środa, 22 sierpnia 2012

CZĘŚĆ III PART III


Obudził mnie okropny ból głowy. Miałam wrażenie, że ktoś od wewnątrz wali w nią kamieniami. Otworzyłam oczy i od razu strumień przeraźliwie jasnego światła pokaleczył moją głowę jeszcze większym bólem. Przez chwilę zastanawiałam się, dlaczego nie jestem w swojej sypialni. Potem przypomniałam sobie o imprezie Seb’a. Przez czysty przypadek odwróciłam głowę w bok. Jęknęłam cicho. Leżałam w objęciach mężczyzny. I to nie byle jakiego mężczyzny. Davida. Davida Desrosiersa.
Przez moment zastanawiałam się, co ja najlepszego wyrabiałam. Dopiero później uświadomiłam sobie, że powinnam stąd jak najszybciej wiać. Delikatnie wyswobodziłam się z jego objęć. Byłam całkiem naga. Przeklęłam cicho pod nosem. Ból pulsował mi w głowie, gdy przyodziewałam się w kolejne części swojej garderoby. Nie do końca utrzymując równowagę, ruszyłam ku drzwiom. Wyszłam na korytarz i od razu poczułam mdłości. Pobiegłam do łazienki, zasłaniając je dłonią. Nie dotarłam do toalety. Zwymiotowałam tuż przed samym wejściem. Przepraszając w duchu Seb’a, ruszyłam ku schodom.
Po podłodze walały się butelki i pozostałości po szklankach. Ludzie leżeli jeden na drugim, nawet na to nie zwracając uwagi. Zresztą tak się zwykle kończyły dobre imprezy. Wszyscy są jednością, choć nawet nie znają swoich imion. I to właśnie jest najlepsze. Nie ma gorszych i lepszych, wszyscy bawią się wspólnie.
Pierre leżał w salonie, głowę miał opartą o pierś jakiejś dziewczyny. Przełknęłam głośno ślinę i przeskoczyłam nad czyimś ciałem. Potrząsnęłam ramieniem bruneta, ale on tylko wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem. Wzruszyłam ramionami. I tak w tym stanie nie podwiózłby mnie do domu. Czeka mnie długi spacer. Westchnęłam cicho i ruszyłam w stronę kuchni. Spodziewałam się, że tam znajdę wodę. I okazało się, że o tym także chłopaki zdążyli pomyśleć. W kącie obszernej kuchni Seb’a stało kilkadziesiąt butelek z mineralną. Od razu rzuciłam się w ich stronę. Wyszarpałam z folii jedną i zaczęłam mocować się z zakrętką.
-Ale mnie łeb boli... – podskoczyłam ze strachu, słysząc czyiś jęk. Jak na rozkaz obróciłam się na pięcie. Jakaś brunetka wpakowała się do kuchni – wody, dobra kobieto! – błagała. Chwyciłam drugą butelkę i rzuciłam w jej stronę, a sama zajęłam się swoją. Przez moment obie się nie odezwałyśmy, dotknięte cudownym smakiem przezroczystego płynu.
-Nie trzyma gdzieś tutaj Seb czegoś przeciwbólowego? – zapytałam, szperając po szafkach. Ona tylko wzruszyła ramionami. Po jakiejś minucie wkręciła się w poszukiwania.
-Nic – westchnęła po pewnym czasie, opierając się o blat szafki – O najważniejszym zapomnieli. Całe Simple Plan.
-Muszę się szybko dostać do domu – powiedziałam bardziej do siebie niż do niej, zastanawiając się, jak mam przejść przez cały Montreal z takim kacem. Westchnęłam cicho.
-Może cię podwieźć? Ja wozem jestem. Tylko musimy znaleźć moją torebkę, gdzieś mi się zapodziała.
Chętnie przystałam na jej propozycję. Nie uśmiechało mi się łażenie po zatłoczonym mieście w rozmazanym makijażu i wieczorowej sukni. Poszukiwania torebki tamtej dziewczyny zajęło nam może z dziesięć minut. Modliłam się w duchu, by Dave się nie obudził. Zresztą on pewnie też nic nie pamięta z tamtej nocy. Może nawet zapomni, że my w ogóle rozmawialiśmy? Tak byłoby najlepiej. Ciągle przeklinałam siebie w duchu, że mogłam doprowadzić do tak głupiej sytuacji. Nie tak wyobrażałam sobie utratę dziewictwa. Nie w taki sposób, nie w takich okolicznościach. Nie tak... I nie z nim.
-No na co czekasz? – obudził mnie z zamyślenia głos dziewczyny, której imienia właściwie wciąż jeszcze nie zdążyłam poznać – wsiadaj!
Wróciłam myślami na ziemię. Zauważyłam, że stoję przed eleganckim czerwonym samochodem. Musiał kosztować fortunę, to było widać na pierwszy rzut oka. Wręcz lśniło nowością.
-Nareszcie! – odetchnęła z ulgą kobieta, gdy niepewnie wsiadłam do środka – Ranyy, ale tobie się śpieszy... – mamrotała, wsadzając klucz do stacyjki - Jak ty się właściwie nazywasz?
Nie zdążyłam się odezwać, bo z głośników buchnęła głośna muzyka. Wrzasnęłam, zatykając uszy. Mój ból głowy powiększył się kilkakrotnie.
-Przepraszam! – wrzasnęła dziewczyna, szybko ściszając radio – Zawsze jak jadę na imprezę, muszę głośno włączyć muzykę... – usprawiedliwiała się.
-Kate – odpowiedziałam na pierwsze pytanie, nadal trochę wstrząśnięta – Nazywam się Kate.
-Alice – brunetka, nie spuszczając wzroku z drogi, wyciągnęła dłoń w moją stronę. Uścisnęłam ją, chociaż tak naprawdę wątpiłam w to, byśmy jeszcze kiedykolwiek się spotkały. W sumie ona należała do sympatycznych osób, toteż droga minęła nam dosyć szybko i w przyjemnej atmosferze. Ale i tak nie mogłabym się z nią zaprzyjaźnić. Ona po prostu miała charakter tak bardzo szybki i zwariowany, że miałabym trudności, by za nią nadążyć, by nadążyć za jej pomysłami. No i jej serce miało w sobie coś takiego, co mnie od niej odpychało. To była tylko koleżanka na jedno, dwa spotkania.
Kiedy znalazłam się w domu, od razu rzuciłam się w stronę szafki. Szybko wyszarpałam tabletki przeciwbólowe i połknęłam kilka, modląc się, by jak najszybciej zadziałały. Dopiero wtedy zauważyłam, że przy stole siedzi moja mama i przypatruje mi się z podejrzanym uśmieszkiem. Otworzyłam butelkę wody i nie odzywając się, wypiłam jej połowę jednym łykiem.
-Nie będę się ciebie pytała, jak było, bo zapewne nic nie pamiętasz – zachichotała kobieta.
-Nigdy więcej – wydusiłam z siebie – Żadnej imprezy. Żadnego alkoholu.
-Powtarzasz to za każdym razem – mama ponownie zaplątała się w czytanie jakiegoś brukowca.
***
Gdzieś w głębi serca spodziewałam się, że złoży mi wizytę, choć wmawiałam sobie, że tego nie zrobi. Przez cały dzień dręczyła mnie ta myśl. I ten nieznośny ból głowy, który ciągle nie dawał mi spokoju. W dodatku nie docierało do mnie to, co mówiła moja mama. W końcu i ona zrezygnowała z nawiązania rozmowy. Dzwonek usłyszałyśmy koło dwudziestej, kiedy już właściwe byłam pewna, że się nie zjawi. A jednak... I  wcale nie zaskoczył mnie widok jego twarzy. W głębi serca wiedziałam, że nie ucieknę, a zawsze mawiałam, że im wcześniej tym lepiej.
-chyba musimy porozmawiać – zaczął niepewnie. Zauważyłam, że się okropnie denerwował. Ręce miał schowane w kieszeniach krótkich spodenek. Drżały.
-Musimy – przełknęłam głośno ślinę – Proponuję spacer.
-w porządku - zgodził się – Zaczekam tu na ciebie.

1 komentarz:

  1. Biedny Seb, nie chciałabym być na jego miejscu :D

    No no, jestem bardzo ciekawa co z tej rozmowy wyniknie ^^

    OdpowiedzUsuń