środa, 10 października 2012

CZĘŚĆ III PART XIV

nieskromnie zacznę, że to moja ulubiona część :)

Drżałem, siedząc na obłożonym białym materiałem krzesełku. Kościół był przepięknie przyozdobiony, co zresztą załatwiła Kate. Biel zdawała się wypełniać każdy kąt niewielkiej świątyni. Blask maleńkich świeczek promieniał radością. Gdzieniegdzie przewijała się świeża zieleń – gałązki rośliny, której nazwy nie umiałem sobie przypomnieć. Nawet ołtarz się nie wyróżniał, przyozdobiono go białymi i kremowymi liliami.
Kościół był już pełen, wiedziałem, że lada chwila zjawi się ona, a potem rozpocznie się ceremonia. Później to już wszystko z górki i po stresie. Spojrzałem na Pierre’a. Uśmiechał się, próbując dodać mi odwagi. Obok niego jeszcze stali Seb, Jeff i Chuck ubrani w identyczne czarne garnitury. Brakowało im tylko okularów przeciwsłonecznych oraz kapeluszy do Blues Brothers. Mój wzrok wylądował z powrotem na moich drżących dłoniach. Westchnąłem cicho. Nigdy nie lubiłem czekać.
Nagle gdzieś z góry buchnęła głośna muzyka. Od razu w myślach przeanalizowałem instrumenty, które usłyszałem. Skrzypce, kontrabas, pianino i... Zerwałem się, uświadamiając sobie, że to teraz jest najmniej ważne. Poczułem jak pot oblewa mi twarz. Serce waliło mi w rytm marszu weselnego. Ona szła środkiem kościoła, tak jak na próbie. Tylko że na próbie było całkiem inaczej. Bez napięcia, strachu i stresu.
Wyglądała naprawdę niesamowicie. Miała na sobie przepiękną długą suknię, zakończoną ogromnymi falbankami. Górna część uwydatniała jej kształtne piersi. Nieskazitelna biel nie umiała tylko ukryć sporego już brzucha, ale mi to akurat w ogóle nie przeszkadzało. Tego dnia była najpiękniejszą kobietą na świecie.
W ogóle nie umiałem skupić się na słowach księdza, wszystko, co mówił, wylatywało mi drugim uchem. Ciągle na nią zerkałem, nie mogąc się nadziwić, że w ciągu kilku godzin mogła zrobić z siebie jeszcze piękniejszą dziewczynę, niż jest na co dzień. Czas mi się dłużył, wydawało mi się, że stanął w miejscu. Żałowałem, że nie miałem przy sobie zegarka. Chociaż z drugiej strony głupio byłoby mi z niego skorzystać. Bardzo chciałem, by to wszystko się skończyło, czegoś się bałem. Tylko czego?
W końcu nadszedł ten moment, kiedy mieliśmy sobie powiedzieć to najważniejsze w życiu „tak”. Oboje wstaliśmy w tym samym momencie. Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy. Ona uśmiechała się, ja jakoś nie potrafiłem. Nawet nie słuchaliśmy księdza, znaliśmy tę formułkę na pamięć. Z jej ust natychmiast wyleciało to ledwo słyszalne „tak”. Krótkie słowo, a jednak zawierało w sobie mnóstwo miłości. Pięknej miłości, którą ona do mnie czuła. Ona do mnie? A co ja do niej czułem? Desrosiers, ty jeszcze w to wątpisz?
Zapadłą głęboka cisza. Wiedziałem, że teraz ja powinienem się odezwać. Otworzyłem usta. Ból pulsował mi w głowie, o mało jej nie rozwalił. Mieszał w moim  mózgu. Chciałem powiedzieć „tak”, ale głos ugrząsł mi w gardle. Wtedy to do mnie dotarło. Ja nie mogę wziąć z nią ślubu. Nie mogę jej tym zranić, nie mogę jej tym skrzywdzić. Spojrzałem kątem oka na Pierre’a. Jego kamienna twarz zupełnie nic nie wyrażała. Z powrotem wróciłem wzrokiem do Kate. Chyba już wyczuła, co się za chwilę wydarzy, ale w jej tęczówkach dostrzegłem jeszcze nadzieję.
-Kate... – wyszeptałem – Kate, ja... Ja nie potrafię... Uwierz mi... To dla twojego dobra... Przepraszam... – dostrzegłem, jak w kącikach jej oczu gromadzą się przezroczyste łzy. Nie mogłem na nie patrzeć. Odwróciłem się. Moje serce kazało mi tutaj zostać, ale nie posłuchałem go. Czułem na sobie zdumiony i zaskoczony wzrok około setki ludzi. Powolnym krokiem ruszyłem w kierunku drzwi. Słyszałem wszystkie te szepty. Krawat ciążył mi na szyi, miałem wrażenie, że za chwilę mnie udusi. Ogromne poczucie winy zgniatało moje serce. Wiedziałem, że zrobiłem najgorszą rzecz, jaką mogłem zrobić. Wyszedłem z kościoła. Minąłem przyozdobioną bielą limuzynę. Dopiero wtedy w moich oczach pojawiły się łzy. Ktoś chwycił mnie za ramię. Odwróciłem się i natychmiast poczułem na policzku cios. Zachwiałem się, ledwo utrzymując równowagę. Ale nawet nie jęknąłem. Wiedziałem, że mi się należy.
-Co ci odbiło, idioto?! – warknął Pierre, przymierzając się do drugiego ciosu. Poczułem, jak coś mokrego spływa po mojej dłoni. Spojrzałem w niebo. Ciemne chmury wyprzedzały się nawzajem jakby brały udział w wyścigu. A Montreal był metą.
-Zaczyna padać – wyszeptałem. Potem z powrotem się odwróciłem, co chyba zaskoczyło mojego kumpla i ruszyłem dalej chodnikiem.
-Stój! – usłyszałem jego krzyk. Zatrzymałem się po raz drugi. On podbiegł do mnie i przez moment wpatrywał się w moją twarz, jakby to miało coś zmienić – Co teraz? Co zamierzasz?
-Zniknę – odparłem – Zniknę i póki co nie będę zjawiał się w Montrealu. Być może wrócę. Być może nie. Zrozumiem, jeśli wyrzucicie mnie z zespołu, więc nie wahajcie się – minąłem go i ruszyłem dalej powolnym krokiem.
-Dlaczego? – brunet ponownie do mnie doskoczył. Krople z nieba spływały coraz gęściej. Ja nawet tego nie czułem. Nie czułem niczego.
-Wszystko działo się za szybko – odpowiedziałem po chwili zadumania – Nie mogłem przemyśleć... Nie, nie dlatego. Pierre, ja... Ja zwątpiłem. Potrzebuję czasu. 
Bouvier przystanął, zapewne nic nie rozumiejąc z mojej gadki. Ja sam nie rozumiałem. On już mnie nie gonił, wiedział, że to nie ma sensu. Bałagan, jaki miałem w głowie, mogłem posprzątać tylko ja. Padający coraz gęściej deszcz powoli okalał moje ciało, nie pozostawiając ani jednej suchej nitki na moim garniturze. Ale akurat wtedy to było najmniej ważne.

NARRACJA KATE

Ciągle wpatrywałam się w otwarte drzwi kościoła, nadal z nadzieją, że on za chwilę się zjawi. Nie zjawił się. Znowu zostawił mnie samej sobie. Prze krótki moment byłam tak zaskoczona jego zachowaniem, że nawet nie płakałam. Chyba wciąż nie docierało do mnie to, co się stało. Miałam wrażenie, że to wyjątkowo paskudny koszmar, który niedługo się skończy. Niestety takie jest życie. Dotarło to do mnie, gdy Pierre skoczył w stronę drzwi. To wszystko dzieje się naprawdę, tu i teraz. Usiadłam na schodkach ołtarzyku i wybuchłam głośnym płaczem. Ten ślub miał skleić nasz związek. Rozerwał go na strzępy. Strzępy, które nie sposób scalić. Wszystko zniszczone. Znowu.
-No już, Kate – Seb delikatnie przyciągnął mnie do swojej piersi i przytulił. Poczułam przyjemne ciepło, które i tak nie pomogło mi pozbyć się łez – Przecież nie będziesz przejmować się tym debilem.
Wiedziałam, że chciał pomóc, ale jego słowa wywołały we mnie tylko jeszcze większy żal i smutek. Zawyłam jeszcze głośniej, chowając twarz w jego śnieżnobiałej koszuli. Nie mogłam się pohamować i zatrzymać potoku łez, chociaż bardzo chciałam. Z drugiej strony musiałam wyrzucić z siebie wszystko, co trzymałam w sercu.
-On nie jest debilem... – wychlipałam, pociągając nosem – to ja jestem debilką... Naprawdę myślałam, że teraz nam się uda...Za bardzo w to wszystko uwierzyłam...
Seb nie odpowiedział nic, tylko delikatnie pogłaskał mnie po głowie. Tak samo jak głaskał mnie on. Dave. Wiedziałam, że on już nie wróci, że on mnie nie przytuli, nie pocałuje. Bajka się skończyła, rozpoczęła się bitwa o rzeczywistość. Coś w moim brzuchu zaczęło się poruszać. Dziecko nie chciało już tutaj być, chciało odejść. Miało już dość radosnej bieli i tego kościoła. Przypomniało mi o sobie, mówiło, że potrzebuje opieki. No tak, to wszystko tak bardzo mnie pochłonęło, że zdążyłam o nim zapomnieć. Niedługo na świecie zjawi się mały klon Dave’a. Tego już niestety nie potrafię zmienić. Otarłam resztki łez z oczu. Wstałam, otrząsając się z szoku, co zaskoczyło te kilka osób, które jeszcze zostały w świątyni. Wyszarpałam welon ze swoich włosów, niszcząc cudowną fryzurę i ruszyłam ku wyjściu z kościoła. Po drodze potknęłam się ze dwa razy o swoją wymarzoną suknię, jakże teraz nieważną. Deszcz lał się strumieniami z nieba, jeszcze bardziej potęgując efekt działania łez na mojej twarzy i zmieniając biel ubrania w brudną szarość. Pierre stał kilkanaście metrów ode mnie, wpatrywał się w czarny coraz bardziej oddalający się punkt. On odszedł.
-Przykro mi, Kate – wyszeptał brunet, gdy zauważył, że stoję obok niego. Spuścił głowę i odwrócił się jakby chciał powiedzieć, że musimy rozpocząć nowy rozdział w naszym życiu.
***
To były najgorsze dwa miesiące mojego życia. Dziecko wciąż mi dokuczało jakby pragnęło, bym nie zapomniała, że ono wciąż czeka. W nocy nie mogłam spać, w dzień czasami nie mogłam ruszyć się z łóżka. Wszyscy próbowali mi jakoś pomóc, chłopaki wciąż na zmianę wpadali. To mi chyba najbardziej pomagało. Ich towarzystwo. Chociaż tak naprawdę przed nimi też ukrywałam, co się działo w moim sercu. Jedynie gdy zostawałam sama, wybuchałam głośnym płaczem. To ta cisza to wszystko we mnie stwarzała. Paniczny strach przed samotnością. I powrót przeszłości. Zawsze uświadamiałam sobie, że on powinien siedzieć obok mnie i razem powinniśmy cieszyć się naszym dzieckiem. Tymczasem nie mam ani radości, ani Dave’a. Moje życie jest żałosne. Wciąż liczyłam na to, że on się zjawi, a każdy dzień przynosił to samo rozczarowanie. W końcu i nadzieję zaczęłam tracić. Wciąż patrzyłam przez szybę na pusty szary Montreal, marząc, by stać się jedną z tych małych dziewczynek biegających po ulicach. Bawić się bez problemów i mieć wszystko gdzieś. Czas mi się wciąż dłużył. Chciałam już urodzić to dziecko, by zapomnieć o wszystkim i poświęcić się jego wychowaniu.
Pech chciał, że wtedy byłam sama. Moja mama akurat wyjechała do sanatorium, sama ją na to namówiłam. Chłopaki mieli premierę najnowszej płyty. Wiadomo, musieli wszyscy na niej być. Już i tak brak Dave’a wszystko im skutecznie utrudniał. Ale poradzili sobie i z tym. Do właściwego terminu miałam jeszcze trzy tygodnie, nikt nie spodziewał się, że wszystko rozpocznie się właśnie teraz. Nie zdołałam nawet dojść do komórki. Upadłam na podłogę, nie mając siły nawet na oddychanie. Zacisnęłam zęby. Teraz mogłam liczyć jedynie na cud.

KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ

2 komentarze:

  1. 0.0 No to się porobiło...
    No kurcze, jak on mógł? SZOK
    Mam nadzieje, że Kate sobie poradzi.

    Masz racje xD Part naprawde świetny <3

    OdpowiedzUsuń