-Kate! – znajomy głos odbił mi się w uszach – Kate, no!
To ja! – przez moment zamarłam w bezruchu. Powoli docierało do mnie, co tu się
działo, przed kim uciekałam. Odwróciłam się, zastanawiając się, skąd on się tu
wziął. Teraz już widziałam wyraźnie. Pierre. Pierre Bouvier. I Seb.
-D... Dave? – zapytał zaszokowany, a jednocześnie
przerażony błękitnooki, wskazując na ciało, które niosłam na rękach.
Potwierdziłam jego domysły kiwnięciem głowy. Obaj zbledli. Pierre, w ogóle się
nie odzywając, zabrał z moich rąk ledwo nieprzytomnego przyjaciela tak bardzo
ostrożnie jakby był ze szkła.
-Musimy uciekać – wymamrotał, wpatrując się w nieobecną
twarz kumpla – Tu jest cholernie niebezpiecznie...
-A... Alex... – wydusiłam z siebie. Oni spojrzeli po
sobie, zapewne zastanawiając się, co robić. Potem Pierre oddał Sebowi Dave’a, a
sam rzucił się biegiem w las.
-Chodź, Kate, wracamy do samochodu. Dasz sobie sama radę?
– zapytał, patrząc na mnie z niepokojem. Pokiwałam żwawo głową. Spojrzałam w
las, w to miejsce, za którym zniknął brunet. Prosiłam w myślach, by wrócili
cali i zdrowi. Obaj. Pierre i Alex.
-Nie zgubią drogi? – zapytałam, idąc za Sebem.
-Nie, co ty. Pierre ma świetną pamięć, nawet w takich
miejscach. Słuchaj, Kate, on.,.. żyje? – zrozumiałam, że mówi o Dave’ie.
Wzruszyłam ramionami, nie mogąc wysilić się na słowa. Patrzyłam, jak głowa
czarnowłosego unosi się i opada w rytmie kroków błękitnookiego. Żył. Żył na
pewno. Ale czy żyje nadal?
Nie szliśmy z Seb’em długo, ale ja mimo wszystko już po
kilku krokach miałam wrażenie, że za
chwilę zemdleję. Po jakimś czasie zza drzew zaczął wyłaniać się niewielki bus przystosowany
do warunków terenowych. Obok stali zdenerwowani Chuck i Jeff. Gdy i oni nas
ujrzeli, szybko podbiegli, by pomóc. Chuck chwycił mnie pod ramię, za co byłam
mu ogromnie wdzięczna, bo sama nie uszłabym za daleko. Seb i Jeff
przyspieszyli. Gdy my dotarliśmy do samochodu, oni już klęczeli nad Dave’em i
sprawdzali, co się z nim dzieje. Na zmianę starali się robić mu sztuczne
oddychanie. Jakoś wtaszczyli go do busa, a Chuck i Jeff zaczęli robić mu okłady
na czoło i starali się choć trochę ulżyć mu w bólu. Seb usiadł za kierownicą i
czekał na Bouviera, wyglądając przez nieco zabrudzoną szybę. Ja sama byłam tak
bardzo zmęczona, że oczy same mi się zamykały. Siedziałam obok Dave’a i oddychając głęboko powtarzałam szeptem, że
to już koniec, że z chłopakami już jesteśmy bezpieczni, że oni już nie mogą
zrobić nam krzywdy. Zauważyłam, że błękitnooki coraz częściej zagląda przez
okno, stukając cichutko kluczykiem w szybę, co bardzo denerwowało Jeff’a.
-Jest... – wyszeptał w końcu, chwytając kluczyki i
zapalając samochód. Pierre wskoczył do środka, wrzeszcząc do błękitnookiego, że
ma jechać, chociaż Seb nie potrzebował tego rozkazu, gdy tylko brunet dotknął
samochodu, on już ruszał z piskiem opon, zakurzając całą okolicę. Bouvier
oddychał ciężko jak po maratonie. Dopiero po chwili zaczął mówić:
-To było okropne...Okropne... Nie mogłem zrobić nic,
było... było za późno... Widziałem... Widziałem wszystko... Przepraszam,
Kate... Nie zabrałem jego ciała... Zresztą... I tak nie byłoby czego
zabierać...
Zakręciło mi się w głowie. Spojrzałam na Dave’a. Wyglądał
strasznie, a dobrze wiedziałam, że Alex musiał wyglądać jeszcze gorzej, czego
już nie potrafiłam sobie wyobrazić. Nie mogłam płakać, bo byłam już tak
wykończona, że po prostu nie miałam na to sił. Ale w głębi duszy moje serce
podzieliło się na tysiąc niewielkich kawałków. Przed oczami stanęła mi jego
twarz. Przypomniałam sobie, jak spotkałam go po raz pierwszy. Wtedy nie umiałam
mu zaufać. A teraz zawdzięczam mu życie. Kosztem jego życia. Resztkami sił
odwróciłam głowę. Już dawno opuściliśmy ten las. Samochodem trwało to naprawdę
krótko, pieszo było o wiele gorzej. On już tam pozostanie. Rozszarpany przez
dzikie zwierzęta, pochowany niegodnie. Ale bohater. Prawdziwy bohater.
***
Obudził mnie nieprzyjemny zapach chemii i leków. Trochę
bałam się otworzyć oczy, cały czas pamiętałam o tym, co mnie spotkało w ciągu
kilku ostatnich dni. Bałam się tego, że zjawienie się Alexa i chłopaków to
tylko sen, że znowu obudzę się obok nieprzytomnego lub nieżywego Dave’a z
ogromnym bólem głowy i zdrętwiałym ciałem. Ale mimo wszystko wiedziałam, że
muszę zmierzyć się z rzeczywistością, jaka ona nie będzie. Z wielką siłą woli
uniosłam powieki do góry. Biel tak bardzo poraniła moje oczy, że aż na krótką
chwilę musiałam z powrotem je zamknąć. Kiedy z powrotem je otworzyłam,
wiedziałam już, czego się spodziewać. Rozejrzałam się, powoli poruszając głową,
chyba bardziej po to, by ją rozruszać niż z ciekawości.
Leżałam w środku, między dwoma innymi łóżkami. Na jednym
z nich leżał jakiś starszy pan, spokojnie oddychającym przez sen, a na drugim
młody chłopak, mamroczący coś szeptem. Przy obu tych osobach były niewielkie
grupki ludzi. Tylko moje świeciło pustką. Poruszyłam prawą dłonią, co wywołało
ból w nadgarstku. Okazało się, że jestem podłączona do kroplówki. I nie tylko
kroplówki, ale także innych urządzeń,
których znaczenia nie znałam. Dopiero teraz zaczęły dochodzić do mnie różne
dźwięki. Rozmowy, szum pracujących maszyn, pisk odjeżdżającego łóżka, a nawet
czyiś płacz. To wszystko wydawało mi się niezwykłe., Niezwykłe, bo ja sama
dawno nie miałam z nimi do czynienia. Zapomniałam już na czym polega prawdziwe
życie.
Po chwili przypomniałam sobie o Dave’ie. On także musiał
zapomnieć. On przesiedział tam o wiele dłużej niż ja i przecierpiał o wiele
więcej niż ja. W głębi duszy poczułam, że muszę się z nim zobaczyć. Zaczęłam
wyrywać sobie te wszystkie rurki z mojego ciała. Zmieniłam pozycję na siedzącą.
Tak naprawdę na nic nie miałam sił. Ale wiedziałam, że dzięki mojemu uporowi
uda mi się. Dzięki ogromnej chęci ujrzenia go. Wstałam. Od razu zakręciło mi
się w głowie. Mimo to ruszyłam, podtrzymując się łóżka, a potem ściany.
Stawiałam małe, ale pełne wiary kroczki. Czułam, że za chwilę zemdleję, ale
szłam dalej. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, choć miałam wrażenie, że wszyscy
się na mnie patrzą, że śledzą mnie swoimi ślepiami. Mijałam wielu ludzi, wiele
mężczyzn, kobiet, starszych, młodszych. Moje serce biło powoli, jakby chcąc
dotrzymać mi kroku. Lub przypomnieć o sobie. To ono wskazywało mi kierunek, to
ono mówiło, kiedy skręcić, kiedy iść prosto i czy to ten pokój. To dzięki niemu
rozpoznałam jego łóżko oraz Pierre'a, Seb'a, Chuck’a i Jeff’a. Powoli wlokłam
się po tej Sali, czując, że każdy kolejny krok to gwóźdź do mojej trumny.
Musiałam go zobaczyć. Tęskniłam za jego widokiem, za jego twarzą, tęskniłam za
nim. Podłoże uciekało mi spod stóp, ale olałam to. Słyszałam krzyki chłopaków,
ale nie docierało do mnie, co oni wrzeszczą. Wyciągnęłam dłoń w jego stronę.
Ktoś do mnie podszedł, pomógł mi ustać na nogach, pomógł mi dojść do jego
łóżka. Nie wiem, kto, wtedy nie zwracałam na to uwagi. Nie to się liczyło.
Chciałam go tylko dotknąć., tylko tyle.
Zobaczyłam jego twarz. Wpatrywał się w sufit z obojętnym
wyrazem. Zaczęłam się zastanawiać, czy on aby na pewno żyje. Ale żył, czułam
to. Jeszcze żył. Ścisnęłam lekko jego siną dłoń. Miałam wrażenie, że za dużo
wypiłam poprzedniego dnia. Byłam sama. Kołysałam się do taktu cichej, smutnej
muzyki. On także tu przebywał. Ze mną. Z moim sercem.
Trwało to ułamek sekundy. Potem ktoś pociągnął mnie za
ramię. Poczułam, jak nasz uścisk zelżywa, jak jego dłoń się wyślizguje. Ktoś
coś mówił, nie docierało to do mnie. Pragnęłam zostać przy nim, pragnęłam dodać
mu sił, energii. Ale to nikogo nie
obchodziło. Żaden człowiek nie mógł wiedzieć, co się działo w moim sercu.
Brutalnie nas rozłączono. Ale nie naszą miłość.
-Nie miłość – wyszeptałam ostatnimi siłami.
Świetne.Super.Genialne i ... normalnie aż brak słów...
OdpowiedzUsuńU mnie nowa notka :)
Pozdrawiam :D