niedziela, 13 maja 2012

CZĘŚĆ I PART V


Wciąż jeszcze nie miałam odwagi, by wyjść z pokoju, by w ogóle opuścić łóżko. Nie poszłam do szkoły, chociaż wiedziałam, że teraz jest najgorętszy okres, walka o oceny. Ja się bałam, że chociaż dzisiaj nie mieliśmy historii, to spotkam go lub on mnie wyhaczy. Nie wyobrażałam sobie dalszej nauki w tym liceum. Nawet posunęłam się do tego, że zaczęłam myśleć, by zrobić sobie krzywdę i trafić do szpitala na ostatni miesiąc szkoły. Tylko że zawsze pojawiałby się ten sam problem: mogłabym spotkać gdziekolwiek, nawet na ulicy. A wówczas nie miałby kto mnie uratować.
Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co się wczoraj wydarzyło. Miałam wrażenie, że to koszmar, który tylko mi się przyśnił. A raczej próbowałam sobie to wmówić. To ciągle do mnie wracało. A raczej ciągle siedziało w mojej głowie. Próbowałam nawet zagłuszać to muzyką, ale nic z tego. Taka ironia losu – im bardziej chciałam to wyrzucić, tym bardziej to do mnie wracało. Czy tak musi być zawsze z tymi nieszczęśliwymi wspomnieniami? Dlaczego łzy nie mogą w końcu się zatrzymać? Dlaczego właśnie mnie to spotyka? Dlaczego ja muszę być jedyną spośród tego miliona?
-Kochanie – usłyszałam ciche pukanie i zmartwiony głos mojej mamy. Biedaczka nie mogła zrozumieć, co się dzieje, dlaczego siedzę sama w pokoju i nie chcę nikogo wpuścić do środka. Naprawdę się o mnie martwiła, a ja... Ja nie potrafiłam odpowiedzieć na te wszystkie pytania, które zadawała. Chciałam wszystko jej wytłumaczyć, ale żal serce mi ściskał, gdy ją słyszałam, jednak jeszcze nie umiałam. Zresztą pewnie i tak bym się nie odezwała ani słowem. Ona na pewno zaczęłaby się martwić. A i tak ma zbyt wiele zmartwień na głowie – Skarbie, koledzy do ciebie przyszli. Może wpuścisz ich do środka?
Uniosłam głowę znad poduszki i spojrzałam na drzwi. Koledzy? Jedyny chłopak, z którym rozmawiałam, to Dave. To musiał być on. I kto jeszcze? Pewnie ktoś z jego paczki. Lub co gorsza cała paczka. Wzruszyłam ramionami i ponownie schowałam twarz w poduszkę. Właściwie to co mnie to obchodziło.
-Kate, wpuścisz nas? – zapytał przez drzwi Dave. I to on sprawił, że niewiele myśląc nad tym, co robię, ruszyłam w stronę drzwi. Nie wiem, dlaczego akurat jemu otworzyłam. Znowu złamałam swoją zasadę zaufania. Przekręciłam klucz w zamku. Zastanawiałam się, jak długo jeszcze będę przekraczać granice. Już dawno powinnam przestać.
-Po co tu przyszliście? – zapytałam, a raczej burknęłam niemiło, widząc w progu Dave’a i Seb’a.
-Porozmawiać – odparł błękitnooki – Wpuścisz nas, czy wolisz, żebyśmy rozmawiali na korytarzu? – przez chwilę milczałam, patrząc na nich, a potem cofnęłam się i szerzej otworzyłam drzwi. Oni weszli na luzie, rozglądając się z ciekawością. Właściwie, to mój pokój nie był jakoś szczególnie interesujący czy wyróżniający się. Kremowy dywan dźwigał na swoich barkach jasnobrązową szafę i tego samego koloru komodę. Dokładnie naprzeciwko znajdowały się trzy puchate fotele, właściwie nie wiem, po kiego grzyba. Jeszcze nikt inny nie odwiedził mnie w domu. Zwykle jeśli chciałam się z kimś spotkać, to załatwiałam to na mieście. Naprzeciwko drzwi znajdowało się moje łóżko, niewielkie, ale bardzo wygodne. Tuż obok zdołałam jeszcze wcisnąć szafkę nocną, na której stał budzik, książka i kilka płyt. Ściany ozdabiało lustro oraz przeróżne abstrakcyjne dzieła. Uwielbiałam abstrakcję, pobudzała mózg.
-Po co tu przyszliście? – zapytałam po raz drugi, rozwalając się na swoim łóżku, podkulając nogi i oplatując kolana swoimi rękoma.
-Martwiłem się – odpowiedział Dave, siadając nie w fotelu, ale koło mnie – Dlaczego nie przyszłaś do szkoły?
-N o zgadnij! – prychnęłam, spoglądając znacząco na Seb’a, który już na samym początku naszej rozmowy się pogubił, wyraźnie nie wiedząc, o co chodzi. Chciałam, by Dave domyślił się, że nie chcę o tym głośno mówić. On jednak kontynuował rozmowę, nie zwracając uwagi na przyjaciela.
-I co, jak długo zamierzasz się tu ukrywać? Do końca życia? Ten problem sam się nie rozwiąże. Ty musisz sama z tym walczyć, sama musisz to pokonać. Bo to coś wytworzyło się w twojej głowie.
-Pewnie – warknęłam – Tobie to tak łatwo mówić! I co może teraz mam sobie spokojnie wyjść na spacerek i podziwiać słoneczko? Albo najlepiej na dyskotekę!
-To jest akurat niegłupi pomysł! Widzę, że łapiesz, o co chodzi! – ucieszył się blondyn.
-To była ironia!
-Halo! – pomachał nam łapą przed oczami zniecierpliwiony błękitnooki, przypominając o swojej obecności – Czy ktoś mi może wyjaśnić, o co tu chodzi?! – wkurzony przenosił wzrok z mojej twarzy na twarz Dave’a i z powrotem. Blondyn wzruszył ramionami. Z jego oczu wyczytałam zdanie: Rób co chcesz. Słowa, które wypowiedziałam, same właściwie wyleciały mi z ust. Teraz sama nie wiem, czy chciałam, by o tym wiedział. One po prostu same wyślizgnęły się spod kontroli mojego mózgu.
-Prawie zostałam zgwałcona.
Nie widziałam wzroku Seb’a, ale byłam pewna, że od razu rzucił spojrzenie David’owi, zawierające pytanie, czy to co mówię, to na pewno prawda. Nie słyszałam, by zaprzeczał, być może nawet potwierdził, ale milcząc. Później kątem oka zdołałam zaobserwować tylko, jak błękitnooki siada na podłodze, nie za bardzo wiedząc, jak się ma zachować. Otwierał i zamykał usta zaszokowany, wciąż na mnie patrząc.
-Co za gnój chciał to zrobić?! – to były pierwsze słowa, które do mnie wypowiedział. W jego oczach dostrzegłam potworną złość. Złość, że ktokolwiek odważył się zrobić coś takiego, takie świństwo – Trzeba go nauczyć porządku! – brunet zacisnął pięści gotów do walki.
-Seb, to nie jest takie proste – wyszeptał Dave, również zaciskając pięści – Jak ja nienawidzę bezsilności...
-Bezsilności?! Jakiej bezsilności?! Bierzemy Pierre’a, Chucka i Jeffa i atakujemy! Gość nie ma najmniejszych szans, choćby nawet był mistrzem świata w judo czy karate!
-Seb, my mówimy o naszym, historyku...
Błękitnooki uśmiechnął się lekko, a nie widząc na naszych twarzach cienia uśmiechu, prawie natychmiast spoważniał. Jego entuzjazm i chęć walki ulotniła się.
-Wy żartujecie, nie?  - zapytał bezbarwnie.
Oboje z Dave’em westchnęliśmy cicho, co zapewne miało być zaprzeczeniem. Seb wpatrywał się w nasze twarze z niemym wyrazem. Teraz już kompletnie go sparaliżowało. Biedak znowu się pogubił, nie wiedział, co powiedzieć.
- To dlatego on dzisiaj chciał z tobą porozmawiać na osobności... A ty powiedziałeś nam, że pytał się o zeszyt!
-Musiałem skłamać, Kate nie życzyła sobie, bym komukolwiek o tym mówił – blondyn wzruszył ramionami, a ja obdarzyłam go wdzięcznym, a jednocześnie czujnym spojrzeniem.
-chciał z tobą porozmawiać?  - powtórzyłam – O czym? Groził ci?
Dave spuścił głowę. Chyba nie chciał pokazywać mi swoich oczu. Odniosłam wrażenie, że wolał, by ta rozmowa została jedynie między nim a nauczycielem.
-On mi powiedział parę słów, ja mu parę... – wymamrotał niewyraźnie.
-Dobra, nie chcesz, to nie mów – wzruszyłam ramionami. Zdążyłam go poznać na tyle dobrze, że wiedziałam już, iż kiedyś nie wytrzyma i zacznie o tym paplać jak najęty. Taki już jest.
-No to teraz już się nie dziwię, że nie zjawiłaś się w szkole – błękitnooki przejechał dłonią po włosach – Jak ty zamierzasz kontynuować naukę? Czy ty w ogóle komuś o tym powiedziałaś?
-Tylko wy o tym wiecie.
-Idę po twoją mamę – Seb zerwał się i nim zdążyłam otworzyć usta, stał tuż obok drzwi.
-Zaczekaj! – krzyknęłam, zatrzymując go dosłownie w ostatnim momencie – Nie rób tego!
-Kate, twoja mama jest pierwszą osobą, która powinna się o tym dowiedzieć! Później musicie znaleźć dobrego adwokata i pójść z tym do sądu! Macie wygraną w kieszeni!
-Co?! Nigdy! – wrzasnęłam przerażona.
-Jeśli on będzie wiedział, że jest bezkarny, nadal będzie to robił! Być może znowu trafi na ciebie, a być może znajdzie sobie inną niewinną dziewczynę! Chcesz, żeby to się powtórzyło!? Tylko że wtedy on może...
-Przestań,  Seb! – przerwał kumplowi Dave – Nie widzisz, jak ona to przeżywa, jak wygląda?!
Siedziałam ze spuszczoną głową, wsłuchując się w słowa Seba. Najgorsze było to niemiłe uczucie, które mówiło, że on ma rację. I ja zdawałam sobie z tego sprawę. Tylko... Tylko ja nadal nie umiałam o tym mówić. To dla mnie zbyt wielki szok. Nie potrafiłabym zaufać obcym ludziom, opowiedzieć im o tym, co mnie spotkało, opowiedzieć o tym, co mi się śni po nocach, co przez cały czas mam przed oczami. Naprawdę nie chcę, by inni cierpieli za mnie. Ale też wiem, że po prostu nie dam rady. Znowu łzy zaczęły mi spływać po policzkach. Nie chciałam przy nich się rozklejać. Ale to było dla mnie za trudne. Ukrywanie uczuć od zawsze sprawiało mi kłopot.
-Kate... Przepraszam... – Seb chwycił mnie za dłoń. Usiadł obok i mocno mnie przytulił. Widziałam, że zrobiło mu się głupio – No przepraszam... Nie pomyślałem...
-A... Ale... Ty masz rację! – wybuchłam – Ja... Powinnam powiedzieć... Tylko... Nie umiem. Nie dam rady, no!
-To i tak nie miałoby większego sensu – wyszeptał zamyślony Dave, wpatrując się w moje prześcieradło.
-Nie miałoby większego sensu?! – powtórzył jak echo Seb – Zwariowałeś do reszty?! Ma sens! Ma ogromny sens! Jak Kate udałoby się opowiedzieć o tym, co ją spotkało, to policja mogłaby już rozpocząć śledztwo...
-Seb, ty nic nie rozumiesz. My w ogóle nie mamy dowodów. A jak myślisz, komu uwierzą? Dwójce nastolatków czy szanowanemu nauczycielowi z wieloletnim stażem i stopniem magistra?
Błękitnooki zamyślił się na chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią. Ja także, chociaż to było tylko pytanie retoryczne. Wszyscy wiedzieliśmy, że dorośli traktują nas jak dzieciaki, chociaż mamy już po dziewiętnaście lat. Nikt nam nie uwierzy, nikt nie stanie po naszej stronie. Nie mamy żadnych szans na zwycięstwo.
-Ale przecież spróbować można.... Może jednak spróbują coś zrobić... – próbował przekonać nas Seb, chociaż teraz już i w jego głosie usłyszałam wątpliwości.
-Nie – odparłam, pociągając nosem – Nie chcę już więcej o tym opowiadać. Nie chcę po raz kolejny tego przeżywać. Chcę tylko o tym zapomnieć i wrócić do poprzedniego życia.
-Ale Kate, jeśli on będzie chciał znowu... – brunet przerwał, wpatrując się we mnie z troską. Ja i Dave od razu domyśleliśmy się, o co chodzi. Westchnęłam cicho.
-Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co mam robić – schowałam twarz w dłoniach – Ja już nigdy nie wyjdę z domu.
-Wyjdziesz szybciej niż ci się wydaje – David zaczął prostować ręce i nogi, po czym ze swoim starym luzackim uśmieszkiem zerwał się z mojego łóżka – Ałłaaa... mój kark... – ja i Seb usłyszeliśmy, jak wszystkie kości strzelają Dave’owi.
-O nie, Dave – zdążyłam już domyślić się, na czym polega genialny plan blondyna. I nie podobało mi się to – Ja się stąd nie ruszam!
-Owszem, ruszysz się – odparł spokojnie blondyn, zaglądając do mojej szafy i bezczelnie w niej grzebiąc. Wyciągnął jakieś luźne dżinsy i koszulkę z uśmiechniętym bananem – Ty, Seb! – ryknął podniecony wpatrując się w namalowany owoc – Jaka świetna bluzka! – przyłożył ją do swojej klatki piersiowej i zaczął przyglądać się w lustrze – Musisz w niej pójść! – rzucił ubrania w moją stronę. Nawet się nie poruszyłam.
-Na co czekasz? – zapytał Seb, nie dostrzegłszy żadnego ruchu z mojej strony – A no tak... Dave, jesteśmy idiotami! Musimy przecież wyjść. Ona nie przebierze się przy nas.
-No tak, to my zaczekamy na korytarzu, a ty zmień ciuchy – brunet i blondyn swobodnie ruszyli w kierunku moich drzwi, coś tam mamrocząc pod nosami.
-Zaczekajcie! – zawołałam za nimi. Zatrzymali się na znak, że mnie słuchają – Ja nigdzie się nie wybieram...
-Tak, tak, oczywiście – oni w ogóle nie przejęli się moimi słowami, tylko zaczęli iść dalej -Już to słyszeliśmy, Kate, zmień płytę...
Drzwi zamknęły się za nimi. Westchnęłam cicho i nie wiedzieć czemu, zaczęłam się przebierać. Nadal nie zamierzałam nigdzie wychodzić, ale ubrać się w coś świeżego nie zaszkodzi. I tak musiałam piżamę do prania oddać. Wciągnęłam na siebie Dave’ową koszulkę z bananem, zastanawiając się, jak mogę ich spławić. Miałam naprawdę mnóstwo pomysłów, ale przeczuwałam, że żaden nie zadziała. Mogę liczyć jedynie na swój upór.
-Dobra, możecie wejść – oznajmiłam bez większego entuzjazmu, otwierając szeroko drzwi. Dave w ciągu ułamka sekundy znalazł się w środku.
-Leży na tobie idealnie! – krzyknął zachwycony, biegając wokół mnie – O matko, ona jest świetna! Gdybym ja taką miał, nie ściągałbym jej nigdy! – zatarł ręce z zadowoleniem – No to co, lecimy!
-Ja nigdzie nie idę – powiedziałam głośno i wyraźnie, siadając z powrotem na łóżko. Chłopaki z wyraźnym znudzeniem spojrzeli po sobie.
-Znowu zaczyna... – jęknęli w tym samym momencie, a potem Dave skierował na mnie swój wzrok.
-Nie chcesz iść? – zapytał, zbliżając się w moją stronę. Zastanawiałam się, co teraz kombinuje, bo z jego oczu tym razem nie mogłam wyczytać nic – Jeśli nie chcesz iść... To ja cię wezmę! – nim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować, on już mnie podnosił.
-Ty psycholu! – wrzasnęłam, płacząc ze złości, a jednocześnie nie mogąc przestać się śmiać.
-Seb, z łaski swojej, otwórz nam drzwi – blondyn nawet nie zwrócił na moje krzyki najmniejszej uwagi. Szedł w kierunku drzwi. Przez cały czas wrzeszczałam, że ma mnie puścić. Raz tylko w odpowiedzi wystawił mi język. Prychnęłam cicho. I tak wiedziałam, że przy wyjściu i tak będzie musiał z powrotem postawić mnie na nogi. Jednak oni i wtedy sobie poradzili. Dave spojrzał błagalnie na swojego przyjaciela, a ten pisnął cicho.
-Ostatni raz! – krzyknął. Blondyn uśmiechnął się i podniósł jedną nogę do góry. Seb wcisnął mu jednego buta na stopę i zawiązał. To samo zrobili z drugą nogą, chociaż Dave cały czas się kołysał, nie mogąc utrzymać równowagi. Ale jakoś dali sobie radę.
-dobra, teraz Kate.
-Dajcie spokój, przecież mogę sama...
-I nam zwiejesz? Nie. Które to twoje buty?
-Nie ucie...
-te czerwone trampki? Ta, na pewno te.
Seb chwycił jednego mojego buta i wcisnął go na stopę. Miał z tym nie lada problem, bo ja nie mogłam przestać się śmiać. W końcu jednak i tego udało mu się dokonać.
-No i po problemie! – ucieszył się Dave, patrząc, jak brunet zawiązuje sobie buty. Potem błękitnooki wyprostował się i otworzył drzwi, a blondyn, ze mną na rękach wyszedł. Moim oczom ukazały się dwa wielkie lśniące motory. Chłopaki ruszyli w ich kierunku, a ja gapiłam się onieśmielona. Nie mogli nie zauważyć mojego milczenia.  
-co jest, Kate? – zapytał dumny z siebie Seb – Mowę ci odebrało?
-To wasze? – zdołałam wydusić z siebie rozanielona – I my będziemy nimi jechać?
-Teraz już z nami pójdziesz? – Dave uwolnił mnie, a sam chwycił dwa kaski. Jeden podał mi, a jeden sam założył.
-Najpierw do Pierre’a? - zapytał błękitnooki, zapalając z głośnym hukiem motor. Blondyn potwierdził to, kiwając głową. Sam zaczął uruchamiać maszynę.
-Wsiadasz czy jednak zostajesz? – zapytał, chyba dobrze znając odpowiedź. Bo gdyby nie znał, nie dawałby mi najmniejszego wyboru.
-też pytanie – prychnęłam, zasiadając za nim i obejmując go w talii. Szczerze mówiąc trochę się bałam, chyba wciąż jeszcze nie miałam do  niego zaufania, ale... ale to było moje marzenie od dziecka. Motor to nieodłączna część filmu romantycznego. Przytuliłam się do jego pleców. Z każdą sekundą coraz bardziej przyspieszaliśmy. Zamknęłam oczy. Czułam, jak wiatr próbuje nas zatrzymać. To było naprawdę dziwne uczucie. Powietrze jakby rozcinało się tworząc nam drogę. Trochę zmarzłam, ale to się w ogóle nie liczyło. To szczegół. A jazda motorem jest zbyt piękna, by zwracać uwagę na szczegóły.
Nawet nie zauważyłam, kiedy się zatrzymaliśmy. Wciąż w głowie miałam ten przyjemny szum, wciąż jeszcze nie otwierałam oczu, bo nie chciałam, by ta magia się rozpłynęła.
-Pierwszy raz na motorze? – dotarło do mnie jego pytanie. Uniosłam powieki do góry. Jego uśmiech prawie w zupełności wynagradzał zniszczenie tej cudownej chwili.
-tak – potwierdziłam z równie szerokim uśmiechem – cholera, to było niesamowite! – wrzasnęłam z entuzjazmem. On odwrócił głowę w stronę domu, w którego czeluściach przed chwilą zniknął Seb. Czyli to musiał być dom rodziców Pierre’a. Podobał mi się. Sprawiał wrażenie małego, ale ja wiedziałam, że w środku na wszystko znajdzie się miejsce. Dwupiętrowy, świetnie prezentował się od zewnątrz. Plus jeszcze bardzo zadbany ogródek. Pewnie jego mama interesowała się ogrodnictwem, bo tak piękne otoczenie w Montrealu to rzadkość.
-Pamiętam swoją pierwszą jazdę na motorze – zadumał się blondyn – Była naprawdę niesamowita. A przynajmniej niesamowicie się zaczynała...
-Zaczynała? – powtórzyłam z ciekawością.
-Zaczynała, bo skończyła się fatalnie – blondyn wyraźnie posmutniał. 2 jego oczach ujrzałam ból. Ból, jakiego jeszcze nigdy nie dostrzegłam na jego twarzy. To wspomnienie wywoływało na jego twarzy naprawdę ogromne cierpienie. Czekałam cierpliwie. Wiedziałam, że potrzebuje czasu, by wszystko poukładać sobie w głowie.
-On... On był taki mały... – piwne oczy Dave’a zaszkliły się od łez. Zadrżałam – Kurde, jakbym tylko mógł cofnąć czas – zacisnął bezsilnie pięści – Wszystko by się potoczyło inaczej. Jak ja mogłem to zrobić, jak mogłem nie widzieć? – westchnął cicho. Słuchając jego zażaleń także i ja zaczynałam się rozklejać. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku, żadnego odgłosu. Nie wiedziałam, co mogę powiedzieć. On żałował, ale... co mu daje ten żal? Czasu nie cofnie nigdy...
-I miał taką śliczną, mieniącą się w słońcu skórkę... I... I taki przepiękny kształt...
-Dave... Dave, o czym ty gadasz? – zapytałam, gubiąc się w tym wszystkim i podejrzewając blondyna o postradanie zmysłów.
-No jak to o czym!? O biednym bananku, którego rozjechałem na środku drogi!
Wybuchłam ogromnym śmiechem, czując jednocześnie niesamowitą ulgę. On mówił o bananie. On mówił tylko o bananie.
-No co?! – warknął – Jeśli człowiekowi pośmiertnie należy się szacunek, to bananowi tym bardziej!
-No tak, oczywiście, że tak... – naprawdę próbowałam zachować powagę, ale w żaden sposób m i to nie wychodziło. A Dave wciąż patrzył na mnie tym swoim potępiającym wzrokiem wołającym: Zero szacunku dla bananów to wstyd i hańba!
Nagle usłyszeliśmy warkot silnika. Od razu odwróciliśmy głowy w stronę domu Pierre’a. Brunet wyjechał przez bramę, prosto na nas.
-Znowu będzie się popisywał! – jęknął Dave. Bouvier nie zatrzymał się, wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej przyspieszył. Ale blondyn w ogóle się nie przestraszył. Tylko coś go wyraźnie denerwowało. Pierre dopiero jakiś metr od nas ostro zakręcił z piskiem opon.
-Cześć, Dave, cześć, Kate! – wrzasnął wesoło, machając nam dłonią. Odmachałam mu i kątem oka zauważyłam, że Seb także wsiada na motor – To gdzie teraz?! Do Jeff’a chyba najbliżej!
-To do Jeffa! – odparł Seb, uruchamiając swoją maszynę. David także usiadł i zapalił silnik. Ponownie ruszyliśmy i ponownie pojawiło się to uczucie. Później pojechaliśmy jeszcze do Chucka, który wkurzał się, że jak zwykle jest ostatni.
-Jakieś dalsze plany? – Pierre przeleciał wzrokiem po twarzach kumpli, nie omijając także mojej. Nikt się nie odezwał – Aha, czyli tak jak myślałem. Znowu przez pół godziny będziemy zastanawiać się, gdzie jechać...
-Mam ochotę na banana... – odezwał się nieśmiało Dave.
-O nie! – jęknęli wszyscy oprócz mnie.
-Pamiętasz, jak ostatnio ochroniarz nas wyganiał?!
-No to przecież pójdziemy do innego! Chłopaki, no błagam was! – usłyszeliśmy głośne burczenie w brzuchu – No widzicie, ja natychmiast potrzebuję reanimacji!
-Niech tobie Kate zrobi... – poraziłam wzrokiem Jeffa, wiedząc, co chłopak miał na myśli. Nie dokończył zdania – Ojejku... żartowałem...
-Bo zaraz ty będziesz potrzebował reanimacji! – warknęłam.
-Jeff, lepiej się zamknij, bo nikt z tutaj obecnych nie będzie chciał robić usta- usta – oznajmił Pierre i żeby uciąć tę głupią sprzeczkę, dopowiedział – Dobra, jedźmy, bo zaraz Dave nam wykituje!
***
-Po co bierzemy wózek? – zapytałam, patrząc, jak chłopaki zaczynają grzebać sobie nawzajem w kieszeniach spodni, w poszukiwaniu jakiejś monety. To też wydawało mi się dziwne, ale przyzwyczaiłam się do ich dziwnych pomysłów –Idziemy tylko po banany!
-Kate, ty nie potrafisz wyobrazić sobie, ile Dave może pochłonąć bananów! – roześmiał się Seb, wyciągając z kieszeni Chucka jakąś monetę – Zawsze tak robimy – powiedział, widząc moją pytającą minę – Taki Chuck mógłby na przykład ukryć fakt, że ma drobniaki i nie byłoby zabawy.
-Mam! – krzyknął Pierre, podskakując z radości z pieniądzem w dłoni. Zatrzymaliśmy się w dopiero ósmym sklepie, jaki napotkaliśmy po drodze. W poprzednich siedmiu Dave’owi coś się nie podobało. A to nie dowozili świeżych, a to traktowali je, jakby były zwykłymi owocami, itp. Ten określił mianem „sklepu zgniecionych bananów”, ale Chucka już szlag trafił i wrzasnął, że nie ma już sił na jeżdżenie i albo pójdziemy tutaj, albo nici z naszych zakupów. Więc blondyn, z ogromną niechęcią, ale zgodził się na wejście do tego supermarketu.
-Kate, wsiadaj! – Pierre wskazał na wózek zachęcająco. Roześmiałam się, myśląc, że on nie mówi na poważnie. Ale brunet wciąż się na mnie patrzył.
-Serio? – zapytałam.
-A czy ja kiedyś nie mówiłem serio? – wyszczerzył się szeroko, ukazując rząd śnieżnobiałych idealnie równych zębów.
-Mam wymieniać? Lista szybko by się nie skończyła! – zachichotałam, ale postanowiłam jednak wskoczyć do wózka.
-Ej! Robimy wyścigi?! – zawołał z entuzjazmem Dave, wyciągając z kieszeni Pierre’a kolejną monetę. Jeff podrapał się po głowie.
-Ostatnio jak zrobiliśmy sobie wyścigi, to policja za nami ganiała...
-No właśnie! Tym razem nie możemy dać się złapać! – wrzasnął Chuck, zabierając blondynowi monetę i wpychając ją do wózka – Seb, wskakuj, będziesz sterował!
Błękitnooki nawet przez chwilę się nie zawahał – wskoczył jak jakaś małpa i z entuzjazmem wrzasnął:
-Jedziemy! – a potem trochę ciszej dopowiedział – A kto prowadzi?
-Ja! – perkusista Simple Plan pierwszy wleciał do sklepu wraz z prawie płaczącym Sebem.
-Cholera! – krzyknął Pierre, biegnąc zaraz za nim. Po chwili przypomniał sobie o mnie i wrócił – Widzisz Kate?! Jak zwykle oszukują! Ale i tak będziemy pierwsi!
 Ludzie dziwnie się na nas patrzyli, ale nic nie powiedzieli. Tylko pokazywali nas sobie palcami. Ale chyba nikt z naszego grona się tym specjalnie nie przejął. Pierre dalej usiłował dogonić Chucka. Ja kierowałam go, ciągle wrzeszcząc i kurczawo trzymając się wózka. Emocje sięgały zenitu. Brakowało nam naprawdę niewiele, a odległość zmniejszała się z każdą sekundą. Słyszałam zadowolone sapanie bruneta nad swoim uchem. Widziałam, jak Chuck odwraca się i patrzy na nas ze strachem w oczach. Coś nerwowo mówił do Seba. Ten widok dodawał Pierre’owi dodatkowej energii. Uśmiechnęłam się do bruneta zawistnie. Niewiele brakowało nam do zwycięstwa. Wjechaliśmy w dział zabawek. Wtedy Chuck zatrzymał się. Seb wyskoczył z wózka i razem pobiegli ku małym samochodzikom. Wybuchłam głośnym śmiechem i sama w biegu wyskoczyłam z wózka. Ledwo zdołałam utrzymać równowagę. Jeśli myślą, że pokonają nas w taki sposób...  To stanowczo się mylą! Szybko wzięłam pierwszy lepszy samochodzik i poleciałam za nimi. Pierre jechał koło mnie z ogromnym bananem na twarzy i chęcią zwycięstwa w oczach. Ja sama miałam niemałą radochę. Chuck i Seb starali się uciec, ale najwyraźniej my lepiej znaliśmy się na dziecięcych samochodzikach. Już miałam ich przed oczami. Znowu się zatrzymali.
-Co jest, poddają się?! –zapytałam Bouviera, który tylko wzruszył ramionami.
-Wątpię! Pewnie znowu coś kombinują!  
Chwilę później zobaczyliśmy, co on i znowu wymyślili. Deskorolki. Widziałam, jak zbliżają się w naszą stronę. Przełknęłam głośno ślinę. Oni minęli nas z uśmieszkami na twarzach i wrzaskiem:
-I co teraz, frajerzy?!
-Cholera! – mój partner szybko wyskoczył z samochodzika i chwycił pierwszą lepszą deskę – Wiesz, co to jest? – zapytał nerwowo, wskazując na trzymany przedmiot.
-No przecież nie jestem idiotką! – zabrałam mu ją i położyłam na ziemi. Moje umiejętności korzystania z tego przedmiotu można było określić mianem minimalne. A jeszcze kilka lat temu nie mogłam uwolnić się od tego sprzętu. Odbiłam się nogą od podłogi. Nie dam im się pokonać w tak łatwy sposób. Pierre wyprzedził mnie. Nietrudno było zauważyć, że on nadal szkoli się w jeździe na desce. Poruszał się o niebo sprawniej niż ja. Zresztą tak jak Seb i Chuck. Ale nie zamierzałam się poddać. Miałam swój honor.
Nie wiem, jak długo trwał ten pościg, ale ani ja, ani Pierre nie zatrzymaliśmy się ani razu. Przy końcu Chuck i Seb byli już jakiś metr przed nami. Jednak gdy tylko zobaczyli ogromne łoże, skoczyli na nie, a z ich gardeł wydobyło się głośne  i pełne ulgi AAAAA!!! Ja i Pierre śmierdzący od potu skoczyliśmy na nich. Wszyscy razem wybuchliśmy głośnym, śmiechem.
-Nareszcie! – przerażeni osłupieliśmy w jednej chwili. Nad nami stał równie zmęczony jak my, ale wyszczerzony ochroniarz  - Ktoś będzie musiał naprawić wszystkie szkody, nie uważacie?
Przełknęłam głośno ślinę i spojrzałam na chłopaków. Nie ujrzałam na ich twarzach ani krzty strachu. W sumie to ja też się nie bałam. Właściwie to czego?
-teraz! – gdy tylko usłyszałam głos Seb’a intuicyjnie zerwałam się i zmusiłam wszystkie swoje mięśnie do jak największego wysiłku. Już nie patrzyłam na to, co robią chłopaki. Sama zaczęłam biec do działu ze słodyczami. Bardzo często skręcałam, błądziłam po całym sklepie, nie zostawiając po sobie żadnych śladów. Usiłowałam ich zgubić i chyba mi się to udało. Schowałam się w toalecie. Tu mnie nie powinien nikt znaleźć. Postanowiłam trochę tu posiedzieć i wyjść dopiero, gdy wszystko się uspokoi. Spojrzałam w lustro. Moją twarz ozdabiał szeroki uśmiech. Dawno już tak ogromnego nie widziałam. Zresztą dawno już nie miałam takiej zabawy, dawno się tak nie uśmiałam. I być może właśnie tego było mi trzeba.
Po kilku minutach usłyszałam trochę przytłumione, ale głośne krzyki Pierre’a, Chuck’a i Seb’a. Z ich bardzo głośnej rozmowy zrozumiałam tylko tyle, że właśnie mnie szukają. Zaryzykowałam i delikatnie otworzyłam drzwi. Akurat otwierały się one na zewnątrz, więc całkiem niechcący Pierre oberwał ode mnie w ramię.
-O! Tu się schowałaś! – zawołał Seb, nie zwracając uwagi na jęczącego przyjaciela – Gdybyśmy cię zgubili, Dave by się wściekł.
-Droga wolna? – zapytałam, chcąc wreszcie uwolnić się od odoru brudnych kibli.
-No właśnie nie bardzo! –wrzasnął Chuck, wpychając mnie z powrotem do toalety. Sekundę później trójka chłopaków także znalazła się w środku.
-Eeee... To jest toaleta dla kobiet – wymamrotałam zaszokowana ich widokiem.
-On tu wejdzie, on nas znajdzie, on na pewno nas widział... – panikował ciągle Pierre, w żaden sposób nie mogąc się uspokoić i ustać w jednym miejscu.
-Oj tam, Kate, czepiasz się szczegółów – machnął dłonią lekceważąco Chuck – A on to tak zawsze – oznajmił, dostrzegłszy, że przyglądam się Bouvierowi – Nie zwracaj na to uwagi.
Nagle ktoś pociągnął za klamkę. Spojrzeliśmy po sobie z przerażeniem i rzuciliśmy się w kierunku jedynych miejsc, w których mogliśmy się schować – w stronę kabin. Kobieta, która weszła musiała poczuć się naprawdę zgorszona, bo w końcu nie co dzień widuje się w toaletach młode osoby, usiłujące dobić się do wolnych kabin.
-Przepraszam... To nie jest żeńska?- zapytała cicho, ale my mimo wrzasków Pierre’a usłyszeliśmy ją. Zastygliśmy w bezruchu, dopiero po kilku sekundach uświadamiając sobie, że ona w ogóle się odezwała.
-Tak, proszę pani, to żeńska – Seb odsunął się od najbliższych drzwi – Proszę, tu jest wolne.
Kobieta, spoglądając nieufnie na błękitnookiego, ruszyła w stronę oferowanej przez niego kabiny. Gdy tylko zniknęła za drzwiami, wybuchliśmy gromkim śmiechem
-Wynośmy się stąd lepiej, bo jeszcze zawału wszyscy dostaniemy przez ten strach – zaproponowałam, a chłopaki chętnie na to przystali. Opuściliśmy toaletę ciesząc się wreszcie świeżym powietrzem. Trójka brunetów zaczęła kłócić się o jakąś głupotę, nawet nie wiem, o co. Rozglądałam się za Dave’em, bo miałam już serdecznie dość tego miejsca. Nagle znowu go ujrzałam.
-Cholera! – wrzasnęłam, przez moment nie poruszając się, a potem umykając w bok pociągnąwszy Chucka za rękaw. Comeau uszczypnął Seb’a, a Seb Pierre’a i cała trójka rzuciła się za mną biegiem. Próbowałam wreszcie znaleźć kasy, by wydostać się stąd i zwiać.
-Szukajcie kas! – krzyknęłam do chłopaków, rozglądając się naokoło. Ten ochroniarz nas gonił, ale my byliśmy o niebo zwinniejsi. No a góra mięsa raczej nie pomagała mu w biegu.
-Czekajcie! – wrzasnął Pierre, zatrzymując się – Tam jest plan sklepu!
-Bouvier, idioto! – Chuck walnął go w łeb – Nie mamy czasu na gapienie się! Nie widzisz, że on nas goni?!
Zachichotałam cicho, ale nie mogłam teraz stracić koncentracji. Minęły może ze dwie minuty tego morderczego biegu, nim w końcu ujrzałam te cholerne kasy. Gorzej było z przejściem obok kolejki – nawet mrówka by się tam nie przecisnęła. Nam zajęłoby to chyba kilka dni.
-I co teraz? - Zapytałam odwracając się do chłopaków. Seb wzruszył ramionami, ale to on mnie wyprzedził i przeskoczył przez barierkę jednej z zamkniętych kas. Chuck i Pierre ruszyli za nim, nawet na mnie nie patrząc. Ponownie się odwróciłam. Trochę ich przybyło. Z jednego zrobiło się sześciu. Przełknęłam głośno ślinę. Nie miałam wyjścia. Ruszyłam w stronę barierki. Miała może z metr, nie więcej. Rozpędziłam się. Odbiłam się jedną stopą od podłogi. Przez ułamek sekundy pomyślałam, że mi się nie uda. Ale na szczęście dałam radę. Tylko jak lądowałam na ziemię, poślizgnęłam się i upadłam. Ale zaraz potem zerwałam się i biegłam dalej. Nawet nie zauważyłam rozdartych dżinsów. Ale to się teraz nie liczyło. Teraz musiałam dotrzeć do chłopaków.
Oni siedzieli już na zapalonych maszynach i wypatrywali mnie. Gdy tylko pojawiłam się na horyzoncie, wszyscy, oprócz Dave’a, odjechali. Ja szybko wskoczyłam na motor, chwytając w biegu kask i wrzasnęłam głośno:
-Ruszamy!

1 komentarz:

  1. Ależ długie to opowiadanie :). Widzę, że Twoja wyobraźnia bardzo dobrze działa, bo wymyślenie takich przygód nie jest łatwe. Podoba mi się to, że nawiązujesz do rzeczy, które kojarzą mi się z SP - np. deska czy banany ^^. Btw, dzisiaj miałam ochotę na banana, więc powiedziałam mamie, aby jutro kupiła, bo chętnie zjem :). Jak pojawił się koszyk sklepowy to przypomniałam sobie takie zdjęcie naszych chłopaków, na którym są żółte wózki sklepowe :]. Nie wiem czy Ty też z tym skojarzyłaś czy to zbieg okoliczności. MC

    OdpowiedzUsuń