poniedziałek, 13 sierpnia 2012

CZĘŚĆ III PART I


Po tym wszystkim postanowiłam jednak zostać w Montrealu. Nie chciałam opuszczać mojej mamy, zwłaszcza, że przeze mnie straciła bliską swemu sercu osobę. Nie mogłam zostawić jej samej, zresztą w Vancouver nikt na mnie nie czekał. Pojechałam tam tylko raz, by spakować resztę swoich rzeczy. Towarzyszył mi Seb, mówił, że chce odwiedzić siostrę, która właśnie tam mieszka. Do tego czasu nie straciłam kontaktu z nim, Pierre’em, Jeff’em i Chuck’iem. Często się ze sobą widywaliśmy. Ale nigdy nie spotykałam się z Dave’em. Gdy już koniecznie musieliśmy się zobaczyć, w ogóle nie zwracaliśmy na siebie uwagi. Jakbyśmy byli dla siebie niewidzialni. Od tamtego czasu nigdy nie zamieniliśmy ze sobą słowa. On już wiedział, że nigdy mu nie wybaczę i nawet się o to nie starał. Co innego chłopaki, oni ciągle próbowali mnie namówić, bym z nim porozmawiała, choć ani on, ani tym bardziej ja nie mieliśmy ochoty się do siebie zbliżać. Kiedyś próbowali na siłę nas umówić. Gdy tylko zobaczyłam, że przy stoliku w kawiarni siedzi nie Pierre, z którym się umówiłam, a David, od razu domyśliłam się, że to ich sprawka. Wściekła zadzwoniłam do Bouviera, zrobiłam mu potężną awanturę, a potem przez tydzień nie odzywałam się do żadnego z nich. Bo tylko przez tydzień wytrzymałam.
Nerwowe dzwonienie do drzwi zerwało mnie na równe nogi. Zegar cicho tykał, wskazując wpół do ósmej. Nawet słońce leniwie zaglądało przez okno, zaciekawione, kto o tak wczesnej porze zakłóca mój sen. Żółwim tempem wywlekłam się z pokoju, zapominając ubrać szlafrok i wciąż zaspana ruszyłam ku drzwiom. Otworzyłam je i ujrzałam szeroki uśmiech Pierre’a. No tak, w sumie to kto inny mógłby mi złożyć wizytę przed ósmą nad ranem.
-Pieeerreeeee! – jęknęłam głośno, przecierając oczy – Ja mam dzisiaj wolne!
-No i? – zapytał głupio brunet, unosząc brwi do góry. Machnęłam dłonią lekceważąco i cofnęłam się, by wpuścić go do środka, mając nadzieję, że jednak nie skorzysta z  zaproszenia. Ale wtedy on chyba nie byłby sobą. Dumnie przekroczył próg mieszkania z rękoma w kieszeni i gumą do żucia w buzi. W korytarzu ściągnął buty i ruszył za mną do kuchni.
-Kawy? – zapytałam, przeklinając go w duchu – Herbaty...?
-Martini z dwoma kostkami lodu i odrobiną kakaowego musu – odparł, rozwalając się na krześle. Spojrzałam na niego jak na debila – No żartuję przecież! Zwykłą wodę, jeśli masz.
Wyciągnęłam z szafki butelkę z wodą mineralną i szklankę i położyłam przed nim, a sama odwróciłam się i wlałam wodę do czajnika.
-Coś jesteś dzisiaj nerwowa – wokalista Simple Plan rozciągnął się niczym kocur. Rzuciłam mu ostre spojrzenie, którego oczywiście nie odczytał.
-Może dlatego, że jest 7.40, a ja już jestem na nogach przez  jakiegoś bałwana, który za grosz nie ma wyczucia czasu.
-O kim mowa? – Bouvier rozejrzał się – Masz gościa? Może ja przeszkadzam? Chyba że chcesz, żebym sobie z nim pogadał? – zaczął rozprostowywać palce. Zachichotałam cicho, zastanawiając się, czy on udaje, czy naprawdę jest tak głupi.
-O ciebie mi chodziło, głąbie! – roześmiałam się, wsypując do swojego kubka o jedną łyżeczkę kawy za dużo.
-Ja nie jestem bałwanem! – wzburzył się brunet.
-Wcale – prychnęłam, wysypując ze szklanki kawę z powrotem do pudełka.
-No... ale musisz przyznać, że przystojnym! – przejechał dłonią, po świeżo wymytych włosach, przy okazji prezentując swoje zęby. Wybuchłam głośnym śmiechem, omal nie przewracając swojego kubka.
-Pozostawię to bez komentarza – odparłam, zalewając kawę nadal drżącą od śmiechu dłonią – Więc powiesz mi, co się takiego strasznego wydarzyło, że zawracasz mi głowę o ósmej rano? – z pobliskiej szafki wyciągnęłam jakieś ciastka i rzuciłam je na stół – Częstuj się – zachęciłam go po krótkim namyśle. Brunetowi nie trzeba było dwa razy powtarzać – gdy po raz kolejny się odwróciłam, już szarpał się z opakowaniem – Pierre! – warknęłam, aż biedny chłopak podskoczył ze strachu.
-No co?! – krzyknął z ciastkiem w dłoni – Kazałaś się częstować! – tłumaczył się obrażony.
-Miałeś mi odpowiedzieć na moje pytanie – westchnęłam nadal cierpliwie, siadając obok niego z parującym kubkiem kawy w dłoniach – Co cię do mnie sprowadza?
-Seb robi parapetówkę – odparł brunet z pełną buzią, sięgając po kolejne ciastko – Dzisiaj o 19.00. Masz ochotę poszaleć?
Załamana schowałam twarz w dłoniach.
-I tylko po to zerwałeś mnie z łóżka? – jęknęłam.
-Aż po to, Kate! – Pierre, bardzo z siebie dumny, ugryzł kawałek ciasta – Jak będziesz chciała, to po ciebie podjadę o 18.30. Myślę, że nie byłoby problemu – dodał, mlaskając głośno.
-A nie przyszło ci do głowy, że mógłbyś po prostu wysłać SMS-a albo zadzwonić? Albo przynajmniej odwiedzić mnie nieco później? – marudziłam, spoglądając na niego kątem oka. Wzruszył ramionami.
-To przyjdziesz? – zapytał, zmieniając temat.
-A David będzie? – upewniłam się.
-Będzie – Pierre westchnął głośno – Moglibyście...
-To wiesz, jaka jest moja odpowiedź  - wymamrotałam, trochę żałując, że mnie tam nie będzie. Tak naprawdę to dawno nie wychodziłam z domu, żeby się zabawić i taka impreza dobrze by mi zrobiła. Mogłabym się wyszaleć, wyszumieć, a potem wrócić do szarej codzienności. Ale przy Dave’ie to niemożliwie.
-Ale Kate... – Pierre spojrzał na mnie błagalnie – Seb’owi odmówisz? To niebyle jaka impreza! Przecież musisz tam się zjawić...
-David... – wysyczałam, wyobrażając sobie czarnowłosego, biegającego za mną. Szybko wyrzuciłam ten obraz z głowy.
-Kate, Seb’a willa jest tak ogromna, że wątpię, byście nawet przypadkiem zobaczyli się w tłumie ludzi. No nie daj się prosić!
-No... – zaczęłam się wahać, ale przede mną z powrotem pojawił się Dave. Tym razem wrzeszczał na mnie. A ja nienawidziłam krzyku.
-Nie, Pierre – wróciłam z powrotem na ziemię – Nie, Pierre, to nie przejdzie.
-Ale my na ciebie liczymy! Musisz tam być! Zresztą chcesz pokazać Dave’owi, że nie umiesz bawić się w pobliżu jego osoby? Chyba lepiej by to wyglądało, gdybyś pokazała mu, na co cię stać bez niego! Musisz dać mu porządnego kopniaka w tyłek.
Spuściłam głowę, ponownie się wahając. Nie powiem, to była naprawdę kusząca propozycja. Ale z drugiej strony bawić się przy nim? Czy taka zabawa ma w ogóle sens?
-No dobra... – westchnęłam wciąż jeszcze niepewnie – Ale nie miej mi za złe, jak jeszcze zdążę zmienić zdanie!

1 komentarz:

  1. Hahaha :D Ja na miejscu Kate nie pozwoliłabym Pierrowi wejść :D o 7:30????? Nienawidzę tak wcześnie wstawać!!!!! xD
    Part jak zawsze świetny :D

    OdpowiedzUsuń