sobota, 27 października 2012

CZĘŚĆ IV PART III


Słońce już wstawało, budząc się ze snu, a przy okazji promieniami przypominając o swoim istnieniu. Ja siedziałem na stołku przyniesionym przez uprzejmą pielęgniarkę. Wciąż wpatrywałem się w niemowlę, które niespokojnie oddychało przez sen. Miałem w głowie tyle myśli, że omal mi nie pękła od ich nadmiaru. Powieki mi opadały, zmuszając mnie, bym w końcu usnął. Ale ja uparcie podnosiłem je do góry, by widzieć, co się z nim dzieje. Piłem już trzecią z kolei kawę, jej smak przyprawiał mnie o mdłości.
Poczułem, jak ktoś delikatnie kładzie mi dłoń na ramieniu. Odwróciłem się półprzytomnie. Pierre także nie wyglądał na wypoczętego. Wiedziałem, że musiał przez całą noc się uśmiechać i rozmawiać z ludźmi o jakichś głupotach. To też musiało być męczące.
-To on? – zapytał cicho, wpatrując się w moje dziecko. Potwierdziłem głową – Śliczny – westchnął – Ma długie palce, będzie dobrym gitarzystą.
-Jeśli przeżyje – wyszeptałem. Pierre zacisnął pięści z niemocą.
-Najgorsze jest to czekanie – przerwał ciszę – Najgorsze jest to, że nie możesz nic zrobić. Ale, Dave, to minie. Zobaczysz, niedługo będziesz go woził w wózku po Montrealu.
Nie odpowiedziałem nic, modląc się, by on miał rację. Bo tylko to mi pozostało. Wiara i nadzieja. Pierre odszedł gdzieś na chwilę. Wrócił z krzesełkiem, na którym usiadł. Wpatrywał się we mnie, chcąc coś zapewne powiedzieć, ale chyba nie bardzo wiedział, jak zacząć.
-Wróciłeś – stwierdził jakby dopiero to zauważył. Znowu nie odpowiedziałem nic, nie miałem pomysłu na odpowiedź – I co teraz, znowu zamierzasz zniknąć?
-Nie mam pojęcia – wzruszyłem ramionami – Nie wiem. Teraz wszystko zależy od Kate.
Brunet spojrzał za siebie, ale po chwili jego wzrok ponownie spoczął na dziecku. Moje oczy wciąż wpatrywały się w tylko jeden punkt. Maleństwo zaciskało piąstki jakby chciało pokazać, że ono się nie podda.
-Kochasz Kate? – dotarło do mnie jego pytanie. I teraz właśnie czekało na mnie podsumowanie tych ostatnich miesięcy, w ciągu których miałem to wszystko przemyśleć, w ciągu których siedziałem zamknięty w pokoju i wszystko wciąż od nowa analizowałem. Teraz.
-Tak, Pierre – odparłem z zaskakującą pewnością siebie – Kocham ją. Kocham Kate.
Brunet przez moment na mnie patrzył jakby uśmiechając się lekko, potem wstał. W tym samym czasie poczułem, jak znowu ktoś opiera dłoń o moje ramię. Przez moje ciało przepłynął prąd ciepła. Wiedziałem, kto. Wiedziałem, że to musi być ona. Brakowało mi jej dotyku.
-Kate – wyszeptałem z troską – Powinnaś odpoczywać.
-Musiałam przecież zobaczyć moich chłopaków – odparła, siadając na przyniesionym przez Pierre’a krzesełku. Była naprawdę słaba. Bałem się, że lada chwila zemdleje. Wolałem, by wróciła do swojej Sali. Tylko dlaczego? Dlatego, że martwiłem się o jej zdrowie czy dlatego, że nie wiedziałem, jak się do niej odezwać? Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Wlepiłem wzrok w dziecko.
-Ma ręce gitarzysty – powiedziałem cicho, przerywając tak okrutną dla nas ciszę. Ona delikatnie chwyciła moją dłoń i odparła:
-Raczej po tatusiu.
Spojrzałem na nasze splecione palce. Zauważyłem, że on wciąż miała ten pierścionek. Pierścionek zaręczynowy, który jej podarowałem. Na moim ciele pojawiły się dreszcze, nie mam pojęcia, skąd.
-David... Już nie odejdziesz, prawda? – zapytała nieśmiało, z nutką błagania w głosie – Zostaniesz z nami?
W pomieszczeniu znowu zapadła cisza. Chwilę później jakiś niemowlak się rozpłakał, a potem jeszcze jeden. Ani ja, ani Kate nie zwróciliśmy na to uwagi. Delikatnie przyciągnąłem dziewczynę do siebie i przytuliłem mocno, chcąc ją przeprosić, za wszystko, co przeżywała, gdy mnie nie było.
-Zostanę – przyrzekłem, czując, jak moje serce wypełnia się miłością – Zostanę i nie opuszczą was aż do śmierci.
Gdy te słowa wyślizgnęły się z mojego gardła, blokada, która mnie ściskała, pękła. Czułem, że pragnę z nią być, że pragnę z nią siedzieć tak do końca życia. Już wiedziałem, czego brakuje mi do szczęścia. Tylko i wyłącznie jej. Tęskniłem. Cholernie tęskniłem za jej głosem, dotykiem,  miłością. Delikatnie pogłaskałem dziewczynę po policzku. Ona uśmiechnęła się niepewnie i wtuliła swoją głowę w moją pierś. Przez dłuższy czas oboje wpatrywaliśmy się w naszego malutkiego synka. Nie potrzebowaliśmy słów, porozumiewaliśmy się samymi uczuciami, samą miłością. Nawet nie powiedzieliśmy sobie, że się kochamy. Nie musieliśmy. Wiedzieliśmy. Kilka minut później ona zasnęła w moich objęciach. Głaskałem ją po głowie delikatnie, zrozumiawszy, że to ona jest całym moim światem.
***
Dalsze życie David’a i Kate przypominało nieco bajkę. Mały Chris, ku ogromnej radości wszystkich, wyzdrowiał bardzo szybko i rósł jak na drożdżach, ucząc się grać coraz to trudniejsze piosenki na gitarze. Kate jeszcze dwa razy zaszła w ciążę i urodziła dwie zdrowe dziewczynki. David wrócił do simple plan, by z powrotem grać na basie.  Mimo częstych nieobecności w domu był ze swoją rodziną zżyty i połączony więzią miłości. Wymarzone życie? Happy end? Być może na pierwszy rzut oka tak się wydaje. Każda bajka ma swoje zakończenie. Życie często stawia przed ludźmi przeszkody. Przez jakiś czas rodzina Desrosiersów wspólnie potrafiła je pokonać. W końcu jednak jedno z nich się potknęło. David? A może Kate? Czy... Oboje?

1 komentarz:

  1. oh, taka piękna Davidowa rodzinka <3 :D
    Tylko co oni znowu wymyślą...
    Mam nadzieje, że David nie zdradzi Kate.

    OdpowiedzUsuń