskali z niej, ile się
dało. W domu siedziałem jedynie z siostrą, rzadko się ktoś nami interesował...
– zamilkł na chwilę, słysząc czyjeś kroki. Minęliśmy straszą kobietę, chyba już
emerytkę - Więc wiesz, moją rodziną tak naprawdę byli kumple z podwórka. Część
była trochę starsza, zawsze nam imponowali – Desrosiers po raz drugi westchnął
ciężko. Chyba zastanawiał się, czy mówić dalej. Ja milczałam, nie chciałam go
pospieszać ani zmuszać do wyżaleń, chociaż wiedziałam, że on potrzebuje
rozmowy, musi to z siebie wyrzucić. Zastanawiałam się, dlaczego mi o tym mówi.
To oznaczało, że mi ufa – Kurde... Nie tak łatwo o tym mówić... – wymamrotał, a
ja pokiwałam głową ze zrozumieniem – Ludzie tego nie rozumieją, to wszystko
trzeba przeżyć. Ja akurat miałem to cholerne szczęście – uśmiechnął się lekko,
zaciskając pięści -W wieku ośmiu lat zacząłem kraść. Wiesz, nic specjalnego,
jakieś soczki z osiedlowego sklepiku. Tyle że te kradzieże coraz częściej się powtarzały i robiły się
coraz bardziej poważne. W piwnicy mieliśmy naszą skrytkę. Tam było wszystko, co
skradliśmy grupowo, bo często robiliśmy
też jakieś grupowe napady. Druty, wiesz, żeby otworzyć drzwi, kije
baseballowe.. Naprawdę nie wiem, jak to wszystko by się skończyło, gdybym nie
poznał Pierre’a. On zaraził mnie pasją do muzyki i on odkrył moje prawdziwe
wnętrze. Miałem coraz mniej czasu na spotkania z moją drugą rodziną. W końcu w
ogóle przestałem się z nimi widywać. I bardzo dobrze, bo jakiś czas później
złapano ich na jakiejś grupowej akcji. Większość wylądowała w poprawczaku,
część w więzieniu. Kilku zostało, ale bez elity nie mogą nic zrobić. Wiesz...
Oni chyba myślą, że to ja ich wsypałem. Do dzisiaj mnie nie zaczepili, chyba
się boją. Ale czuję, że nie odpuszczą.
-I nie boisz się? – zapytałam po chwili ciszy. Mój głos
odbił się echem od ścian, głucho powtarzając moje słowa. Nie umiałam wyobrazić
sobie Desrosiersa o kilka lat młodszego z kijem baseballowym. Ale czułam, że to
nie jest jakaś zmyślona historia, by mi się przypodobać.
-Nie – odparł entuzjastycznie blondyn bez zastanowienia,
przeskakując dwa schody i odwracając się w moją stronę – Oni mają swoją paczkę,
ja swoją. Czuję się bezpieczny. Zresztą, Kate, ja nie zamierzam przez całe dnie
siedzieć w strachu i nie ruszać się z łóżka. Życie jest po to, żeby z niego
wydusić, ile się da. Jesteśmy na miejscu – otworzył mi drzwi i gestem zaprosił
mnie do środka. Czując się nieswojo, niepewnie przeskoczyłam przez próg.
Pachniało tutaj duszoną kapustą. Rozejrzałam się. W przyciasnym holu mogły
zmieścić się zaledwie dwie osoby wraz z wieszakiem i lustrem. Wszystko było
takie schludne i dokładnie wymyte, choć i tak wyglądało to naprawdę skromnie.
-David, to ty? – usłyszeliśmy głos jakiejś starszej
kobiety, zapewne pani Desrosiers.
-Tak, mamo – odkrzyknął blondyn, rumieniąc się lekko –
Nie ściągaj butów, Kate, nie ma takiej potrzeby – zwrócił się do mnie. Nie
wiem, jakim cudem przecisnął się obok mnie. Tak czy inaczej jakimś sposobem
znalazł się przede mną i dłonią dał mi znak, bym ruszyła za nim. Otworzył
pierwsze drzwi po prawej strony i warknął:
-Julia, wypad.
Usłyszałam ciche prychnięcie i szorstką wypowiedź.
Blondyn powtórzył rozkaz, jeszcze mocniej akcentując ostatnie słowo. Po
krótkiej chwili z pokoju wyskoczyła jakaś dziewczyna, zabójczo podobna do
blondyna. Z zadziornym uśmieszkiem rzuciła mi dzikie spojrzenie.
-Ooo! Dave’iś przyprowadził dziewczynę! – pisnęła,
lustrując mnie od stóp do głów. Ale zanim zdążyłam chociażby się odezwać, Dave
pociągnął mnie za rękę i znalazłam się w jego pokoju. Właściwie to
pomieszczenie było podzielone białą kreską na dwie połowy, jakby kontrastowe. W
jednej, zapewne nie mojego przyjaciela wszystko perfekcyjnie uporządkowano.
Ubrania idealnie poskładano, w równą kosteczkę. O kurzu nawet nie myślałam. Na
pierwszy rzut oka stwierdziłam, że druga połowa należy do Desrosiersa. Każdy
skrawek ściany pozalepiał plakatami, ubrania porozrzucał po całej swojej powierzchni,
nie mówiąc już o pościeli. Jedyna rzecz, która wydała mi się zadbana to czarny
akustyk, aż lśniący w słońcu. No i długa półka aż uginająca się od nadmiaru
różnego rodzaju płyt i kaset. Zastanawiałam się, gdzie może być radio lub inne
urządzenie odtwarzające je. Bo chyba nie w tym pokoju.
-Przepraszam za ten bałagan... – jeszcze bardziej
czerwony Dave zaczął zbierać ubrania z łóżka i podłogi, zgarniając je na jedną
wielką kupę – Siadaj – powiedział, wskazując na mebel. Potem przykucnął i z
szuflady biurka zaczął wyciągać różne zeszyty i książki. Mamrocząc coś
niezrozumiałego pod nosem odrzucał skoroszyty za siebie, co tylko tworzyło
jeszcze większy bałagan. Zachichotałam cicho.
-Nie ma – oznajmił zamyslony, prostując się – Musiałem
zostawić w salonie. Zaraz wrócę. Jak chcesz, to możesz sobie pogrzebać w moich
rzeczach – nim zdążyłam chociażby otworzyć usta, jego już nie było. Rozejrzałam
się z ciekawością. Na pewno znalazłabym tu wiele skarbów, gdybym tylko miała
czas, by tam grzebać. Sama nie wiem, co mną kierowało, kiedy sięgnęłam po jego
zeszyt. Chyba po prostu chciałam zobaczyć jego notatki z ostatniej lekcji. Ale
jego skoroszyt zwrócił moją uwagę czymś innym. Wiedziałam, że to co w nim
zapisywał było niczym. Serce tego zeszytu mieściło się z tyłu, na okładce.
Przeróżne rysunki przykuwały wzrok odbiorcy. Przyglądałam się im przez jakąś
minutę, a potem z powrotem przewróciłam kartkę. Zauważyłam coś napisanego
wierszem. I chociaż ciekawość mnie zżerała, nie ośmieliłam się tego przeczytać.
Za to na dłoń wypadła mi kartka, zwykła, wyrwana z zeszytu. Szczerze mówiąc
myślałam, że to kolejne rysunki, dlatego ją rozwinęłam. A to co było na niej
napisane, wstrząsnęło mną tak bardzo, że przez bardzo długi moment nie mogłam
dojść do siebie.
-Już
jestem! – blondyn z szerokim uśmiechem wparował z powrotem do pokoju – Mam go,
tak jak myślałem, leżał na stole – wcisnął mi zeszyt do ręki, nawet nie
zauważając szoku, w jakim byłam – Chciałem wziąć do szkoły, no ale... – zamilkł,
widząc mój wyraz twarzy.
No nie wierzę! No nie wierzę, że przerwałaś w takim momencie? Ty masz serce dziewczyno? Bo wydaje mi się, że nie! Mam teraz tyle pytań w głowie...Co ona zobaczyła, skoro nie był to rysunek, tylko jakieś słowa. O mamo! Dodaj szybko nowy, bo nie wytrzymam. I wgl to żartowałam, masz serce i to ogromne, a do tego zajebistą wyobraznie <33 Czekam na nowy. Pozdrawiam. [broken-inside]
OdpowiedzUsuń