sobota, 25 sierpnia 2012

CZĘŚĆ III PART IV


-Musimy – przełknęłam głośno ślinę – Proponuję spacer.
-w porządku - zgodził się – Zaczekam tu na ciebie.
Pokiwałam głową i zamknęłam przed nim drzwi. Szybko ubrałam pierwsze lepsze buty, porwałam torebkę i wrzasnęłam głośno, że wychodzę. Już po chwili szliśmy obok siebie przez zatłoczone ulice Montrealu wśród głośnego szumu samochodów i wrzasków ludzi. Właściwie to żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć. Wdychanie spalin sprawiało, że wszystko miałam ochotę zwrócić. A być może to jeszcze skutki tej imprezy. Nie wiem, okropny ból głowy nie pozwolił mi na analizę tego wszystkiego.
-Usiądziemy? – teraz już nawet w jego głosie usłyszałam nutkę zdenerwowania. Rozejrzałam się. Nie wiem, jakim cudem tak szybko znaleźliśmy się w parku w tak krótkim czasie. Chociaż z drugiej strony minęło chyba z pół godziny, odkąd wyszliśmy z mojego domu. Zresztą kogo obchodzi czas...
Znowu milczeliśmy. Szum liści uniemożliwiał nam wydobycie się jakiegokolwiek dźwięku z naszych ust. Chociaż tutaj powinniśmy czuć się wolni. Natura otaczała nas i chyba miała ułatwić nam kontakt. A my wciąż czekaliśmy, aż coś się w nas odblokuje, aż w końcu swobodnie będziemy mogli się odezwać.
-to jest bezsensu – jęknął wreszcie Dave, odwracając wzrok od swoich markowych butów – To jest bezsensu – powtórzył, prostując się.
Ja nawet się nie odezwałam, ale zadrżałam lekko, co miało być oznaką słuchania chłopaka. On chyba nawet tego nie zauważył, ale kontynuował.
-Milczymy od blisko pół godziny. Mam tego dość. Dla nas obu to niewygodny temat, ale w końcu musimy o tym porozmawiać. Masz mi za złe tę noc, prawda? Rozumiem, to moja wina.
-Nie mam ci tego za złe i to nie tylko twoja wina. Moja też – przyznałam – Ale, Dave, to był jeden raz. Jeden jedyny raz. Więcej nie będzie i nie licz na to. Wiesz, że nasz związek nie miałby najmniejszych szans, ciągle nam coś przeszkadza w jego utworzeniu. Ja chcę być szczęśliwa z facetem moich marzeń. I ja... Ja już wiem, że to nie ty.
Kątem oka zauważyłam, jak on spuszcza głowę. Wiedziałam, że moje słowa go zraniły, wiedziałam, że on wciąż miał nadzieję. Przez moment milczał, trawiąc moje słowa. Potem uśmiechnął się krzywo, chcąc ukryć swój smutek przede mną.
-No tak, próbowaliśmy dwa razy – westchnął – Ale może chociaż skończmy z tym głupim obrażaniem się na siebie – po raz pierwszy tego dnia odważył się na mnie spojrzeć. Ja nie miałam odwagi – Wiem, że ty nadal mi nie wybaczysz. Ale proszę cię, spróbuj chociaż tolerować moją obecność. Nie mówię od razu o przyjaźni, bo do przyjaźni trzeba dojrzeć, ale chociaż przestańmy się nienawidzić.
-Okej – zgodziłam się, choć tak naprawdę wciąż się wahałam. Zdawałam sobie sprawę z tego, że łatwo nie będzie. Wspomnienia wciąż mnie raniły i pomimo tej pierwszej od czterech lat rozmowy, nie wiedziałam, czy będę w stanie w jego obecności zapomnieć o tym wszystkim, co mi zrobił. Ale jedno jest pewne – będę się starała.
***
Właściwie to od tego czasu nic się nie zmieniło. Kilkakrotnie spotykałam się z chłopakami, ani razu nie było z nimi Dave’a. Trochę mnie to ucieszyło, bo nie czułam się skrępowana i mogłam z nimi normalnie porozmawiać. A bałam się, że jeśli Desrosiers również się zjawi, nie będę w stanie się odezwać, bo będę czuła na sobie jego wzrok. Myślałam, że jak porozmawiamy, to coś się zmieni. Nic się nie zmieniło. Myślałam, że tę noc oboje uznamy za koniec. I tak, uznaliśmy to za koniec. Tylko że z każdym końcem musi być początek.
To już czwarty dzień z rzędu. Po raz czwarty budzi mnie to okropne uczucie. Uczucie, że za chwilę zwymiotuję. I kolejny poranek spędziłam w toalecie. Musiałam zjeść coś po terminie, bo cóżby innego to mogło być? No tak, pewnie jakieś nieświeże mięso... Trzeba będzie przeszukać lodówkę.
-Co się dzieje? – zapytała moja mama, pilnie śledząc znad zlewu moje ruchy, gdy wychodziłam z łazienki. Wzruszyłam ramionami i chwyciłam swoją szklankę z przygotowaną już herbatą.
-Nie mam zielonego pojęcia – odparłam, upijając łyk ze swojego kubka. Smakowała jakoś dziwnie, na pewno inaczej niż zwykle – chyba coś zjadłam...
-Rozwolnienie? – zapytała wprost moja mama, odrzucając na bok ścierkę – Zaraz coś poszukamy... – zaczęła grzebać w szafce, w której zwykle trzymała leki.
-Wymioty – skorygowałam. Ona zastygła w bezruchu i powoli się obróciła na pięcie. Przejechała po mnie wzrokiem od góry do dołu i z powrotem.
-Na to też jest sposób – wyszeptała tajemniczo. Zmarszczyłam czoło, zastanawiając się, o czym ona mówi. Upiłam łyk herbaty. Ona, ze zręcznością dwudziestolatki, z powrotem się do mnie odwróciła i rzuciła na stół jakieś pudełko. Wyplułam cały napój z powrotem do szklanki. 

2 komentarze:

  1. WOW!! No to teraz się zacznie xD Jestem ciekawa czy mu powie, że jest w ciąży :D Bo po wypluciu herbat w ostatnim zdaniu, stwierdzam iż na stole wylondował test ciążowy :D

    OdpowiedzUsuń