sobota, 7 lipca 2012

CZĘŚĆ II PART VI


Ostrożnie wślizgnęliśmy się do środka. Natychmiast do moich nozdrzy wdarł się niemiły zapach zgniłych warzyw i owoców. Wzięłam głęboki wdech, zauważając jednocześnie, że tu właściwie nie ma czym oddychać. Schody skrzypiały pod wpływem naszych kroków. Nie było tutaj okien, a tym samym na pewno nie wietrzono tu od dawien.
-Gdzie idziemy? – zapytał trochę podniecony tym wszystkim Pierre – Prawo czy lewo?
Decyzję podjęłam w ciągu sekundy.
-Prawo!
Pierre chwilę się zawahał, ale jednak mnie posłuchał i ruszył w prawą stronę. Blade światło latarki prowadziło nas przez ciemne czeluścia korytarzy piwnicy. Brunet świecił nie tylko pod nogi, ale także w przód. Nie widzieliśmy końca korytarza. Za to po kilku krokach dostrzegliśmy jakieś drzwi. Spojrzeliśmy po sobie, a potem z powrotem poświeciliśmy na drzwi. Bouvier poświecił na zamek. Był zardzewiały, ale nie w takim stopniu, by nie móc go zniszczyć.
-Kłódka – wyszeptałam – No tak, powinniśmy się domyślić, że właściciele będą zamykać swoje piwnice.
-Potrzymaj latarkę – powiedział Pierre, oddając mi urządzenie i zdejmując plecak – Poświeć mi – rozkazał, grzebiąc w torbie. Nie zauważyłam, co on tam ma, ale słyszałam, jak czymś potrząsa  - Mam! – ucieszył się, wyciągając... drut. Z niemałym zdumieniem na twarzy obserwowałam, jak zaczyna grzebać w zamku, mamrocząc coś pod nosem. Po kilku minutach kłódka puściła z cichym szczękiem i zadowolony z siebie brunet otworzył przede mną drzwi. Zaczęłam świecić po pomieszczeniu. Już chciałam wchodzić do środka, ale Pierre jeszcze mnie powstrzymał.
-Załóż to – podał mi gumowe rękawiczki – Zawsze to bezpieczniej. I masz drugą latarkę. Miała być na czarną godzinę, ale tak chyba będzie wygodniej.
Wzięłam podarki i bez większych ceregieli zapaliłam latarkę. Włożyłam ją między kolana i trochę na ślepo naciągnęłam na ręce rękawiczki. Później poświeciłam orientacyjnie, w celu określenia wielkości pomieszczenia . Wślizgnęłam się do środka i podeszłam do jakichś półek, by zobaczyć, co na nich leży. Nie było tam nic oprócz słoików z przetworami. Obok segmentu, w kącie stała jakaś kupa niepotrzebnych nikomu rupieci. Zwykła piwnica. Nic nie wskazywało na to, że Dave miał cokolwiek wspólnego z tym miejscem.
-Tutaj nic nie ma – powiedziałam do bruneta – Idziemy. Może dalej coś znajdziemy.
Pierre również chętnie pokiwał głową i oboje wyszliśmy. Następne przeszukiwane przez nas piwnice były podobne do tej pierwszej. Właściwie w każdej widzieliśmy to, co powinniśmy widzieć. Jakieś słoiki bądź narzędzia, albo ewentualnie węgiel. Często trafiały się tez jakieś śmieci takie jak zepsuty rower, z którego raczej nikt już nie skorzysta czy podstarzała kanapa. Powoli to wszystko zaczynało przypominać walkę z wiatrakami, nudna syzyfową pracę. A ja zaczynałam wątpić w to, że znajdziemy tutaj jakikolwiek ślad.
-Bez sensu! – jęknęłam, znowu trafiając blaskiem latarki na kolejne pieprzone ogórki w słoikach. Nawet nie miałam ochoty wchodzić do środka i oglądać tego miejsca – To nas nigdzie nie doprowadzi!
-Ja wiem, Kate, że... – Pierre urwał w pół słowa. Nagle ujrzałam jego twarz, choć moja latarka wciąż oświetlała wnętrze spiżarni. W ciągu ułamka sekundy zrozumiałam, co się dzieje. Ktoś po prostu zapalił światło. Spojrzeliśmy z Bouvierem po sobie a potem rozejrzeliśmy się uważnie. Nie mieliśmy żadnej drogi ucieczki. Słyszeliśmy głośne, coraz głośniejsze kroki oraz rozmowy. Zbliżali się w naszą stronę, a my nie wiedzieliśmy, co robić. Strach wypełnił nie tylko moje serce, ale także serce Pierre’a. Brunet chwycił mnie za rękę i przyciągnął do ściany. Słyszałam jego nerwowy i nierówny oddech.
-Pie, to... – nie zdążyłam dokończyć – on przyłożył mi dłoń do ust, nie chcąc, bym wydawała z siebie jakiekolwiek dźwięki. Potem zamknął oczy, nasłuchując uważnie. Było ich przynajmniej czworo. Całą rozmowę zagłuszały kroki, dlatego niewiele słów zrozumieliśmy. Czasami ich głosy się oddalały. Domyśliłam się, że sprawdzają inne piwnice, które zwiedziliśmy. Byłam, pewna, że zajrzą także tutaj. Poczułam, jak pot oblewa mi twarz. Nie mieliśmy żadnych szans ucieczki. Uratować nas mógł jedynie cud.
Słyszeliśmy zbliżające się kroki i rozmowę.
-Wiesz, lepiej sprawdzić od razu naszą piwnicę. Tam przecież jeszcze zostały ślady. Jakby ktoś to zauważył, ostro byśmy oberwali. Jeśli w ogóle ktoś tu jest.
-Są tutaj! Przecież słyszałem, widziałem światło!
-Oczywiście, oczywiście...
-Nie wierzysz mi?
-Wierzę, wierzę...
-Oni naprawdę tu byli! Widziałem! Gdzieś się ukryli!
-Zamknij się lepiej!
Drzwi zaskrzypiały głośno, otwierając się i wpuszczając do piwnicy trochę światła. Zacisnęłam mocno kciuki. Nie wierzyłam w to, że może nam się udać. Gdyby oni tylko weszli do środka, tylko trochę się rozejrzeli, byłoby po nas. Ale nie weszli. Przelecieli tylko pobieżnie latarką i wyszli, zamykając za sobą drzwi. Oboje jeszcze przez chwilę nie poruszaliśmy się, bojąc się, że oni mogą wrócić, a potem, dosłownie w tym samym momencie odetchnęliśmy z ulgą. Przez jakiś czas czekaliśmy, aż oni obejdą wszystkie piwnice i znikną stąd. W międzyczasie postanowiliśmy, że nie odpuścimy i będziemy kontynuować poszukiwania. Zadrżałam, gdy jeden z nich powiedział coś o śladach. Modliłam się, by nie chodziło tu o Dave’a.
-Musimy być ostrożni – wyszeptał Pierre, gdy zobaczyliśmy, ze światło gaśnie – Oni mogą się tu zjawić w ciągu pięciu sekund – dla bezpieczeństwa wychylił głowę znad drzwi i ostrożnie się rozejrzał, oświetlając korytarz – Dobra, droga wolna – wyślizgnął się, a ja ruszyłam tuż za nim. Znowu zaczęło się nudne przeszukiwanie piwnic, tym razem jednak staraliśmy się robić to jeszcze bardziej dokładnie i ostrożnie, by nie ominąć żadnego szczegółu. Bo tutaj wszystko mogło być śladem.
Ale właściwie nie musieliśmy. Ta piwnica różniła się od reszty. Była zupełnie pusta. Oprócz półki, na której leżały dwie przewrócone butelki po winie i nóż. Od razu domyśliłam się, że to o tym miejscu mówili tamci mężczyźni. Moje serce zabiło szybciej, gdy oświetliłam ścianę. Czerwona plama ozdabiała brudną ścianę, czyniąc to miejsce jeszcze bardziej mrocznym. Przełknęłam głośno ślinę i wślizgnęłam się do środka. Wzięłam głęboki wdech i przykucnęłam przed plamą.
-To może  być wino – usłyszałam szept Pierre’a stojącego tuz nade mną. Ale chyba nawet on sam nie wierzył w te słowa. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że to krew. Zastanawiałam się tylko, czyja. Bo jakoś nie mogłam uwierzyć, że Dave’a. Być może się oszukiwałam. Ale po prostu nie potrafiłam przyjąć do świadomości tego, że on mógł zostać aż tak mocno zraniony.
-Kate! – Pierre stał może z pół metra dalej, a mimo to jego krzyk wydawał mi się bardzo odległy. Odwróciłam się w jego stronę i zauważyłam, że zamarł, oświetlając fragment podłogi. Wyprostowałam się i powoli do niego podeszłam. Strach przeszył moje ciało. Dwie literki, S i P, w ogóle nie rzucały się w oczy. Chyba tylko Pierre, który wiedział, że powinien się spodziewać takiego znaku, mógł je dostrzec.
-T... To jeszcze nic nie znaczy... – próbowałam sobie wmówić – T... To mogą być... czyjeś inicjały...
-Przestań, Kate – brunet obrócił się na pięcie, chyba nie mógł na to patrzeć – Przyjmij tę gorzką pigułkę. Był tutaj. Był tutaj, a patrząc na podłogę, mogę śmiało twierdzić, że nie wyszedł stąd o własnych siłach.
Ja jeszcze przez chwilę wpatrywałam się w te literki, próbując strawić ciężkie słowa Bouvier’a. Potem znowu zaczęłam się rozglądać za innymi śladami, które mogłyby wykazać, że to nie on. Sprawdziłam piwnicę kilkukrotnie, niczego nie znalazłam. Tak samo jak Pierre.
-Chodźmy stąd – brunet po pewnym czasie pociągnął mnie za ramię – Mam złe przeczucia.
Pokiwałam głową na znak zgody. Szczerze mówiąc nie najlepiej czułam się w tej piwnicy. Coś zaczęło mnie lekko dusić. Być może odzywał się brak tlenu, a być może... nadmiar złych wiadomości. Ruszyłam za Pierre’em, właściwie po ciemku, bo zapomniałam o swojej latarce. Czekałam, aż brunet zamknie kłódkę swoim drutem i w końcu stąd wyjdziemy. Miałam już serdecznie dość tego bloku i tych piwnic.
Wtedy to słabe światło zapaliło się po raz drugi. Znowu usłyszeliśmy kroki. Tym razem oni biegli w naszym kierunku. Chyba już wiedzieli, po co tu przyszliśmy. Brunet przeklął cicho pod nosem i pociągnął mnie za ramię, pozostawiając niedomknięta kłódkę. Nim zdążyłam trzeźwo pomyśleć, już za nim biegłam. Właściwie to nie miało żadnego sensu, nie wiedziałam, o co brunetowi chodzi. Z każdym kolejnym krokiem zbliżaliśmy się do nich. Po pewnym czasie Pierre zatrzymał się i nerwowo zaczął grzebać w zamku. Byli coraz bliżej i ja to słyszałam. Wkurzony Bouvier nie mógł sobie poradzić, a ja drżałam ze strachu, modląc się, by mu się udało.
Dosłownie w ostatniej chwili kłódka szczęknęła cicho i drzwi się otworzyły. Z ogromną ulgą w sercu wpakowałam się do środka. Stanęliśmy tak jak ostatnio, choć wiedzieliśmy, że oni nawet nie zwrócą uwagi na naszą piwnicę. Zaczęłam głęboko oddychać, chcąc wykorzystać ten moment na odrobinę przerwy. Pierre ocierał sobie pot z twarzy chusteczką. Słyszeliśmy, jak przebiegają obok nas. Krzyczeli coś do siebie, ale nic nie zrozumieliśmy. Zresztą w ogóle nas to nie obchodziło.  
-Chodź, idziemy – odezwał się brunet, nadal nasłuchując uważnie. Otworzył przede mną drzwi – Biegnij. Ja cały czas będę za tobą. Pokiwałam głową, zmieniając chód na bieg. Każdy mój krok odbijał się echem od ścian. On przez cały czas był tuż koło mnie. Czułam, jak serducho głośno mi wali. Ale dobrze wiedziałam, że przerwa może nam tylko przeszkodzić. Dlatego nie zatrzymywałam się, chociaż zmęczenie dawało mi się we znaki.
-Usłyszeli nas! – wrzasnął ostrzegawczo Pierre – Są za nami! Leć dalej, ja ich zatrzymam!
Odwróciłam się, patrząc na bruneta jak na ufo. On pewnie pokiwał głową, zatrzymał się i znowu zaczął grzebać w plecaku.
-Pierre... – chciałam wybić mu z głowy ten pomysł, ale on nawet nie dał mi dojść do słowa.
-Uciekaj! – warknął – Ja dam sobie radę!
Zdążyłam poznać go już bardzo dobrze, dlatego wiedziałam, że nigdy nie zdołam go przekonać. A nie mogliśmy marnować czasu. Dlatego się rozdzieliliśmy. Zresztą oboje byliśmy pewni, że za chwilę się spotkamy. Żadne z nas nie spodziewało się jeszcze jakiegoś niebezpieczeństwa czy ataku z ich strony. Właściwie to ja już zaczynałam cieszyć się, że wyszliśmy z tego cało. Bo nie wierzyłam w to, by Pierre sobie nie poradził. Bo jeśli on miał jakiś plan, to nie mogło to po prostu nie wypalić.
Zauważywszy schody, zwolniłam. Obejrzałam się za siebie, ale Bouviera jeszcze nie było. Co gorsza nie słyszałam także jego kroków. Przełknęłam cicho ślinę i z powrotem obróciłam głowę. Wtedy dotarło do mnie, że wpadłam w pułapkę. Zaczęłam się cofać na drżących nogach. Wiedziałam, że ucieczka nie ma żadnego sensu. Tak jak i upór. Liczyć mogłam tylko na pomoc kumpla, ale wątpiłam, by teraz miał czas, by mnie ratować, wątpiłam, by zdążył wrócić. Jeden z nich zbliżał się do mnie z kpiącym uśmieszkiem. Zaczęłam wrzeszczeć do niego, że ma się zatrzymać, groziłam mu, chociaż oboje wiedzieliśmy, że żadne z tych słów nie będzie prawdziwe. On po chwili chyba już miał dość mojego głosu, bo zanim zdążyłam chociażby mrugnąć powieką, już stał przede mną. Dopiero wtedy, wpatrując się w jego zimne, bezbarwne oczy, strach ogarnął moje serce. Chciałam ponownie krzyknąć, on musiał to zauważyć. Chwycił mnie za gardło i przygwoździł do ściany. Pod moimi powiekami pojawiły się łzy. Ból był jeszcze silniejszy niż sobie wyobrażałam. Próbowałam jęknąć, z moich ust wydobyło się jedynie niemiłe charczenie. Cały obraz powoli mi się rozmazywał. Kątem oka zauważyłam, jak zbliża się do mnie ten drugi, z czymś podejrzanym w ręku. Próbowałam się wyszarpać, czy choćby wierzgać, by utrudnić im robotę. Nagle poczułam ukłucie w prawym ramieniu. Ostatnimi siłami próbowałam jeszcze im przeszkodzić. Potem straciłam kontrolę nad własnym ciałem. Nic nie czułam, nie mogłam się poruszyć. Jedynie oczy wciąż mi jeszcze latały, szukając odpowiedzi na pytanie: co oni chcieli mi zrobić? Rozmawiali między sobą, ale głowa bolała mnie tak bardzo, że nie mogłam skupić się na ich słowach. Nim zdążyłam zorientować się, co tak właściwie się dzieje, oni już pakowali mnie do czarnego worka. Z całej podróży zapamiętałam naprawdę niewiele. Tylko jakieś szumy i głosy, odbijanie się między ścianami i przemożną chęć zamknięcia oczu oraz zaśnięcia. W końcu nie wytrzymałam już tego usypiającego braku tlenu i mimowolnie zamknęłam oczy.

1 komentarz:

  1. kolejna ciekawa notka :) ankieta u mnie na blogu, zależy mi na głosie :) wpadniesz?

    OdpowiedzUsuń