Drżałem, siedząc na obłożonym białym materiałem krzesełku. Kościół był przepięknie przyozdobiony, co zresztą załatwiła Kate. Biel zdawała się wypełniać każdy kąt niewielkiej świątyni. Blask maleńkich świeczek promieniał radością. Gdzieniegdzie przewijała się świeża zieleń – gałązki rośliny, której nazwy nie umiałem sobie przypomnieć. Nawet ołtarz się nie wyróżniał, przyozdobiono go białymi i kremowymi liliami.
Kościół był już pełen, wiedziałem, że lada chwila zjawi
się ona, a potem rozpocznie się ceremonia. Później to już wszystko z górki i po
stresie. Spojrzałem na Pierre’a. Uśmiechał się, próbując dodać mi odwagi. Obok
niego jeszcze stali Seb, Jeff i Chuck ubrani w identyczne czarne garnitury.
Brakowało im tylko okularów przeciwsłonecznych oraz kapeluszy do Blues
Brothers. Mój wzrok wylądował z powrotem na moich drżących dłoniach.
Westchnąłem cicho. Nigdy nie lubiłem czekać.
Nagle gdzieś z góry buchnęła głośna muzyka. Od razu w
myślach przeanalizowałem instrumenty, które usłyszałem. Skrzypce, kontrabas,
pianino i... Zerwałem się, uświadamiając sobie, że to teraz jest najmniej
ważne. Poczułem jak pot oblewa mi twarz. Serce waliło mi w rytm marszu
weselnego. Ona szła środkiem kościoła, tak jak na próbie. Tylko że na próbie
było całkiem inaczej. Bez napięcia, strachu i stresu.
Wyglądała naprawdę niesamowicie. Miała na sobie
przepiękną długą suknię, zakończoną ogromnymi falbankami. Górna część
uwydatniała jej kształtne piersi. Nieskazitelna biel nie umiała tylko ukryć
sporego już brzucha, ale mi to akurat w ogóle nie przeszkadzało. Tego dnia była
najpiękniejszą kobietą na świecie.
W ogóle nie umiałem skupić się na słowach księdza,
wszystko, co mówił, wylatywało mi drugim uchem. Ciągle na nią zerkałem, nie
mogąc się nadziwić, że w ciągu kilku godzin mogła zrobić z siebie jeszcze
piękniejszą dziewczynę, niż jest na co dzień. Czas mi się dłużył, wydawało mi
się, że stanął w miejscu. Żałowałem, że nie miałem przy sobie zegarka. Chociaż
z drugiej strony głupio byłoby mi z niego skorzystać. Bardzo chciałem, by to
wszystko się skończyło, czegoś się bałem. Tylko czego?
W końcu nadszedł ten moment, kiedy mieliśmy sobie
powiedzieć to najważniejsze w życiu „tak”. Oboje wstaliśmy w tym samym
momencie. Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy. Ona uśmiechała się, ja jakoś nie
potrafiłem. Nawet nie słuchaliśmy księdza, znaliśmy tę formułkę na pamięć. Z
jej ust natychmiast wyleciało to ledwo słyszalne „tak”. Krótkie słowo, a jednak
zawierało w sobie mnóstwo miłości. Pięknej miłości, którą ona do mnie czuła.
Ona do mnie? A co ja do niej czułem? Desrosiers, ty jeszcze w to wątpisz?
Zapadłą głęboka cisza. Wiedziałem, że teraz ja powinienem
się odezwać. Otworzyłem usta. Ból pulsował mi w głowie, o mało jej nie
rozwalił. Mieszał w moim mózgu. Chciałem
powiedzieć „tak”, ale głos ugrząsł mi w gardle. Wtedy to do mnie dotarło. Ja
nie mogę wziąć z nią ślubu. Nie mogę jej tym zranić, nie mogę jej tym
skrzywdzić. Spojrzałem kątem oka na Pierre’a. Jego kamienna twarz zupełnie nic
nie wyrażała. Z powrotem wróciłem wzrokiem do Kate. Chyba już wyczuła, co się
za chwilę wydarzy, ale w jej tęczówkach dostrzegłem jeszcze nadzieję.
-Kate... – wyszeptałem – Kate, ja... Ja nie potrafię...
Uwierz mi... To dla twojego dobra... Przepraszam... – dostrzegłem, jak w kącikach
jej oczu gromadzą się przezroczyste łzy. Nie mogłem na nie patrzeć. Odwróciłem
się. Moje serce kazało mi tutaj zostać, ale nie posłuchałem go. Czułem na sobie
zdumiony i zaskoczony wzrok około setki ludzi. Powolnym krokiem ruszyłem w
kierunku drzwi. Słyszałem wszystkie te szepty. Krawat ciążył mi na szyi, miałem
wrażenie, że za chwilę mnie udusi. Ogromne poczucie winy zgniatało moje serce.
Wiedziałem, że zrobiłem najgorszą rzecz, jaką mogłem zrobić. Wyszedłem z
kościoła. Minąłem przyozdobioną bielą limuzynę. Dopiero wtedy w moich oczach
pojawiły się łzy. Ktoś chwycił mnie za ramię. Odwróciłem się i natychmiast
poczułem na policzku cios. Zachwiałem się, ledwo utrzymując równowagę. Ale
nawet nie jęknąłem. Wiedziałem, że mi się należy.
-Co ci odbiło, idioto?! – warknął Pierre, przymierzając
się do drugiego ciosu. Poczułem, jak coś mokrego spływa po mojej dłoni.
Spojrzałem w niebo. Ciemne chmury wyprzedzały się nawzajem jakby brały udział w
wyścigu. A Montreal był metą.
-Zaczyna padać – wyszeptałem. Potem z powrotem się
odwróciłem, co chyba zaskoczyło mojego kumpla i ruszyłem dalej chodnikiem.
-Stój! – usłyszałem jego krzyk. Zatrzymałem się po raz
drugi. On podbiegł do mnie i przez moment wpatrywał się w moją twarz, jakby to
miało coś zmienić – Co teraz? Co zamierzasz?
-Zniknę – odparłem – Zniknę i póki co nie będę zjawiał
się w Montrealu. Być może wrócę. Być może nie. Zrozumiem, jeśli wyrzucicie mnie
z zespołu, więc nie wahajcie się – minąłem go i ruszyłem dalej powolnym
krokiem.
-Dlaczego? – brunet ponownie do mnie doskoczył. Krople z
nieba spływały coraz gęściej. Ja nawet tego nie czułem. Nie czułem niczego.
-Wszystko działo się za szybko – odpowiedziałem po chwili
zadumania – Nie mogłem przemyśleć... Nie, nie dlatego. Pierre, ja... Ja
zwątpiłem. Potrzebuję czasu.
Bouvier przystanął, zapewne nic nie rozumiejąc z mojej
gadki. Ja sam nie rozumiałem. On już mnie nie gonił, wiedział, że to nie ma
sensu. Bałagan, jaki miałem w głowie, mogłem posprzątać tylko ja. Padający
coraz gęściej deszcz powoli okalał moje ciało, nie pozostawiając ani jednej
suchej nitki na moim garniturze. Ale akurat wtedy to było najmniej ważne.
NARRACJA KATE
Ciągle wpatrywałam się w otwarte drzwi kościoła, nadal z
nadzieją, że on za chwilę się zjawi. Nie zjawił się. Znowu zostawił mnie samej
sobie. Prze krótki moment byłam tak zaskoczona jego zachowaniem, że nawet nie
płakałam. Chyba wciąż nie docierało do mnie to, co się stało. Miałam wrażenie,
że to wyjątkowo paskudny koszmar, który niedługo się skończy. Niestety takie
jest życie. Dotarło to do mnie, gdy Pierre skoczył w stronę drzwi. To wszystko
dzieje się naprawdę, tu i teraz. Usiadłam na schodkach ołtarzyku i wybuchłam
głośnym płaczem. Ten ślub miał skleić nasz związek. Rozerwał go na strzępy.
Strzępy, które nie sposób scalić. Wszystko zniszczone. Znowu.
-No już, Kate – Seb delikatnie przyciągnął mnie do swojej
piersi i przytulił. Poczułam przyjemne ciepło, które i tak nie pomogło mi
pozbyć się łez – Przecież nie będziesz przejmować się tym debilem.
Wiedziałam, że chciał pomóc, ale jego słowa wywołały we
mnie tylko jeszcze większy żal i smutek. Zawyłam jeszcze głośniej, chowając
twarz w jego śnieżnobiałej koszuli. Nie mogłam się pohamować i zatrzymać potoku
łez, chociaż bardzo chciałam. Z drugiej strony musiałam wyrzucić z siebie
wszystko, co trzymałam w sercu.
-On nie jest debilem... – wychlipałam, pociągając nosem –
to ja jestem debilką... Naprawdę myślałam, że teraz nam się uda...Za bardzo w
to wszystko uwierzyłam...
Seb nie odpowiedział nic, tylko delikatnie pogłaskał mnie
po głowie. Tak samo jak głaskał mnie on. Dave. Wiedziałam, że on już nie wróci,
że on mnie nie przytuli, nie pocałuje. Bajka się skończyła, rozpoczęła się
bitwa o rzeczywistość. Coś w moim brzuchu zaczęło się poruszać. Dziecko nie
chciało już tutaj być, chciało odejść. Miało już dość radosnej bieli i tego
kościoła. Przypomniało mi o sobie, mówiło, że potrzebuje opieki. No tak, to
wszystko tak bardzo mnie pochłonęło, że zdążyłam o nim zapomnieć. Niedługo na
świecie zjawi się mały klon Dave’a. Tego już niestety nie potrafię zmienić.
Otarłam resztki łez z oczu. Wstałam, otrząsając się z szoku, co zaskoczyło te
kilka osób, które jeszcze zostały w świątyni. Wyszarpałam welon ze swoich
włosów, niszcząc cudowną fryzurę i ruszyłam ku wyjściu z kościoła. Po drodze
potknęłam się ze dwa razy o swoją wymarzoną suknię, jakże teraz nieważną. Deszcz
lał się strumieniami z nieba, jeszcze bardziej potęgując efekt działania łez na
mojej twarzy i zmieniając biel ubrania w brudną szarość. Pierre stał
kilkanaście metrów ode mnie, wpatrywał się w czarny coraz bardziej oddalający
się punkt. On odszedł.
-Przykro mi, Kate – wyszeptał brunet, gdy zauważył, że
stoję obok niego. Spuścił głowę i odwrócił się jakby chciał powiedzieć, że
musimy rozpocząć nowy rozdział w naszym życiu.
***
To były najgorsze dwa miesiące mojego życia. Dziecko
wciąż mi dokuczało jakby pragnęło, bym nie zapomniała, że ono wciąż czeka. W
nocy nie mogłam spać, w dzień czasami nie mogłam ruszyć się z łóżka. Wszyscy
próbowali mi jakoś pomóc, chłopaki wciąż na zmianę wpadali. To mi chyba
najbardziej pomagało. Ich towarzystwo. Chociaż tak naprawdę przed nimi też
ukrywałam, co się działo w moim sercu. Jedynie gdy zostawałam sama, wybuchałam
głośnym płaczem. To ta cisza to wszystko we mnie stwarzała. Paniczny strach
przed samotnością. I powrót przeszłości. Zawsze uświadamiałam sobie, że on
powinien siedzieć obok mnie i razem powinniśmy cieszyć się naszym dzieckiem.
Tymczasem nie mam ani radości, ani Dave’a. Moje życie jest żałosne. Wciąż
liczyłam na to, że on się zjawi, a każdy dzień przynosił to samo rozczarowanie.
W końcu i nadzieję zaczęłam tracić. Wciąż patrzyłam przez szybę na pusty szary
Montreal, marząc, by stać się jedną z tych małych dziewczynek biegających po
ulicach. Bawić się bez problemów i mieć wszystko gdzieś. Czas mi się wciąż
dłużył. Chciałam już urodzić to dziecko, by zapomnieć o wszystkim i poświęcić
się jego wychowaniu.
Pech chciał, że wtedy byłam sama. Moja mama akurat
wyjechała do sanatorium, sama ją na to namówiłam. Chłopaki mieli premierę
najnowszej płyty. Wiadomo, musieli wszyscy na niej być. Już i tak brak Dave’a
wszystko im skutecznie utrudniał. Ale poradzili sobie i z tym. Do właściwego
terminu miałam jeszcze trzy tygodnie, nikt nie spodziewał się, że wszystko
rozpocznie się właśnie teraz. Nie zdołałam nawet dojść do komórki. Upadłam na
podłogę, nie mając siły nawet na oddychanie. Zacisnęłam zęby. Teraz mogłam
liczyć jedynie na cud.
KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ
0.0 No to się porobiło...
OdpowiedzUsuńNo kurcze, jak on mógł? SZOK
Mam nadzieje, że Kate sobie poradzi.
Masz racje xD Part naprawde świetny <3
*.* Kocham to...
OdpowiedzUsuń