Odwdzięczyłem się tym samym, czyli także szczerym
uśmiechem i delikatnie zamknąłem drzwi. Odetchnąłem z ulgą i rozluźniłem sobie
krawat. Nadal nie mogłem przestać się denerwować, nie mam pojęcia, dlaczego.
-Aleś ty spięty – zachichotała Kate, przytulając się do
mnie. Poczułem jak serducho zaczyna mi szybciej walić, moje ciało całkowicie
podporządkowało się dziewczynie – No już, rozluźnij się – wyszeptała delikatnie
masując moją klatkę piersiową – Przepraszam cię za mamę, zwykle jest zupełnie
inna. Wiesz, ona bardzo chce, żebym wreszcie ułożyła sobie życie.
-Wiem, wiem – westchnąłem cicho – I jak wypadłem? –
zmieniłem temat, spoglądając na nią z niepokojem.
-Szczerze? Jak źle wychowany wieśniak, który po raz
pierwszy w życiu widzi Montreal...
-Co?! – wrzasnąłem histerycznie, a Kate wybuchła głośnym
śmiechem.
-Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać – dziewczynie
spływały łzy po policzkach, ale były to łzy radości. Prychnąłem cicho – Twoja
reakcja – bezcenna...
-Kate! – jęknąłem – Proszę cię tylko o obiektywną
decyzję!
-No dobrze, dobrze – ona otarła łzy z oczu i
skrzyżowaliśmy się spojrzeniami – Myślę, że wywarłeś na mojej mamie pozytywne
wrażenie. Starałeś się być grzeczny i uważać na słowa. Trochę się denerwowałeś,
co wyglądało naprawdę, naprawdę słodko. Zdałeś test na szósteczkę. No może z
małym minusikiem.
-Z minusikiem? – powtórzyłem, udając, że złość zaczyna
rządzić moim ciałem, choć tak naprawdę poczułem ogromną ulgę i lekkość na
sercu. Miałem ochotę wznieść się do góry i latać. Zamiast tego niespodziewanie
dla dziewczyny wziąłem ją na ręce – Z minusikiem? – powtórzyłem raz jeszcze, a
ona ponownie wybuchła śmiechem. Coś tam krzyczała, ale w ogóle nie zwracałem na
nią uwagi. Zbiegłem schodami na dół i wyleciałem z budynku. chłód wiosennej
nocy od razu dał mi się we znaki, ale olałem to. Ja biegłem dalej, ona
próbowała się wyszarpać, ale słabo jej to wychodziło.
-Puszczaj mnie idioto! – wrzeszczała, kopiąc, drapiąc, a
nawet gryząc – Puszczaj, bo zacznę wołać o pomoc!
-O pierwszej w nocy? – zachichotałem – Powodzenia!
-Raaaatuuuunkuuu! – krzyczała, ale jej śmiech skutecznie
zagłuszał cały wrzask. Zresztą wokół nas nie było ani jednej żywej duszy.
Jedynie ulicami od czasu do czasu przemknął jakiś samochód, ale poza tym nikt
się nami nie interesował. Blask latarni starał się pomagać bladej tarczy
księżyca uzyskać światło, jakim słońce zazwyczaj częstuje nas za dnia. Wiatr
powiewał cichutko, pragnąc swoim szumem wywołać w nas strach. Ale my nie
mieliśmy czasu, by się bać. Życie uciekało, a strach był tylko jego gościem,
którego w pewnym sensie się wyprasza.
-No wypuścisz mnie wreszcie? – jęknęła Kate, choć
wiedziałem, że jej się to podoba.
-No dobra, nie mam sił już ciągnąć ciężarów – roześmiałem
się, ostrożnie kładąc ją na trawie.
-Ja ci zaraz dam ciężarów! – dziewczyna zerwała się i
biegiem rzuciła się w moim kierunku. Mimo że ja byłem zmęczony i ledwo
dyszałem, nie miała ze mną żadnych szans. Pędziliśmy chodnikami Montrealu,
ciesząc się... No właśnie, czym? Tego nie wiedziałem ani ja, ani ona. Ale
sprawiało nam to radość, więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy.
W końcu dotarliśmy na jakiś plac zabaw. Nie miałem już
sił na dalszy bieg, dlatego zwolniłem. Wtedy poczułem, jak ktoś przewraca mnie
na ziemię i usłyszałem dumny głos mojej dziewczyny:
-Udało mi się! Mam cię! – wybuchła głośnym śmiechem, a
jej głowa wylądowała na mojej piersi. Poszedłem za jej śladem i sam zacząłem
się śmiać. Nie do końca świadomie głaskałem ją po policzku. Właśnie wtedy
uświadomiłem sobie, że właśnie ona jest moim największym skarbem, jaki przytrafił
mi się w życiu
-Dave, chodźmy na huśtawki! – dziewczyna zerwała się,
mocno ściskając moją dłoń. Poczułem się
jak wtedy, siedem lat temu, zanim wszystko zniszczyłem. Właśnie tak się
zachowywaliśmy, jak dzieciaki – No choooooodź! – wstałem chętnie i ruszyłem za
nią. I chociaż przed oczami miałem moją Kate, to ja dostrzegłem w niej małą
dziewczynkę, która pragnie zabawy i miłości. Chciałem jej to dać, chciałem, by
ona była szczęśliwa, bo wtedy i moje serce wypełniało się szczęściem.
-Pohuśtaj mnie! – rozkazała, klaszcząc w dłonie –
Pohuśtaj mnie tak mocno, żebym mogła dotknąć nieba! - pisnęła pełna entuzjazmu. Oczywiście
spełniłem jej życzenie. Rozhuśtałem ją tak mocno, że sam zacząłem martwić się o
jej bezpieczeństwo. Wyglądała pięknie w blasku księżyca. Jak... Jak wróżka.
Wznosiła się i opadała, a jej włosy cudownie falowały. Uśmiechnęła się,
usiłując chwycić powietrze, które uciekało między jej palcami. Wtedy
zrozumiałem, że kocham tę dziewczynkę, która się w niej ukrywa, to dziecko,
które wciąż jeszcze w sobie miała, które nie zaginęło. Gdy patrzyłem na jej
uśmiech, na jej radość, przemyślałem sobie swoje dzieciństwo. Paskudne
dzieciństwo. Potem z powrotem spojrzałem na dziewczynę. Brzuszek już był
widoczny, ale naprawdę niewielki. Przyrzekłem sobie, że to dziecko wychowam najlepiej,
jak będę w stanie. Wychowa się w kochającej rodzinie, rodzinie, w której nigdy
nie zabraknie miłości. Teraz, przyglądając się Kate, już wszystko wiedziałem.
Wiedziałem, że to odpowiednia chwila i odpowiedni moment, że teraz powinienem
to zrobić. Wsunąłem dłoń do kieszeni. Opuszkami palców wyczułem delikatny
materiał pudełeczka. Jeszcze tylko przez sekundę się wahałem. Potem szybko
przyklęknąłem na kolana. Huśtawka zatrzymała się z cichym skrzypnięciem.
Czekałem aż otworzy oczy. Wszystko pamiętam, jak w zwolnionym tempie na
filmach. Jej powieki w ślimaczym tempie uniosły się do góry. Pamiętam, jak po
raz drugi tego dnia nerwy wzięły nade mną kontrolę. Ona to zauważyła i jakby
się przestraszyła. Na szczęście zanim się odezwała, ja zdążyłem wyklepać:
-Kate, wyjdziesz za mnie? – drżącymi spoconymi dłońmi
otworzyłem pudełko i wyciągnąłem w jej stronę. Ona zastygła w bezruchu,
przerażenie na jej twarzy mieszało się z zaskoczeniem. Wyraźnie nie wiedziała,
co powiedzieć. Otwierała i zamykała usta jakby słowa nie chciały przejść jej
przez gardło. Wiedziałem, co to oznacza. Ona kocha mnie tak bardzo, że nie
mogła odmówić. A musiała.
Nagle dziewczyna rzuciła się na mnie, piszcząc
przeraźliwie. Zapewne niechcący przewróciła mnie na plecy, sama lądując na
mojej klatce piersiowej. Cieszyła się tak bardzo, że miałem wrażenie, że
wszyscy się na nas gapią, choć wokół nie było ani jednej żywej duszy. Ja sam
nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć. Myśli mieszały mi się w głowie.
Nie docierało do mnie, że się zgodziła, że powiedziała „tak”. Podzieliliśmy się
pocałunkiem, ale to już nie był zwykły pocałunek. Tak naprawdę dzięki temu
zrozumiałem, że ona kocha mnie tak samo, jak ja ją i że to ze mną pragnie
spędzić resztę swojego życia. Banalne? Wcale nie. Podjęcie takiej decyzji
wymaga ogromnej odwagi.
-Zaczekaj.. – wymamrotałem, przerywając pocałunek.
Otworzyłem pudełeczko, które zdążyło się już zamknąć, wyciągnąłem pierścionek i
poprosiłem ją o lewąrękę. Widziałem łzy w jej oczach, gdy wsuwałem ozdobę na
jej serdecznego palca. Płakała.
-Wiesz, że teraz jestem najszczęśliwszym człowiekiem na
świecie? – zapytała, wtulając się w moją pierś. Spojrzałem w niebo. Księżyc świecił
jasnym blaskiem, usiłując przekazać mi jakąś wiadomość. Jaką? Tego już nie
dowiedziałem się nigdy.
***
Wszyscy mieliśmy na głowie kupę spraw. Już dawno nie
miałem czasu dla siebie, dla świętego spokoju. Starałem się każdą minutę
pożytecznie spędzić. Czasu mieliśmy naprawdę niewiele i choć bardzo pomagali
nam chłopaki, to ja i tak bałem się, że go nam nie wystarczy. Zresztą nie
mogłem odstawić pracy na bok. Simple Plan wydawało płytę, nie mogłem zostawić
przyjaciół z tym wszystkim, chociaż oni mówili, że na premierę wszystko jest
przygotowane, ale ja i tak im nie wierzyłem, bo gdy tylko zjawiałem się w
studiu, oni nad czymś pracowali. Wszyscy się męczyliśmy. Czasami nawet w domu
zjawiałem się późno w pracy. Wtedy najczęściej widywałem Kate śpiącą na kanapie
i oczekującą na mój powrót. Delikatnie brałem ją na ręce i przenosiłem na
łóżko. Nie chciałem, by w swoim stanie się przemęczała i wielokrotnie
powtarzałem, że ma się niczym nie przejmować, że ja wszystko załatwię. Bałem
się, że stanie jej się krzywda i zaszkodzi to naszemu dziecku. Ale ona i tak
mnie nie słuchała i robiła wszystko po swojemu. Dzięki temu była szczęśliwa. I
mnie to cieszyło, bo szczęście dla niej to dla mnie priorytet. Szczęście i
bezpieczeństwo. Dlatego namówiłem dziewczyny Seb’a i Pierre’a, by od czasu do
czasu jej potowarzyszyły. Zgodziły się naprawdę chętnie, bo zdążyły już polubić
moją Kate, a i tak nie miały specjalnie co robić, bo chłopaki tez poświęcali
się całymi duszami płycie. Wszystkich denerwowała perspektywa ślubu w
listopadzie, czyli trzy miesiące po oświadczynach. Późniejsza data nie
wchodziła w grę, bo Kate nie chciała ślubu z dużym brzuchem, a ja i tak już
teraz, chociaż właściwie nie było widać jeszcze dziecka, bałem się, by nic nie
stało się podczas ślubu.
-Jestem już tym wszystkim zmęczony – jęknąłem do
Pierre’a, który zjawił się o dziewiątej z kupą katalogów. Podniecona Kate od
razu zabrała się do przeglądania ich.
-Trzeba było sobie bachora nie robić – burknął Bouvier
tak, by dziewczyna nie usłyszała, ale ona i tak już się wciągnęła w oglądanie
obrazków i w ogóle nas nie słyszała.
-Wiesz, że to dziecko to najlepsze, co mogło nas spotkać
– odparłem karcąco – Tylko wciąż nie wiem, czy ten ślub to dobry pomysł.
Brunet wzruszył ramionami.
-Jeff i Seb załatwili tamten lokal – zaczął zupełnie z
innej beczki – No i już wiemy, gdzie urządzić ci wieczór kawalerski – brunet
zatarł ręce z wyraźnym zadowoleniem. Spojrzałem na niego rozszerzonymi oczyma.
-Wieczór kawalerski?! – jęknąłem, myśląc ironicznie, że
jeszcze tego mi do szczęścia brakowało.
-David! – wrzask Kate przestraszył nawet Pierre’a, który
bez wahania sięgnął ręką po ciastko, a raczej chciał sięgnąć – David, ty nie
masz garnituru!
Przekląłem w duchu. Czeka mnie kolejny wesoły dzień
latania z chłopakami po sklepach.
hah :) Aż brak słów... Normalnie cudowny ten part <3 :D
OdpowiedzUsuńTylko żeby nic głupiego nie wymyślili w ten wieczór kawalerski... Bo to różnie z tym bywa ^^.