wtorek, 2 października 2012

CZĘŚĆ III PART XII


Odwdzięczyłem się tym samym, czyli także szczerym uśmiechem i delikatnie zamknąłem drzwi. Odetchnąłem z ulgą i rozluźniłem sobie krawat. Nadal nie mogłem przestać się denerwować, nie mam pojęcia, dlaczego.
-Aleś ty spięty – zachichotała Kate, przytulając się do mnie. Poczułem jak serducho zaczyna mi szybciej walić, moje ciało całkowicie podporządkowało się dziewczynie – No już, rozluźnij się – wyszeptała delikatnie masując moją klatkę piersiową – Przepraszam cię za mamę, zwykle jest zupełnie inna. Wiesz, ona bardzo chce, żebym wreszcie ułożyła sobie życie.
-Wiem, wiem – westchnąłem cicho – I jak wypadłem? – zmieniłem temat, spoglądając na nią z niepokojem.
-Szczerze? Jak źle wychowany wieśniak, który po raz pierwszy w życiu widzi Montreal...
-Co?! – wrzasnąłem histerycznie, a Kate wybuchła głośnym śmiechem.
-Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać – dziewczynie spływały łzy po policzkach, ale były to łzy radości. Prychnąłem cicho – Twoja reakcja – bezcenna...
-Kate! – jęknąłem – Proszę cię tylko o obiektywną decyzję!
-No dobrze, dobrze – ona otarła łzy z oczu i skrzyżowaliśmy się spojrzeniami – Myślę, że wywarłeś na mojej mamie pozytywne wrażenie. Starałeś się być grzeczny i uważać na słowa. Trochę się denerwowałeś, co wyglądało naprawdę, naprawdę słodko. Zdałeś test na szósteczkę. No może z małym minusikiem.
-Z minusikiem? – powtórzyłem, udając, że złość zaczyna rządzić moim ciałem, choć tak naprawdę poczułem ogromną ulgę i lekkość na sercu. Miałem ochotę wznieść się do góry i latać. Zamiast tego niespodziewanie dla dziewczyny wziąłem ją na ręce – Z minusikiem? – powtórzyłem raz jeszcze, a ona ponownie wybuchła śmiechem. Coś tam krzyczała, ale w ogóle nie zwracałem na nią uwagi. Zbiegłem schodami na dół i wyleciałem z budynku. chłód wiosennej nocy od razu dał mi się we znaki, ale olałem to. Ja biegłem dalej, ona próbowała się wyszarpać, ale słabo jej to wychodziło.
-Puszczaj mnie idioto! – wrzeszczała, kopiąc, drapiąc, a nawet gryząc – Puszczaj, bo zacznę wołać o pomoc!
-O pierwszej w nocy? – zachichotałem – Powodzenia!
-Raaaatuuuunkuuu! – krzyczała, ale jej śmiech skutecznie zagłuszał cały wrzask. Zresztą wokół nas nie było ani jednej żywej duszy. Jedynie ulicami od czasu do czasu przemknął jakiś samochód, ale poza tym nikt się nami nie interesował. Blask latarni starał się pomagać bladej tarczy księżyca uzyskać światło, jakim słońce zazwyczaj częstuje nas za dnia. Wiatr powiewał cichutko, pragnąc swoim szumem wywołać w nas strach. Ale my nie mieliśmy czasu, by się bać. Życie uciekało, a strach był tylko jego gościem, którego w pewnym sensie się wyprasza.
-No wypuścisz mnie wreszcie? – jęknęła Kate, choć wiedziałem, że jej się to podoba.
-No dobra, nie mam sił już ciągnąć ciężarów – roześmiałem się, ostrożnie kładąc ją na trawie.
-Ja ci zaraz dam ciężarów! – dziewczyna zerwała się i biegiem rzuciła się w moim kierunku. Mimo że ja byłem zmęczony i ledwo dyszałem, nie miała ze mną żadnych szans. Pędziliśmy chodnikami Montrealu, ciesząc się... No właśnie, czym? Tego nie wiedziałem ani ja, ani ona. Ale sprawiało nam to radość, więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy.
W końcu dotarliśmy na jakiś plac zabaw. Nie miałem już sił na dalszy bieg, dlatego zwolniłem. Wtedy poczułem, jak ktoś przewraca mnie na ziemię i usłyszałem dumny głos mojej dziewczyny:
-Udało mi się! Mam cię! – wybuchła głośnym śmiechem, a jej głowa wylądowała na mojej piersi. Poszedłem za jej śladem i sam zacząłem się śmiać. Nie do końca świadomie głaskałem ją po policzku. Właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że właśnie ona jest moim największym skarbem, jaki przytrafił mi się w życiu
-Dave, chodźmy na huśtawki! – dziewczyna zerwała się, mocno ściskając moją dłoń.  Poczułem się jak wtedy, siedem lat temu, zanim wszystko zniszczyłem. Właśnie tak się zachowywaliśmy, jak dzieciaki – No choooooodź! – wstałem chętnie i ruszyłem za nią. I chociaż przed oczami miałem moją Kate, to ja dostrzegłem w niej małą dziewczynkę, która pragnie zabawy i miłości. Chciałem jej to dać, chciałem, by ona była szczęśliwa, bo wtedy i moje serce wypełniało się szczęściem.
-Pohuśtaj mnie! – rozkazała, klaszcząc w dłonie – Pohuśtaj mnie tak mocno, żebym mogła dotknąć nieba!  - pisnęła pełna entuzjazmu. Oczywiście spełniłem jej życzenie. Rozhuśtałem ją tak mocno, że sam zacząłem martwić się o jej bezpieczeństwo. Wyglądała pięknie w blasku księżyca. Jak... Jak wróżka. Wznosiła się i opadała, a jej włosy cudownie falowały. Uśmiechnęła się, usiłując chwycić powietrze, które uciekało między jej palcami. Wtedy zrozumiałem, że kocham tę dziewczynkę, która się w niej ukrywa, to dziecko, które wciąż jeszcze w sobie miała, które nie zaginęło. Gdy patrzyłem na jej uśmiech, na jej radość, przemyślałem sobie swoje dzieciństwo. Paskudne dzieciństwo. Potem z powrotem spojrzałem na dziewczynę. Brzuszek już był widoczny, ale naprawdę niewielki. Przyrzekłem sobie, że to dziecko wychowam najlepiej, jak będę w stanie. Wychowa się w kochającej rodzinie, rodzinie, w której nigdy nie zabraknie miłości. Teraz, przyglądając się Kate, już wszystko wiedziałem. Wiedziałem, że to odpowiednia chwila i odpowiedni moment, że teraz powinienem to zrobić. Wsunąłem dłoń do kieszeni. Opuszkami palców wyczułem delikatny materiał pudełeczka. Jeszcze tylko przez sekundę się wahałem. Potem szybko przyklęknąłem na kolana. Huśtawka zatrzymała się z cichym skrzypnięciem. Czekałem aż otworzy oczy. Wszystko pamiętam, jak w zwolnionym tempie na filmach. Jej powieki w ślimaczym tempie uniosły się do góry. Pamiętam, jak po raz drugi tego dnia nerwy wzięły nade mną kontrolę. Ona to zauważyła i jakby się przestraszyła. Na szczęście zanim się odezwała, ja zdążyłem wyklepać:
-Kate, wyjdziesz za mnie? – drżącymi spoconymi dłońmi otworzyłem pudełko i wyciągnąłem w jej stronę. Ona zastygła w bezruchu, przerażenie na jej twarzy mieszało się z zaskoczeniem. Wyraźnie nie wiedziała, co powiedzieć. Otwierała i zamykała usta jakby słowa nie chciały przejść jej przez gardło. Wiedziałem, co to oznacza. Ona kocha mnie tak bardzo, że nie mogła odmówić. A musiała.
Nagle dziewczyna rzuciła się na mnie, piszcząc przeraźliwie. Zapewne niechcący przewróciła mnie na plecy, sama lądując na mojej klatce piersiowej. Cieszyła się tak bardzo, że miałem wrażenie, że wszyscy się na nas gapią, choć wokół nie było ani jednej żywej duszy. Ja sam nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć. Myśli mieszały mi się w głowie. Nie docierało do mnie, że się zgodziła, że powiedziała „tak”. Podzieliliśmy się pocałunkiem, ale to już nie był zwykły pocałunek. Tak naprawdę dzięki temu zrozumiałem, że ona kocha mnie tak samo, jak ja ją i że to ze mną pragnie spędzić resztę swojego życia. Banalne? Wcale nie. Podjęcie takiej decyzji wymaga ogromnej odwagi.
-Zaczekaj.. – wymamrotałem, przerywając pocałunek. Otworzyłem pudełeczko, które zdążyło się już zamknąć, wyciągnąłem pierścionek i poprosiłem ją o lewąrękę. Widziałem łzy w jej oczach, gdy wsuwałem ozdobę na jej serdecznego palca. Płakała.
-Wiesz, że teraz jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie? – zapytała, wtulając się w moją pierś. Spojrzałem w niebo. Księżyc świecił jasnym blaskiem, usiłując przekazać mi jakąś wiadomość. Jaką? Tego już nie dowiedziałem się nigdy.
***
Wszyscy mieliśmy na głowie kupę spraw. Już dawno nie miałem czasu dla siebie, dla świętego spokoju. Starałem się każdą minutę pożytecznie spędzić. Czasu mieliśmy naprawdę niewiele i choć bardzo pomagali nam chłopaki, to ja i tak bałem się, że go nam nie wystarczy. Zresztą nie mogłem odstawić pracy na bok. Simple Plan wydawało płytę, nie mogłem zostawić przyjaciół z tym wszystkim, chociaż oni mówili, że na premierę wszystko jest przygotowane, ale ja i tak im nie wierzyłem, bo gdy tylko zjawiałem się w studiu, oni nad czymś pracowali. Wszyscy się męczyliśmy. Czasami nawet w domu zjawiałem się późno w pracy. Wtedy najczęściej widywałem Kate śpiącą na kanapie i oczekującą na mój powrót. Delikatnie brałem ją na ręce i przenosiłem na łóżko. Nie chciałem, by w swoim stanie się przemęczała i wielokrotnie powtarzałem, że ma się niczym nie przejmować, że ja wszystko załatwię. Bałem się, że stanie jej się krzywda i zaszkodzi to naszemu dziecku. Ale ona i tak mnie nie słuchała i robiła wszystko po swojemu. Dzięki temu była szczęśliwa. I mnie to cieszyło, bo szczęście dla niej to dla mnie priorytet. Szczęście i bezpieczeństwo. Dlatego namówiłem dziewczyny Seb’a i Pierre’a, by od czasu do czasu jej potowarzyszyły. Zgodziły się naprawdę chętnie, bo zdążyły już polubić moją Kate, a i tak nie miały specjalnie co robić, bo chłopaki tez poświęcali się całymi duszami płycie. Wszystkich denerwowała perspektywa ślubu w listopadzie, czyli trzy miesiące po oświadczynach. Późniejsza data nie wchodziła w grę, bo Kate nie chciała ślubu z dużym brzuchem, a ja i tak już teraz, chociaż właściwie nie było widać jeszcze dziecka, bałem się, by nic nie stało się podczas ślubu.
-Jestem już tym wszystkim zmęczony – jęknąłem do Pierre’a, który zjawił się o dziewiątej z kupą katalogów. Podniecona Kate od razu zabrała się do przeglądania ich.
-Trzeba było sobie bachora nie robić – burknął Bouvier tak, by dziewczyna nie usłyszała, ale ona i tak już się wciągnęła w oglądanie obrazków i w ogóle nas nie słyszała.
-Wiesz, że to dziecko to najlepsze, co mogło nas spotkać – odparłem karcąco – Tylko wciąż nie wiem, czy ten ślub to dobry pomysł.
Brunet wzruszył ramionami.
-Jeff i Seb załatwili tamten lokal – zaczął zupełnie z innej beczki – No i już wiemy, gdzie urządzić ci wieczór kawalerski – brunet zatarł ręce z wyraźnym zadowoleniem. Spojrzałem na niego rozszerzonymi oczyma.
-Wieczór kawalerski?! – jęknąłem, myśląc ironicznie, że jeszcze tego mi do szczęścia brakowało.
-David! – wrzask Kate przestraszył nawet Pierre’a, który bez wahania sięgnął ręką po ciastko, a raczej chciał sięgnąć – David, ty nie masz garnituru!
Przekląłem w duchu. Czeka mnie kolejny wesoły dzień latania z chłopakami po sklepach.

1 komentarz:

  1. hah :) Aż brak słów... Normalnie cudowny ten part <3 :D

    Tylko żeby nic głupiego nie wymyślili w ten wieczór kawalerski... Bo to różnie z tym bywa ^^.

    OdpowiedzUsuń